|
1.
- Zabawne rzeczy wypisuje się o wampirach – powiedział Gerard Philipe, podnosząc głowe znad lektury – Ciekawe, skąd pisarze biorą taką makabrę.
- O to należałoby spytać kolegę Freuda – odpowiedział mu Never, nie odrywając oczu od ekranu telewizyjnego - Po co wogóle czytasz te bzdury? Wystarczy przecież, że robi to Fronda. Nie ominie żadnego horroru.
- Zaczynam po prostu rozumieć jego punkt widzenia. Czytając te bzdury człowiek przestaje się dziwić, że tak mało ludzi wogóle wie o naszym istnieniu. - Gerard przewrócił kolejną stronę książki.
- Możliwe, ale nie ma tam słowa prawdy i mnie to wkurza – prychnął wzgardliwie Hindus – Próbowałeś kiedyś latać? Albo przenikać przez dziurkę od klucza? Fajno by też było zamieniać się w nietoperza, choć nie potrafię wyobrazić sobie technicznej możliwości takiej przemiany. Trochę wiedzy zoologicznej liznąłem, a w końcu czym jesteśmy, jak nie zwierzętami?
- Filozof się znalazł - krzyknął ze śmiechem Fronda z łazienki – A Oggy? Jak jaśnie profesor wytłumaczy tę przemianę?
- Ja tego nie tłumaczę. Ja to przyjmuję do wiadomości. - odpowiedział mu przyjaciel.
Thierry wyszedł z łazienki, poprawiając na sobie czystą koszulę.
- Ogoliłeś się drugi raz? Jak ona ma na imię? - spytał ironicznie Never, przyjrzawszy mu się kątem oka.
- Idę do kościoła, jakbyś nie wiedział. - odparł Thierry z godnością.
- Przecież byłeś wczoraj. - zdziwił się Gerard.
- No to co? Byłem wczoraj i pójdę jutro. Mamy przecież Wielki Tydzień. - burknął Fronda niechętnie. Dawno już pogodził się z faktem, że jest w tym towarzystwie jedynym katolikiem, ale docinki na ten temat zawsze go drażniły. Never świetnie o tym wiedział i oczywiście nigdy nie potrafił odmówić sobie tej przewrotnej przyjemności.
- Przygotuj sobie święconkę na sobotę – poradził kpiąco – I nie zapomnij włożyć do niej butelki z osoczem.
- Święconkę? - Gerard spojrzał na niego z zainteresowaniem, gdyż Francuzi nie znają tego zwyczaju.
- To taka polska tradycja – wyjaśnił mu Hindus – Tygier mi kiedyś opowiadał. On jest Polakiem,Lambdon Tygier to tylko jego pseudonim, imię postaci z jakiejś polskiej sztuki. Na jego prawdziwych personaliach można nogi połamać, nie tylko język. Polacy w Wielką Sobotę przynoszą do kościołów różne wiktuały do poświęcenia.
- Mnie to bardziej wygląda na jakieś pogańskie obrzędy. - powiedział aktor niepewnie.
Thierry wzruszył ramionami.
- I co wy obaj możecie o tym wiedzieć? Para sadystycznych bezbożników – rzekł niechętnie – Powiedzcie Oggy, gdy wróci, że chętnie wezmę ją na nocny spacer w ruiny.
Od trzech tygodni przyjaciele mieszkali w wynajętym domku niedaleko Granady, położonym w raczej odludnym i bardzo ładnym przy tym miejscu. Jak dotąd próby skontaktowania się z wampirem o nazwisku di Mauro spełzały na niczym, ale nie mieli zamiaru rezygnować. Musieli to zrobić. Octavio di Mauro był naukowcem, podobnie jak Gusto, genialnym wynalazcą i konstruktorem wielu niezwykłych urządzeń. Zamierzali poprosić go o detektory, wykrywające chemicznie czyste srebro, które w ich przypadku działałyby jak system wczesnego ostrzegania – zawsze wiedzieliby, że Łowcy są w pobliżu. Jak na razie udało się im jedynie namierzyć pewną wampirzycę, właścicielkę niewielkiej galerii sztuki, która jednak wcale nie paliła się do współpracy. Być może miała polecenie ich sprawdzić, ale trwało to już tak długo, że zaczynali się niecierpliwić. Jedynie Oggy nie narzekała na przymusowa bezczynność. Tak dobrze i bezpiecznie nie czuła się od czasów dzieciństwa. Nadopiekuńczość nowych przyjaciół nie przeszkadzała jej, przeciwnie nawet, odbierała ją jako swoisty komplement – znaczyła, iż jest dla nich ważna. Czasem mimo to znikała gdzieś sama, tak jak teraz, jednak nigdy na długo. Teraz też wróciła dosłownie kilka minut po wyjściu Frondy.
