Użytkownik: Hasło: Rejestracja
 Zenek w krainie kangurów

Część 1

 
A to skurczybyk – pomyślał Zenek – już dwie godziny się z nim zmagam, ale jeszcze nawet choćby krzty krwi nie uronił. Jebut! Potężne beknięcie gada zmiotło z powierzchni ziemi kilka kolumn i formacji skalnych podtrzymujących sklepienie.

- Jezusie Święty, to nie może być prawda! Bite trzydzieści lat w tym fachu siedzę, a jeszcze nie miałem sposobności...

- COJESTZIOM?! – Rozmyślania przerwało Zenkowi pojawienie się głowy jego celu tuż ponad głazem chroniącym go od ataków.

- No, co się tak gapisz? Gadającego smoka nie widziałeś?

- Nieeee, widziałem, ale dlaczego moje ataki nie skutkują przeciwko tobie?

- No, bo używam kod... to znaczy czarnej strony mocy!

- Aaa... Oszust się znalazł! No to dawaj spróbuj teraz cwaniaku!

- Zenon otworzył podręczny księgozbiór dla niedouczonych i wyszukał pod literką „K” rozdział KODY. Znalazłszy odpowiednie inskrypcje łyknął sobie jeszcze trochę napoju duchowego (z łac. Spirytus) i na jednym tchu wydarł z gardła formułkę zaklęcia:

- Tylda GOD Enter!

- Co ty robisz? Tylko ja mogę oszukiwać! Ale zresztą co mi tam. I tak masz tylko nędzny mieczyk, za to ja mam zbroje płytową +240 obrony!

- Taki jesteś cwaniak? Więc patrz i szykuj sobie ostatni garnitur jak włożysz! GUNSGUNSGUNS!!

W momencie wypowiedzenia tej tajnej i zabronionej przez prawo formuły zaklęcia obok paladyna Zenka pojawił się spory arsenał pozwalający stoczyć małą wojenkę z Irakiem lub Afganistanem. Ujął w jedną rękę M16 (oczywiście +500 ataku i możliwość przebicia pancerzy) a w drugą panzershreka i strzelając na oślep biegł na smoka. Gwoli ścisłości smok także miał włączoną nieśmiertelność, ale z powodu zbył dużej ilości obiektów lecących w jego stronę wystąpił u niego krytyczny wyjątek i wszystkie modyfikacje jakie wprowadził szlag trafił...

- NIEEEE!!! Zasłonił się łapami, ale pędzące w jego stronę rakiety i naboje rozłupały mu czaszkę i rozbryzgały mózg na ścianie.

- He, he, niezłe to jest, chyba sobie zostawię na zaś... może się przydać. – Powiedział po czym uzupełnił „manę” i dezaktywował kody zostawiając sobie jedynie trochę karabinów i amunicji do nich.

Gdy wyszedł przed jaskinię tłum wieśniaków rzucił się do środka. Kmiotkowie usiłowali wydobyć skarby i co tylko zostało ze smoka, natomiast dzielny ruszył do swojej chabety którą zaparkował zaraz za rogiem.

- Co do diaska?! – Zdziwił się paladyn gdyż zobaczył że straż miejska założyła mu na konia blokady. – Przecież to nie jest nawet miasto! Tak czy siak muszę te całe papiery podpisać u sołtysa...

Zdegustowany ostatnią akcją Zenek ruszył wiec pieszo w stronę pobliskich zabudowań. Po kilku godzinach dotarł wreszcie do bramy. Od początku wydawała mu się dziwna, lecz teraz to co zobaczył przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Miała wielkie czarne okucia i ogólnie była wielka i czarna (prawdopodobnie od zanieczyszczeń powietrza) a gdzieś tam na jej czubku było takie okienko nad którym wisiała tabliczka „czarna brama w trakcie remontu – za niedogodności przepraszamy”.

- Naprawdę, ja to mam pecha. Rozumiem raz na jakiś czas, ale bez przerwy? Najpierw smok, potem koń, a teraz to? Zaraz, chyba mam „pomysła”- Po czym wyciągnął znaną już książeczkę i wyszperał zaklęcie lewitacji: „wingardium leviosa” wykrzykną paladyn i zaraz potem poderwał się z ziemi ale jego lot zatrzymały celne strzały z działek obrony p. lotniczej. Gdy spadł już na ziemie zobaczył znak mówiący że w razie remontu bramy można wejść do miasta dziurą w murze na lewo. – Tego tu nie było... – powiedział sam do siebie Zenek i ostrożnie spojrzał przez wyrwę. Na szczęście było spokojnie. Wszedł do środka i skierował się do budynku naprzeciw głównej drogi, gdzie znajdowało się biuro sołtysa. Budynek był bogato zdobiony i błyszczał się złotem już z daleka. Dodatkowo uwagę przyciągała jego wielkość. Z prostokątnego fundamentu wystawały dwie strzeliste wieże z czego jedna zakończona była talerzem anteny satelitarnej. Zenon wszedł spokojnie po schodach i już miał otwierać drzwi gdy te same rozsunęły się przed nim. – No no no... Francja elegancja - mruknął paladyn na widok kunsztownie zdobionych wnętrz. We wnętrzu molochu nie trudno było się zgubić, ale drogę do biura sołtysa oznaczono specjalnymi strzałkami w wielu językach (także w suahili). Korytarz prowadził do dziwnie wyglądających drzwi z cyferkami i strzałka nad nimi. Obok znajdował się panel z dwoma guzikami. Zenek bardzo lubił guziki i powciskał sobie je kilka razy aż drzwi rozsunęły się cicho. Niewiele zmieniło się tu od ostatniego pobytu, wiec szybko udało mu się wjechać na najwyższe piętro wschodniej wieży i trafił do celu. Wszedł do pomieszczenia na końcu którego było wielkie okno i biurko z krzesłem.

- Witam Pana, Panie Architekcie

- Usiądź i odpowiedz na moje pytania: ile jest 2x2, czy rzeczowniki ulegają deklinacji i czy załatwiłeś tego pasożyta co gnębił okoliczne wsie?

- Panie, na dwa pierwsze pytania to może i nie znam odpowiedzi, ale jeśli chodzi o tego „robaka” którego miałem unicestwić to okazał się on smokiem i...

- Wiem, wiem... Architekt wie wszystko... Następne twoje zadanie to unicestwienie jedynego nocnika który jakimś dziwnym trafem pojawił się w Matr... ekhm, naszym pięknym świecie. - Architekt uśmiechnął się tak szkaradnie, iż czerń jago próchnicy oślepiła Zenka - A oto twoja zapłata za wykonaną misję. Zgodnie z umową 3,50 brutto.

- Panie, ależ to nawet na zapłacenie mandatu za złe parkowanie nie wystarczy....

- No to co...

Po krótkiej acz treściwej rozmowie Zenek znajdował się już w windzie i powoli zjeżdżał ze sto czterdziestego piętra. W telewizji leciały akurat wiadomości. Opisywano w nich coraz większe zanikanie barier czasoprzestrzennych oddzielających czasoprzestrzeń Ziemską i tą w której żyje nasz bohater – świat Azeroth. Wsłuchał się w komentarze lektora, gdyż nie potrafił zbytnio przeczytać i zrozumieć takiej ilości wzorów i obliczeń. – he, he, telewizja edukacyjna – pomyślał, po czym wyszedł z windy do głównego holu i potem na dziedziniec. Jego uwagę jak i wszystkich mieszkańców wzbudziła dziwne zakrzywienie na niebie, które powoli rozszerzało się do gigantycznych wręcz rozmiarów. Zenek wnet zrozumiał że jest to jedno z tych zaburzeń o których oglądał program w telewizji. Przeważnie takie anomalie kończyły się tym, że coś albo wpadało do Azeroth, albo wypadało na Ziemie, więc tłum gapiów z niecierpliwością oczekiwał tego momentu. Nagle z dziury wyleciał rozpędzony samolot, których to niezłą kolekcję kraina posiadała w miejscu odpowiadającym trójkątowi bermudzkiemu na ziemi... ten jednak był inny. Nie był to mały pojazd, tylko wielki kawał blachy który kierował wprost się na rynek miejski. Samolot został natychmiast strącony przez obronę przeciwlotniczą architekta, i jakimś cudem w miarę w jednej części awaryjnie wylądował na rynku. Zenek, zawiedziony brakiem fajerwerków, zajął się swoimi sprawami. Pojazdy natychmiast otoczyła chmara gapiów a dziurę w czasoprzestrzeni likwidowali magowie z SB. Zenek z racji pełnionego zawodu paladyna mógł spokojnie wejść do środka, nie martwiąc się o to, iż ktokolwiek będzie mu robił wyrzuty. Wdrapał się na skrzydło i otworzył tylne drzwi. Pusto. Wszedł do środka i przeszukał cały samolot – PUSTO! Wszedł do kokpitu i dopiero tam zastał dwóch starych mężczyzn w szarych workach na ziemniaki i ze zwiniętym papierem toaletowym w roli turbanów na głowie. Z ust toczyli pianę a obok leżała miska z białym proszkiem oraz dwie łyżki.

- W –Ą – GL – IK – wyczytał z trudnością Zenek gdyż kartka była ubrudzona pianą. – hmmm, ciekawe co to jest... jakaś przyprawa pewnie albo słodzik. A co mi szkodzi – wziął trochę proszku na łyżkę i zjadł. Smak był dziwny. Lekko słony, także z pewnością to nie był słodzik...  Zenek postanowił dokładniej zbadać samolot i znalazł tam kilka gazet które schował do kieszeni płaszcza. Przed wyjściem wziął miskę z wąglikiem i zjadł prawie całe 4 kg. Musiał czymś nadrobić brak śniadania. Po wyjściu z kabiny pilota zauważył że w przedziale pasażerskim rozkręcono interes w postaci muzeum. No cóż, co kraj to obyczaj... Zenek przecież zawsze był a przedsiębiorczością Została jeszcze sprawa zapłacenia mandatu za niewłaściwe parkowanie. Na miejscu niestety okazało się że koszt zdjęcia blokady z konia przewyższa jego wartość (nie mówiąc już o możliwościach finansowych Zenka) wiec sprzedał go na giełdę. Cel wyprawy znajdował się bardzo daleko, a dotarcie tam bez szybkiego środka transportu trwałoby lata i przez tak długi czas nocnik na pewno by ukradli.

No cóż, może na stopa jakoś dojadę.... – myślał paladyn i począł iść jakąś ścieżką w nieznane....

 

[...]

 

- Ale ta zbroja uwiera! I waży chyba z tonę! Nie no, tak nie można bohaterów zostawiać! Mam misje do wykonania, a wszystko obraca się przeciwko mnie!...

Zenek szedł już z dobrych pięć dni i droga z maleńkiej ścieżki przeistoczyła się w 4 pasmową autostradę na którym panował wielki ruch...

- Panie, błagam! Ulituj się nad paladynem! Podrzuć na bryczce do najbliższego miasta!

- A wała!

Ludność w tych stornach jest bardzo zabobonna i bojaźliwa. Zenek szedł już wykończony a na dodatek był środek lata, więc słonko niemiłosiernie grzało i temperatura sięgała ponad czterdziestu stopni w cieniu, co powodowało u paladyna efekt fatamorgany. W oddali dostrzegł małą oazę – lasek świerkowy dający cień.

- Boże spraw żeby był prawdziwy!

I był prawdziwy. Zenek opadł na chłodny mech i delektował się chłodem cienia i wilgocią ściółki. Obmacał się po kieszeniach w poszukiwaniu jego ulubionej gumy balonowej Huby-Buby przeszmuglowanej z ziemi, ale nic nie znalazł oprócz gazet z samolotu... Postanowił je przejrzeć i na okładce jednej z nich zobaczył sportowe Porsche.

