Zenon siedział na pryczy w niemieckim U-boocie "Nemo" i męczył się z nabytą dolegliwością brzucha objawiającą się spontanicznymi wymiotami. Na oceanie szalał sztorm i U-bootem mocno bujało. Zenon nie wytrzymał nagłego przechylenia statku i biegiem ruszył ku ustępowi. Klęcząc przed muszlą przypomniał sobie całą jego drogę.
(...)
Zrobił wszystko tak jak kazali mu menele. Najpierw przedostał się płytko denną motorówką przystosowaną do pływania w szambie (q szamba=5,9kg/dm3 do tego dochodzą zawirowania wywołane przez dodatkowe dopływy gnoju, co uniemożliwiało spływ kajakiem, który wymarzył sobie Zenek) kanałami z okolic Myśliborza do Warszawy co trwało trochę czasu z powodów remontów głównych ciągów kanalizacyjnych. Tam odebrała go bojówka menelska pod przywództwem Andrzeja L. pseudonim "Endrju". Otrzymał tam ekwipunek samoobronny w postaci biało-czerwonych krawatów i czarną wołgą został odwieziony na lotnisko. Tam w specjalnej przebieralni (luksusowo wyposażonej, gdyż posiadała telefon) przebrał się w dwuczęściowy strój roboczy składający się z prześcieradła i papieru toaletowego. Nie zwracał nawet uwagi na to, że budka była przeźroczysta, co wywołało niemałą sensację szczególnie wśród kobiet przebywających na terenie lotniska. Przeszedł przez kontrolę bez problemów. Celnicy okazali się godnymi przeciwnikami. Stali pod ścianą z całymi rodzinami, błagając o łapówkę na chleb razowy. Jednak Zenek, który miał nastrój do żartów, kupił całej rodzinie jagodzianki. Dzieci jednak nie zrozumiały wysublimowanego poczucia humoru Zenka: -miał być ku*** razowy!- Krzyknęły chórem, po czym rzuciły się aby wydrapać Zenkowi oczy. Ich małe główki są dziś ozdobą wystawy medycznej pewnego byłego SS-mana. Dostał się na samolot i zaraz po starcie tak jak kazali mu jego koledzy wstał i poszedł do kokpitu gdzie sterroryzował plastykowym widelcem i obcinaczem do paznokci załogę i zamienił kurs samolotu na Bagdad. Tam z powodu braku paliwa awaryjnie lądowali i Zenon używając swojego talentu do marketingu sprzedał wszystkich amerykanów którzy byli na pokładzie w ręce Irackich Terrorystów którzy obiecali wyszkolić ich na dobrych samobójców (cyt. "...będą umierać z pianą na ustach wrzeszcząc Allach Akbar! Radując się chwilą pojednania z Bogiem i Kennedy’m"). Otrzymał za nich paliwo i kontynuował lot do Indii gdzie niestety z powodu strajku głodowego górników sparaliżował administrację i lotniska zostały niestety wyburzone. Zenen z powodu braku spadochronów zmuszony był do oddania śmiercionośnego skoku na bungee z szelek o łącznej długości 1.5 km. Skąd na pokładzie wzięło się tyle szelek? Zenek też nie miał pojęcia. Niestety źle obliczył trajektorię lotu i zarył gębą w piach na plaży. Na szczęście, bo bungee i tak by się zerwało. Zostało mu tylko odszukać wysłany przez meneli okręt podwodny "Nemo", którym miał dostać się do Australii.
-Gdzie jest Nemo?- wycharczał Zenon szukając zębów w piasku.
Jednak po chwili usłyszał pijackie marynarskie przyśpiewki po niemiecku (Deuchland, deuchland über alles!) i zobaczył wynurzający się obrośnięty rafą koralową, przerdzewiały U-boot który z powodu braku wstecznego ciągu po chwili wbił się w brzeg. Zenek dostał się do środka przez wielką dziurę z boku. Nad wejściem wymazane było kredą "K+M+B" oraz "Entrens tu szip – ty, który tu wchodzisz, porzuć wszelką nadzieję" jednak małymi literkami ktoś dopisał "Arbeit macht frei". Z wnętrza dobiegł do Zenka znajomy zapach bimbru oraz... szamba.-Z tego też już pędzą?- przebiegło Zenkowi przez myśl, jednak, jak później wyjaśnił kapitan, nieprzyjemny zapach był skutkiem kąpieli w kanałach. -Jakoś musieliśmy dopłynąć do morza, prawda?- tłumaczył się.
