Użytkownik: Hasło: Rejestracja
 Torni le re bu

 

Może się pan jeszcze zastanowić – powiedział szef Korporacji TONGA, ale Marcus był zdecydowany.

Nie, proszę przyjąć kwestionariusz.

A zatem....Witamy  na pokładzie ! – wyciągnął rękę i uścisnął mocno dłoń Marcusa.

 

Marcus Wimad wracał do domu z biletem na najbliższy prom na planetę Varomia. Nie, nie  było to jego spełnienie marzeń. Nic w tym stylu. W Korporacji badali tą planetę już od dawna i generalnie nie stanowiła niespodzianki. Kilkadziesiąt sond, które ją odwiedziły potwierdziły skład atmosfery, gleby, wody, a nawet form życia. Całkiem zresztą inteligentnych.  Pierwsza ekspedycja, jeszcze w zeszłym roku składająca się z trzech osób wróciła z kompletem potrzebnych informacji potrzebnych do wysłania badacza stacjonarnego. Nawiązano tez pozytywny kontakt z tubylcami. Owszem, panowały na niej dość surowe warunki atmosferyczne, ale nie przez cały czas, co badania potwierdziły. Jednakże, aby uznać planetę za przystosowaną do kolonizacji potrzebne były bardziej szczegółowe obserwacji fauny i flory. Chociaż wiązało się to z bardzo wysoką premią, zaszczytami itd., to jednak nie było zbyt wielu chętnych, żeby polecieć tam samotnie na rok. Szczerze mówiąc nie było żadnego chętnego. Marcus też się do tego nie rwał i pewnie nadal by tak było gdyby nie rozwód. Skoro w jednym dniu można stracić w życiu wszystko i to w ciepłym i bezpiecznym domu, to co złego może mu się przytrafić na obcej ziemi przez rok ? To była genialna alternatywa – w sam raz dla Marcusa. Z dala od wrednych ludzi, natarczywej rodziny ciągle użalającej się nad nim i wypytującej „Jak to się stało ?” , albo „na pewno podejrzewałeś ją o romans, prawda?”, a już najgorsze było „biedny Marc....tak strasznie ją kochał...jak ona mogła ???”

Perspektywa wysłuchiwania tego do końca życia była tak marna, że wolałby polecieć na Marsa i usmażyć się żywcem niż pozostać na Ziemi dłużej niż do czasu najbliższego promu. Opcja misji badawczej na Varomii spadła mu dosłownie z nieba. Przed rodziną miał wymówkę i nie musiał oglądać tych wiecznie utrapionych min przyjaciół i kolegów z pracy, którzy w ten sposób wyrażali swoje współczucie dla niego. Przestali nawet przy nim opowiadać kawały, co go jeszcze bardziej denerwowało, żeby nie powiedzieć – doprowadzało do szewskiej pasji. Rok na Varomii dawał mu spokój, ciszę i czas na przemyślenia, na poukładanie sobie w głowie życia na nowo z dala od nadgorliwych „przyjaciół”, nie wspominając o rodzinie. Przy okazji oddał przysługę kolegom z Korporacji, tym szczęśliwym mężusiom, tatusiom, dziadziom, zakłamanym przyjaciołom. Na pewno się cieszą, że ktoś tą robotę odwali a oni spać będą bezpiecznie w domu. I dobrze....niech śpią spokojnie....przynajmniej dopóki sami pewnego razu nie wrócą od dwie godziny wcześniej z pracy do domu.

Do odlotu promu pozostał tydzień. Tydzień na spakowanie najważniejszych rzeczy, powtórzenie ostatnich badań, skompletowanie niezbędnych pakietów medycznych, wizytę u dentysty i...zgromadzenie małego zapasu whisky ...

W pierwotnej wersji na Varomie miało lecieć dwóch badaczy, ale z czasem , ograniczając koszty, Korporacja doszła do wniosku, że jeden człowiek w zupełności wystarczy do pobrania próbek ziemi, zbadania przydatności wody do spożycia i obserwacji tubylców – małych form przypominających głowonogi, ale żyjących na lądzie, porozumiewających się werbalnie i używających narzędzi. Były niewiele większe od średniego psa, ale poprzednia misja odkryła, że są to inteligentne stworzenia porozumiewające się logicznym językiem, z którego składnią się zapoznano. Marcus został przeszkolony krótko w zakresie komunikacji z nimi, sam zaś miał dokładnie przeprowadzić badania nad ich językiem i faktycznymi umiejętnościami.