- A może by tak... Nie! Nie mogę! Nie tak często! Mistrz Joga ostrzegał że MOC może kusić! Nie mogę, jestem przecież paladynem! Po chwili namysłu jednak Zenek zmienił zdanie.

- A co mi tam! Nikt mi nie zabroni! ADD_OBJECT_PORSCHEGT3 !!

I na drodze zmaterializował się pojazd identyczny jak ten z obrazka. Zenek szukał na początku koni mechanicznych, ale po chwili załapał ze zwierząt do napędu nie trzeba. Do tego fotele były takie wygodne i wydawało mu się ze już gdzieś widział takie kółko przed szybą. Pokręcił w prawo i wyszedł sprawdzić, co się stanie. Po niecałych trzech godzinach umysł paladyna był bogatszy o umiejętność prowadzenia pojazdów. Powoli, bo jeszcze nie czuł się pewnie wyjechał na drogę i ruszył na północ... Po chwili wyprzedzania zauważył przed sobą wóz, który nie chciał go zabrać. Zatrąbił, a potem wbił wyższy bieg i wcisnął gaz do oporu. Koła zamieliły, a przestraszony koń załatwił się wprost na swojego właściciela. Silnik mruczał przyjemnie i droga do miejsca, gdzie znajduje się nocnik malała z każdą minutą....



Część 2

 

Zaczynało się już ściemniać i burzowe chmury pokryły wieczorne niebo gdy przed mostem śmierci z piskiem opon (nie wiem jak on to zrobił, ale zrobił) na polnej dróżce zatrzymało się okurzone i brudne porsche. Z nieba zaczęło kropić świeżymi żabami, a potem spadł prawdziwy deszcz, co rzadko zdarza się w tych stronach Azeroth. Woda spłukała cały syf z karoserii i zamieniła pobliski wąwóz w bystrą rzeczkę, która wyrywała w swoim korycie drzewa i niszczyła domy ludności przesiedlonej tu po ostatnich opadach. Ci, którzy mieszkali ponad poziomem wody, oglądali teraz wspaniały reality show i turlali ze śmiechu z tych, których zalało. Po kilku minutach intensywnych opadów grunt pod nogami gapiów obsunął się i teraz wspaniałą rozrywkę mieli ci którzy zdążyli wyjść na drugi brzeg. Podmycie było tak duże, że po chwili zaczęło obsuwać się całe zbocze. Zza szyby srebrnego porsche dało się słyszeć cichy pomruk i po sekundzie cały deszcz zniknął a ziemia znów wysuszyła się na kamień. Okoliczni wieśniacy zniesmaczeni takim obrotem sprawy (znikła ich jedyna rozrywka) nerwowo spoglądali w stronę samochodu po czym złapali za widły lub cokolwiek innego co mieli pod ręką i ruszyli do ataku. Byli już niecałe 200 m, gdy silnik odezwał się na wysokich obrotach, koła zabuksowały i maszyna nabierając prędkości ruszyła naprzeciw atakującym. Porszak wbił się w tłum i zawrócił na ręcznym jednocześnie mieląc komuś twarz i wkręcając jelita w półośkę. Wielcy magowie badający zachowania tłumów twierdzili, że w razie zagrożenia wszyscy znikają z pola widzenia atakującego, ale aż tak szybko?

- No nie powiem, Ziemia to brutalna planeta – powiedział sam do siebie Zenon patrząc na leżącą obok niego reklamę CARMAGEDDON 2000 wyrwaną z jednego z czasopism znalezionych w samolocie. Zaczynało robić się już całkiem ciemno, więc postanowił poszukać jakiegoś lokum na przenocowanie i ruszyć w dalszą drogę dopiero rankiem. Włączył „długie” i oślepił przy okazji jakiegoś staruszka na wózku inwalidzkim. Zmienił światła na drogowe i powoli wzdłuż podmytego urwiska wyglądał jakiegoś hotelu, motelu czy nawet w ostateczności gospody, ale nagły skok cywilizacyjny ustanowił to miejsce na końcu jego wymagań. Nie znalazł nic... Spostrzegł jednak warsztat naprawczy wozów i wyszedł zapytać się o nocleg.

-   Przepraszam gospodarzu, czy znajdzie się może miejsce dla paladyna?

-   Nie.

-   Nic? Nawet w stodole?

-   NIE.

-   Nic? Chociaż taki malutki materacyk?

-   NIE!

-   Proszę...

-   NIE, kur** m**!!!

-   To zjedz chamie!

I poszedł spać do samochodu bo nie było dla niego miejsca w gospodzie... Nad rankiem obudziły Zenka dziwne odgłosy. Wyjrzał przez okno. Tam lokalne menelstwo odkręcało koła i ustawiało samochód na cegłach.

-   Łojezu! Ja wam pokażę, menele!

-   Resocjalizować się mi tu, a nie kraść koła!

-   Aaa!! Nie zabijaj!! Mam żonę i dwadzieścioro pięcioro dzieci z czego dwadzieścia cztery nie ma nóg ani rączek i tak pełzają! Tylko ostatnim bóg nas pokarał i się dziewczynka urodziła... Resztę kochamy! Oszczędź menela biednego...

-   Poszedł się resocjalizować, ale już!

Po pogonieniu meneli trzeba było cos zjeść i ruszyć dalej na północ. Zaraz obok stał „McCow” jeden z wielu milionów lokali sieci „FAST TŁUSZCZ”. Dziwne, bo wczoraj go tu nie było, ale nie wnikajmy w szczegóły. Jest i tyle. Zenek wszedł do środka i zamówił dwa „Wieśmaki” i pół litra „many”. Obok siedzenia oparł swój stary, nieużywany już od dawna miecz który pokolorował kredkami znalezionymi w samochodzie przez co wyglądał jak boski artefakt. Zjadł zamówione jedzenie i uzupełnił poziom „many” w organizmie po czym zapłacił kartą mastercard i wyszedł. Odetchną świeżym porannym powietrzem i uderzył go ostry zapach spalonych zbuków.

-   Błeeee...! Najmilsza chwila poranka....

Zarzucił miecz na plecy, otworzył drzwiczki, uruchomił silnik i pojechał na drogę nr 55 w kierunku miejsca ukrycia jedynego nocnika.

 

[...]

 

-   Stój! Nie przejdziesz!

-   Dlaczego?

-   Nie przejdziesz jakiem Gandalf Szary!

-   No dlaczego nie?

-   Jestem sługą tajemnego ognia i w ogóle, więc jak mówię ci że nie przejdziesz to nie przejdziesz...

-   Eee no, daj sobie spokój co? Tych przede mną przepuściłeś a mnie nie?

-   Balrog! Nie dostaniesz drużyny pierścienia żywy!

-   Ty no daj se spokój jestem Zenek a nie Balrog! Z-E-N-E-K

-   CO? Nie, no znowu mi się pojebało! Kurde, starość nie radość, a na dodatek to jedyny most na jaki trafiłem...

-   Spoko, i tak coś ta twoja drużyna nie przejdzie chyba cała na drugą stronę...

Gwoli ścisłości trzeba by tu dodać ze po środku mostu znajdowało się zwężenie z takich betonowych klocków i budka ze szlabanem. Na drodze stał obdarty menel udający strażnika i zadawał 3 pytania do jakiegoś kurdupla:

-   Podejdź tu młodzieńcze...

-   Nie jestem młody! Mam 45 lat!

-   No patrz, a raptem 1.20 wzrostu...

-   Gandalf! On się ze mnie nabija!

-   No dobra, dobra.... Każdy kto chce przejść przez most śmierci musi odpowiedzieć mi na pytania trzyyyy, wtedyyyy drugą stronę zobaczyyyy...! Jak brzmi twe imię?

-   Jestem Frodo Baggins z Shire!

-   2! Jaki jest twój cel?

-   Zniszczyć pierścień w odmętach Góry Zniszczenia.

-   Pierścień... A napisałeś ze nie masz nic do oclenia! No dobra 3! Jaki jest twój ulubiony kolor?

-   Niebieski.... Nie żółty! Żółtyyy........

-   Łolaboga! Krzyknął Gandalf i wyciągną spod szlafroka miotłę GIMBUS 3000 pro i poleciał ratować spadającego w przepaść Froda... Zenek korzystając z okazji ruszył ku celnikowi i zatrzymał się na jego polecenie. Pierwsze dwa pytania były identyczne ale trzecie zbiło go całkowicie z tropu...

-   Dokumenty, paszport i zieloną kartę poproszę...

-   CO?

-   No to! Mam powtórzyć?

-   Nie mam...

-   Aaa... to ok. Możesz jechać.

-   Wow... dzięki.

Zenek ruszył z piskiem (tym razem na asfalcie ale skąd w takich czasach asfalt?) I pomknął nowiuśką autostradą ku miejscu ukrycia jedynego nocnika. Droga była długa i nudna, gdyż przemierzał teraz pustynie i nic poza piaskiem nie pokrywało horyzontu. Jednak kropka oznaczająca miejsce ukrycia przybliżała się na GPS dosyć szybko i po 24 godzinach jazdy i zmianie klimatu z pustynnego na umiarkowany paladyn w swoim porsche zatrzymał się przed bagnem oznaczonym tabliczką „Miejsce ukrycia jedynego nocnika mogącego zniszczyć świat – prosimy nie wchodzić i nie deptać trawników”. Krajobraz był tragiczny, zniszczone przez czas konary. Wielkie muchy rozmiarów dorosłego bawoła które trzeba było wycinać mieczem oraz opary siarkowodoru pochodzące z ciał śmiałków odstraszały chcących zdobyć nocnik. Zapłacił na parkomacie za 5 dni z góry gdyż miał przeczucie, że szybko nie powróci z tego miejsca. Do pasa przypiął kilka buteleczek „many” oraz naostrzył laserowo nóż z telezakupów. Do kieszeni wsadził podręcznik czarnej magii oraz gazety z samolotu. Na plecy zarzucił shotguna oraz M16 i obwiązał się taśmą naboi. Przed wejściem rzucił jeszcze czar ochronny oraz włączył autoalarm w samochodzie i ruszył ostrożnie przez trawniczek kierując się strzałkami wskazującymi drogę. Zaraz potem dotarł do wysepki na której był ceglany cokół, lecz bez żadnego pomnika. Ot sama podmurówka ze schodkami. Zenek jako doświadczony paladyn wyczuł tam zróżnicowanie MOCY i po dokładnym przestudiowani przewodnika i księgi magicznej w głowie ułożył plan jak przedostać się dalej. W maszynie do Coca Coli wybrał opcję „NOGA” i przez otwór wypadła mu świeżo oderwana noga w resztkach dresu. Następnie owinął w kawałek papieru wyrwanego z gazety i włożył do skrzyni stojącej przy schodkach. Usiadł i wszedł w stan głębokiej medytacji. Tak głębokiej że zapaliły mu się włosy na głowie... Wyszeptał kilka linijek usłyszanych gdzieś kiedyś na bazarze i dotkną mieczem skrzyni. Oślepiający błysk rozdarł powietrze i dotarł aż do najbliższych wiosek (15000 km tak na oko) gdzie wieśniacy popełnili zbiorowe harakiri myśląc ze to koniec świata. Na bagnie wszystkie muchy powariowały i były teraz niczym rakiety. Zenek podczołgał się do portalu i z przerażeniem stwierdził że prowadzi on do świata równoległego – Ziemi.