(...)
Zenek obudził się w kałuży własnych, zaschniętych już, rzygowin.
-Alem powspominał- mruknął Zenek
Gdy nasz paladyn spał okrętem przestało bujać, gdyż kapitan dał rozkaz zanurzenia. Przez dziurę dostało się jednak za dużo wody i okręt rył dziobem po dnie. Zenek wszedł do głównego pomieszczenia. Cała załoga po całonocnej libacji spała twardym snem. Zenek sennym wzrokiem wyjrzał przez bulaj. Jego oczom ukazało się stadko dziobatych zwierzątek niszczących naturalny ekosystem statku. Zenek, który zawsze lubił zwierzątka (szczególnie miło skwierczące na patelni), obudził bosmana.
-Do czorta diabła bestii szatana 666, co tu robią pingwiny?! - zaklął bosman - powinniśmy mijać tańczące tajlandzkie tancerki! Zwołał całą załogę (Czterech niemieckich staruchów i psa). Po paru minutach wytężonych poszukiwań w atlasie produkcji prus wschodnich kapitan ogłosił alarm.
-Wynurzenie awaryjne! Dopłynęliśmy do krańca świata! Spadniemy!
-Te poglądy już nieaktualne. Przecież na krańcach są ściany, żeby woda nie uciekała. Rozbijemy się! Aaaa!
-przecież ziemia jest kulą...- cała załoga popatrzyła się na kompana jak na idiotę.
-Do szkoły nie chodziłeś? Ja skończyłem Carski Uniwersytet, zaświadczam ci, jeśli ziemia byłaby kulą, spadlibyśmy już dawno. Przecież jesteśmy z dołu atlasu!
Rozważania załodze przerwał pingwin, który wyżarł wodorosty zasłaniające dziurę. Wszyscy rzucili się do pomp (w postaci składaków produkcji radzieckiej) i zaczęli pedałować ile sił. Gdy załoga pozbyła się wody i załatała dziurę, Zenek czekał już na nich z kolacją.
-Pingwin w sosie produkcji własnej, do tego bimber półwytrawny przepisu samego Wędrowycza...-przedstawił swoje dzieło Zenon. Po czym cała załoga zasiadła do posiłku. Bimber był mocny i z wykwintna kolacja przerodziła się w bezpardonową libację (nawet się rymuje kolacja=libacja). Kapitan mocno juz wstawiony nie wytrzymał naporu grawitacji i przewracając się pociągną kilka dźwigni a jego mundur zaczepił o zawory które odpadły. U-bootem szarpnęło i przechyliło pod kątem 84* część dziobową która poderwała cały okręt, po niej z wody został opróżnione zbiorniki tylne i cały okręt nabierając prędkości i obijając się o kawałki lodu nieustannie zbliżał się do powierzchni. Gdy głębokościomierz wskazywał już prawie 20m Zenon uświadomił sobie że przecież ponad nimi jest gruba warstwa lodu i taki manewr może zakończyć się śmiercią. Niemcy mieli natomiast świetną zabawę gdyż u-bootem trzepało i bujało na boki niczym na kolejce górskiej. Zenon zamknął oczy gdyż nie chciał widzieć własnej śmierci. Niemcy śpiewali coraz głośniej i Zenon słyszał tylko zgrzyty blach ocierającej się o lód a sekundy nieustannie robiły się coraz dłuższe. Momentalnie statkiem zatrzęsło i uspokoiło się. Załoga na którą działa siła bezwładności została podrzucona o kilka metrów a Zenon poczuł tylko że jego nogi robią się lekkie i podnoszą się. Po tych anomaliach nastąpił nagły zwrot ku pozycji horyzontalnej przez co jeden z Niemców natrafiwszy pod sobą na wielką przerdzewiałą blachę spadł pod pokład.
- Hans! Jesteś cały?
- Ja wohl!
