Użytkownik: Hasło: Rejestracja
 * * *

             Nazywam się Peter Brown, życie od samego początku mnie nie rozpieszczało, telefony z pogróżkami, powybijane szyby w oknach, zdewastowany dom. Wszystko to świadczyło o wrogości, jaką pałali do mnie ludzie z miasta. Ktoś pomyśli, „czemu się stąd nie wyprowadzisz" hmmm... trudne pytanie. Dążę to miejsce wielkim sentymentem i mimo tego, że mieszkańcom nie przypadłem do gustu, zostanę tu ze względu na dom. To pamiątka rodzinna, zakorzenione dzieje, wspomnienia, tajemnice skrywane we wszystkich zakamarkach, dusze moich bliskich. Sami rozumiecie trudno by mi było się rozstać z tym miejscem. Ale cóż, jestem tylko człowiekiem i kiedy niemalże otarłem się o śmierć zrozumiałem, że to nie jest miejscowość na beztroskie życie. Spakowawszy resztę swoich rzeczy, postanowiłem udać się do miasta Countrywiel. Była noc, kiedy licznik wskazywał dużą prędkość, strugi deszczu raz po raz obmywały wycieraczki samochodu. Nawet pogoda była przeciwko mnie. Powoli zbliżywszy się do celu mając go już w zasięgu wzroku, postanowiłem przenocować i przeczekać okres burzy. Zjechałem z trasy do pobliskiego hoteliku. Już z daleka wyglądał na bardzo zaniedbany, świadczyły o tym spróchniałe, popękane deski, oberwana tabliczka z napisem "OTWARTE", i ilość zalegających skórzanych kartonów. Zaparkowałem auto na parkingu nieopodal mojego miejsca noclegu. Zbliżając się do budynku miałem mieszane uczucia, coś w nim było dziwnego. Ostrożnie nacisnąłem klamkę, a za dużymi, ciężkimi drzwiami ukazała się mile wyglądająca portiernia. Wchodząc do środka uważnie się rozglądałem. Na ścianach widniały piękne obrazy spowite jednak dużymi kłębami pajęczyny. Chwilę mojej zadumy przerwał staruszek - był tu portierem. Pomarszczone czoło i wielki zarost świadczyły o tym, że ma już duży staż pracy w tym hotelu. Grzecznie się przywitałem, poprosiłem o klucz do pokoju i odchodząc uwagę moją przykuło znamię na szyi starszego człowieka. Była to spora rana wielkości pięści, chciałem nawet zapytać, co się stało, ale speszony człowiek chyba wyczuł mój zamiar i zaszył się w swojej kawalerce. Dostając się do pokoju zrobiłem sobie herbatę przed snem. Spoglądałem na drzwi, które już spowijał zmrok, jeszcze tylko sypialnia pozostał w świetle księżyca, resztę pokoju przykryła ciemność zwiastująca wieczór. Dnia następnego, po zjedzeniu pożywnego śniadania, pełen uśmiechu i radości, ciesząc się z pięknego dnia zszedłem do kawalerki przywitać się ze staruszkiem. Ku mojemu zdziwieniu za czerwoną poszarpaną zasłoną ujrzałem postać człowieka, który w blasku promieni słonecznych stał w dosyć dziwnej pozycji, lekko schylone ciało przeszywane było licznymi drutami, rany niemalże w całości pokrywały jego wszystkie kończyny. Nagle rozległ się głośny przeszywający ciało krzyk. Powoli wychodzące skrzydła przebijały skórę łamiąc przy tym kości, na twarzy starca pojawił się grymas bólu, zamiast łez po policzkach zaczęła spływać krew. Czy to możliwe? (...) Czy opowiadanie o Banicjanach było prawdziwe? Ogarnięty strachem, starałem się wyjść niezauważony, jednak w drodze powrotnej potrąciłem wazon będący ozdobą pokoju. Rozległ się huk, gospodarz niemal błyskawicznie spostrzegł, że był obserwowany. W tej samej chwili postać budząca we mnie przerażenie, jak za czarodziejskim dotknięciem różdżki, uniosła się w powietrze i samym wzrokiem zdolna była zatrzasnąć drzwi pokoju. Krople potu coraz szybciej zaczęły napływać na skronie. Nagle ze zdrętwiałych czarnych warg zaczęły wydobywać się dźwięki przeobrażające się w słowa a potem w zdania. Banicjan jednym ruchem ręki wskazał fotel, sam jeszcze nie dowierzając w to co się stało, postanowiłem skorzystać z propozycji tej nadprzyrodzonej postaci, cały czas nie spuszczając z niej wzroku. W moim odczuciu jakby cała sytuacja nie sprzyjała pogaduszkom. Innego zdania była jednak tajemnicza postać chcąca zyskać moje zaufanie. Banicjan wyciągnął nieznane mi urządzenie, nazywało się rdzeń, był to wisiorek i jak się potem okazało posiadał magiczną moc. Rozmawialiśmy przez pół dnia. W ciągu tego czasu dowiedziałem się niesamowitych rzeczy między innymi tego, że nie jesteśmy sami we wszechświecie, a co najważniejsze staruszek opowiedział mi o tym, co sprawiło, że teraz przypomina tak odrażającą karykaturę.

