Użytkownik: Hasło: Rejestracja
 Spadająca gwiazda


Kolejna kropla potu przebiegła po smukłych plecach Sama. Lodowaty podmuch wiatru wtargnął nieproszenie do środka z zamiarem zmącenia ponętnej ciszy. Żaluzje  opętane niewidzialną siłą trzaskały o plastikową framugę. Gdy tymczasem flegmatycznym ruchem ręki zapalił nocną lampę, wokoło jeszcze szarogęsiły się resztki mroku. Odliczane sekundy pozostały w nagrodę próżnemu zegarowi.
- Wybiła czwarta – stwierdził, pocierając zmarznięte dłonie. Drżący i pobladły stoczył się na skraj łóżka. Przetarł podkrążone oczy, aby po chwili skierować je na stojącą w rogu pokoju, zabytkową komodę. Nękany nocnymi koszmarami poczuł ogromną ulgę widokiem jej nienaruszonego stanu . W przenikających przez szybę światłach ulicznych latarni, lśniła ona, skapana w księżycowych promieniach – jego najnowsza zdobycz. Nikt za wyjątkiem Sama nie wiedział, że skrywa w sobie coś wyjątkowego. Bosymi stopy dotknął marmurowej posadzki. Niepewną ręką sięgnął po szlafrok jakby z obawą, czy aby nadal wisi na oparciu skórzanego fotela.
– Przedmioty martwe lubią płatać figle – mawiał jego dziadek – więc nawet nie pokusił się o szukanie pozostałej garderoby. Struga światła palącej się żarówki zwabiła ćmę o nieprzeciętnie wyłupiastych ślepiach.
– Wyglądasz zupełnie jak byś wiedziała co zaraz zrobię – zauważył ponuro Sam. Nagłe odgłosy dobiegające z sąsiedztwa, wytrąciły go z równowagi. Zwróciwszy się ku nowoczesnemu systemowi antywłamaniowemu, którego nabył wraz z domem niespełna rok temu, pospiesznie wystukał siedmiocyfrowy kod.
- Podobno siódemka to szczęśliwa liczba – stwierdził, gładząc wypłowiałą od słońca czuprynę. Ocierając się o blat biurka, odsunął pierwszą szufladę i wydobył z niej czystą kartkę oraz pióro. Nad głową Sama nocny motyl strzepnął ze swych skrzydeł beżowy pył. Przewidział chyba, że właśnie nabrał on ochoty na spisanie testamentu. Głośny telefon przerwał zajęcie.
- Sam śpisz? – wyszeptał zdziecinniałym głosem jego wspólnik.
Od lat Sam zajmuje się sprzedażą drogocennych zabytków. Ta branża pomogła mu wieść choć uciążliwie samotne, aczkolwiek dostatnie życie, pełne luksusu i wygody.
- Nie, spisuję testament! A co ludzie mogą robić o czwartej nad ranem!? – wrzasnął  podnosząc z posadzki upuszczonego parkera. Nie miał najmniejszej ochoty na pogaduszki z Olivierem. Gdyby nie sam fakt jakże intrygująco wczesnej pory, o której pokusił się zatelefonować, to bez wahania odłożyłby słuchawkę.
- Cierpisz na bezsenność Natan? Czy może dzwonisz, aby uraczyć mnie najświeższymi plotkami swojej żonki? A tak przy okazji co u niej słychać? -  kontynuował szyderczo. Zawodowo odnosił się z lekkim szacunkiem do niego, gdyż jak twierdził, szczytem niesmaku byłoby mieszanie spraw zawodowych z prywatnymi. Na swej żelaznej zasadzie opierał wszelakie „negocjacje dyplomatyczne”, w jakie rutynowo wdawał się każdego dnia ze swym partnerem. Olivier Natan był typem człowieka idealnego ponad normę. Przykładny obywatel, kochający mąż, doskonały ojciec, kategoria człowieka zaprogramowanego na dożywotnie, bezapelacyjne szczęście. I chociaż nieskazitelne obycie marketingowe Oliviera wiele razy uratowało ich interesy od bankructwa, to nic innego jak owa perfekcja doprowadzała na co dzień Sama do niewyobrażalnego obłędu. Może była to swoistej odmiany zazdrość, jaka zrodziła się pomiędzy nimi, a może niechybny efekt uboczny zdeformowanej przyjaźni – kto wie?
- To pilna sprawa Sam wiesz, że nie zakłócałbym twojej nocnej regeneracji sił, gdybym nie miał ku temu sensownych powodów – ciągnął swym efektownym akcentem.