Zenon otworzył oczy i spostrzegł że jeszcze żyje. Niemcy sami byli zaciekawieni dlaczego nagle przestało trząść. Oblegli jedyny bulaj na okręcie i walczyli o to kto zobaczy więcej. Zenon ominął kłótliwą gromadkę i wyjrzał przez nowopowstałą wyrwę w burcie. Jego oczom ukazała się ogromna lodowa jaskinia która nie miała dna. W północnej jej części była przystań a obok niej na metalowym podłożu stały niemieckie U-booty. Za nimi znajdował się budynek z wyraźnym wejściem prowadzącym jak się zdawało do pomieszczenia w lodzie które posiadało wielką szybę z widokiem na jaskinię. Pijanemu mechanikowi udało się tym czasem uruchomić silniki i u-boot po przejściach płyną powoli wzdłuż pomostów starając się znaleźć wolne miejsce do parkowania. minęli już 20 miejsc nad którymi stały suche od ponad 60 lat i doskonale zachowane okręty.
- 45...46...47....48... liczył kapitan
- sporo tego jak na miejsce tak oddalone od dawnych ziem rzeszy - wtrącił jeden z marynarzy
- Nowiuśkie u-booty! Nowiuśkie u-booty! Dla każdego coś miłego - wrzeszczał poekscytowany mechanik. Jego euforię radości przerwał wybuch w maszynowni i po kilku chwilach przez nieszczelne rury i włazy wnętrze okrętu wypełniło się gryzącym gazem z czego większość i tak wyleciała przez dziury w kadłubie na zewnątrz.
- No to teraz ktoś musi dostać się tam wpław - wymamrotał pod nosem kapitan
- wpław? - powtórzyła przerażona załoga
- Tak, wpław!
- Ale kapitanie... ta woda jest chyba lodowata a z resztą i tak zaspawaliśmy właz na pokład bo ta klapa od kubła na śmieci się ciągle otwierała i nas zalewało... Trzeba by iść dołem ale tam zalane jest!
- No to mamy już ochotnika - powiedział kapitan po czym pchną najbliższego chłopaka i ten wpadł do zalanej dziury prowadzącej pod pokład. Jako że nie chciał płynąć trzeba było rzucić mu granat na zachętę. Po kilku sekundach marynarz pojawił się na powierzchni i pomachał do załogi.
- Ale tu ciepło jest! Chodźcie popływać! - Nie trzeba było długo czekać i całą załoga wpław dostała się do drabinki i potem przyholowali swojego wraka do nabrzeża i podnieśli go dzięki takim specjalnym podnośnikom. Zenon wyszedł i oczom ich wszystkich ukazał się obraz zniszczeń. Cały kadłub był pordzewiały na wylot. Dno sterczało rozprute we wszystkich kierunkach. Zenon właśnie dziwił się jak takie coś mogło pływać i to pod wodą lecz jego głębokie rozmyślania przerwał jeden z załogantów.
- Her Kapitan! - Krzykną młody blondasek o niebieskich oczach - Znaleźliśmy wejście do kompleksu i po wstępnych analizach wyszło że jest to niemiecka instalacja a na dodatek mają wielkie zbiorniki ropy która przefermentowała będąc zbyt blisko działających reaktorów jądrowych i teraz jest nadspirytusem o zawartości alkoholu = 150%!
- 150%! Meine Goth! Toż to raj panowie! RAJ! JESTEŚMY W RAJU! - Wydarł ze swojego gardła kapitan po czym jego mózg zajęty przeliczaniem zawartości alkoholu w alkoholu przegrzał się i z uszu poszedł dymek a kapitan bezwładnie wpadł do wody i powtarzał ciągle pływając na plecach niczym opętany... 150....150...150...
(...)
- kolejne zamknięte drzwi... dlaczego... co tu się działo... - mówił sam do siebie bosman gdy wraz z częścią załogi poszli poszukać jakiegoś magazynu i ogólnie zaadoptować bazę w ich posiadanie.
- Uwaga odpalamy! - krzykną marynarz i na jego słowa wszyscy podskoczyli i po korytarzu przepłynęło przez ułamek sekundy 200 mln. Wat. Blokada puściła i ich oczom ukazało się stare laboratorium które niestety nie wyglądało zachęcająco. Popękane inkubatory i wielkie szklane słoje wypełnione zdeformowanymi ciałami mieściły się na całej długości pomieszczenia. pod ścianami stały klatki w których leżały dziwne i na pewno niepochodzące z Ziemi istoty. Część leżała cała a część w kawałkach....
- tu musiało się dziać coś niedobrego... - stwierdził odkrywczo młody blondasek.