 

[...]

 

-   Józef! Wyłaź szybciej z tego klopa! Ja wiem ze ty tam mieszkasz ale też się chce załatwić!

Korba nie mógł powstrzymać swojej irytacji takim obrotem sprawy... Już miał przystępować do frontalnego ataku na budkę gdy ta rozdęła się i pękła ukazując załatwiającego swoje potrzeby Józefa oraz leżącego na nim w dwuznacznej pozycji Zenona... 

-   Co do ch***?! Krzyknął Józef, i już szykował się do ataku na dziwnego przybysza, gdy przygotowania przerwało mu dziwne szumienie w głowie. Przełączył się na telepatię i poznał, że przybysz rozmawia po polsku. – Te! Swój! Jak boga kocham swój nam się trafił z pozaprzestrzeni!

-   Zaraz zaraz... – Wtrącił Zenon – to wy wiedzieliście, że macie tutaj wrota wymiarowe??

-   Ta! Już kilka razy coś się w tym kibelku pojawiało, a raz to nawet niemiecki U-boot wraz z załogą... Musieliśmy wtedy cały przebudowywać i teraz pewnie znowu nas to nie minie...

Nagle w głowie Zenona odezwał się znajomy głos Architekta:

-   Jesteś po drugiej stronie?

-   Tak, czy linia jest czysta?

-   Spokojnie... nikt nie będzie nas podsłuchiwał...

W tym samym czasie do meliny wpadł radiowóz i kilka oddziałów SWAT. Menele nagle zapadli się pod ziemie.

-   Architekt! Mają mnie! Linia nie była jednak czysta!

-   Zwiewaj... Na rogu jest budka telefoniczna, wykręć tam 070072772 to przeniesiesz się do tajnego bunkra.

-   OK.

Zenon ruszył biegiem w kierunku budki telefonicznej. Czarny płaszcz powiewał na wietrze. Gliniarze walili do niego wszystkim co mieli. Leciały naboje, krzesła, butelki oraz zwierzyna. Zenek dziękował samemu sobie że ubrał jednak tą zbroje którą podwędził na kiermaszu staroci. Mniejsze pociski i odłamki „innej” amunicji rozbijały się o 30cm stal. Po 2 godzinach przebiegł w tym rynsztunku 200m i już prawie dotarł do budki telefonicznej gdy zobaczył przed sobą blokadę. Przed radiowozem stał jeden policjant i mierzył do niego z fotoradaru. Kogut wył niemiłosiernie. Drugi policjant sprzątał to, co kogut narobił...

-   Te, Wiesiu, patrz - jak takie małe zwierzątko może zrobić taką wielką kupę?

Zenon dotknął już ręką klamkę budki telefonicznej i okazało się że jest zajęta. Siedział tam facet i ględził coś ze jak wyjdzie to zastrzeli go snajper itp. Zenon zobaczył kolejną na rogu i tam skierował swe kroki. Zmachał się strasznie zanim tam dotarł. Wszedł do środka i wstukał kombinację klawiszy by uruchomić ukryty mechanizm. Winda z cichym brzdękiem zsunęła się poniżej poziomu ulicy.  Przywitali go tam znajomi już menele. Krzątali się wokół wielkich zbiorników, palenisk i zwojów rurek przez które płynęła przeźroczysta ciecz. Zenon wyczuł tam ogromne wahania MOCY i zrozumiał że to tu właśnie tworzy się eliksiry uzupełniające energie magiczną. Ogromna partia produktu płynęła rurami wydostającymi się z rozlewni na wszystkie możliwe kierunki.  Zenon podszedł do Korby i zapytał:

-   Wow! Niezła fabryczka... Jakim cudem uzyskujecie takie ogromne ilości mikstur many i gdzie prowadzą te rury?

-   Esencje bimbru uzyskujemy z najlepszych i najdorodniejszych ziemniaków z polskich pół zebranych o wschodzie słońca oraz landrynków z cukru. Oczywiście wszystko z naturalnych polskich komponentów. Rury te służą do rozprowadzania na  całe terytorium kraju tego jakże potrzebnego polskiej gospodarce eliksiru…

-   No no no… a czy czasem nie wiecie czegokolwiek o „jedynym nocniku”?

-   Nocnik powiadasz… ano znaleźliśmy jakiś taki przy podłączaniu szkół w Gorzowie do naszej instalacji chcesz go zobaczyć?

-   Tak chętnie… a to nawet w szkołach można uzupełnić poziom energii magicznej?

-   Nazywaj sobie to jak chcesz… ale dla nas to jest bimber, a bimber powinien być dostępny dla każdego!!

Ruszyli korytarzem wydrążonym w ziemi. Sufit dawno popękał i podtrzymywały go teraz kartonowe kolumny, kawałki płotów, deski, kije, rury i takie świecące kijki z nauki jazdy.   Przedostali się tunelami do północnej części kompleksu gdzie menelstwo urządziło świątynie ku czci wielkiego króla bimbrowników - znanego w naszym świecie Egzorcysty Amatora i Zapalonego Domowego Bimbrownika – Jakuba Wędrowcza  (tytuły z dużej na życzenie Zainteresowanego). Po środku ogromnej sali na cokole stała złota instalacja, pod którą płonął wieczny ogień. Tworzyła ona niepowtarzalny bimber z trocin według starego przepisu aborygenów. Wokół na poduszkach leżeli w głębokim „transie” menele. Zenek wraz z przewodnikiem obeszli ich ogromnym łukiem i po wpisaniu przez Korbę tajnego szyfru ogromne wrota rozsunęły się ukazując ogromną jaskinię w której znajdowała się niezliczona ilość gablotek i różnorakich pojazdów „wykopanych podczas kładzenia rur” Po krótkiej chwili dotarli przed gablotkę w której wnętrzu leżał na aksamitnej poduszeczce srebrny poodbijany nocnik z dziurą po jakimś pocisku.

- Pozwól że wejdę w chwilowy trans aby skontaktować się z moim pracodawcą w celu potwierdzenia autentyczności artefaktu…

- Ależ oczywiście! Nie będę cham i napiję się z tobą dla towarzystwa…

Strzelili sobie po flaszce, a Zenon skorzystał z fontanny i poziom „many” w jego organizmie osiągnął znowu rekordowy poziom… W głowie panował sztorm a na odgłosy reagował ze wzmożoną aktywnością. Mózg osiągną 100% obrotów i po chwili Architekt pojawił się przed jego oczami.

- Witam Zenon, widzę, że nie nudzisz się zbytnio na Ziemi… Znowu otworzyłeś nielegalnie portal… Będę musiał obcinać ci premie… 

- Architekcie, otworzyłem portal tylko po to, byś zweryfikował autentyczność nocnika…

- Masz nocnik? Pokaż go zaraz!

- Oto i on – Zenon wziął w swoje ręce nocnik i obracał go powoli przed oczami aby Architekt mógł dokładnie zapoznać się ze strukturą i właściwościami nocnika

- Nie! To nie ten …

- To gdzie mam szukać o Panie?

- Najnowsze wyniki badań wskazują na krainę w której żyją kangury… Strzeż się ich! To są potwory jakich mało! Dla ludzi nie stanowią zagrożenia ale dla nas tak! Możesz zrobić sobie trening … oto masz adres jednego osobnika którego możesz zobaczyć i spróbować pokonać… Musze zamknąć portal bo magowie z SB coś węszą… Bez odbioru …

[…]

Zenek obudził się przed kaplicą Wędrowcza na miękkiej aksamitnej poduszce w otoczeniu całkiem nie kształtnych, skąpo odzianych lasek które tuliły się do niego i wachlowały liśćmi…

- Przepraszam drogie panie ale musze się spotkać z Korbą albo najlepiej Józefem…

- Och… proszę się nie niepokoić … zaraz po nich poślemy… a może odrobina rozkoszy?

- Hehe chętnie...

Po chwili na takim małym fikuśnym wózeczku przytoczyli się Józef i Korba.

- O! Przyjaciele! Mam problem... To nie jest jedyny nocnik.

- No to trudno… poszukasz go i na pewno znajdziesz. Coś jeszcze możemy dla ciebie zrobić?

- Tak… jest taka sprawa…

[…]

Ochroniarz ZOO we Wrocławiu leżał na podłodze, obok niego leżała butelka spirytusu której przez sen pociągał przez gumowego węża. Korba leżał obok niego i mamrotał coś o potrzebie zniesienia zakazu spożywania alkoholu przez dzieci oraz o tym, by mleko w butelkach zastąpić bimbrem z trawy i mleczy… Józef pociągną się na resztkach sił i przytomności i wyjrzał przez okno. Wybełtał zawartość żołądka na ziemie. Pierwsze piętro wydawało się jak sto pierwsze… Pomachał do siedzącego w krzakach Zenona i rzucił mu klucze do bramy.

- Masz… błee! … Otwórz nimi bramę … błee! Kangura masz tam! – Pokazał ręką kierunek

- Dzięki! – Krzyknął Zenon i otworzył bramę. Poczuł na sobie spojrzenia zwierząt… te, które były blisko szeptały:

- Te, co robi tu paladyn Zakarum? Przecież oni nie mają prawa wstępu na Ziemię! Chyba…

- Nie tam … koniec świata to będzie dopiero za kilka lat… spoko …

Zenon powoli szedł alejką w stronę którą pokazał mu Józef. Obnażył swój miecz i polał go przedostatnią buteleczką kwasu trimagnezopropanooctowoununqadiumowego (w zapisie ziemskim H2O) – najnowszego wynalazku w krainie Azeroth – wypalał wszystko prócz mieczy paladynów Zakarum. Wtem zmysły Zenona zawirowały, poczuł potężną magiczną istotę znajdującą się jakieś 200 m przed nim.  Rzucił na siebie kilka zaklęć ochronnych ale czary w tak gęstej atmosferze kosztowały go ogromne ilości energii. Na wypadek złego odbezpieczył swojego gnata i włożył do kieszeni 2 granaty. Podszedł do klatki, otworzył ją i zamknął za sobą. Zbliżył się na odległość ciosu i zawołał:

- Ej ty! Wstawaj złamasie!

- Do mnie mówisz nędzna kreaturo?

Oczom Zenona ukazał się kangur w całkowitej swojej okazałości. Nie taki jakiego znamy z ZOO, czy zdjęć w „Claudii” lub „Tinie” lecz dwunożny potwór. Pazury poprzeszywały od dawna zarośnięte miejsca. Na grzbiecie pojawił się kolec a z paszczy jechało zbukami. Ogon wydłużył się i zmienił w coś na kształt bicza a torba napełniła się kwasem. Z dupy wyrosło żądło a oczy świeciły czerwonym blaskiem. Kangur rzucił się na Zenona i rozdarł swoimi szponami prawe ramie. Zenon kontrował mieczem. Atak był skuteczny i po chwili kangur nie miał ogona. Komórki zamiast obumierać tworzyły jednak ponowne połączenie i po kilku sekundach kolejna łapa  znajdował się na miejscu ogona.

- Nał ju szud daj!

- Fakaj się złamanie! Gadaj lepiej gdzie nocnik!

- Nigdy nie dostaniesz nocnika!