– „Regeneracji sił” – zadrwił Sam – No tak i to jego słownictwo, pełne polotu. Żeby zrozumieć co drugie wypowiadane przez niego słowo, wypadałoby chodzić pod pachą ze słownikiem.
- Tragedia Sam, istna tragedia ktoś wczoraj włamał się do opancerzonego wozu policyjnego, przewożącego jedną z  najstarszych greckich waz, w samym centrum miasta, a potem...potem to chyba się domyślasz – po tych słowach w słuchawce nastała cisza. – Sam jesteś tam? – dopytywał zniecierpliwiony rozmówca.
- Jestem, jestem, a co ta sprawa ma wspólnego z moją skromną osobą. Nie mów mi tylko, że twoja wszystkowiedząca Mildret, wie kto to zrobił? Zawsze wiedziałam, że w takich sprawach jest lepiej zorientowana niż Centralne Biuro Śledcze. Jeśli poszukuje prawych ludzi, chętnych do schwytania tych gagatków i pomyślała o mnie, to wybacz Olivierze, ale obiecałem babci, że odwiedzę ją w święta. Powiedziała, że nauczy mnie robić na drutach. Jak już zdążyłeś zauważyć, jestem osobą bardzo słowną więc..  – westchnął Sam i gdy nabierał powietrze w płuca, aby ostrzej zakończyć tę nonsensowną rozmowę Olivier podjął bez namysłu.
- Głupcze w samochodzie znaleźli czyjeś popioły i twoją wizytówkę! – zawołał wreszcie.- twoją wizytówkę, słyszysz! – powtórzył donośniej.
– W porządku – powiedział Sam, zerkając na zegarek. Próbował zachować zimną krew. Wiedział dobrze, co to takiego inteligencja emocjonalna i od małego potrafił kontrolować własne zachowania . Pewnego dnia, kiedy miał trzy lata kolega z piaskownicy posądził go o kradzież łopatki i wiaderka. W sumie historia z dzieciństwa nijak mogła się równać do obecnej, to jednak dzięki takim błahym doświadczeniom Sam oszczędził sobie w życiu niejednych przykrości. Pamiętał własne rozgoryczenie, ból i rozczarowanie. Tłamsił je gdzieś głęboko w sobie. 
– I co  zrobisz? No powiedz coś Sam? – jęknął Olivier. Pierwszy raz w życiu naprawdę się martwił. Fakt nigdy nie był jego zagorzałym zwolennikiem, jednak przez moment nie potrafił uwierzyć w te wyssane z palca bzdury o kradzieży, co dopiero o okrutnym morderstwie, z którym Sam był tak czy siak powiązany.
– Sam proszę.. – zaczął błagalnie – jeśli byś czegoś potrzebował, czegokolwiek – krzyczał powstrzymując się od łez. Cisza.
– Napiłbym się kawy, do zobaczenia w pracy Olivierze – stwierdził, powoli odkładając słuchawkę. – Jak ja w tych ciemnościach doczłapie do kuchni – zamlaskał.
Za tym pełnym ignorancji  zachowaniem tak naprawdę krył się strach, ogromny strach przed jutrem, przed pojawieniem się słońca- zwiastuna kłopotów.
Miliony myśli kłębiły się w jego głowie. Całą drogę do kuchni był pewien, że czuje pod nogami coś szorstkiego. Niestety nie było sposobu, aby rzucić na to trochę światła. W całym domu wysiadły korki.
– Gdzieś tu widziałem świece – pomyślał.
Otworzył maksymalnie szeroko oczy i po omacku udał się na poszukiwania. Kuchnia leżała w samym centrum letniego domku, a ponieważ otaczały ją ze wszystkich stron szyby, była dobrze oświetlona. Tak przynajmniej się wydawało Samowi. Ku wielkiemu zdziwieniu jednak panowała w niej żywa ciemność. Słońce jeszcze nie wzeszło. Nic nie wskazywało na to, że w szybkim tempie się pojawi, a przecież dochodziła piąta rano. Dźwiękoszczelne okna wyglądały raczej na przyciemniane, a niżeli przezroczyste. Po chwili, jakby ktoś specjalnie wsunął mu w splecione dłonie dwie mleczne świece. Potykając się o porzucone pudełeczko, upadł na twarz. Coś ostrego delikatnie przebiło jego atłasową skórę, następnie po policzku stoczyły się dwie potężne krople krwi. Nie mógł się oprzeć wrażeniu, że ktoś celowo nim steruje. Ktoś prowadził go po sznureczku, jak marionetkę. Spod potłuczonych kolan wyciągnął zgniecioną tekturkę oraz połamaną zapałkę. Płonęło przesycone, pomarańczowe światło. Leżał na brzuchu. W prawej dłoni trzymał złączone świece, w lewej zużytą zapałkę, na której przycupnął beżowy insekt.