- Boże... przecież to mój dziadek! - Bosman podniecony nowym odkryciem ruszył ku leżącej na desce do krojenia głowie. - Cześć dziadku, co ty tu robisz? Zabalsamuję sobie ciebie i będę miał pamiątkę...
- Daruj sobie już te rodzinne sentymenty - Ponaglił Zenon gdyż wychodzili już z tego dziwnego laboratorium. Jedyne drzwi prowadziły do wielkiego hangaru gdzie wszyscy marynarze po pierwszej sekundzie narobili w gacie. jedynie Zenon nic nie robił... pod jego nogami rozciągał się wielopoziomowy parking dla pojazdów latających. Po podpisach na sektorach można było stwierdzić że były to różne modele statków. Znalazły się tam i VIrle i Hanebu oraz wiele innych a także "Oryginały" które z niewiadomych powodów obrosły zielonym śluzem....
- No nic... trzeba się zamknąć gdzieś i iść spać.
- Nie! Nie możecie! Ja się musze dostać do Australii! Losy świata od tego zależą! - Darł się rozpaczliwie Zenon, nic jednak nie wskórał swoim krzykiem. Zakneblowano mu usta i powieszono na linkach do suszenia prania.
- Ja was chamy jedne pozałatwiam, jeszcze przyjdzie mój czas - mówił w myślach Zenon. niemieccy marynarze nie byli jednak aż takimi chamami na jakich wyglądali. Podłączyli rurki do wypełnionych po brzegi 150% alkoholem zbiorników i dali nawet jedną naszemu bohaterowi. Zenon uknuł w głowie plan ucieczki. Nie pociągnął nawet łyka "zbiornikówki" (tak nazwał ten alkohol jeden z marynarzy) dopóki nie spostrzegł że cała załoga leży schlana w trupa na ziemi. Gdy upewnił się że nic mu nie zagraża wciągnął przez nos ponad 10 litrów tego płynu i momentalnie wpadł w trans. Próbował połączyć się z Korbą i Józefem ale jako że nie znali się na psychotelefonice nie potrafili odebrać. Postanowił zasięgnąć pomocy u Architekta. Wybrał myślami numer i poczekał na połączenie.
- Dzień dobry....
- Architekt! Słuchaj! Złapali mnie! Nie mogę dostać się do Australii!
- ... dodzwoniłeś się do Architekta. Chwilowo nie ma go w domu gdyż spadło mu na głowę takie wielkie pudło...
- przykro mi.
- .... mnie też. Po usłyszeniu sygnału zostaw wiadomość. [BEEP]
- Dobra, Architekt słuchaj, mam kłopoty więc potrzebuje pomocy. Użyj MOCY żeby mnie przeteleportować do Australii. Podaje koordynaty współrzędnych... 105* [szszszszsszszs] - W tym momencie rozmowę przerwało. Zenon otworzył oczy żeby zobaczyć powód tych zakłóceń i przed sobą ujrzał dwóch Alienów którzy poodkładali rurki od ust Niemców i nakrywali ich kocykami żeby nie pomarzli. Po chwili rozwiązali Zenona i tak samo jak innych położyli na karimacie produkcji tajwańskiej i przykryli kocykiem. Zenon kontem oka dostrzegł także trzeciego Obcego który roznosił kanapki, ogórki i mleko i układał koło głów śpiących ludzi. Alkohol zmógł Zenona i zasną on snem sprawiedliwego.
(...)
- PALI! - Wysyczał Zenon zaraz po przebudzeniu, podskoczył jak wryty i strzepną z siebie mandarynowe potworki Mandaryny które rozpierzchły się po całym pomieszczeniu i teraz zajęły się śpiącą załogą...
- Ale miałem straszny sen - Powiedział sam do siebie po czym spostrzegł przerażony że jednak to była jawa! Stał na kocyku a obok niego leżało kilka kanapek, szklanka zimnego mleka i słoik kiszonych ogórków. Cofnął się przerażony pod ścianę gdy nagle w jego głowie odezwał się głosik:
- Puk puk!
- Kim jesteś! Odczep się od paladyna! Duchy nie mogą normalnie egzystować przy paladynach! Znikaj!