Potwór rzucił się na Zenka i powalił go na ziemie. Masa była tak wielka że Zenon nie miał siły zrzucić kangura z siebie. Wyswobodził jedną rękę i odpychał teleskopowe szczęki kangura od swojej głowy. Wymacał palcami pulsującą tętnicę szyjną i korzystając z technik nauczonych podczas treningu z mistrzem Rondlem w Shaolin  wbił palce w tętnice. Mózg kangura pozbawiony krwi stracił chwilowo przytomność i ważące kilkaset kilo cielsko zwalił się obok na ziemie. Zenon korzystając z okazji odrąbał łeb zwierzęciu i stwierdziwszy że komórki regenerują zniszczoną strukturę odłożył głowę kilka metrów dalej i w tym samym czasie odciął mieczem pozostałe kończyny i poodkładał na znaczne odległości. Pilnował teraz głowy, którą gdy tylko zrastała się odcinał mieczem i odkładał dalej. Zgodnie z jego planem odciął po raz ostatni głowę i odłożywszy ją po przeciwnej stronie klatki poszedł wiązać zrośnięte kończyny do prętów klatki. Na końcu przywiązał głowę i wszystko oblał klejem „kropelka”

- Co kropelka sklei sklei żadna siła nie rozklei - nucił sobie Zenon czekając aż kangur obudzi się po całkowitym restarcie jego organizmu.

-   Co do ch***! – Krzyknął kangur gdy zorientował się w swoim położeniu. Było ono tragiczne. Rozciągnięty niczym pentagram z korpusem wiszącym pośrodku. Próbował zmienić postać ale „kropelka” powstrzymywała go skutecznie.

-   Pomocy! Weź kurde nie rób tu scen człowieku! Uwolnij to powiem gdzie nocnik! No pomóż! Nie chcę tu umrzeć! Miej litość w sercu!

- W sercu to ja mam dwie komory i dwa przedsionki! Gadaj gdzie nocnik to uwolnię!

- Nocnik jest w Australii! W Czerwonej górze na pustyni! Pilnuje go najwyższa rada! A teraz uwolnij mnie!

- Wiesz jak to jest … będzie trochę bolało…

Zenon podszedł do korpusu kangura i odbezpieczył granaty. Wrzucił wszystkie to torby kangura i zapiął zamek błyskawiczny. Po czym spokojnie odliczając dziesięć sekund opuścił klatkę kangura i zamknął ją na klucz…

- RATUUU… BOOOM!! Całą okolicą wstrząsną wybuch. Z kangura pozostała tylko głowa i kończyny przyklejone „kropelka” do klatki. Kwas z torby zakończył regenerację komórek i w ten oto sposób Zenon pokonał coś, co w jego świecie było wcieleniem zła… W ustalonym miejscu spotkał się z czekającymi na niego menelami i  korzystając z zamaskowanej w kanale windy uciekli z miejsca przestępstwa…



Część 2

 

Zaczynało się już ściemniać i burzowe chmury pokryły wieczorne niebo gdy przed mostem śmierci z piskiem opon (nie wiem jak on to zrobił, ale zrobił) na polnej dróżce zatrzymało się okurzone i brudne porsche. Z nieba zaczęło kropić świeżymi żabami, a potem spadł prawdziwy deszcz, co rzadko zdarza się w tych stronach Azeroth. Woda spłukała cały syf z karoserii i zamieniła pobliski wąwóz w bystrą rzeczkę, która wyrywała w swoim korycie drzewa i niszczyła domy ludności przesiedlonej tu po ostatnich opadach. Ci, którzy mieszkali ponad poziomem wody, oglądali teraz wspaniały reality show i turlali ze śmiechu z tych, których zalało. Po kilku minutach intensywnych opadów grunt pod nogami gapiów obsunął się i teraz wspaniałą rozrywkę mieli ci którzy zdążyli wyjść na drugi brzeg. Podmycie było tak duże, że po chwili zaczęło obsuwać się całe zbocze. Zza szyby srebrnego porsche dało się słyszeć cichy pomruk i po sekundzie cały deszcz zniknął a ziemia znów wysuszyła się na kamień. Okoliczni wieśniacy zniesmaczeni takim obrotem sprawy (znikła ich jedyna rozrywka) nerwowo spoglądali w stronę samochodu po czym złapali za widły lub cokolwiek innego co mieli pod ręką i ruszyli do ataku. Byli już niecałe 200 m, gdy silnik odezwał się na wysokich obrotach, koła zabuksowały i maszyna nabierając prędkości ruszyła naprzeciw atakującym. Porszak wbił się w tłum i zawrócił na ręcznym jednocześnie mieląc komuś twarz i wkręcając jelita w półośkę. Wielcy magowie badający zachowania tłumów twierdzili, że w razie zagrożenia wszyscy znikają z pola widzenia atakującego, ale aż tak szybko?

- No nie powiem, Ziemia to brutalna planeta – powiedział sam do siebie Zenon patrząc na leżącą obok niego reklamę CARMAGEDDON 2000 wyrwaną z jednego z czasopism znalezionych w samolocie. Zaczynało robić się już całkiem ciemno, więc postanowił poszukać jakiegoś lokum na przenocowanie i ruszyć w dalszą drogę dopiero rankiem. Włączył „długie” i oślepił przy okazji jakiegoś staruszka na wózku inwalidzkim. Zmienił światła na drogowe i powoli wzdłuż podmytego urwiska wyglądał jakiegoś hotelu, motelu czy nawet w ostateczności gospody, ale nagły skok cywilizacyjny ustanowił to miejsce na końcu jego wymagań. Nie znalazł nic... Spostrzegł jednak warsztat naprawczy wozów i wyszedł zapytać się o nocleg.

-   Przepraszam gospodarzu, czy znajdzie się może miejsce dla paladyna?

-   Nie.

-   Nic? Nawet w stodole?

-   NIE.

-   Nic? Chociaż taki malutki materacyk?

-   NIE!

-   Proszę...

-   NIE, kur** m**!!!

-   To zjedz chamie!

I poszedł spać do samochodu bo nie było dla niego miejsca w gospodzie... Nad rankiem obudziły Zenka dziwne odgłosy. Wyjrzał przez okno. Tam lokalne menelstwo odkręcało koła i ustawiało samochód na cegłach.

-   Łojezu! Ja wam pokażę, menele!

-   Resocjalizować się mi tu, a nie kraść koła!

-   Aaa!! Nie zabijaj!! Mam żonę i dwadzieścioro pięcioro dzieci z czego dwadzieścia cztery nie ma nóg ani rączek i tak pełzają! Tylko ostatnim bóg nas pokarał i się dziewczynka urodziła... Resztę kochamy! Oszczędź menela biednego...

-   Poszedł się resocjalizować, ale już!

Po pogonieniu meneli trzeba było cos zjeść i ruszyć dalej na północ. Zaraz obok stał „McCow” jeden z wielu milionów lokali sieci „FAST TŁUSZCZ”. Dziwne, bo wczoraj go tu nie było, ale nie wnikajmy w szczegóły. Jest i tyle. Zenek wszedł do środka i zamówił dwa „Wieśmaki” i pół litra „many”. Obok siedzenia oparł swój stary, nieużywany już od dawna miecz który pokolorował kredkami znalezionymi w samochodzie przez co wyglądał jak boski artefakt. Zjadł zamówione jedzenie i uzupełnił poziom „many” w organizmie po czym zapłacił kartą mastercard i wyszedł. Odetchną świeżym porannym powietrzem i uderzył go ostry zapach spalonych zbuków.

-   Błeeee...! Najmilsza chwila poranka....

Zarzucił miecz na plecy, otworzył drzwiczki, uruchomił silnik i pojechał na drogę nr 55 w kierunku miejsca ukrycia jedynego nocnika.

 

[...]

 

-   Stój! Nie przejdziesz!

-   Dlaczego?

-   Nie przejdziesz jakiem Gandalf Szary!

-   No dlaczego nie?

-   Jestem sługą tajemnego ognia i w ogóle, więc jak mówię ci że nie przejdziesz to nie przejdziesz...

-   Eee no, daj sobie spokój co? Tych przede mną przepuściłeś a mnie nie?

-   Balrog! Nie dostaniesz drużyny pierścienia żywy!

-   Ty no daj se spokój jestem Zenek a nie Balrog! Z-E-N-E-K

-   CO? Nie, no znowu mi się pojebało! Kurde, starość nie radość, a na dodatek to jedyny most na jaki trafiłem...

-   Spoko, i tak coś ta twoja drużyna nie przejdzie chyba cała na drugą stronę...

Gwoli ścisłości trzeba by tu dodać ze po środku mostu znajdowało się zwężenie z takich betonowych klocków i budka ze szlabanem. Na drodze stał obdarty menel udający strażnika i zadawał 3 pytania do jakiegoś kurdupla:

-   Podejdź tu młodzieńcze...

-   Nie jestem młody! Mam 45 lat!

-   No patrz, a raptem 1.20 wzrostu...

-   Gandalf! On się ze mnie nabija!

-   No dobra, dobra.... Każdy kto chce przejść przez most śmierci musi odpowiedzieć mi na pytania trzyyyy, wtedyyyy drugą stronę zobaczyyyy...! Jak brzmi twe imię?

-   Jestem Frodo Baggins z Shire!

-   2! Jaki jest twój cel?

-   Zniszczyć pierścień w odmętach Góry Zniszczenia.

-   Pierścień... A napisałeś ze nie masz nic do oclenia! No dobra 3! Jaki jest twój ulubiony kolor?

-   Niebieski.... Nie żółty! Żółtyyy........

-   Łolaboga! Krzyknął Gandalf i wyciągną spod szlafroka miotłę GIMBUS 3000 pro i poleciał ratować spadającego w przepaść Froda... Zenek korzystając z okazji ruszył ku celnikowi i zatrzymał się na jego polecenie. Pierwsze dwa pytania były identyczne ale trzecie zbiło go całkowicie z tropu...

-   Dokumenty, paszport i zieloną kartę poproszę...

-   CO?

-   No to! Mam powtórzyć?

-   Nie mam...

-   Aaa... to ok. Możesz jechać.

-   Wow... dzięki.

Zenek ruszył z piskiem (tym razem na asfalcie ale skąd w takich czasach asfalt?) I pomknął nowiuśką autostradą ku miejscu ukrycia jedynego nocnika. Droga była długa i nudna, gdyż przemierzał teraz pustynie i nic poza piaskiem nie pokrywało horyzontu. Jednak kropka oznaczająca miejsce ukrycia przybliżała się na GPS dosyć szybko i po 24 godzinach jazdy i zmianie klimatu z pustynnego na umiarkowany paladyn w swoim porsche zatrzymał się przed bagnem oznaczonym tabliczką „Miejsce ukrycia jedynego nocnika mogącego zniszczyć świat – prosimy nie wchodzić i nie deptać trawników”. Krajobraz był tragiczny, zniszczone przez czas konary. Wielkie muchy rozmiarów dorosłego bawoła które trzeba było wycinać mieczem oraz opary siarkowodoru pochodzące z ciał śmiałków odstraszały chcących zdobyć nocnik. Zapłacił na parkomacie za 5 dni z góry gdyż miał przeczucie, że szybko nie powróci z tego miejsca. Do pasa przypiął kilka buteleczek „many” oraz naostrzył laserowo nóż z telezakupów. Do kieszeni wsadził podręcznik czarnej magii oraz gazety z samolotu. Na plecy zarzucił shotguna oraz M16 i obwiązał się taśmą naboi. Przed wejściem rzucił jeszcze czar ochronny oraz włączył autoalarm w samochodzie i ruszył ostrożnie przez trawniczek kierując się strzałkami wskazującymi drogę. Zaraz potem dotarł do wysepki na której był ceglany cokół, lecz bez żadnego pomnika. Ot sama podmurówka ze schodkami. Zenek jako doświadczony paladyn wyczuł tam zróżnicowanie MOCY i po dokładnym przestudiowani przewodnika i księgi magicznej w głowie ułożył plan jak przedostać się dalej. W maszynie do Coca Coli wybrał opcję „NOGA” i przez otwór wypadła mu świeżo oderwana noga w resztkach dresu. Następnie owinął w kawałek papieru wyrwanego z gazety i włożył do skrzyni stojącej przy schodkach. Usiadł i wszedł w stan głębokiej medytacji. Tak głębokiej że zapaliły mu się włosy na głowie... Wyszeptał kilka linijek usłyszanych gdzieś kiedyś na bazarze i dotkną mieczem skrzyni. Oślepiający błysk rozdarł powietrze i dotarł aż do najbliższych wiosek (15000 km tak na oko) gdzie wieśniacy popełnili zbiorowe harakiri myśląc ze to koniec świata. Na bagnie wszystkie muchy powariowały i były teraz niczym rakiety. Zenek podczołgał się do portalu i z przerażeniem stwierdził że prowadzi on do świata równoległego – Ziemi.