– Wygodnie ci? – spojrzał głęboko w oświetlone ślepia. Przez moment zapomniał o bólu, jaki zaczął odczuwać tym razem w okolicach klatki piersiowej. Cała posadzka pokryta była ostrymi bryłkami bursztynu. Widział je przed sobą, pokryte własną krwią
– Co tu się dzieje? – zapytał w nadziei na cud. Puste ściany pomieszczenia milczały bez odpowiedzi. Nienaganna cisza raniła uszy. Cały pokój w szybkim tempie został opanowany przez niezliczoną rzesze kamieni . Stale ich przybywało. Najwięcej skupiło się wokoło kufra, którego nie zdążył wczoraj otworzyć. Oczy Sama łzawiły. Słone krople zmieszane ze rdzawym posmakiem krwi opadły ociężale na drewniane wieko skrzyni. Żar bijący od porozrzucanych kryształów stopniowo nasilał się. Skupiwszy siły w nadgarstkach, szarpnął za pokrywę. Starte na proch odłamki bursztynów wystrzeliły z hukiem do góry. Po kątach wirowały cienie. Ognista łuna światła wypełzła na zewnątrz nie wiadomo skąd. Jego źrenice palił nieustępliwy ból. Wypływające ciepło topiło nawet chińską porcelanę. Odwrócił niechętnie twarz. Wyczuwał wiszący w powietrzu destrukcyjny zamęt, co powoli go zafascynowało. Nie potrafił oderwać oczu od wydobywającej się fali gorąca. Daremnie walczył z prawami natury. Niewiarygodne, tak jakby ktoś zdarł z nieba słońce, aby zaraz zamknąć na cztery spusty. Tylko w jakim celu? Otumaniony złocistym blaskiem pochylał się coraz bliżej i bliżej. Na jego niegdyś alabastrowej cerze zaczęły w błyskawicznym tempie pojawiać się obrzęki wielkości piłek golfowych. Zahipnotyzowany całą tą sytuacją nie zwracał najmniejszej uwagi na poparzone palce. Na dnie kufra dostrzegł coś, na wizerunek miedzianej cukiernicy i już szykował się do przechwycenia intrygującego przedmiotu, kiedy ujrzał wypadające z zawiasów frontowe drzwi. W pierwszej chwili w ogóle go to nie zdziwiło. Przecież to normalne, na dworze panują egipskie ciemności, a podłogę zaatakowała plaga bursztynów, podczas gdy jego mieszkanie leży niespełna dwieście pięćdziesiąt kilometrów od morza. Olivier wtargnął do środka pewnym krokiem. Panicznie oblepił wzrokiem wszystkie kąty i dostrzegł swojego wspólnika w podartych ubraniach na wpół oślepionego.
- Sam, co ty wyprawiasz!– Olivier przypadkowo wytrącił mu z rąk pożądany przedmiot, a był już o krok. – Boże, jak ty wyglądasz i skąd się wzięły te kamienie, Sam ty krwawisz!! – Olivier wlepił w niego zdumiony wzrok.
–    .....śmieją się ze mnie, mówią żem samozwaniec... – wycedził przez zęby Sam – Jego oczy pokryły zakrzepłe od krwi łuski, tak że Natan nie był w stanie stwierdzić, czy jego wspólnikowi, aby ktoś nie wyłupał białek.
–    Co ty bredzisz, jacy „oni”, kto ci to zrobił?
–    Śmieją się, słyszę ich śmiech....oni mi nie wierzą – powtarzał Sam. - Ktokolwiek to zrobił, był chory na umyśle – pomyślał Olivier.
–    Zabieram Cię na pogotowie, chyba jesteś w szoku – zadecydował. Wziąwszy Sama pod Rękę, szturchnął go, dając znak gotowości do drogi. Ten jednak ani drgnął. Olivier przejęty stanem partnera, zaczął ciągnąć uparcie jego rękę.
–    Co z tobą, musisz koniecznie jechać do szpitala, ogłuchłeś? – wydusił z siebie. 