- nie jestem duchem - odpowiedział nadal spokojnie głosik w głowie. - Jestem KAC! Nie lekceważ mojej mocy! Potrafię pomagać lub zabijać słowami! Mój głos może przyprawiać o ból głowy! Mogę spowodować ze twoja krew będzie wrzeć a Ciebie atakować różowe słoniki lub inne potworki!
- Dobra dobra.... hmmm... to może być dziwne...
- Co kombinujesz? - Zapytał się Zenona KAC.
- Przenieś mnie do Australii na nabrzeże portu w Sydney. Dok 14. - Zażądał Zenon.
- NIE! NIE MOGE TAKICH RZECZY ROBIC! - Wrzeszczał kac w głowie Zenona co spowodowało przenikliwy ból wszystkich części ciała.
- RÓB TO MAŁY GNOJKU ALBO WALNE SOBIE KLINA I ZOBACZYMY CO WTEDY POWIESZ! - Kłócił się z nim paladyn.
- NIE! Tylko nie klina! Już dobrze, dobrze... Zabiorę Ciebie do tej Australii ale nie zabijaj. Błagam!
- Przenoś mnie tam! Już!
KAC w głowie Zenona zaczął mamrotać jakieś dziwne sentencje i po chwili czasoprzestrzeń zakrzywiła się i coś głucho strzeliło. Obraz zamazał się i znikną a po chwili Zenon stał na jednym z wielu pagórków pośród namiotów na których powiewały biało-czerwone chorągwie...
- Gdzie ja do cholery jestem...
(...)
Król Jagiełło siedział w swoim wozie dowodzenia i co chwilę zerkał na zegarek. Minęła godzina od zapowiedzianej faksem wizyty dwóch znamienitych rycerzy zakonu krzyżackiego. Witold siedział w kącie i układał pasjansa z dwóch kart, który i tak nigdy mu nie wychodził. Nagle z pomieszczenia radiooperatora wypadł woj Przemko z Bydgoszczy z okrzykiem: „Nadchodzą!". Faktycznie, po chwili do opancerzonych drzwi ktoś zapukał...
- Wlazł! - rzucił Jagiełło zagryzając mentosa. Pukanie rozległo się ponownie.
- Do nich trzeba po ichniemu... Kommt, kommt, schneller bitte - zakrzyknął książę Witold. Drzwi otworzyły się i w pośpiechu wbiegło do środka dwóch gości w zbrojach i z piórami pawi na hełmach.
- Guten Morgen polnischen Koenig - powiedział wyższy i starszy, stając na baczność.
- Co oni gadają? Chcą mnie butem w mordę lać czy jak? - spytał Jagiełło przyglądając się obu gościom dość uważnie, na co pozwolił mu jego sokoli wzrok i noktowizor.
- nie król... my dla wasza przynieść zwei mieczen - powiedział starszy - Udo, komm gib mir zwei mieczen - poprosił. Młodszy Udo wyciągną zza pleców krótki kordzik marynarskie i nóż do krojenia tapet.
- Miały być zwei grossen mieczen - powiedział starszy z upomnieniem.
- Ich weisse nicht... ja nic nie wiedzieć, meine liebling fater, Urlich geben mi tylko te maciupen sztileten.... ich weisse nicht - tumaczył się młodszy.
- Co oni plotą? - Zdenerwował się Jagiełło - Gadać mi zaraz co jest grane, bo dam w ryj!
Krzyżaccy rycerze zamarli z lekko rozchylonymi ustami. Latająca wokół mucha wykorzystała ten moment i narobiła młodszemu na hełm.
- Gadajcie, coście za jedni i dawajcie te miecze, coście je mieli przynieść, ino wartko bo czas już bitwę zaczynać!
- Oh meine liebling polnischen koenig... keine krieg, keine bitwa, my przynieśli zwei mieczen - powiedział starszy, podnosząc do góry kordziki. - Żeby był freundschaft, buzi buzi, polaken szwaben zwei brudder, cmok, cmok - zakończył składając usta w słodkiego całusa...
- Wywalić tych dwóch pedałów! - Powiedział podniesionym głosem Jagiełło. - I posłać im na odchodne ze trzy stingery, żeby nie myśleli, że odchodzą z pustymi rękami. Ja im dam buzi buzi... cmok cmok! Niech artyleria zajmie się tą hałastrą w białych prześcieradłach i zakutą w blachy, a pawie piórka to ja już im sam powtykam w... - zaryczał.