Przez tydzień, który bardzo się dłużył, Marcus przygotował się dokładnie do spędzenia roku na obcej planecie. Nie chciał brać ani jednego zbędnego sprzętu, który w niesprzyjających warunkach mógłby tylko stanowić niepotrzebne obciążenie, nie chciał też o czymś zapomnieć. W poniedziałek 1 lipca był gotowy do drogi. W Instytucie jego dobytek plus sprzęt badawczy dokładnie zapakowany, ponumerowany, opieczętowany i ustawiony w paletach czekał już na załadunek na prom. Marcus przybył taksówką. Po ostatnich badaniach, rozmowach, instrukcjach i gratulacjach przebrany w odpowiedni kombinezon wszedł na pokład promu  PROMETEUS II . Z chwilą gdy wszystkie luki pokładowe zamknęły się hermetycznie Marcus zapiął zgodnie z instrukcja pasy w wygodnym fotelu w swojej kabinie, zażył odpowiednie środki i zasnął. Na pokładzie było kilkanaście osób, nawet jedna Meksykańska rodzina, ale wszyscy lecieli dużo bliżej. Marcus wysiadał ostatni.  Większość tych ludzi to byli kolonizatorzy lub zwyczajni biznesmeni, których nie stać jeszcze było na własny prom, ale nie tracili nadziei, że to ich ostatnia podróż państwową jednostką.

Wszystkiego dobrego panie Wimad – pożegnał go osobiście kapitan, kiedy wylądowali na Varomii. – Wszyscy życzymy panu sukcesów i mamy nadzieję, że będzie pan w tak samo świetnej kondycji , kiedy spotkamy się za rok !

Taaa, dziękuję...

Przylecimy po pana ! Głowa do góry, ten rok szybko minie ! Wszyscy w Pana wierzymy. – kapitan albo sam z siebie był tak upierdliwy, albo tak został poinstruowany przez Korporację.

Marcus z trudem zdobył się na uśmiech. Pewnie tylko dlatego, że kapitan nic nie wspomniał o jego żałosnej, nikczemnej, okrutnej i bezdusznej żonie. Obsługa promu rozładowała jego ekwipunek razem z niewielkim pojazdem czterokołowym, przypominającym nieco quada, tyle że kompletnie zabudowanym.

- Panie Wimad – zagadał na odchodnym kapitan – tak panu powiem od serca, jakby mnie tak żona....ech, tez bym tu został. Jakby co, tfu ! – splunął za siebie – przylecę z zapasem piwa na resztę życia – roześmiał się jak stary gibbon i zamknął luk wejściowy. Prom poczekał aż Marcus oddali się na stosowną odległość poczym wystartował w górę.

Jeśli za rok ten gość przyleci po niego i znów palnie coś o żonie, to – Marcus poprzysiągł sobie – poprosi Korporacje o przedłużenie misji jeszcze o kolejny rok. A może nawet i zostanie tu na zawsze, jeśli na Ziemi do końca życia czeka go wysłuchiwanie tego typu komentarzy. Podbudowany myślą o roku bez niczyjego gadania, roku ciszy, spokoju ruszył przed siebie. Zafoliowana mapa dokładnie wskazywała miejsce, gdzie poprzednicy rozbili obóz i gdzie sam zamierzał pozostać. Pojazd, w który wyposażyła go Korporacja był w miarę lekki, zwinny i szybko poruszał się po terenie nie znającym pojęcia drogi.

Obóz poprzedników okazał się niewielkim domkiem z tworzyw sztucznych. Okna z unowocześnionej pleksi były duże jak na taki mały twór i wpuszczały do środka dużo światła.