–    Nie mogę, ojciec mnie wzywa – odepchnąwszy nadludzką siłą Oliviera, skierował się
ponownie ku skrzyni. Jego zachowanie przypominało jakiś niezrozumiały rytuał, lecz nie to było w tym wszystkim przerażające.
-  Dlaczego Sam wspomniał akurat o swoim tacie, na dodatek zmarłym – powątpiewał Olivier. Postanowił poczekać na jego dalsze posunięcie. Ze skrzyni natychmiast zaczął wydobywać się narastający głos, w miarę zbliżania się do niej Sama.
–    ...syyyynu mój najdroższy...przyrzekłem przecie... stań przed mym tronem...zostanie ono
spełnione jak niegdyś...- zawodził niezrozumiale.
Olivierowi przez chwilę wydawało się, że występuje w jednym z tych popularnych programów telewizyjnych, w których struga się z ludzi wariatów. Tak naprawdę czekał z nadzieją, aż to wszystko okaże się jakimś niesmacznym żartem w wykonaniu jego partnera, o czym oznajmi mu któryś z kamerzystów, niemogący powstrzymać śmiechu. Rzucił więc wymowne spojrzenie w kierunku Sama z pewnością, że ten odczyta w jego myślał plan ucieczki, gdy...
–    Jeśliś mym ojcem rodzonym... – rzucił z niedowierzaniem Sam.
–    Sam, co ty do licha wyprawiasz! Gadasz do jakiegoś drewnianego pudła, zupełnie
zwariowałeś! – Olivier rozejrzał się jeszcze raz dookoła – jakby w brew własnej woli brał udział w kiepskim przedstawieniu. Ze zdumieniem przypatrywał się jego gestom. Z zachowania przypominał człowieka obłąkanego, zmagającego się z czymś wewnętrznie.
–    Olivier... ja nad nim nie panuję....  – syknął skulony w pół Sam. – Olivier rób, co każe, bo
inaczej wszystkich nas... – jego głos powoli dogasał.
–    Co inaczej?
–    ....inaczej wszystkich nas pozabija... – Mężczyzna ociężale wskazał na zawartość
skrzyni.- Musisz tam ze mną wejść dla własnego dobra – wycofał się w oczekiwaniu na odpowiedź. Był bardzo osłabiony. Pot spływał z niego strumieniami i jak słusznie domyślał się Olivier, każdy wysiłek sprawiał mu ogromną trudność.
–    Kim on jest? Sam kto ci każe tam iść ? – zapytał
–    Nie teraz.... dowiesz się w swoim czasie – wziął głęboki oddech, prostując zgarbione plecy. Natan nie wiedział już, czy ostatniej odpowiedzi udzielił mu Sam, czy owa tajemnicza postać, sterująca jego umysłem. Zerknął na odbijający się własny cień. Wydał mu się nienaturalnie wielki i straszny z resztą jak wszystko, co go otaczało. Nie dowierzał, że właśnie wskakuje do zardzewiałego kufra tuż za Samiuelemem Malotą. Dwaj faceci z trzydziestką na karku wtaczają się do środka. Pamiętał, że wszedł do tego domu z zamiarem rozwiązania na dobre ich dotychczasowej współpracy. – Tylko krowa nie zmienia swoich poglądów – zauważył z niesmakiem.
Długo pieli się w górę na szczyty podniebne, gdzie orły mają swoje gniazda. Szli jeszcze wyżej, wciąż wyżej. Na jednej z wysuniętych skarp ujrzeli siedzącą nimfę, najwyraźniej na kogoś czekała. Jej włosy, delikatnie splecione jedwabną wstążką kołysał swawolny wietrzyk.
–    Matko – uśmiechnął się Sam. Kobieta jednak poruszona niepokojem zesztywniała na to zawołanie.
–    To mi wygląda raczej na powrót syna marnotrawnego – zadrwił Olivier. Widział coś niepokojącego w zachowaniu domniemanej rodzicielki Sama i czekał tylko na jej reakcje.
–    Kimże jesteś? – spojrzała wymownie, gniotąc w ręku żółte pelargonie. Cała ich esencja
wybrudziła doszczętnie jej kremową suknie, przepasaną plecionym sznurem. Na całe szczęcie nikt nie zwrócił na to najmniejszej uwagi. Szmaragdowe oczy Klimene, bo tak miała na imię, skupione były wyłącznie na Samiuelu.