- Gdzie byłaś? - spytał Never z pewnym wyrzutem w głosie.
- U rzeźnika – odparła dzieczyna – Kupiłam sobie wątróbkę.
Wyjęła z papierowej torebki ciemnoczerwony kawał mięsa i z apetytem zaczęła szarpać go zębami. Uwielbiała surowe mięso i praktycznie nie jadała nic innego, jesli nie liczyć psich biskwitów i od czasu do czasu jakichś słodyczy.
- Zapowiada się piękna noc – powiedziała niewyraźnie – Gdzie Fronda? Miał iść ze mną na spacer.
- Chwilowo poszedł się modlić. Zabierze cię, jak wróci. - Never zgasił telewizor i przeciągnął się, aż mu kości zatrzeszczały.
- A wy z nami nie pójdziecie? Noc cieplutka, księżyc...- wymamrotała dziewczyna, szarpiąc mięso zębami z miną dzikusa.
Gerard spojrzał na Nevera.
- Co ty na to? – spytał – Moglibyśmy trochę się rozerwać. Siedzimy tu i czekamy na Godota... To uwłaczające, że oni są wobec nas tacy nieufni.
- Czy ja wiem? Wy byliście bardziej otwarci i jak na tym wyszliście?
Oggy skończyła jeść i starannie oblizała palce. Nie mogli jej tego oduczyć, podobnie jak kilku innych irytujących nawyków.
- Znalazło się jajko mądrzejsze od kury. - mruknął Never niechętnie.
- Co było pierwsze, jajko czy kura? - spytał Gerard, podkładając ręce pod głowę. Sam nie wiedział, skąd wzięło mu się to pytanie.
- Jajko – odparł Never – Jeśli teoria ewolucji jest słuszna, oczywiście. Pierwsze było jajko od samicy X i samca Y, zawierające komplet genów XY+ przypadkowa mutacja... Masz jakiś powód, by o to pytać, czy tylko się nudzisz?
- Chyba się nudzę. - rzekł Gerard z poczuciem winy. Nie mógł opędzić się od myśli, że jeśli teraz już się nudzi, to co będzie dalej, skoro czekało go potencjaalnie bardzo długie życie? Nie mógł jednak poskromić nudy. Dokuczyła mu przymusowa bezczynność. Co prawda Fronda proponował ciągle wycieczkę do Alhambry, jednak aktor czuł jakiś głupi, nieuzasadniony lęk przed starą twierdzą Maurów. Sensytywność wampirów bywa dla nich prawdziwą zmorą w pierwszych latach po utrwaleniu – nie umieją jeszcze odróżniać tego, co czują naprawdę od uczuć innych ludzi, odbieranych przez ich wrażliwy system nerwowy. Gerard był „odbiornikiem” czulszym nawet od innych, dzięki swym artystycznym uzdolnieniom i póki co przysparzało mu to sporo przykrości. Nie umiał jeszcze kontrolować swych superwrażliwych po utrwaleniu zmysłów i wyciągać korzyści z tego, że czuje więcej niż przeciętny człowiek. Widział teraz jasno, że nie poradziłby sobie bez przyjaciół: demonicznego Hindusa, rycerza z wojny stuletniej i wilkołaczej dziewczyny o ciepłym spojrzeniu.
- Czemu oni nam nie ufają? Przecież jesteśmy tej samej krwi. - westchnął.
- Może cierpią na rodzaj wampirzej ksenofobii? – zachichotał ponuro Never – Tak czy inaczej, jutro pogadam sobie z tą właścicielką galerii. Koniec tych podchodów.
Zaczął nerwowo chodzić po pokoju.
- Jeśli masz zamiar pobić rekord na setkę w chodzie, to może lepiej rzeczywiście wybierzmy się do Alhambry. - zaproponował mu Gerard.
- Wolałbym do galerii. Tamta pindulka musi coś wiedzieć...
- Mogę ją postraszyć. Psów boją się czasem najodważniejsi. - zaofiarowała się Oggy, wycierając ręce o sukienkę. Również tego nie potrafili jej oduczyć.