Dwaj rycerze krzyżaccy odchodząc sprzeczali się między sobą.
- Scheise... du durnkopf, ty idiota, zamiast zwei mieczen ty dał zwei klajne sztileten, was du zrobił z zwei grossen mieczen dla polnische koenig? - krzyczał starszy.
- Oh, eine kleine gescheft, ja zrobić mały interesa... ja sprzedać zwei grossen mieczen i dostać guten polski klej Atlas i zwei maciupen sztileten gratis - odparł młodszy.
- Scheise, scheise, scheise, trzi razy scheise!!! - zaklął stary.
- Tobie się fater chcieć scheise? - spytał młodszy.
- Nein do dumkopf!
W tym momencie w obu rycerzy uderzyły wspomniane trzy stingery i zakończyły głupawy dialog. Z krzyżackich pozycji zostały tylko stosy żelastwa i kilka koni. Jagiełło jeździł dżipem po pobojowisku i oglądał zniszczenia...
- Spadamy... - Powiedział Zenon do KAC'a gdy już całkowicie doszło do niego czego był świadkiem...
- Sorry Zenon... Pomyłka była - tłumaczył się KAC - Zaraz naprawie! [pyk] - Zenon zdematerializował się szybko...
(...)
- Marklar, tu Marklar, zbliżam się do Marklar...
- Ok. Marklar, ląduj na Marklar i nawiąż pierwszy kontakt.
Dziwny kosmita z wielgachną głową powciskał jakieś nieznane nikomu poza nim przyciski i kabinę zasłoniła rozkładana osłona. Silniki ustawiły statek pod odpowiednim kursem i powoli wytracały prędkość. Gdy pierwsze języki ognia spowodowane tarciem o atmosferę dotknęły kadłuba statek wyłączył napęd i zmieniając kolor osłony na coraz bardziej czerwony zagłębiał się w ziemskiej atmosferze. Na wysokości 12km osłona schowała się i Marklar przejmą kontrolę nad pojazdem. Według mapy powinien być dokładnie nad miejscem wyznaczonym do pierwszego kontaktu z ludźmi. Wyhamował gwałtownie i osiadł na piasku po czym wyszedł na zewnątrz by zbadać nieznaną planetę.
- Witam Ziemianie! - Powiedział gdy zobaczył grupę Etiopczyków. To był błąd...
- FOOD! - Krzyknęli głodni ludzie i rzucili się na przybysza z widelcami. Do rana nic nie zostało.
W czasie gdy ucztowali jakieś 3m nad ziemią zmaterializował się Zenon i spadając zahaczył o statek.
- Co do ****! - skomentował głośno i zaraz zwrócił się do KAC'a - Miała być Australia!
- O mistrzu... pomyłka tragiczna! Jesteśmy w Etiopii a nie w Australii! Wybacz! - tłumaczył się KAC.
- Nie tym razem... - powiedział pod nosem Zenon i pociągną solidny łyk z manierki.
- Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee! - Krzyczał KAC lecz jego głos zanikał w czasoprzestrzeni. Etiopczycy bynajmniej usłyszeli głuche grzmotnięcie i wyszli sprawdzić co się stało. Gdy spostrzegli kolejną ofiarę wyjęli widelce i powoli zaczęli ją okrążać. Zenon pomyślał ze - chyba nie jest dobrze - teraz jedynym wyjściem okazało się pałować na oślep. Poczekał aż otoczą go na odległość miecza i natychmiast złapał za rękojeść rzucając się z okrzykiem bojowym na wychudzonych murzynów. Przewaga liczebna Etiopczyków spowodowała jednak że Zenon został przyparty do galaktycznego myśliwca Marklara. Korzystając z sytuacji rzucił sentencję: (dawno nie czarował więc musiał sobie ulżyć)ADD_BRITNEY_SPEARS! i pomiędzy nim a agresorami pojawił się obraz piosenkarki. Spowodowało to początkowo konsternację w obozie Etiopczyków a potem paniczny strach. Dało to wystarczająco dużo czasu żeby Zenon mógł dostać się do środka statku i uruchomić go (wszystkie statki kosmiczne działają jak samochody - nie wiedzieliście? przyp. Autor). Nowa bryka bujała się doskonale więc w ciągu kilku minut Zenon znalazł się w dokach Sydney gdzie posadził myśliwiec we wskazanym jako punkt kontaktowy miejscu.