–    Już nie poznajesz Faetona, swego ukochanego syna? – zasugerował. Kobieta patrzyła na niego oniemiała.
–    Kłamiesz! Zwęglone szczątki Faetona, syna mego obmyły litośnie nimfy chłodnego Erydanu, w którego fale spadł z nieba – podjęła, aż łzy napłynęły jej do oczu. Przetarła je nerwowo, kontynuując - córy Atlasa i Hesperydy, wyprawiły mu pogrzeb z czcią należną bohaterowi. Smutne Heliady tak żałośnie opłakiwały śmierć brata ,aż bogowie, nie mogąc słuchać ich jęków i łkań, zamienili je z litości w topole strzeliste, a łzy rozpaczających sióstr w bryłki złotego bursztynu – krzyknęła z żalu nimfa.
Olivier zdumiony rozpaczaniem kobiety dobiegł natychmiast do niej, aby podeprzeć omdlałą na własnym ramieniu.
–    To nie mój syn, to nie jest mój promyczek ... – mamrotała bez opamiętania. Olivier posadził ją na wysokim głazie. Od razu pojął, że zagubiona dusza Faetona zawładnęła ciałem Sama. Jedyną okazją na uratowanie siebie oraz wspólnika było zjednoczenie sił wraz z Klimene. Wiedział o tym doskonale. Obawiał się że, Faeton czyli Sam rozszyfruje jego zamiary względem niewiasty. Czytał gdzieś kiedyś, że nimfy mają bardzo dobry słuch i potrafią czytać z ust. Władając żywiołami, można nawet góry przenosić, a co dopiero rozumieć mowę wiatru. W rzeczywistym świecie nie wierzył w podobne bzdety, ponieważ szanowanemu się przedsiębiorcy to nie przystoi, co innego kochającemu ojcu.
–    Oby się udało.. – pomyślał z nadzieją w duchu. Wyszeptane słowa odbijały się
początkowo o uśpione dniem gwiazdy, schodząc coraz niżej i niżej. Wreszcie wołanie o pomoc dotarło na Ziemię i stoczyło po zielonej trawie wprost pod stopy Klimene. Błysk, jaki Olivier dyskretnie zauważył w jej oku, był znakiem zawartego wspólnie sojuszu. Oboje przecież chcieli, aby ich najbliżsi zaznali spokoju. W prawdzie Samiuel nie był drogi jego sercu, więc może właśnie teraz nadszedł taki moment.
–    ....będzie to mój dar ojcowski dla niego – rozległ się ponownie głos ze skrzyni.
–    Do kogo należał, skoro wokoło nikogo poza nami nie było – głowił się Olivier. Sam wabiony usłyszanym głosem, ruszył bez zastanowienia ku górze.
–    ..śmiało synu, mów czego pragniesz...?
Faeton przypominał strzęp człowieka, albo pozostałości po nim, pozostałości po Samiuelu Malocie. Nawet nie zorientował się brakiem swojego towarzysza. Olivier bowiem pozostał stanowczo przy Klimene.
Faeton tymczasem przedzierał się przez dzikie chaszcze. Jego poranione ciało smagały wystające ciernie, lecz on kroczył naprzód. Za każdym zakrętem rozdroża stopniowo stawały się coraz to bardziej strome. Wszystko wskazywało na to, że Samiuel zgubił gdzieś po drodze swój zdrowy rozsądek. Z całkowitą pewnością nie kierował w tym momencie rozumem, a wewnętrznym przeświadczeniem, że jego stopy zmierzają we właściwym kierunku. Powietrze stawało się coraz bardziej ociężałe od gorąca. Na szczycie panował zaduch wprost nie do opisania, a jednak każda przeszkodę da się pokonać. Faeton z każdym biciem serca, w prawdzie pożyczonego czuł, że zaraz stanie przed obliczem tego, który go przywołuje.
Pozostawieni daleko w tyle Olivier wraz z Klimene nie potrafili otrząsnąć się z widowiska w jakim uczestniczyli. Natan czuł niezręczne zakłopotanie. Nie licząc rozmowy z koleżanką z pracy, która rok temu na doroczny bal charytatywny przebrana była za morską syrenkę, to nigdy w życiu nie widział z bliska prawdziwej nimfy. Sprawa, z jaką oboje się niezmiernie borykali była jednak zbyt poważnej rangi. Tak więc nie można było pozwolić sobie na marnotrawstwo drogocennego czasu. W sercu Klimene również zagościł niepokój, obawa przed nieznanym światem, który przenikając do jej krainy, zburzył panującą tu równowagę.      