 

[...]

 

-   Józef! Wyłaź szybciej z tego klopa! Ja wiem ze ty tam mieszkasz ale też się chce załatwić!

Korba nie mógł powstrzymać swojej irytacji takim obrotem sprawy... Już miał przystępować do frontalnego ataku na budkę gdy ta rozdęła się i pękła ukazując załatwiającego swoje potrzeby Józefa oraz leżącego na nim w dwuznacznej pozycji Zenona... 

-   Co do ch***?! Krzyknął Józef, i już szykował się do ataku na dziwnego przybysza, gdy przygotowania przerwało mu dziwne szumienie w głowie. Przełączył się na telepatię i poznał, że przybysz rozmawia po polsku. – Te! Swój! Jak boga kocham swój nam się trafił z pozaprzestrzeni!

-   Zaraz zaraz... – Wtrącił Zenon – to wy wiedzieliście, że macie tutaj wrota wymiarowe??

-   Ta! Już kilka razy coś się w tym kibelku pojawiało, a raz to nawet niemiecki U-boot wraz z załogą... Musieliśmy wtedy cały przebudowywać i teraz pewnie znowu nas to nie minie...

Nagle w głowie Zenona odezwał się znajomy głos Architekta:

-   Jesteś po drugiej stronie?

-   Tak, czy linia jest czysta?

-   Spokojnie... nikt nie będzie nas podsłuchiwał...

W tym samym czasie do meliny wpadł radiowóz i kilka oddziałów SWAT. Menele nagle zapadli się pod ziemie.

-   Architekt! Mają mnie! Linia nie była jednak czysta!

-   Zwiewaj... Na rogu jest budka telefoniczna, wykręć tam 070072772 to przeniesiesz się do tajnego bunkra.

-   OK.

Zenon ruszył biegiem w kierunku budki telefonicznej. Czarny płaszcz powiewał na wietrze. Gliniarze walili do niego wszystkim co mieli. Leciały naboje, krzesła, butelki oraz zwierzyna. Zenek dziękował samemu sobie że ubrał jednak tą zbroje którą podwędził na kiermaszu staroci. Mniejsze pociski i odłamki „innej” amunicji rozbijały się o 30cm stal. Po 2 godzinach przebiegł w tym rynsztunku 200m i już prawie dotarł do budki telefonicznej gdy zobaczył przed sobą blokadę. Przed radiowozem stał jeden policjant i mierzył do niego z fotoradaru. Kogut wył niemiłosiernie. Drugi policjant sprzątał to, co kogut narobił...

-   Te, Wiesiu, patrz - jak takie małe zwierzątko może zrobić taką wielką kupę?

Zenon dotknął już ręką klamkę budki telefonicznej i okazało się że jest zajęta. Siedział tam facet i ględził coś ze jak wyjdzie to zastrzeli go snajper itp. Zenon zobaczył kolejną na rogu i tam skierował swe kroki. Zmachał się strasznie zanim tam dotarł. Wszedł do środka i wstukał kombinację klawiszy by uruchomić ukryty mechanizm. Winda z cichym brzdękiem zsunęła się poniżej poziomu ulicy.  Przywitali go tam znajomi już menele. Krzątali się wokół wielkich zbiorników, palenisk i zwojów rurek przez które płynęła przeźroczysta ciecz. Zenon wyczuł tam ogromne wahania MOCY i zrozumiał że to tu właśnie tworzy się eliksiry uzupełniające energie magiczną. Ogromna partia produktu płynęła rurami wydostającymi się z rozlewni na wszystkie możliwe kierunki.  Zenon podszedł do Korby i zapytał:

-   Wow! Niezła fabryczka... Jakim cudem uzyskujecie takie ogromne ilości mikstur many i gdzie prowadzą te rury?

-   Esencje bimbru uzyskujemy z najlepszych i najdorodniejszych ziemniaków z polskich pół zebranych o wschodzie słońca oraz landrynków z cukru. Oczywiście wszystko z naturalnych polskich komponentów. Rury te służą do rozprowadzania na  całe terytorium kraju tego jakże potrzebnego polskiej gospodarce eliksiru…

-   No no no… a czy czasem nie wiecie czegokolwiek o „jedynym nocniku”?

-   Nocnik powiadasz… ano znaleźliśmy jakiś taki przy podłączaniu szkół w Gorzowie do naszej instalacji chcesz go zobaczyć?

-   Tak chętnie… a to nawet w szkołach można uzupełnić poziom energii magicznej?

-   Nazywaj sobie to jak chcesz… ale dla nas to jest bimber, a bimber powinien być dostępny dla każdego!!

Ruszyli korytarzem wydrążonym w ziemi. Sufit dawno popękał i podtrzymywały go teraz kartonowe kolumny, kawałki płotów, deski, kije, rury i takie świecące kijki z nauki jazdy.   Przedostali się tunelami do północnej części kompleksu gdzie menelstwo urządziło świątynie ku czci wielkiego króla bimbrowników - znanego w naszym świecie Egzorcysty Amatora i Zapalonego Domowego Bimbrownika – Jakuba Wędrowcza  (tytuły z dużej na życzenie Zainteresowanego). Po środku ogromnej sali na cokole stała złota instalacja, pod którą płonął wieczny ogień. Tworzyła ona niepowtarzalny bimber z trocin według starego przepisu aborygenów. Wokół na poduszkach leżeli w głębokim „transie” menele. Zenek wraz z przewodnikiem obeszli ich ogromnym łukiem i po wpisaniu przez Korbę tajnego szyfru ogromne wrota rozsunęły się ukazując ogromną jaskinię w której znajdowała się niezliczona ilość gablotek i różnorakich pojazdów „wykopanych podczas kładzenia rur” Po krótkiej chwili dotarli przed gablotkę w której wnętrzu leżał na aksamitnej poduszeczce srebrny poodbijany nocnik z dziurą po jakimś pocisku.

- Pozwól że wejdę w chwilowy trans aby skontaktować się z moim pracodawcą w celu potwierdzenia autentyczności artefaktu…

- Ależ oczywiście! Nie będę cham i napiję się z tobą dla towarzystwa…

Strzelili sobie po flaszce, a Zenon skorzystał z fontanny i poziom „many” w jego organizmie osiągnął znowu rekordowy poziom… W głowie panował sztorm a na odgłosy reagował ze wzmożoną aktywnością. Mózg osiągną 100% obrotów i po chwili Architekt pojawił się przed jego oczami.

- Witam Zenon, widzę, że nie nudzisz się zbytnio na Ziemi… Znowu otworzyłeś nielegalnie portal… Będę musiał obcinać ci premie… 

- Architekcie, otworzyłem portal tylko po to, byś zweryfikował autentyczność nocnika…

- Masz nocnik? Pokaż go zaraz!

- Oto i on – Zenon wziął w swoje ręce nocnik i obracał go powoli przed oczami aby Architekt mógł dokładnie zapoznać się ze strukturą i właściwościami nocnika

- Nie! To nie ten …

- To gdzie mam szukać o Panie?

- Najnowsze wyniki badań wskazują na krainę w której żyją kangury… Strzeż się ich! To są potwory jakich mało! Dla ludzi nie stanowią zagrożenia ale dla nas tak! Możesz zrobić sobie trening … oto masz adres jednego osobnika którego możesz zobaczyć i spróbować pokonać… Musze zamknąć portal bo magowie z SB coś węszą… Bez odbioru …

[…]

Zenek obudził się przed kaplicą Wędrowcza na miękkiej aksamitnej poduszce w otoczeniu całkiem nie kształtnych, skąpo odzianych lasek które tuliły się do niego i wachlowały liśćmi…

- Przepraszam drogie panie ale musze się spotkać z Korbą albo najlepiej Józefem…

- Och… proszę się nie niepokoić … zaraz po nich poślemy… a może odrobina rozkoszy?

- Hehe chętnie...

Po chwili na takim małym fikuśnym wózeczku przytoczyli się Józef i Korba.

- O! Przyjaciele! Mam problem... To nie jest jedyny nocnik.

- No to trudno… poszukasz go i na pewno znajdziesz. Coś jeszcze możemy dla ciebie zrobić?

- Tak… jest taka sprawa…

[…]

Ochroniarz ZOO we Wrocławiu leżał na podłodze, obok niego leżała butelka spirytusu której przez sen pociągał przez gumowego węża. Korba leżał obok niego i mamrotał coś o potrzebie zniesienia zakazu spożywania alkoholu przez dzieci oraz o tym, by mleko w butelkach zastąpić bimbrem z trawy i mleczy… Józef pociągną się na resztkach sił i przytomności i wyjrzał przez okno. Wybełtał zawartość żołądka na ziemie. Pierwsze piętro wydawało się jak sto pierwsze… Pomachał do siedzącego w krzakach Zenona i rzucił mu klucze do bramy.

- Masz… błee! … Otwórz nimi bramę … błee! Kangura masz tam! – Pokazał ręką kierunek

- Dzięki! – Krzyknął Zenon i otworzył bramę. Poczuł na sobie spojrzenia zwierząt… te, które były blisko szeptały:

- Te, co robi tu paladyn Zakarum? Przecież oni nie mają prawa wstępu na Ziemię! Chyba…

- Nie tam … koniec świata to będzie dopiero za kilka lat… spoko …

Zenon powoli szedł alejką w stronę którą pokazał mu Józef. Obnażył swój miecz i polał go przedostatnią buteleczką kwasu trimagnezopropanooctowoununqadiumowego (w zapisie ziemskim H2O) – najnowszego wynalazku w krainie Azeroth – wypalał wszystko prócz mieczy paladynów Zakarum. Wtem zmysły Zenona zawirowały, poczuł potężną magiczną istotę znajdującą się jakieś 200 m przed nim.  Rzucił na siebie kilka zaklęć ochronnych ale czary w tak gęstej atmosferze kosztowały go ogromne ilości energii. Na wypadek złego odbezpieczył swojego gnata i włożył do kieszeni 2 granaty. Podszedł do klatki, otworzył ją i zamknął za sobą. Zbliżył się na odległość ciosu i zawołał:

- Ej ty! Wstawaj złamasie!

- Do mnie mówisz nędzna kreaturo?

Oczom Zenona ukazał się kangur w całkowitej swojej okazałości. Nie taki jakiego znamy z ZOO, czy zdjęć w „Claudii” lub „Tinie” lecz dwunożny potwór. Pazury poprzeszywały od dawna zarośnięte miejsca. Na grzbiecie pojawił się kolec a z paszczy jechało zbukami. Ogon wydłużył się i zmienił w coś na kształt bicza a torba napełniła się kwasem. Z dupy wyrosło żądło a oczy świeciły czerwonym blaskiem. Kangur rzucił się na Zenona i rozdarł swoimi szponami prawe ramie. Zenon kontrował mieczem. Atak był skuteczny i po chwili kangur nie miał ogona. Komórki zamiast obumierać tworzyły jednak ponowne połączenie i po kilku sekundach kolejna łapa  znajdował się na miejscu ogona.