- Pomysł wart zanotowania.- Never skinął głową z uznaniem i poszedł do kuchni, by zmieszać kilka drinków.
Kiedy kończył zmywanie szklanek, trzasnęły drzwi i do domku wpadł Fronda.
- Napijesz się? - zawołał do niego Hindus
- Jasne! Nie ma to jak aperitif przed większym posiłkiem! Gotowi? - Fronda chwycił podaną mu szklankę i wypił jej zawartość jednym haustem.
Wyszli, nie troszcząc się o latarki – ich oczy były znakomicie przystosowane do widzenia w ciemności, a ta ciepła, wiosenna noc wcale ciemną nie była. Rozświetlał ją księżyc w pełni i tysiące mrugających w górze gwiazd. Magnolie, jaśmin i bzy pachniały słodko. W dali widniały starożytne ruiny, ulubione miejsce spotkań miejscowych mętów oraz zakochanych parek, próbujących ukryć się przed światem. Łatwo było tam „upolować coś na ząb”, według ulubionego wyrażenia Frondy. Gdyby nie ta niepewna sytuacja, to miejsce stanowiłoby dla ich czwórki naprawdę wymarzone miejsce wakacji – niedrogi domek ze wszystkimi udogodnieniami, miejsce odludne, lecz położone względnie blisko centrum handlowego, piękna okolica. Mimo gnębiących smutków przyjaciele ulegli czarowi nocy i zapatrzyli się w nią, zzapominając nawet o jedzeniu. Oggy pląsała po trawie, to wybiegając naprzód, to zawracając ku mężczyznom, tak że Thierry z trudem opanowywał się, by nie cisnąć jej jakiegoś patyka i nie zawołać: „Aport!” Byłoby to conajmniej niewłaściwe, skoro wciąż była w ludzkiej postaci.
- Czasem nie wiem, czy to dziewczyna jest psem, czy pies dziewczyną.- zwierzył się Gerard przyjaciołom, obserwując migającą przed nimi jasną sukienkę.
Never zerwał jeden z kwiatów magnolii i wpiął go sobie we włosy, tuż nad lewym uchem. Jakoś pasowało mu to, co innemu odebrałoby męski wygląd: długi warkocz, gęste rzęsy nad przesadnie wydłużonymi ku skroniom oczami, no i kwiaty, które czasem wpinał we włosy niczym bajadera. Mimo tych, zdawałoby się, kobiecych akcentów Never zawsze wyglądał jak stuprocentowy mężczyzna.
- Może nie warto tego rozważać...? - zaczął i urwał.
Niedaleko przyjaciół zamajaczyła się jakaś nieznajoma postać: wysoka dziewczyna w długiej, fałdzistej sukni. Gdyby nie nieznaczny ruch materiału i jej długich włosów w podmuchach wiatru, wyglądałaby jak posąg. Obok niej stał samochód, sportowy ford passat.
- Ki diabeł? - zdziwił się Thierry półgłosem.
Oggy przypadła do jego ręki, warcząc dziko, jak zawsze, gdy się czegoś przestraszyła.
- Przekonajmy się.
Never przyspieszył kroku i podszedł bliżej do dziewczyny, wyraźnie czekającej na ich czworo.
Z bliska widać było, że jej włosy są jasnorude, a suknia biała, staroświeckiego kroju, z szerokimi rękawami i wysoką stójką zamiast kołnierzyka, w pasie ściśnięta szeroką szarfą z plecioną klamrą. To, że była ruda, zdziwiło nieco przyjaciół. Ludzie o tym kolorze włosów są zazwyczaj odporni na działanie czynnika przemiany, nie wiadomo czemu, a ta dziewczyna najwyraźniej była wampirem, jak i oni.
- Szukaliście kontaktu z moim bratem – rzekła, gdy podeszli – Jeśli nadal jesteście tym zainteresowani, wsiadajcie do wozu.
- Tak z marszu? - zdziwił się Never.
- Albo tak z marszu, albo wcale. - odpowiedziała mu krótko.
- Wypadałoby się przedstawić. - warknęła Oggy, mierząc ją spojrzeniem tym bardziej nieprzyjaznym, że Fronda najwyraźniej był bardzo zainteresowany nową znajomą.
- Jestem Mercedes di Mauro. O was wiem prawie wszystko, więc nie musicie mi się przedstawiać. - odparła sucho dziewczyna, otwierając drzwiczki forda.