                  Stało się to 20 milionów lat temu, kiedy świat spowijała fala wojen między Banicjanami i Sajanami. Ciągłe najazdy flot z jednej i drugiej strony zachwiały spokój we wszechświecie. Osoba, z którą miałem przyjemność rozmawiać  była niegdyś  największym kapłanem, czyli władcą rodu Banicjan.Zamieszkiwali oni  święte miasto  znajdujące się u podnóża wielkiego imperium SAILOR MUN. Obowiązkiem  króla  było załagodzenie konfliktu. Udając się na ważne spotkanie,  na którym to kapłan Naruto miał pertraktować warunki pokoju  został uprowadzony  prze najemników podchwytliwego OCHI  ambasadora rodu Sajan Władca został uwięziony i pozbawiony jakiejkolwiek nadziei na ratunek swojego rodu. W dniu, w którym w całej galaktyce  huczało od wiadomości pogromienia Banicjan, kapłan Naruto został przeklęty i skazany na wieczne potępienie

Błąkając się bez celu / mając świadomość poniesionej porażki zrodziła się w nim myśl odratowania i odbudowania kultury Banicjan. Udał się do zakazanego ogrodu, w którym mieszkał wszechwiedzący mag, który wiedział, czego chciał dokonać Naruto i zgodził się udzielić mu pomocy w zamian za pięcioletnią posługę, która z góry była skazana na wielkie  wyrzeczenia i ciężką prace jednak dla człowieka, który pałał wielką chęcią zemsty, okres pięciu lat niewoli jest niczym w porównaniu z rozkoszą, jaką mogłaby mu dać odbudowa rodu i zgładzenie senatora OCHAI. I tak mijały lata aż w końcu nadszedł upragniony dzień, w którym służba u maga się skończyła. Naruto otrzymał instrukcje jak zwyciężyć i odbudować ród Banicjan. Dowiedział się ze gdzieś w odległej galaktyce znajduje się miejsce strzeżone przez armie bogów żywiołu. Za tajemniczym, mistycznym,wodospadem znajdowała się zbroja mocy, która byłaby przepustką do upragnionego zwycięstwa. Naruto otrzymał klucz do tego miejsca,to właśnie ten wisiorek, który przykuł moja uwagę, był bardzo istotny dla Kapłana. Za jego sprawą mógł odmienić swoje życie. Mag dodał jeszcze, że władca Banicjan w swojej wyprawie miał być wspomagany przez istotę ludzką, wybrać ją można było raz na dziesięć tysięcy lat. Dziwnym zbiegiem okoliczności ta data wypadła w dzień mojego przyjazdu do opuszczonego hotelu. Kapłan kończąc historie, jaka spotkała jego i wszystkich  Banicjan podchodząc znowu do okna, zapytał czy przyczynie się do dzieła odbudowy jego ludu. Wspomniał, że nagroda mnie nie minie. Ze zdrętwiałych ust i z otępiałego wzroku biła odpowiedź tak, lecz obawiałem się tej wyprawy. Poświęcić wszystko dla dziwnie wyglądającej postaci... To było niedorzeczne, ale się zgodziłem. Przez cala ta historie i dziwnie spędzony dzień nie zauważyłem, która była godzina a dochodziła właśnie 23 w nocy. Idąc do swojego pokoju usłyszałem glos Naruto „dobrze się wyśpij jutro czeka nas pracowity dzień”. Była godzina 3 w nocy, kiedy obudziły mnie dziwne odgłosy, jakby jakaś wielka maszyna miała zaraz wystartować. Będąc  jeszcze w pół śnie powoli sunąłem w stronę okna,  aby dowiedzieć się, co było przyczyna mojej pobudki. Powoli odsunąłem zasłonkę i już na dzień dobry promienie słoneczne skutecznie pozbawiły mnie wzroku na pięć minut. Uświadomiłem sobie ze to nie był dobry pomysł, tak wiec porzuciłem myśl zerkania przez okno i nie widząc jeszcze dokładnie na oczy wyszedłem na zewnątrz. Na dworze słońce dopiero co wychodziło zza gór. Ptaki radośnie śpiewały czułem ogarniającą mnie świeżość i rześkość. Nagle ponownie dał się słyszeć przeraźliwy huk. Ostrożnie  zbliżałem się do miejsca skąd dochodziły te budzące ciekawość odgłosy. Ku mojemu zaskoczeniu Naruto w postaci starca wchodził do olbrzymiej maszyny. Była to ogromna kula powleczona na zewnątrz licznymi przewodami, cala błyszczała. Naruto ustawiał