Niestety, ów domek był konstrukcją tymczasową, która służyła badaczom tylko kilka tygodni, a Marcus zamierzał tu spędzić rok. Piękny, spokojny rok. Wiadomo już było, że na planecie zdarzają się dość ostre zimy, dlatego domek należało odpowiednio przystosować – jak śmiał się Marcus – z letniej daczy na dom całoroczny. Pierwszy dzień jednak poświęcił na rozpakowanie i odpoczynek po locie. Generalny remont rozpoczął prawie natychmiast, kiedy się obudził następnego ranka. Czuł się, jak ktoś kto właśnie nabył teren pod wymarzony dom, na który odkładał połowę życia. Miał w sobie tyle zapału i energii, że zapominał o jedzeniu. Praca pochłaniała go od świtu do zmroku. Pomalował od zewnątrz cały dom specjalną farbą izolacyjną, uszczelnił okna, pokrył i wzmocnił dach specjalnym tworzywem, które przywiózł ze sobą z Ziemi i obił drzwi dodatkową warstwą materiału izolacyjnego, pozostało tylko zamontować ogrzewanie. Wybrał jedno pomieszczenie, gdzie zamierzał spać, uszczelnił wejście do niego i zamontował specjalne konwektory podłączone do akumulatorów, które przywiózł ze sobą. Po tygodniu brakowało tylko rabatek z kwiatkami przed domem i skrzynki na listy. Marcus coraz bardziej zakochiwał się w tym miejscu. Niestety, póki co nie udało mu się spotkać tubylców. Faktycznie, nie szukał ich specjalnie, bo był pochłonięty pracą i na dobrą sprawę nie rozpoczął jeszcze żadnych badań dla Korporacji, jakkolwiek, dziwił się, że jeszcze nikogo nie zauważył. Na wszelki wypadek wieczorami czytał sobie słownik przygotowany przez poprzednią ekipę i starał się zapamiętać kilka pożytecznych zwrotów na wypadek spotkania z tubylcami.

Mieszkańcy planety pojawili się nagle i niespodziewanie pewnego ranka. Marcusa obudziło pukanie do drzwi. Po kilku tygodniach prawie sterylnej ciszy te kilka dźwięków omal nie przyprawiło go o zawał serca. Co pukało do jego drzwi ?????????????????? Zerwał się z materaca i popędził do wejścia.

W progu stały dwa stworzenia. Oba nie większe od setera, ale zdecydowanie mało psie....nawet pomimo białego, miejscami nakrapianego futra – lub czegoś w tym rodzaju. Jedno z nich trzymało w mackowatej kończynie kamień. Zdaje się, że tego właśnie użyli do zapukania.

Merg Merg grb ! – powiedziało jedno z nich. Po chwili początkowo zablokowany werbalnie Marcus odzyskał mowę, wysilił się na uśmiech i odpowiedział :

Merg Merg Tarrtarr – co jak wyuczył się na pamięć znaczyło – „witajcie przyjaciele”.

Zastanawiał się przez chwilę, czy nie powinien zaprosić ich do środka, może czymś poczęstować, ale zanim coś ustalił oba kudłacze odwróciły się i odeszły. Stał jeszcze przez moment w progu w piżamie i zastanawiał się nad wydarzeniem sprzed chwili. Z tej zadumy wyrwał go zimny i przejmujący wiatr. Marcus schował się do środka.

Są na pewno inteligentne ! – myślał – I wyraźnie przyjazne. – jednak na wszelki wypadek sprawdził w słowniku co znaczyło „grb”.

Znaczyło „przybysz”, tak więc mógł spokojnie stwierdzić , że to przyjazne istoty. Może nie zbyt piękne, ale na pewno nie wrogie.

Dni robiły się po woli coraz chłodniejsze, a Marcus coraz bardziej zagłębiał się w badania nad okoliczna florą – fauna w postaci tubylców odwiedzała go sporadycznie sama. Nie można było tego nazwać sąsiedzkimi odwiedzinami, z miłą pogawędką na werandzie, ale jednak czasem się odzywały. Nie, zdecydowanie nie przychodziły specjalnie do niego. Raczej po prostu przechodziły obok, czasem rozmawiając tylko między sobą swoim charakterystycznym gardłowym językiem, a czasem zagadując do Marcusa. Ten zaś coraz bardziej zachwycał się ich inteligencją i potencjałem możliwości, o których poprzedni badacze na pewno nie mieli pojęcia. Każdą wolną chwilę spędzał na uczeniu się ich języka i uzupełnianiu słownika swoimi spostrzeżeniami. Może wyglądały jak skrzyżowanie szczura z kanapą, ale na pewno były istotami myślącymi i zdolnymi do rozwiązywania zadań logicznych – bardziej czy mniej skomplikowanych – to Marcus zamierzał sprawdzić sam.