-    Opowiedz mi coś o swoim synu proszę... – wymamrotał Olivier. Nie pojmował jeszcze dokładnie całego splotu owych wydarzeń i łudził się, że stojąca przed nim piękność, będzie w stanie rozwiać jego wątpliwości. Pragnął zabrać stąd jak najprędzej  swojego „przyjaciela” bez względu na zgodę lub jej brak.
-    Abyś zrozumiał śmiertelniku..-  podjęła, wznosząc szmaragdowe oczy do góry – cofnę czas. Gdy Faeton się narodził, ojciec jego w te ozwał się do mnie słowa: „Przyrzekam ci, najmilsza, że spełnię jedno życzenie mego syna, gdy tylko je wypowie. Będzie to mój dar ojcowski dla niego.” – wyjaśniła Klimene. – Faeton był młodzieńcem o nieziemskiej piękności. Lubił samotne wycieczki po lasach i łąkach zielonych, lubił leżeć wśród trzcin i tataraków nadbrzeżnych i spoglądać w niebo..- wypowiadając te słowa Klimene nie powstrzymała uciekających srebrnych łez. Jej opowieść pełna żaru matczynej miłości dogłębnie wzruszyła Natana. Przyroda zdawała się odpowiadać na jej ból i cierpienie, gdy po chwili wszystkie kolory zaczęły się rozmazywać, przez co solidaryzować z nimfą.
-    No tak zapomniałem, że nimfy władają żywiołami – pomyślał Olivier.
-    Spoglądać w niebo – kontynuowała – po którym niezmiennie żłobił swe
koleiny słoneczny wóz jego rodzica. - Koniec zdania zaintrygował zaciekawionego dotychczas Oliviera. – Kim mógł być ojciec tego chłopca, skoro latał po niebie? – głowił się.
-    Faetona oczy bolały od patrzenia w słonce, mroczyły od blasku bijącego z góry. Wtedy pochylał głowę ze smutkiem niezaspokojonym. Towarzysze jego, od których stronił, gdyż był samotnikiem, często szydzili z młodzieńca, który mienił się być synem Heliosa – westchnęła robiąc pauzę, z której oniemiały Olivier skorzystał, przerywając jej wypowiedź.
-    Synem Heliosa? Tego greckiego Boga Słońca? – wyjąkał zaskoczony. – Wiedział, że jego imię wypowiedział w złym dla nich momencie, czego świadomie unikała nimfa.
Dalsza część opowieści była jeszcze bardziej zdumiewająca. O dziwo Faeton targany poczuciem braku swej tożsamości udał się do siedziby swego ojca, aby dopełnić danej obietnicy. Klnąc się na Styks, Helios postanowił dotrzymać danego synowi słowa. Stanąwszy przed obliczem majestatu Boga Słońca, Faeton wypowiedział życzenie: „Raz jeden ojcze pozwól mi powozić twoim słonecznym zaprzęgiem.” Zadrżał Helios na te słowa i boskie oblicze dłonią przesłonił ze zgrozy. Gdyż dla Faetona – człowieka śmiertelnego była to ryzykowna zachcianka, którą z pewnością przypłaciłby życiem. Na koniec Helios uległ niewczesnemu syna zachceniu, sam Styks słyszał jego przysięgę, nie było już sił na niebie i ziemi, by ją cofnąć. Wrota stajni słonecznej rozwarły się, pośpiesznie wyprowadzając ogniste konie, które z potężną mocą porwały śmiałka. Krzyczał Faeton zdrętwiały, zemdlały z upału i wodze rydwanu wypadły mu z rąk osłabłych. Ziemia i niebo zapłonęły. Tymczasem Faeton ugodzony piorunem Dzeusowym spadł wprost w przepaść świata. Lecąc przez ogniste przestrzenie w dół, jak gwiazda gasnąca - umarł.
Nagły wzrost temperatury zmusił Klimene oraz Oliviera do opuszczenia boskiego świata.
–    Skoro Faeton postanowił posłużyć się człowiekiem z zupełnie innego wymiaru, to może powinniśmy zadziałać tą samą bronią? – zasugerował. Ta cała łamigłówka powoli układała się w spójną całość. Wraz z nimfą udał się do cywilizacji XIX wieku.
–    Jedyną sposobnością na odesłanie ducha do jego prawdziwego ciała jest odnalezienie