- Nał ju szud daj!

- Fakaj się złamanie! Gadaj lepiej gdzie nocnik!

- Nigdy nie dostaniesz nocnika!

Potwór rzucił się na Zenka i powalił go na ziemie. Masa była tak wielka że Zenon nie miał siły zrzucić kangura z siebie. Wyswobodził jedną rękę i odpychał teleskopowe szczęki kangura od swojej głowy. Wymacał palcami pulsującą tętnicę szyjną i korzystając z technik nauczonych podczas treningu z mistrzem Rondlem w Shaolin  wbił palce w tętnice. Mózg kangura pozbawiony krwi stracił chwilowo przytomność i ważące kilkaset kilo cielsko zwalił się obok na ziemie. Zenon korzystając z okazji odrąbał łeb zwierzęciu i stwierdziwszy że komórki regenerują zniszczoną strukturę odłożył głowę kilka metrów dalej i w tym samym czasie odciął mieczem pozostałe kończyny i poodkładał na znaczne odległości. Pilnował teraz głowy, którą gdy tylko zrastała się odcinał mieczem i odkładał dalej. Zgodnie z jego planem odciął po raz ostatni głowę i odłożywszy ją po przeciwnej stronie klatki poszedł wiązać zrośnięte kończyny do prętów klatki. Na końcu przywiązał głowę i wszystko oblał klejem „kropelka”

- Co kropelka sklei sklei żadna siła nie rozklei - nucił sobie Zenon czekając aż kangur obudzi się po całkowitym restarcie jego organizmu.

-   Co do ch***! – Krzyknął kangur gdy zorientował się w swoim położeniu. Było ono tragiczne. Rozciągnięty niczym pentagram z korpusem wiszącym pośrodku. Próbował zmienić postać ale „kropelka” powstrzymywała go skutecznie.

-   Pomocy! Weź kurde nie rób tu scen człowieku! Uwolnij to powiem gdzie nocnik! No pomóż! Nie chcę tu umrzeć! Miej litość w sercu!

- W sercu to ja mam dwie komory i dwa przedsionki! Gadaj gdzie nocnik to uwolnię!

- Nocnik jest w Australii! W Czerwonej górze na pustyni! Pilnuje go najwyższa rada! A teraz uwolnij mnie!

- Wiesz jak to jest … będzie trochę bolało…

Zenon podszedł do korpusu kangura i odbezpieczył granaty. Wrzucił wszystkie to torby kangura i zapiął zamek błyskawiczny. Po czym spokojnie odliczając dziesięć sekund opuścił klatkę kangura i zamknął ją na klucz…

- RATUUU… BOOOM!! Całą okolicą wstrząsną wybuch. Z kangura pozostała tylko głowa i kończyny przyklejone „kropelka” do klatki. Kwas z torby zakończył regenerację komórek i w ten oto sposób Zenon pokonał coś, co w jego świecie było wcieleniem zła… W ustalonym miejscu spotkał się z czekającymi na niego menelami i  korzystając z zamaskowanej w kanale windy uciekli z miejsca przestępstwa…



Część 3

 

Zenon siedział na pryczy w niemieckim U-boocie "Nemo" i męczył się z nabytą dolegliwością brzucha objawiającą się spontanicznymi wymiotami. Na oceanie szalał sztorm i U-bootem mocno bujało. Zenon nie wytrzymał nagłego przechylenia statku i biegiem ruszył ku ustępowi. Klęcząc przed muszlą przypomniał sobie całą jego drogę.

 

(...)

 

 Zrobił wszystko tak jak kazali mu menele. Najpierw przedostał się płytko denną motorówką przystosowaną do pływania w szambie (q szamba=5,9kg/dm3 do tego dochodzą zawirowania wywołane przez dodatkowe dopływy gnoju, co uniemożliwiało spływ kajakiem, który wymarzył sobie Zenek) kanałami z okolic Myśliborza do Warszawy co trwało trochę czasu z powodów remontów głównych ciągów kanalizacyjnych. Tam odebrała go bojówka menelska pod przywództwem Andrzeja L. pseudonim "Endrju". Otrzymał tam ekwipunek samoobronny w postaci biało-czerwonych krawatów i czarną wołgą został odwieziony na lotnisko. Tam w specjalnej przebieralni (luksusowo wyposażonej, gdyż posiadała telefon) przebrał się w dwuczęściowy strój roboczy składający się z prześcieradła i papieru toaletowego. Nie zwracał nawet uwagi na to, że budka była przeźroczysta, co wywołało niemałą sensację szczególnie wśród kobiet przebywających na terenie lotniska. Przeszedł przez kontrolę bez problemów. Celnicy okazali się godnymi przeciwnikami.  Stali pod ścianą z całymi rodzinami, błagając o łapówkę na chleb razowy. Jednak Zenek, który miał nastrój do żartów, kupił całej rodzinie jagodzianki. Dzieci jednak nie zrozumiały wysublimowanego poczucia humoru Zenka: -miał być ku*** razowy!- Krzyknęły chórem, po czym rzuciły się aby wydrapać Zenkowi oczy. Ich małe główki są dziś ozdobą wystawy medycznej pewnego byłego SS-mana. Dostał się na samolot i zaraz po starcie tak jak kazali mu jego koledzy wstał i poszedł do kokpitu gdzie sterroryzował plastykowym widelcem i obcinaczem do paznokci załogę i zamienił kurs samolotu na Bagdad. Tam z powodu braku paliwa awaryjnie lądowali i Zenon używając swojego talentu do marketingu sprzedał wszystkich amerykanów którzy byli na pokładzie w ręce Irackich Terrorystów którzy obiecali wyszkolić ich na dobrych samobójców (cyt. "...będą umierać z pianą na ustach wrzeszcząc Allach Akbar! Radując się chwilą pojednania z Bogiem i Kennedy’m"). Otrzymał za nich paliwo i kontynuował lot do Indii gdzie niestety z powodu strajku głodowego górników sparaliżował administrację i lotniska zostały niestety wyburzone. Zenen z powodu braku spadochronów zmuszony był do oddania śmiercionośnego skoku na bungee z szelek o łącznej długości 1.5 km. Skąd na pokładzie wzięło się tyle szelek? Zenek też nie miał pojęcia. Niestety źle obliczył trajektorię lotu i zarył gębą w piach na plaży. Na szczęście, bo bungee i tak by się zerwało. Zostało mu tylko odszukać wysłany przez meneli okręt podwodny "Nemo", którym miał dostać się do Australii.

-Gdzie jest Nemo?- wycharczał Zenon szukając zębów w piasku.

Jednak po chwili usłyszał pijackie marynarskie przyśpiewki po niemiecku (Deuchland, deuchland über alles!) i zobaczył wynurzający się obrośnięty rafą koralową, przerdzewiały U-boot który z powodu braku wstecznego ciągu po chwili wbił się w brzeg. Zenek dostał się do środka przez wielką dziurę z boku. Nad wejściem wymazane było kredą "K+M+B" oraz "Entrens tu szip – ty, który tu wchodzisz, porzuć wszelką nadzieję" jednak małymi literkami ktoś dopisał "Arbeit macht frei". Z wnętrza dobiegł do Zenka znajomy zapach bimbru oraz... szamba.-Z tego też już pędzą?- przebiegło Zenkowi przez myśl, jednak, jak później wyjaśnił kapitan, nieprzyjemny zapach był skutkiem kąpieli w kanałach. -Jakoś musieliśmy dopłynąć do morza, prawda?- tłumaczył się.

 

(...)

 

Zenek obudził się w kałuży własnych, zaschniętych już, rzygowin.

-Alem powspominał- mruknął Zenek

Gdy nasz paladyn spał okrętem przestało bujać, gdyż kapitan dał rozkaz zanurzenia. Przez dziurę dostało się jednak za dużo wody i okręt rył dziobem po dnie. Zenek wszedł do głównego pomieszczenia. Cała załoga po całonocnej libacji spała twardym snem. Zenek sennym wzrokiem wyjrzał przez bulaj. Jego oczom ukazało się stadko dziobatych zwierzątek niszczących naturalny ekosystem statku. Zenek, który zawsze lubił zwierzątka (szczególnie miło skwierczące na patelni), obudził bosmana.

-Do czorta diabła bestii szatana 666, co tu robią pingwiny?! - zaklął bosman - powinniśmy mijać tańczące tajlandzkie tancerki! Zwołał całą załogę (Czterech niemieckich staruchów i psa). Po paru minutach wytężonych poszukiwań w atlasie produkcji prus wschodnich kapitan ogłosił alarm.

-Wynurzenie awaryjne! Dopłynęliśmy do krańca świata! Spadniemy!

-Te poglądy już nieaktualne. Przecież na krańcach są ściany, żeby woda nie uciekała. Rozbijemy się! Aaaa!

-przecież ziemia jest kulą...- cała załoga popatrzyła się na kompana jak na idiotę.

-Do szkoły nie chodziłeś? Ja skończyłem Carski Uniwersytet, zaświadczam ci, jeśli ziemia byłaby kulą, spadlibyśmy już dawno. Przecież jesteśmy z dołu atlasu!

Rozważania załodze przerwał pingwin, który wyżarł wodorosty zasłaniające dziurę. Wszyscy rzucili się do pomp (w postaci składaków produkcji radzieckiej) i zaczęli pedałować ile sił. Gdy załoga pozbyła się wody i załatała dziurę, Zenek czekał już na nich z kolacją.

-Pingwin w sosie produkcji własnej, do tego bimber półwytrawny przepisu samego Wędrowycza...-przedstawił swoje dzieło Zenon. Po czym cała załoga zasiadła do posiłku. Bimber był mocny i z wykwintna kolacja przerodziła się w bezpardonową libację (nawet się rymuje kolacja=libacja). Kapitan mocno juz wstawiony nie wytrzymał naporu grawitacji i przewracając się pociągną kilka dźwigni a jego mundur zaczepił o zawory które odpadły. U-bootem szarpnęło i przechyliło pod kątem 84* część dziobową która poderwała cały okręt, po niej z wody został opróżnione zbiorniki tylne i cały okręt nabierając prędkości i obijając się o kawałki lodu nieustannie zbliżał się do powierzchni. Gdy głębokościomierz wskazywał już prawie 20m Zenon uświadomił sobie że przecież ponad nimi jest gruba warstwa lodu i taki manewr może zakończyć się śmiercią. Niemcy mieli natomiast świetną zabawę gdyż u-bootem trzepało i bujało na boki niczym na kolejce górskiej. Zenon zamknął oczy gdyż nie chciał widzieć własnej śmierci. Niemcy śpiewali coraz głośniej i Zenon słyszał tylko zgrzyty blach ocierającej się o lód a sekundy nieustannie robiły się coraz dłuższe. Momentalnie statkiem zatrzęsło i uspokoiło się. Załoga na którą działa siła bezwładności została podrzucona o kilka metrów a Zenon poczuł tylko że jego nogi robią się lekkie i podnoszą się. Po tych anomaliach nastąpił nagły zwrot ku pozycji horyzontalnej przez co jeden z Niemców natrafiwszy pod sobą na wielką przerdzewiałą blachę spadł pod pokład.

- Hans! Jesteś cały?

- Ja wohl!