cos jeszcze w komputerze pokładowym i statek był już gotowy do startu. Kapłan dostrzegając mnie udzielił mi ostatnich wskazówek przed samym startem. Pełen przerażenia dopiąłem ostatnie pasy i cudowna kula uniosła się nad hotel. Z tej wysokości rozpościerała się śliczna panorama.Widać było nawet moje dawne miejsce zamieszkania. Nagle jakieś dziwne glosy zaczęły przybliżać instrukcje bezpieczeństwa, oślepiające kontrolki ciągle migały. Na głównym planie znajdował się oczywiście Naruto operując dźwigniami, opuścił hydroplazmagator i po tej czynności nawet nie wiem, kiedy znaleźliśmy się w kosmosie. Nasza podróż zaczęła się od przybycia na planetę Saurona. Tam znajdował się podobno ostatni z żyjących ludzi Banicjan. Był on informatorem i miał nam udzielić informacji o świętym miejscu, gdyż wiadomości, które posiadał Naruto od Maga były niewystarczające. W momencie, kiedy Kapłan zbierał niezbędne dla nas dane, ja siedząc sobie w statku zobaczyłem jak grupka sześciu osób zaczęła cos dewastować w naszej maszynie. Widząc co się dzieje, wyskoczyłem z pojazdu i gdy miałem przy pomocy mojego nie zwykłego kombinezonu zastosować przeciwko jednemu z nich potężny cios Spark, rozmyli się w powietrzu. Ze zdumieniem na twarzy pobiegłem do Naruto, aby wszystko mu powiedzieć. Lecz gdy przybiegliśmy z powrotem statku już nie było. Staliśmy tak przez dobre kilka minut wryci w miejsce, gdzie przed chwilką stał nasz pojazd kosmiczny. Naruto powoli powątpiewając w powodzenie naszej misji, udał się do człowieka informacji, do mnie nie odzywając się nawet słowem. Przez moje głupie zachowanie nie mogłem przecież dopuścić do tego, aby cale nasze plany legły w gruzach. Nie namyślając się długo postanowiłem trochę powęszyć. Na efekty nie musiałem długo czekać, w polu mojego zasięgu znalazła się elektroniczna wizytówka, na której była data świetlna mówiąca o tym ze za sześć dób, czyli za jedna godzinę naszego czasu odbędzie się międzygalaktyczny mecz, w którym nagroda główną ma być SEZAM ULTRA FLUKS najpotężniejszy i najbardziej unowocześniony statek we wszechświecie. Nie mówiąc nic Naruto skorzystałem z jego teleportera i w ciągu paru sekund znalazłem się na przezroczystym stadionie. Uradowany tym, że będę mógł zrobić cos dobrego dla mojego towarzysza udałem się do punku zbornego, gdzie odbywała się selekcja drużyn. Właśnie przecież nie miałem swojego teamu i co ja miałem teraz zrobić, wszystko już było gotowe. Podświetlone od wewnątrz boisko śliczna gładka powierzchnia tafli wody, nawet wodna piłka, wszystko to już było zorganizowane. W panice szukałem jakiegoś wyjścia z całej tej sytuacji i nagle dołączyło do mnie pięciu zawodników. Na ich czele stal Jorgiejew, będący kapitanem drużyny. Zaproponował  mi udział w rozgrywkach . Nie namyślając się długo zgodziłem się. I tak przebrnęliśmy  przez eliminacje docierając do finału . Sam nie wierzyłem w mój dotychczasowy sukces. Teraz musiałem się zmobilizować, piłka była już na środku boiska. Organizatorzy zadbali jednak o dreszczyk emocji i tak w najmniej oczekiwany momencie boisko wodne zamieniło się w lodowa gładką powierzchnie. Naszym przeciwnikiem w finałach byli Shadowsi, musiałem się bardzo starać by nie zawieść mojego przyjaciela. I tak po trzech minutach widowisko rozpoczęło się na dobre. Jorgiejew  podbiegł do piłki  po świetnej  serii zwodów wybił się na wysoka  odległość  i zdołał  dograć na przeciwległą stronę. Piłka jak zaczarowana zaczęła emanować zielono-niebieskim światłem. Była teraz w posiadaniu Klilana zawodnika z numerem 11, przedarł się skutecznie przez obronę i w momencie, kiedy miał zastosować niebiańskie uderzenie został brutalnie sfaulowany. Dla naszej drużyny  oznaczało to  utratę