Marcus pracować, my pracować. Czas dobry, pracy dużo – zagadnęły go któregoś dnia.

Marcus głodny – uśmiechnął się do nich – choć po chwili zreflektował się, czy przypadkiem nie uciekną przed nim.

Nie uciekły, widać nie było na planecie niczego co by na nie polowało.

Marcus zbierać jedzenie. Marcus potrzebować. Dobry czas na zbierać jedzenie.

Ciekawa uwaga – uśmiechnął się do siebie.- Nie mam tu żony więc o żarciu przypominają mi dwa kudłate kraby. Jakkolwiek mają czasem rację....

W miarę upływu czasu Marcus przebadał sporą ilość występujących na planecie tworów najbardziej przypominających rośliny i część z nich zakwalifikował do jadalnych. Zaopatrzony we wszelkiego rodzaju chemikalia, odtrutki, lekarstwa, surowice i inne medykamenty przeszedł do fazy konsumpcji niektórych z roślin, czy grzybów...Pierwsze próby , które przeszedł i wyszedł z nich bez szwanku zachęciły go do dalszych prób. Przydatna okazała się obserwacja wędrujących przez teren jego obozu tubylców, którzy często nieśli ze sobą jakieś rośliny, które, po jakimś czasie okazały się być zapasami żywności – czego dowiedział się z fascynującej rozmowy, która brzmiała mniej więcej tak :

Drrr tog berr ? – co znaczyło mniej więcej : „czy to jedzenie?”

Berr kreb kreb berr – zagulgotały kudłacze.

A więc jedzenie ! – odnotował w notesie Marcus. Tylko dlaczego ważne ważne ?

Czy oni dzielą jedzenie na ważne i nie ważne ? Do sprawdzenia – zapisał sobie.

Po trzech miesiącach zrobiło się naprawdę zimno i Marcus zaczął rozmyślać nad uruchomieniem ogrzewania z akumulatorów. Do tej pory specjalne okna w domku ogrzewały go czerpiąc energię z tutejszego słońca, ale tego było już coraz mniej i Marcus zaczął w swoim domku szczękać zębami. Z drugiej strony przed nim była zima, zapowiadało się więc jeszcze duże ochłodzenie. Przezornie postanowił więc wykorzystać resztki izolacyjnej farby i jeszcze raz pomalować cały dom. A potem spadł śnieg. Idealnie biały puch okrył dosłownie wszystko w ciągu jednej nocy. Marcus nie wypuszczał się już tak daleko na badania, bo jego pojazd zwyczajnie brnął w głębokim śniegu. Parę kilometrów od obozu znalazł jednak całe wzgórze porośnięte czymś na kształt mchu i jeszcze przed pierwszym śniegiem zaczął regularne wycieczki na owe wzgórze. Wycinał duże fragmenty i układał na dachu – celem zwiększenia izolacji. Śnieg te wypady znacznie ograniczył, ale Marcus nie zamierzał zaprzestać wyjazdów po mech. Co prawda przykrył już go śnieg, ale pod mchem Marcus odkrył coś jakby bulwy ziemniaków, ale słodkie i bardzo smaczne. Zapasy przywiezione z Ziemi  nie były nieskończone, tak więc póki mógł, starał się korzystać z okolicznych dobrodziejstw natury. Kilka długich godzin spędził więc na odśnieżaniu najbardziej zasypanych odcinków i kontynuował wyprawy po bulwy. Od czasu do czasu ciągle jeszcze spotykał tubylców, choć coraz rzadziej. One też targały ten mech i bulwy. Z krótkich rozmów Marcus dowiedział się, że na nim sypiają i służy im on do wykładania ich „domów” w środku.