Zenon otworzył oczy i spostrzegł że jeszcze żyje. Niemcy sami byli zaciekawieni dlaczego nagle przestało trząść. Oblegli jedyny bulaj na okręcie i walczyli o to kto zobaczy więcej. Zenon ominął kłótliwą gromadkę i wyjrzał przez nowopowstałą wyrwę w burcie. Jego oczom ukazała się ogromna lodowa jaskinia która nie miała dna. W północnej jej części była przystań a obok niej na metalowym podłożu stały niemieckie U-booty. Za nimi znajdował się budynek z wyraźnym wejściem prowadzącym jak się zdawało do pomieszczenia w lodzie które posiadało wielką szybę z widokiem na jaskinię. Pijanemu mechanikowi udało się tym czasem uruchomić silniki i u-boot po przejściach płyną powoli wzdłuż pomostów starając się znaleźć wolne miejsce do parkowania. minęli już 20 miejsc nad którymi stały suche od ponad 60 lat i doskonale zachowane okręty.

- 45...46...47....48... liczył kapitan

- sporo tego jak na miejsce tak oddalone od dawnych ziem rzeszy - wtrącił jeden z marynarzy

- Nowiuśkie u-booty! Nowiuśkie u-booty! Dla każdego coś miłego - wrzeszczał poekscytowany mechanik. Jego euforię radości przerwał wybuch w maszynowni i po kilku chwilach przez nieszczelne rury i włazy wnętrze okrętu wypełniło się gryzącym gazem z czego większość i tak wyleciała przez dziury w kadłubie na zewnątrz.

- No to teraz ktoś musi dostać się tam wpław - wymamrotał pod nosem kapitan

- wpław? - powtórzyła przerażona załoga

- Tak, wpław!

- Ale kapitanie... ta woda jest chyba lodowata a z resztą i tak zaspawaliśmy właz na pokład bo ta klapa od kubła na śmieci się ciągle otwierała i nas zalewało... Trzeba by iść dołem ale tam zalane jest!

- No to mamy już ochotnika - powiedział kapitan po czym pchną najbliższego chłopaka i ten wpadł do zalanej dziury prowadzącej pod pokład. Jako że nie chciał płynąć trzeba było rzucić mu granat na zachętę. Po kilku sekundach marynarz pojawił się na powierzchni i pomachał do załogi.

- Ale tu ciepło jest! Chodźcie popływać! - Nie trzeba było długo czekać i całą załoga wpław dostała się do drabinki i potem przyholowali swojego wraka do nabrzeża i podnieśli go dzięki takim specjalnym podnośnikom. Zenon wyszedł i oczom ich wszystkich ukazał się obraz zniszczeń. Cały kadłub był pordzewiały na wylot. Dno sterczało rozprute we wszystkich kierunkach. Zenon właśnie dziwił się jak takie coś mogło pływać i to pod wodą lecz jego głębokie rozmyślania przerwał jeden z załogantów.

- Her Kapitan! - Krzykną młody blondasek o niebieskich oczach - Znaleźliśmy wejście do kompleksu i po wstępnych analizach wyszło że jest to niemiecka instalacja a na dodatek mają wielkie zbiorniki ropy która przefermentowała będąc zbyt blisko działających reaktorów jądrowych i teraz jest nadspirytusem o zawartości alkoholu = 150%!

- 150%! Meine Goth! Toż to raj panowie! RAJ! JESTEŚMY W RAJU! - Wydarł ze swojego gardła kapitan po czym jego mózg zajęty przeliczaniem zawartości alkoholu w alkoholu przegrzał się i z uszu poszedł dymek a kapitan bezwładnie wpadł do wody i powtarzał ciągle pływając na plecach niczym opętany... 150....150...150...

 

(...)

 

- kolejne zamknięte drzwi... dlaczego... co tu się działo... - mówił sam do siebie bosman gdy wraz z częścią załogi poszli poszukać jakiegoś magazynu i ogólnie zaadoptować bazę w ich posiadanie.

- Uwaga odpalamy! - krzykną marynarz i na jego słowa wszyscy podskoczyli i po korytarzu przepłynęło przez ułamek sekundy 200 mln. Wat. Blokada puściła i ich oczom ukazało się stare laboratorium które niestety nie wyglądało zachęcająco. Popękane inkubatory i wielkie szklane słoje wypełnione zdeformowanymi ciałami mieściły się na całej długości pomieszczenia. pod ścianami stały klatki w których leżały dziwne i na pewno niepochodzące z Ziemi istoty. Część leżała cała a część w kawałkach....

- tu musiało się dziać coś niedobrego... - stwierdził odkrywczo młody blondasek.

- Boże... przecież to mój dziadek! - Bosman podniecony nowym odkryciem ruszył ku leżącej na desce do krojenia głowie. - Cześć dziadku, co ty tu robisz? Zabalsamuję sobie ciebie i będę miał pamiątkę...

- Daruj sobie już te rodzinne sentymenty - Ponaglił Zenon gdyż wychodzili już z tego dziwnego laboratorium. Jedyne drzwi prowadziły do wielkiego hangaru gdzie wszyscy marynarze po pierwszej sekundzie narobili w gacie. jedynie Zenon nic nie robił... pod jego nogami rozciągał się wielopoziomowy parking dla pojazdów latających. Po podpisach na sektorach można było stwierdzić że były to różne modele statków. Znalazły się tam i VIrle i Hanebu oraz wiele innych a także "Oryginały" które z niewiadomych powodów obrosły zielonym śluzem....

- No nic... trzeba się zamknąć gdzieś i iść spać.

- Nie! Nie możecie! Ja się musze dostać do Australii! Losy świata od tego zależą! - Darł się rozpaczliwie Zenon, nic jednak nie wskórał swoim krzykiem. Zakneblowano mu usta i powieszono na linkach do suszenia prania.

- Ja was chamy jedne pozałatwiam, jeszcze przyjdzie mój czas - mówił w myślach Zenon. niemieccy marynarze nie byli jednak aż takimi chamami na jakich wyglądali. Podłączyli rurki do wypełnionych po brzegi 150% alkoholem zbiorników i dali nawet jedną naszemu bohaterowi. Zenon uknuł w głowie plan ucieczki. Nie pociągnął nawet łyka "zbiornikówki" (tak nazwał ten alkohol jeden z marynarzy) dopóki nie spostrzegł że cała załoga leży schlana w trupa na ziemi. Gdy upewnił się że nic mu nie zagraża wciągnął przez nos ponad 10 litrów tego płynu i momentalnie wpadł w trans. Próbował połączyć się z Korbą i Józefem ale jako że nie znali się na psychotelefonice nie potrafili odebrać. Postanowił zasięgnąć pomocy u Architekta. Wybrał myślami numer i poczekał na połączenie.

- Dzień dobry....

- Architekt! Słuchaj! Złapali mnie! Nie mogę dostać się do Australii!

- ... dodzwoniłeś się do Architekta. Chwilowo nie ma go w domu gdyż spadło mu na głowę takie wielkie pudło...

- przykro mi.

- .... mnie też. Po usłyszeniu sygnału zostaw wiadomość. [BEEP]

- Dobra, Architekt słuchaj, mam kłopoty więc potrzebuje pomocy. Użyj MOCY żeby mnie przeteleportować do Australii. Podaje koordynaty współrzędnych... 105* [szszszszsszszs] - W tym momencie rozmowę przerwało. Zenon otworzył oczy żeby zobaczyć powód tych zakłóceń i przed sobą ujrzał dwóch Alienów którzy poodkładali rurki od ust Niemców i nakrywali ich kocykami żeby nie pomarzli. Po chwili rozwiązali Zenona i tak samo jak innych położyli na karimacie produkcji tajwańskiej i przykryli kocykiem. Zenon kontem oka dostrzegł także trzeciego Obcego który roznosił kanapki, ogórki i mleko i układał koło głów śpiących ludzi. Alkohol zmógł Zenona i zasną on snem sprawiedliwego.

 

(...)

 

- PALI! - Wysyczał Zenon zaraz po przebudzeniu, podskoczył jak wryty i strzepną z siebie mandarynowe potworki Mandaryny które rozpierzchły się po całym pomieszczeniu i teraz zajęły się śpiącą załogą...

- Ale miałem straszny sen - Powiedział sam do siebie po czym spostrzegł przerażony że jednak to była jawa! Stał na kocyku a obok niego leżało kilka kanapek, szklanka zimnego mleka i słoik kiszonych ogórków. Cofnął się przerażony pod ścianę gdy nagle w jego głowie odezwał się głosik:

- Puk puk!

- Kim jesteś! Odczep się od paladyna! Duchy nie mogą normalnie egzystować przy paladynach! Znikaj!

- nie jestem duchem - odpowiedział nadal spokojnie głosik w głowie. - Jestem KAC! Nie lekceważ mojej mocy! Potrafię pomagać lub zabijać słowami! Mój głos może przyprawiać o ból głowy! Mogę spowodować ze twoja krew będzie wrzeć a Ciebie atakować różowe słoniki lub inne potworki!

- Dobra dobra.... hmmm... to może być dziwne...

- Co kombinujesz? - Zapytał się Zenona KAC.

- Przenieś mnie do Australii na nabrzeże portu w Sydney. Dok 14. - Zażądał Zenon.

- NIE! NIE MOGE TAKICH RZECZY ROBIC! - Wrzeszczał kac w głowie Zenona co spowodowało przenikliwy ból wszystkich części ciała.

- RÓB TO MAŁY GNOJKU ALBO WALNE SOBIE KLINA I ZOBACZYMY CO WTEDY POWIESZ! - Kłócił się z nim paladyn.

- NIE! Tylko nie klina! Już dobrze, dobrze... Zabiorę Ciebie do tej Australii ale nie zabijaj. Błagam!

- Przenoś mnie tam! Już!

KAC w głowie Zenona zaczął mamrotać jakieś dziwne sentencje i po chwili czasoprzestrzeń zakrzywiła się i coś głucho strzeliło. Obraz zamazał się i znikną a po chwili Zenon stał na jednym z wielu pagórków pośród namiotów na których powiewały biało-czerwone chorągwie...

- Gdzie ja do cholery jestem...

 

(...)

 

Król Jagiełło siedział w swoim wozie dowodzenia i co chwilę zerkał na zegarek. Minęła godzina od zapowiedzianej faksem wizyty dwóch znamienitych rycerzy zakonu krzyżackiego. Witold siedział w kącie i układał pasjansa z dwóch kart, który i tak nigdy mu nie wychodził. Nagle z pomieszczenia radiooperatora wypadł woj Przemko z Bydgoszczy z okrzykiem: „Nadchodzą!". Faktycznie, po chwili do opancerzonych drzwi ktoś zapukał...

- Wlazł! - rzucił Jagiełło zagryzając mentosa. Pukanie rozległo się ponownie.

- Do nich trzeba po ichniemu... Kommt, kommt, schneller bitte - zakrzyknął książę Witold. Drzwi otworzyły się i w pośpiechu wbiegło do środka dwóch gości w zbrojach i z piórami pawi na hełmach.

- Guten Morgen polnischen Koenig - powiedział wyższy i starszy, stając na baczność.

- Co oni gadają? Chcą mnie butem w mordę lać czy jak? - spytał Jagiełło przyglądając się obu gościom dość uważnie, na co pozwolił mu jego sokoli wzrok i noktowizor.

- nie król... my dla wasza przynieść zwei mieczen - powiedział starszy - Udo, komm gib mir zwei mieczen - poprosił. Młodszy Udo wyciągną zza pleców krótki kordzik marynarskie i nóż do krojenia tapet.

- Miały być zwei grossen mieczen - powiedział starszy z upomnieniem.