zawodnika i tak z nieba ze specjalnego sektora zaczęła zlatywać specjalna maszyna , uchyliła czerwone wrota i Klilan został teleportowany na obserwacje. Od tej pory graliśmy w piątkę. Wszyscy byli przytłoczeni utrata naszego gracza, co spowodowało rozproszenie i to było przyczyna utraty gola po strzale Trajana, kapitana drużyny Shadowsów, wybił się w powietrze używając strzału SMOKA. Organizatorzy po tym zagraniu musieli wymienić cala bramkę. Do końca pierwszej połowy zostało mało czasu. Wynik był ciągle bez zmian, przegrywaliśmy 1-0. Lecz w ostatnich sekundach nadzieję dla naszego zespołu przywrócił Jorgiejew, zaskakując  obronę przez niebiański unik, stal się on niewidzialny i bez problemu umieścił piłkę w bramce  doprowadzając do remisu. Gasnące boisko oznaczało koniec pierwszej połowy, w dobrych  nastrojach schodziliśmy  do naszych szatni. Lecz wszystko, co dobre szybko się kończy. Kapitan drużyny Shadowsów postąpił nie sportowo, trafił Jorgiejewa swoją najpotężniejszą techniką - uderzeniem furii. Jorgiejew zachwiał się na nogach tracąc na moich rękach przytomność. Krew powoli zaczęła wypływać z ust, wzrok powoli mętniał, ale jakże  był wymowny, mówił wygrajcie te rozgrywki. W ostatnich minutach przed utrata świadomości  Jorgiejew podarował mi opaskę kapitana, poczym został przeniesiony, podobnie jak Klilan  na obserwacje. Myśl  tego ze mogło cos się stać Jorgiejewowi,  mojemu przyjacielowi  z drużyny spowodowała  ze cos zaczęło się we mnie zmieniać. Stałem jak słup, ogarnięty wizja ostatniego zdarzenia. Czułem jak moje ciało od wewnątrz wypełnia fala gorąca jak krew coraz szybciej płynie w żyłach. Uklęknąłem i nagle z mojego ciała zaczęła się wydobywać białe światło, jakaś dziwna moc ogarnęła mnie całego, przypływ sil i energii spowodował, że już nie mogłem się doczekać na początek drugiej połowy. Przez całą ta przemianę nie zwracałem uwagi na moich zawodników, którzy mówili do siebie nazywając mnie jakimś wybrańcem, nie wiedziałem do końca o co chodzi, szczerze powiedziawszy nie interesowało mnie to w ogóle, czekałem tylko na... No właśnie, wyjście na boisko, które oznajmił glos komputera pokładowego. Wychodząc  na lodowa murawę miałem tylko jedno marzenie, zwyciężyć dla Jorgiejewa. I zaczęło się. Każdy grał dla ciężko kontuzjowanego kapitana. Na myśl o nim padał strzał za strzałem. Końcowe minuty meczu miały rozsądzić wynik spotkania. Piłka była w posiadaniu Shadowsów, grali jak natchnieni,  przechodząc  wszystkich zawodników. Zostałem tylko ja i bramkarz. Podbiegając do Trajana skutecznym wślizgiem udało mi się odebrać piłkę, lecz nie zauważyłem, że to była sztuczka złudzeniowa, klon. Kiedy się obejrzałem już go nie było, tak samo jak i piłki pod moimi nogami. Z drugiej strony ukazała się postać kapitana Shadowsów, wbiegł na pole karne ... wszystko było teraz w rękach bramkarza . Trejan niemalże przy tym strzale zniszczył piłkę, ta z kolei jak piorun z zawrotna prędkością sunęła prosto w okienko. Na szczęście bramkarz zachował się przytomnie, dobiegając do słupka odbił się od niego wykonując dwa obroty w powietrzu wybronił ten strzał nogami, piłka niemalże wepchnęła go do bramki, lecz zachował zimna krew i stal się bohaterem tego meczu. Do końca została jedna minuta. Piłka dostała mi się prosto pod nos. Uchwyciłem ja obiema nogami kiwając kapitana Shadowsów. Ostatnia akcje wyprowadziliśmy taktyką Jorgiejewa - trójkątem Borgów. Podania były kluczem do zwycięstwa, dlatego jak grom przeszliśmy całe boisko. Na przeszkodzie stal teraz tylko bramkarz. Piłka z przeciwległego skrzydła znów trafiła mi pod nogi, nie mogłem zmarnować  takiej  okazji.  