Miesiąc później przyszły już poważne mrozy i silne wiatry. Plastikowy domek Marcusa trzeszczał i niemal odrywał się od ziemi. Po każdej takiej burzy nocnej – o ile dzień potem nastawał spokojny – Marcus wychodził na zewnątrz tylko po to, by naprawić uszkodzenia. Nudząc się przy badaniach dla Korporacji obmyślał 101 sposobów na przyrządzenie bulw, których sporo nazbierał, a które już mu zbrzydły w swej naturalnej formie. Po którejś z kolejnych nocnych nawałnic z dachu nie zostało prawie nic. Wiatr nie rozerwał co prawda plastikowej konstrukcji, ale zmiótł cały mech, co już następnej nocy okazało się katastrową i wtedy Marcus zrozumiał dlaczego tubylcy tak cenili ów mech. Był niezastąpioną izolacją. Odczekał najbardziej sprzyjający moment w ciągu dnia i wyruszył po nowy mech na swój dach. Szczęśliwie dzień okazał się łaskawy i śnieg przestał padać. Marcus wycisnął z siebie siódme poty na odśnieżaniu nieprzejezdnych odcinków, i niemal stracił dech przy wyszarpywaniu zmarzniętego i przykrytego czapą śniegu mchu. Wracał do domu późnym wieczorem. Obładowany mchem samochód ledwo jechał. Na długo przed zachodem słońca nadeszły wielkie ciężkie chmury i spadł śnieg. Pojazd Marcusa działający na słoneczne baterie przejechał jeszcze 3 kilometry poczym zakopał się w nowo powstałej zaspie. Próbując ją pokonać mocno obciążony quad dokumentnie rozładował akumulatory. Tymczasem śnieg padał coraz mocniej. Marcus utknął więc w połowie drogi do domu w malutkim plastikowym samochodzie bez ogrzewania, z wyczerpanymi bateriami. Faktycznie mech okazał się niezastąpionym izolatorem i pozwolił na zachowanie resztek ciepła. Marcus nie wiedział, czy nadchodzący dzień będzie słoneczny, czy też będzie padało. Nie chciał więc dodatkowo zużywać baterii i noc spędził w całkowitych ciemnościach trzęsąc się z zimna i modląc o słoneczny dzień. Bóg najwidoczniej był wszechgalaktyczny bowiem wraz z nastaniem świtu wyszło piękne słońce i po kilku godzinach pojazd był ponownie zdolny do działania. Niestety – droga nie. Marcus ponownie więc spędził masę czasu na odśnieżaniu i obmyślaniu co zrobić, alby to była ostatnia wyprawa po mech. Do domu dojechał po południu. Ciągle było dość jasno aby zabrać się na naprawę dachu. Przy użyciu wszelkich dostępnych środków udało się dach szczelnie okryć mchem, potem wiatroizolacyjną folią, przybić wszystko razem specjalnymi nitami, a na to naciągnąć coś przypominającego suche gałęzie okolicznej roślinności. Pod wieczór dom nie przypominał już nowoczesnej konstrukcji ze schyłku XXIII wieku. Raczej wielki koślawy szałas. Podobna konstrukcja pokryła też pojazd. Dwa dni później choć dom stał prawie nie naruszony, to prowizoryczny garaż odleciał...wraz z pojazdem. Marcus pomimo ładnego słonecznego dnia wyszedł tylko po to, żeby przyprowadzić quada. Poza małymi wgniecieniami nie był specjalnie uszkodzony. Tym razem został przymocowany do domu linkami z włókna węglowego. Te same liny oplotły tez cały dom wraz z warstwą mchu i gałęzi, które go pokrywały. Miesiąc później akumulatory zasilające konwektory w domu zaczęły słabnąć. Jak na złość dni słonecznych było już coraz mniej. Marcus w przypływie fantazji wykorzystał całą piankę do uszczelniania na obklejenie całych okien. Zostawił tylko jeden mały fragment, który pozwolił mu obserwować co się dzieje na zewnątrz. Nieco podniosło to temperaturę, ale nie na tyle, żeby Marcus zrezygnował ze spania w kombinezonie. Zerkanie w kalendarz zaczęło mu znacząco psuć nastrój. Do powrotu na Ziemię było jeszcze kilka długich miesięcy. Tymczasem nic nie zapowiadało wiosny. A przecież musiała wreszcie nadejść, czyż nie ?