- Ich weisse nicht... ja nic nie wiedzieć, meine liebling fater, Urlich geben mi tylko te maciupen sztileten.... ich weisse nicht - tumaczył się młodszy.

- Co oni plotą? - Zdenerwował się Jagiełło - Gadać mi zaraz co jest grane, bo dam w ryj!

Krzyżaccy rycerze zamarli z lekko rozchylonymi ustami. Latająca wokół mucha wykorzystała ten moment i narobiła młodszemu na hełm.

- Gadajcie, coście za jedni i dawajcie te miecze, coście je mieli przynieść, ino wartko bo czas już bitwę zaczynać!

- Oh meine liebling polnischen koenig... keine krieg, keine bitwa, my przynieśli zwei mieczen - powiedział starszy, podnosząc do góry kordziki. - Żeby był freundschaft, buzi buzi, polaken szwaben zwei brudder, cmok, cmok - zakończył składając usta w słodkiego całusa...

- Wywalić tych dwóch pedałów! - Powiedział podniesionym głosem Jagiełło. - I posłać im na odchodne ze trzy stingery, żeby nie myśleli, że odchodzą z pustymi rękami. Ja im dam buzi buzi... cmok cmok! Niech artyleria zajmie się tą hałastrą w białych prześcieradłach i zakutą w blachy, a pawie piórka to ja już im sam powtykam w... - zaryczał.

Dwaj rycerze krzyżaccy odchodząc sprzeczali się między sobą.

- Scheise... du durnkopf, ty idiota, zamiast zwei mieczen ty dał zwei klajne sztileten, was du zrobił z zwei grossen mieczen dla polnische koenig? - krzyczał starszy.

- Oh, eine kleine gescheft, ja zrobić mały interesa... ja sprzedać zwei grossen mieczen i dostać guten polski klej Atlas i zwei maciupen sztileten gratis - odparł młodszy.

- Scheise, scheise, scheise, trzi razy scheise!!! - zaklął stary.

- Tobie się fater chcieć scheise? - spytał młodszy.

- Nein do dumkopf!

W tym momencie w obu rycerzy uderzyły wspomniane trzy stingery i zakończyły głupawy dialog. Z krzyżackich pozycji zostały tylko stosy żelastwa i kilka koni. Jagiełło jeździł dżipem po pobojowisku i oglądał zniszczenia...

- Spadamy... - Powiedział Zenon do KAC'a gdy już całkowicie doszło do niego czego był świadkiem...

- Sorry Zenon... Pomyłka była - tłumaczył się KAC - Zaraz naprawie! [pyk] - Zenon zdematerializował się szybko...

 

(...)

 

- Marklar, tu Marklar, zbliżam się do Marklar...

- Ok. Marklar, ląduj na Marklar i nawiąż pierwszy kontakt.

Dziwny kosmita z wielgachną głową powciskał jakieś nieznane nikomu poza nim przyciski i kabinę zasłoniła rozkładana osłona. Silniki ustawiły statek pod odpowiednim kursem i powoli wytracały prędkość. Gdy pierwsze języki ognia spowodowane tarciem o atmosferę dotknęły kadłuba statek wyłączył napęd i zmieniając kolor osłony na coraz bardziej czerwony zagłębiał się w ziemskiej atmosferze. Na wysokości 12km osłona schowała się i Marklar przejmą kontrolę nad pojazdem. Według mapy powinien być dokładnie nad miejscem wyznaczonym do pierwszego kontaktu z ludźmi. Wyhamował gwałtownie i osiadł na piasku po czym wyszedł na zewnątrz by zbadać nieznaną planetę.

- Witam Ziemianie! - Powiedział gdy zobaczył grupę Etiopczyków. To był błąd...

- FOOD! - Krzyknęli głodni ludzie i rzucili się na przybysza z widelcami. Do rana nic nie zostało.

W czasie gdy ucztowali jakieś 3m nad ziemią zmaterializował się Zenon i spadając zahaczył o statek.

- Co do ****! - skomentował głośno i zaraz zwrócił się do KAC'a - Miała być Australia!

- O mistrzu... pomyłka tragiczna! Jesteśmy w Etiopii a nie w Australii! Wybacz! - tłumaczył się KAC.

- Nie tym razem... - powiedział pod nosem Zenon i pociągną solidny łyk z manierki.

- Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee! - Krzyczał KAC lecz jego głos zanikał w czasoprzestrzeni. Etiopczycy bynajmniej usłyszeli głuche grzmotnięcie i wyszli sprawdzić co się stało. Gdy spostrzegli kolejną ofiarę wyjęli widelce i powoli zaczęli ją okrążać. Zenon pomyślał ze - chyba nie jest dobrze - teraz jedynym wyjściem okazało się pałować na oślep. Poczekał aż otoczą go na odległość miecza i natychmiast złapał za rękojeść rzucając się z okrzykiem bojowym na wychudzonych murzynów. Przewaga liczebna Etiopczyków spowodowała jednak że Zenon został przyparty do galaktycznego myśliwca Marklara. Korzystając z sytuacji rzucił sentencję: (dawno nie czarował więc musiał sobie ulżyć)ADD_BRITNEY_SPEARS! i pomiędzy nim a agresorami pojawił się obraz piosenkarki. Spowodowało to początkowo konsternację w obozie Etiopczyków a potem paniczny strach. Dało to wystarczająco dużo czasu żeby Zenon mógł dostać się do środka statku i uruchomić go (wszystkie statki kosmiczne działają jak samochody - nie wiedzieliście? przyp. Autor). Nowa bryka bujała się doskonale więc w ciągu kilku minut Zenon znalazł się w dokach Sydney gdzie posadził myśliwiec we wskazanym jako punkt kontaktowy miejscu.

Dotarł do Australii. Jego przeznaczenie miało się niedługo spełnić... Kabina otworzyła się i Zenon zobaczył przed nim głowę wystającą z kanału...

- Korba! Co ty tu robisz? - Wykrzykną z radości.

- Przyjechaliśmy sporą grupą na wakacje! Myślałem że już dawno załatwiłeś kangury! - Odparł Korba.

- No niestety jeszcze nie, ten cały u-boot nie wypalił, zawieźli mnie na Antarktydę i tam zostali. Musiałem uciekać.

- Na Innosa.... kurde, znowu mi się teksty mylą.... O cholera... no rzeczywiście ciężko z nimi się dogadać. A skąd masz ten statek? - Zapytał się Korba.

- A to ze stacji StatOil - bąkną Zenon.

- Acha... to lecimy upolować trochę kangurów? - Zapytał się Zenona Korba.

- Chętnie... - po czym oboje wsiedli do statku i wystartowali. Po kilku minutach na celowniku była już Czerwona Góra pod którą znajdował się kompleks jaskiń zbudowanych przez starożytnych kangurów. Przypadkowi piloci nie wiedzieli co robić więc wcisnęli na konsoli co się dało. Maszyna poderwała się do góry a potem zaczęła pikować pionowo w dół z prędkością opisaną wzorem [V=c*G*g/masa mózgu Zenka] przed samą ziemią od kadłuba oderwało się coś walcowatego i spadało razem z nimi. korba pociągną za ster i drastycznie posadził statek na ziemi. Tuba leżała obok nich gdy w jej wnętrzu zaczęła zachodzić reakcja łańcuchowa. Blacha zrobiła się czerwona a potem pękła i oślepiający błysk potoczył się przez pustynię a na miejscu gdzie dawniej stała Czerwona Góra unosił się do góry niebieski grzyb po wybuchu hydrowodoroatomowowęglowodanowym. W tym samym czasie gdzieś na terytorium USA...

- Panie prezydencie, Australia przeprowadziła próby z bronią jądrową o niespotykanej dotąd mocy.

- Australia? Nieee... to najwyżej kolejne UFO się rozbiło, nie ma się czym martwić. - Uspokajał G.W.Bush.

- UFO?! ONI tam są!

- No i co z tego, a teraz wyjdź bo chcę dokończyć to co zacząłem z panią Levinsky 2 (Wersja upgrade - rozbudowane mięśnie szczęki) - Wyprosił sekretarza obrony prezydent.

 

(...)

 

- Ale jebło! - Stwierdził odkrywczo Zenon.

- No... - Potwierdził odkrycie Korba.

- Ty! a gdzie ta Czerwona Góra? Zniknęła czy jak?

- Rozp... ją chyba... - Powiedział cicho Zenon i w tym momencie jego umysł odebrał próby nawiązania kontaktu telepatycznego. Sprawdził numer i odebrał rozmowę.

- Zenon! To ja! Architekt! Dzwonie z Nowych Hawajów! Ci Amerykanie z lotniskowca co się znaleźli u nas odkryli piękne wyspy i założyliśmy tam kurort! Słuchaj, laski świetne, z walorami [hehehe] a do tego pogoda i błękitne morze! Raj na Ziemi, a raczej na naszej ziemi [hehehe] A tak poza tym gratulacje zniszczenia Jedynego Nocnika. Teraz mam wyłączność na bramę między światami i będę zbijał na tym kasiorę taką że Ci oczy wyjdą. No nic musze już kończyć bo zaczyna się impezka rozkręcać! Nara!

Po tych słowach rozłączył się...

- Korba, misja zakończona. Mogę robić co chce! - Wykrzykną z radości Zenon.

- To teraz polecimy sterroryzować monopolowy... - Powiedział Korba układając tajemniczy wyraz twarzy.

- MISZYN AKOMPLISZT- powiedział Zenek podziwiając na tle zachodzącego słońca granat lecący w stronę Monopolowego...

 

C.D.P.Z.N.J.B.C.W. (Ciąg dalszy przygód Zenona nastąpi jeżeli będziecie chcieli więcej.)

 

 

Developed by Maciek Szmajdziński

Poprafki Patryk Jędrasiak

Wszelka zbieżność jest zbieżna.

Wszelkie podteksty oraz nadteksty zamierzone.

Tak nam się wydaje...

 Autor: M. Szmajdziński; P. Jędrasiak
 Data publikacji: 2005-09-01
 Ocena użytkowników:

 Zobacz inne utwory autora »
 Skomentuj »


 KOMENTARZE
Ułóż od najnowszych ↑

 Swietny tekst
chce więcej to jest [-]
Autor: woda
 Super Hiper Poli Gizmo Wypas ;]
Już dawno się tak nie ubawiłem :D Jeden z niewielu textów w necie, które mimo swej obszerności udało mi się do końca doczytać. Troszkę literówki utrudniają czytanie ale i tak jest niezłe :)
Autor: ~GrEmL!N Data: 15:05 7.04.08


« Powrót



Nasi użytkownicy napisali 73150 wiadomości na forum oraz dodali 355 publikacji.
Zapisało się nas już 1452

Ostatnio do paczki dołączył NiewolnikSzatana

 
Po stronie kręci się 7 osób: 0 zarejestrowany, 0 ukrytych, 7 gości.
 


       Dział Literatury:

   •   Recenzje Fantastyki
   •   Autorzy Fantastyki
   •   Artykuły
   •   Poczytaj fantasy
   •   Poczytaj SF
   •   Poczytaj różne
   •   Cała proza
   •   Poezja
   •   Publikuj własne dzieło »

Myśl

Kto posiada dwie pary spodni, niech jedną spienięży i kupi tę książkę.

  - G. C. Lichtenberg
  
Strona główna | Mapa serwisu | Wersja tekstowa | O stronie | Podziękowania
Sponsoruj mythai.info | Informacje o prawach autorskich | Kontakt

© 2004 - 2005 Mariusz Moryl
 
zamknij
Masz nowych listów.