jego ciała tutaj – stwierdził Olivier, marszcząc przy tym niezgrabnie czoło.
-    Może uda mi się je odnaleźć – zaproponowała nimfa – matczyne instynkt pozwolą mi na kontakt mentalny.
 Niezastąpione przeczucie Klimene przywiodło ich wprost pod drzwi komendy głównej miejscowej policji. Łatwo można było się domyślić, że to właśnie zwęglone szczątki, znalezione w opancerzonym wozie policyjnym należały do nikogo innego jak Faetona. Olivier uruchomił swoje wpływy do wydostania ciała, czego dotychczas nigdy nie robił. Z prędkością światła wyruszyli z powrotem do mitycznego świata bogów. Ostatnim spojrzeniem Klimene żegnała niezrozumiały dla niej świat pojazdów na kółkach, wysokich wzniesień oraz dziwacznie ubranych śmiertelników.
Gdy wreszcie dotarli do królewskiego pałacu, usłyszeli rozmawiających ze sobą: ojca i syna. Klimene postanowiła wziąć sprawę w swoje ręce. Pewna podstępu jaki przygotował obłąkany po stracie syna Helios, ukryła Oliviera za grubym filarem. Sama jednak podeszła bliżej rozmówców.
-    Jak długo synu wzywałem twego imienia, abyś przybył z zaświatów choć raz i otarł starcowi łzy, uśmierzając nieustający ból... – skomlał Helios. Nasłuchując dialogu pomiędzy nimi dostrzegła tuż za jego plecami lśniący rydwan.
-    Helios musiał się sporo natrudzić, aby uczynić go jeszcze bardziej doskonalszym – pomyślała Klimene. Powóz stał gotowy do drogi.
-    Faetonie, promyczku mój pozwól mi na jedno ojcowskie życzenie... niech duch twój ponownie zmierzy się z moim rydwanem i przeleci nad ziemią... aby moje sumienie zaznało spokoju. – kończąc swa prośbę Helios zszedł z tronu, podchodząc bliżej oblubieńca.
Serce matki zadrżało ze strachu. Olivier przejęty nieodwołalnym losem Samiuela postanowił zadziałać na własną rękę.
-    Najsensowniej byłoby w takim wypadku podmienić ciała w rydwanie, ale jak uda nam się
unieruchomić Faetona - to znaczy Samiuela...- myślał Natan. Rydwan gwałtownie ruszył, a wraz z nim woźnica Sam. Nie tracąc chwili dłużej, z ust Klimene wydobyła się przecudna pieśń. Jej delikatne dźwięki pieściły podniebienie i rozluźniały wszystkie mięśnie. Olivier zaczął doznawać przyjemnego uczucia błogości.
-    Zatkaj uszy! – rzuciła gwałtownie – zabierz swojego przyjaciela i uciekajcie....uciekajcie do swego świata i pod żadnym pozorem nie odwracaj się za siebie!!.
-    Dlaczego? – zapytał pospiesznie Olivier – Bo na wieki tu pozostaniesz jako topola strzelista. – zabrzmiało niczym groźba.
Nogi Oliviera pędziły bez opamiętania przed siebie. Z zaciśniętymi zębami gnał, nie oglądając się wstecz. Uśpiony boską melodią Samiuel dyndał na usadowiony plecach Natana.
Z czasem, gdy na jego ustach malowała się dezorientacja, Olivier domyślił się, że powracają do realnego świata. Nie wiedział co takiego stało się z Klimene i duszą jego syna i mało go to interesowało. W mgnieniu oka znaleźli się w wszechstronnej kuchni Sama, gdzie wszystko było na swoim miejscu, nawet nieproporcjonalna ćma.
-    Chyba mówiłem ci dosyć jasno przez telefon, że mam ochotę napić się kawy...nie
wspominałem, że potrzebuje do tego towarzystwa – odezwał się z tyłu arogancki głos Samiuela. Wyglądał normalnie. Nie miał zakrwawionych pleców, wypalonych gałek i najwidoczniej chyba nic nie pamiętał. Zmęczony Olivier podjął ze zdziwieniem.
-    Pomyślałem, że może wpadniesz do mnie, Mildret upiekła sernik w sam raz do kawy...przyjacielu.                             
 Autor: Karolina Graczyk
 Data publikacji: 2006-12-26
 Ocena użytkowników:

 Zobacz inne utwory autora »
 Skomentuj »


 KOMENTARZE
Ułóż od najstarszych ↓

 Wrażenia
Wrażenia po przeczytaniu w ramach sędziowania konkursu "Ze słów - światy" były mniej więcej takie:

- sporo drobnych błędów, zwłaszcza interpunkcyjnych i stylistycznych, parę ortografów - drobne zgrzyty przy czytaniu, "oblubieniec Heliosa" o synu Heliosa mnie szczególnie rozbawił, ale nie był to jedyny przypadek.
- niespójny styl, czasem bardzo współczesny, czasem archaizowany; tylko w małym stopniu tłumaczy to fabuła
- Akcja trzęsie się i skacze, chwilami nie wiadomo co i skąd się bierze; niewłaściwe proporcje w długości opisu rzeczy ważnych i niewaznych
- sylwetki bohaterów po przeczytaniu pozostają dość płytkie
- trochę nie wiadomo, o co chodzi z insynuacją morderstwa wykonanego przez bohatera - porzucony wątek?
+ dość długi, całość ma mimo wszystko sens, połączenie nowoczesnego świata z antycznym dość ciekawe
Autor: Whitefire


« Powrót



Nasi użytkownicy napisali 77000 wiadomości na forum oraz dodali 442 publikacji.
Zapisało się nas już 1954

Ostatnio do paczki dołączył arkon06

 
Po stronie kręci się 7 osób: 0 zarejestrowany, 0 ukrytych, 7 gości.
 


       Dział Literatury:

   •   Recenzje Fantastyki
   •   Autorzy Fantastyki
   •   Artykuły
   •   Poczytaj fantasy
   •   Poczytaj SF
   •   Poczytaj różne
   •   Cała proza
   •   Poezja
   •   Fan fiction
   •   Publikuj własne dzieło »

Myśl

Istnieje wiele hałasów - ale tylko jedna cisza.

  - Kurt Tucholsky
  
Strona główna | Mapa serwisu | Wersja tekstowa | O stronie | Podziękowania
Sponsoruj mythai.info | Informacje o prawach autorskich | Kontakt

© 2004 - 2016 Mariusz Moryl

Ten serwis wykorzystuje pliki cookie w celu ułatwienia identyfikacji użytkownika.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia.
 
zamknij
Masz nowych listów.