Wszelkie pozytywne myślenie, na jakie silił się ziemski naukowiec diabli wzięli w jedną noc, kiedy wiatr oderwał plastikowy dom wraz z całym przylepionym do niego „asortymentem” . Szczęście w nieszczęściu polegało głównie na tym, że domek zaklinował się między czymś w rodzaju drzew i wyglądało na to, że utknął tam na dobre. Była więc szansa, że więcej się nie oderwie. Jedyne co Marcus mógł zrobić w tej sytuacji, to pozbierać mech, który został zerwany z dachu i walał się gdzieś po obozowisku i spróbować przyczepić go z powrotem. Liczne siniaki i zadrapania, skręcona ręka i wielki guz na głowie nie popsuły mu tak nastroju, jak całkowicie zniszczone sprzęt laboratoryjny, rozsypane odczynniki i niewiarygodny bałagan. A do tego mały plastikowy samochodzik szlag trafił na dobre. Może nawet nie był tak bardzo uszkodzony, ile przygnieciony domem i zablokowany pod nim między pseudo drzewami. Na pewno do szczęśliwych przypadków należy też zaliczyć fakt, że dom ustawił w pozycji podłogą do dołu, a sufitem w górę. Niestety, i tak cały sprzęt w środku uległ zniszczeniu. Katastrofę przetrwały też konwektory i jakimś cudem akumulatory. Szkoda, że były niemal doszczętnie wyczerpane i nie wiele było już z nich pożytku. Tego dnia Marcus stracił resztki sympatii do tej planety. Kolejne noce kończyły się już tylko na trzeszczeniu domu, ale wiatr nie mógł go już wyrwać ze szpanów pseudo drzew. Jakkolwiek Marcus przezornie jeszcze przywiązał go do nich linami. Niecały miesiąc później wiatr jakby zelżał. Opady śniegu się unormowały i Marcus poczuł w żyłach wiosnę. Zrobił już plan działania na następne miesiące. Mech, jak sądził, nie będzie już tak potrzebny, ale te bulwy....niewątpliwie mogą się okazać niezbędne. Zapas żywności z Ziemi w ciągu ostatnich tygodni, kiedy naukowiec był zdany tylko na nie ogromnie się skurczyły. Zaczął więc po woli wychodzić na zewnątrz spędzając czas głównie na odśnieżaniu. Drogę po bulwy musiał przecież pokonać pieszo. Paradoksalnie, im bardziej słoneczne dni nastawały, tym większe zimno odczuwał Marcus. Któregoś dnia podczas odśnieżania przemarzł tak strasznie, że zaczął się poważnie obawiać o odmrożenia. Pół dnia spędził na szukaniu w domowym bałaganie odpowiedniej maści na tą przypadłość. Nie znalazł, choć pewien był, że była na wyposażeniu i to go rozzłościło jeszcze bardziej. Kolejny dzień bez opadów śniegu zmobilizował go do wyprawy po bulwy. Nie wybaczyłby sobie głupoty, gdyby tego dnia nie wykorzystał, a w nocy spadłby śnieg. Cała robota wtedy na nic. Zabezpieczony w najcieplejsze ubranie, gogle, kombinezon i kilka innych drobiazgów niezbędnych do przetrwania w Himalajach ruszył na wzgórze. Wcale się nie zdziwił, kiedy na miejscu zastał kilka kudłaczy. Przywitał się grzecznościowym zwrotem, a one mu odpowiedziały nie odrywając się od pracy – wygrzebywania nieco przemrożonych bulw i wyciągania mchu. Przyłączył się do nich. Wydobywając i ładując do torby bulwy przyglądał się tym małym śmiesznym kudłatym stworzeniom. Prawie w ogóle się do siebie teraz nie odzywały, tak bardzo były pochłonięte pracą. W ogóle nie zwracały na niego uwagi. Postanowił je przyjaźnie zagadnąć zaciekawiony pośpiechem z jakim szperały we mchu.