Dotarł do Australii. Jego przeznaczenie miało się niedługo spełnić... Kabina otworzyła się i Zenon zobaczył przed nim głowę wystającą z kanału...
- Korba! Co ty tu robisz? - Wykrzykną z radości.
- Przyjechaliśmy sporą grupą na wakacje! Myślałem że już dawno załatwiłeś kangury! - Odparł Korba.
- No niestety jeszcze nie, ten cały u-boot nie wypalił, zawieźli mnie na Antarktydę i tam zostali. Musiałem uciekać.
- Na Innosa.... kurde, znowu mi się teksty mylą.... O cholera... no rzeczywiście ciężko z nimi się dogadać. A skąd masz ten statek? - Zapytał się Korba.
- A to ze stacji StatOil - bąkną Zenon.
- Acha... to lecimy upolować trochę kangurów? - Zapytał się Zenona Korba.
- Chętnie... - po czym oboje wsiedli do statku i wystartowali. Po kilku minutach na celowniku była już Czerwona Góra pod którą znajdował się kompleks jaskiń zbudowanych przez starożytnych kangurów. Przypadkowi piloci nie wiedzieli co robić więc wcisnęli na konsoli co się dało. Maszyna poderwała się do góry a potem zaczęła pikować pionowo w dół z prędkością opisaną wzorem [V=c*G*g/masa mózgu Zenka] przed samą ziemią od kadłuba oderwało się coś walcowatego i spadało razem z nimi. korba pociągną za ster i drastycznie posadził statek na ziemi. Tuba leżała obok nich gdy w jej wnętrzu zaczęła zachodzić reakcja łańcuchowa. Blacha zrobiła się czerwona a potem pękła i oślepiający błysk potoczył się przez pustynię a na miejscu gdzie dawniej stała Czerwona Góra unosił się do góry niebieski grzyb po wybuchu hydrowodoroatomowowęglowodanowym. W tym samym czasie gdzieś na terytorium USA...
- Panie prezydencie, Australia przeprowadziła próby z bronią jądrową o niespotykanej dotąd mocy.
- Australia? Nieee... to najwyżej kolejne UFO się rozbiło, nie ma się czym martwić. - Uspokajał G.W.Bush.
- UFO?! ONI tam są!
- No i co z tego, a teraz wyjdź bo chcę dokończyć to co zacząłem z panią Levinsky 2 (Wersja upgrade - rozbudowane mięśnie szczęki) - Wyprosił sekretarza obrony prezydent.
(...)
- Ale jebło! - Stwierdził odkrywczo Zenon.
- No... - Potwierdził odkrycie Korba.
- Ty! a gdzie ta Czerwona Góra? Zniknęła czy jak?
- Rozp... ją chyba... - Powiedział cicho Zenon i w tym momencie jego umysł odebrał próby nawiązania kontaktu telepatycznego. Sprawdził numer i odebrał rozmowę.
- Zenon! To ja! Architekt! Dzwonie z Nowych Hawajów! Ci Amerykanie z lotniskowca co się znaleźli u nas odkryli piękne wyspy i założyliśmy tam kurort! Słuchaj, laski świetne, z walorami [hehehe] a do tego pogoda i błękitne morze! Raj na Ziemi, a raczej na naszej ziemi [hehehe] A tak poza tym gratulacje zniszczenia Jedynego Nocnika. Teraz mam wyłączność na bramę między światami i będę zbijał na tym kasiorę taką że Ci oczy wyjdą. No nic musze już kończyć bo zaczyna się impezka rozkręcać! Nara!
Po tych słowach rozłączył się...
- Korba, misja zakończona. Mogę robić co chce! - Wykrzykną z radości Zenon.
- To teraz polecimy sterroryzować monopolowy... - Powiedział Korba układając tajemniczy wyraz twarzy.
- MISZYN AKOMPLISZT- powiedział Zenek podziwiając na tle zachodzącego słońca granat lecący w stronę Monopolowego...
C.D.P.Z.N.J.B.C.W. (Ciąg dalszy przygód Zenona nastąpi jeżeli będziecie chcieli więcej.)
Developed by Maciek Szmajdziński
Poprafki Patryk Jędrasiak
Wszelka zbieżność jest zbieżna.
Wszelkie podteksty oraz nadteksty zamierzone.
Tak nam się wydaje... |