Biegnąc  do bramki  zauważyłem, że bije ode mnie światło takie samo jak w szatni, krople potu coraz szybciej zaczęły napływać na skronie. Teraz  liczyło się tylko zwycięstwo. Dziesięć sekund  przed końcem czasu złożyłem się do strzału, cały płonąc w białym świetle. Piłka jak kometa zostawiała za sobą  jasna smugę. To były sekundy  mojego życia, bramkarz jak sprężyna wyskoczył łapiąc ja w ręce, nagle widoczne było, jaką mu trudność sprawia  utrzymanie  równowagi. Powoli zaczął wbijać się w lód, cofając się przy tym w stronę linii bramkowej. Dwie sekundy do końca, to dla nas była prawdziwa wojna nerwów, Bramkarz Shadowsów był w tarapatach, nagle światło zaczęło bardziej emanować, zakrwawione ręce powoli zaczęły omdlewać, co sprawiło, że piłka łącznie z zawodnikiem drużyny Trejana wpadła do bramki. Na stadionie rozległy się okrzyki radości. Ja sam jeszcze nie mogłem w to uwierzyć, podrzucany do góry przez swoja drużynę patrzyłem na tych  wszystkich dziwnie wyglądających ludzi cieszących się z naszego zwycięstwa. Nagle moja uwagę zwróciła znajoma postać, tak to był Naruto, cały rozpromieniony  widział mecz i się uśmiechał. To sprawiło, że jeszcze bardziej cieszyłem się z wygranej. Po odebraniu  wszystkich gratulacji i komplementów udałem się  do centrum, żeby zobaczyć  jak się czują Jorgiejew i Klilan. Ich stan był znacznie lepszy, nastąpiła duża poprawa. Kiedy razem świętowaliśmy nasz sukces  do centrum przybył Naruto. Wpadł na sale jak poparzony,  mówił coś, lecz z tego bełkotu niczego nie zrozumiałem, oprócz ostatniego  słowa „udało się”. Naruto już po dojściu do siebie  powoli i na spokojnie  wszystko opowiedział. W momencie, kiedy ja toczyłem wojnę o zwycięstwo na boisku Naruto za pomocą informatora  uknuł podstępną intrygę. Okazało się, że ambasador  Ochaja był na rozgrywkach  galaktycznej  piłki  a jego podopiecznymi byli Shadowsi. Naruto mówił dalej. Zaniepokoiło mnie to, że nie odnajdę zbroi  mocy, dzięki której  moglibyśmy  odbudować ród  Banicjan, ale jak się potem okazało  miejsce, w którym  ona się znajdowała to stadion. Usłyszawszy to na moment zamarłem. Naruto ciągnął dalej. Nie zauważyłeś  niczego dziwnego w czasie trwania rozgrywek  np. tego ze udało Ci się uwolnić moc światła. Peter skłamałem, mówiąc, że towarzysza wyprawy  wybierano na dziesięć tysięcy lat. Koleje losu sprawiły ze dotarłeś do mojej kryjówki,  dlatego że jesteś jednym z nas. Nie potrafię wytłumaczyć jak się to stało, ale wiem ze jesteś wybrańcem, a zbroja mocy to właśnie światło. Wyzwalając tą energie  blask  otaczał Ciebie jak i Twoich  kompanów  dając im ochronę i moc. Pewnie zastanawiasz się gdzie Bogowie  żywiołu,  którzy mieli strzec tego daru. Może to Ci się wydać trochę dziwne, ale byli obecni przez cały czas trwania zawodów w postaci lodu i wody. A więc to o to chodziło, o dwa żywioły. Teraz zrozumiałem, dlaczego trudno mi było funkcjonować w świecie  ludzi, na ziemi. Wiedziałem od dziecka, że byłem wyjątkowy, ale nie potrafiłem  pojąć, w czym tkwi moja potęga. Teraz jest już wszystko jasne, ale zastanawiałem się jeszcze nad tą intrygą. Naruto jakby  z większym entuzjazmem zabrał się do opowiadania. To już koniec, koniec mojej zemsty. Umówiłem się  w szatni z ambasadorem nie wyjawiając mu jednak mojej tożsamości. Rozmawialiśmy na tematy przeszłości związane z niechybnym objęciem jego władzy. Podałem się za galaktycznego kupca, chcącego wykupić od niego prawa rządzenia  planetą Sauron. Wcześniej jednak zainstalowałem super diagralny czujnik głosu rejestrujący naszą rozmowę. Po dobiciu  targu na zewnątrz  wirtualnego stadionu czekali już informator i gwiezdni jeźdźcy stanowiący prawo w tym rejonie. Nawet nie wiecie,  jaką miałem satysfakcję patrząc na twarz człowieka odpowiedzialnego za śmierć tylu ludzi, Banicjan.