Kre na na we re ? – powiedział wskazując niebo – co znaczyło: piękna pogoda,  prawda ?

Kilka kudłaczy na te słowa oderwało się na moment od pracy i mógłby przysiąc, że popatrzyły na niego jak na idiotę.

Kre na na ? Torni le re bu ! – wyraźnie krzyknął jeden z tubylców i natychmiast wrócił do wyszarpywania bulw z ziemi.

Marcus wzruszył ramionami, nie wiedząc co mogło wywołać w nich takie oburzenie. Wypełnił swoją torbę do pełna i ruszył w powrotną drogę. Resztę dnia poświęcił na robienie porządków z domu, który po przebytych wypadkach przypominał w środku worek ze śmieciami. Po południu zwrócił uwagę na granatowy horyzont.

O, nie – westchnął – tylko nie jeszcze jedna burza.

Nad ranem następnego dnia Marcusa obudził spazmatyczny dreszcz. Otworzył oczy trzęsąc się z zimna. Z jego ust unosiła się gęsta biała para. Termometr w domu wskazywał 4 stopnie Celsjusza.

O Boże – jęknął – czy to się nigdy nie skończy ???

Spojrzał na akumulatory do konwektorów. Musiały się w nocy ostatecznie wyładować. Oba konwektory stały zimne jak stal. W jednym z akumulatorów jeszcze migała dioda informująca o konieczności natychmiastowego doładowania. Drugi był już całkiem martwy.

Jedną ręką sięgnął po słownik przypomniawszy sobie wczorajszą odpowiedź kudłacza, której dokumentnie nie zrozumiał.

- Torni le re bu – odszukał i przetłumaczył sylabizując : „piękna pogoda koniec, idzie zima”

 

 

Morloth, kwiecień 2002

 Autor: Morloth
 Data publikacji: 2006-07-16
 Ocena użytkowników:

 Zobacz inne utwory autora »
 Skomentuj »


 KOMENTARZE
Ułóż od najnowszych ↑

 KAłAMARZ
Ten utwór może otrzymać kałamarz, jeśli Autor poświęci mu jeszcze odpowiednią ilość uwagi. W przypadku naprawienia niżej wymienionych niedociągnięć, proszę o informację na adres redakcji lub do mnie na PW.

Szansa jest tylko jedna, więc proszę jej nie zmarnować poprawiając zaledwie literówkę lub dwie. Uwagi należy potraktować poważnie.

OPINIA:

- Stosunkowo nieliczne dialogi, przeszkadza też brak niektórych myślników na rozpoczęcie wypowiedzi.
- W ogólnym spojrzeniu, poszczególne elementy fabuły są nieproporcjonalne do siebie (niektóre przejścia nieco niezręczne, a pierwsza część nienaturalnie długa w stosunku do drugiej).
-/+ Drobne błędy językowe.
+ Sylwetka bohatera odpowiednio pogłębiona i przybliżona
+ Świetne, dowcipne zakończenie dość dobrze spinające drugą część opowiadania
Autor: Whitefire


« Powrót



Nasi użytkownicy napisali 73150 wiadomości na forum oraz dodali 355 publikacji.
Zapisało się nas już 1452

Ostatnio do paczki dołączył NiewolnikSzatana

 
Po stronie kręci się 7 osób: 0 zarejestrowany, 0 ukrytych, 7 gości.
 


       Dział Literatury:

   •   Recenzje Fantastyki
   •   Autorzy Fantastyki
   •   Artykuły
   •   Poczytaj fantasy
   •   Poczytaj SF
   •   Poczytaj różne
   •   Cała proza
   •   Poezja
   •   Publikuj własne dzieło »

Myśl

Homer na pewno nie wiedział, że dobrze pisze, tak samo i Shakespeare. Nasi dzisiejsi pisarze muszą uczyć się fatalnej sztuki: wiedzieć, że dobrze piszą.

  - G. C. Lichtenberg
  
Strona główna | Mapa serwisu | Wersja tekstowa | O stronie | Podziękowania
Sponsoruj mythai.info | Informacje o prawach autorskich | Kontakt

© 2004 - 2005 Mariusz Moryl
 
zamknij
Masz nowych listów.