To już koniec naszej wyprawy chłopcze, dowiodłeś ze jesteś jednym z nas. Teraz od Ciebie zależy czy wrócisz na ziemie czy zostaniesz tutaj wśród swoich. Nie musiałem się długo zastanawiać odpowiedz była prosta.... Żyłem jeszcze bardzo długo, do końca poznawszy piękno mojej planety jeszcze przez kilka dobrych lat odnosiliśmy sukcesy z drużyną Jorgiejewa. Przyznam, że nie żałowałem tej decyzji, mało tego cieszyłem się, że w końcu znalazłem moje miejsce we wszechświecie.

 

 KONIEC

 Autor: Piotr Pietrzyk
 Data publikacji: 2007-01-01
 Ocena użytkowników:

 Zobacz inne utwory autora »
 Skomentuj »


 KOMENTARZE
Ułóż od najnowszych ↑

 ; ]
Super tekst! PiOtrek masz Talent! Pewnie po Asi ;P

Nie no zartuje! Bardzo fajnie piszesz. ;DD

Powodzenia i pozdrawiam ;**
Autor: Olcia
 ...
Świetna praca.Widać, że autor ma talent.
Autor: Łukasz
 proszę o więcej.! ;p
super się czyta. ciekawe co jeszcze chowasz w swojej szufladce... ;>
Autor: osadzona_
 dla mnie bomba
dla mnie bomba... gratulacje za udaną pracę :)
Autor: ja
 :)
Świetna praca :)
Autor: :)
 dobre 4
Opowiadanie fajne, dobrze sie czyta, poza paroma niedociągnięciami w fabule. Najbardziej rzucające sie to: "koledzy z druzyny", przeciez on ich nie znał oraz końcówka ;}
Możnabyło to rozegrac inaczej.
Za reszte gratulcje ;]
Autor: Mtrthil


« Powrót



Nasi użytkownicy napisali 73150 wiadomości na forum oraz dodali 355 publikacji.
Zapisało się nas już 1452

Ostatnio do paczki dołączył NiewolnikSzatana

 
Po stronie kręci się 6 osób: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych, 5 gości.

Zarejestrowani Użytkownicy: Laridae
 


       Dział Literatury:

   •   Recenzje Fantastyki
   •   Autorzy Fantastyki
   •   Artykuły
   •   Poczytaj fantasy
   •   Poczytaj SF
   •   Poczytaj różne
   •   Cała proza
   •   Poezja
   •   Publikuj własne dzieło »

Myśl

Krytykować łatwo, tworzyć trudno.

  - Philippe Destouches
  
Strona główna | Mapa serwisu | Wersja tekstowa | O stronie | Podziękowania
Sponsoruj mythai.info | Informacje o prawach autorskich | Kontakt

© 2004 - 2005 Mariusz Moryl
 
zamknij
Masz nowych listów.