Gerard, Never i Oggy stłoczyli się na tylnym siedzeniu, zaś Thierry zajął miejsce obok kierowcy i uśmiechnął się czarująco.
- Panienka zapewne pierwszy raz siedzi za kółkiem. Czy odróżnia już pedał gazu od hamulca? - spytał słodko.
- Jeśli nie będę pewna znaczenia jakiegoś wihajstra, wymontuję go i podam ci z prośbą o konsultację.- Mercedes najwyraźniej nie była z tych kobiet, które łatwo wyprowadzić z równowagi.
- Nie przejmuj się Frondą. To zaciekły antyfeminista, ale w gruncie rzeczy dobry chłopak. - Never zaśmiał się lekko, trochę nerwowo, jakby obawiał się, że zachowanie Frondy napyta im wszystkim biedy.
Mercedes uśmiechnęła się lekceważąco i skierowała forda na autostradę.
- Czemu go tak dziwnie nazywacie? - spytała po chwili.
- Niby Fronda? Bo nadzwyczaj zręcznie posługuje się galijską procą. Mówi, że pozwolenia na nią nie trzeba, hałasu nie narobi, a odpowiednich kamieni poniewiera się wszędzie doprawdy mnóstwo. - wyjaśnił jej Hindus.
- Niegłupio pomyślane.- przyznała dziewczyna.
Samochód mknął autostradą, ale po jakiejś półgodzinie skręcił w boczną, wyraźnie rzadko używaną drogę. Po upływie następnego kwadransa stanął w odludnym miejscu, w którym niewyraźnie majaczyły się jakieś nieoświetlone, niskie budynki. Wysiadłszy zorientowali się, że jest to betonowy bunkier, prawdopodobnie z czasów wojny. Mercedes wprowadziła ich do pozornie pustego pomieszczenia, wielkiego jak hangar, podeszła do betonowej ściany i, niepojętym dla jej towarzyszy sposobem, uchyliła ją nieco, tak, że mogli się prześlizgnąć. Tuż przed nimi otwarła się bezszelestnie klapa w podłodze.
- Rety. Jak na filmie szpiegowskim. - zachwycił się Gerard, schodząc za przyjaciółmi po wąskich szczebelkach, prowadzących gdzieś w dół.
Mercedes zaszła ostatnia, zamykając starannie klapę za sobą. Znajdowali się w korytarzu, przypominającym kanał, ale czystym i wysypanym piaskiem, oświetlonym nawet punktowymi lampkami. Ruda przewodniczka poprowadziła ich przez sześć kolejnych przejść i dopiero po otwarciu siódmych drzwi ujrzeli coś, co przypominało hall jakiegoś supernowoczesnego instytutu.
- Ja cię przepraszam. - westchnął zdumiony Never, rozglądając się po wnętrzu, wyłożonym białym plastikiem i połyskującym szkłem.
- Co to, stacja kosmiczna? - spytał Fronda.
- Prawie. - odparła Mercedes nie bez dumy.
Z głównego hallu zjechali jedną z kilku wind na niższy poziom. Schodów nie było – czy może ich nie widzieli?
Niższy poziom, tak samo sterylnie białosrebrny jak hall, był jednym ciągiem pracowni i do jednej z nich właśnie zostali wprowadzeni. Nad biurkiem zawalonym papierami siedział złotorudy mężczyzna, tak podobny do siostry, że nie można było mieć wątpliwości.
- Witajcie – powiedział serdecznie, wstając – Jestem Octavio di Mauro, szef tutejszej placówki i, jak mi się zdaje, człowiek, którego szukacie.
Mówił dobrą francuzczyzną, prawie bez akcentu, a jego aparycja wskazywała na raczej słowiańskie niż iberyjskie pochodzenie. Jasna cera upstrzona piegami, szaroniebieskie oczy i krótki, lekko zadarty nos nad szerokimi ustami nie przywodziły na myśl rdzennego Hiszpana. Na wampira, w dodatku liczącego ponad tysiąc lat, też nie wyglądał.
- Chcieliśmy kupić osobiste detektory i zestaw odtrutek. - powiedział Never, nieco onieśmielony, co mu się zazwyczaj nie zdarzało.
- Słyszałem, że wypowiedzieliście świętą wojnę vanhelsingowcom. Odwagi to wam nie brakuje – rzekł Octavio z uznaniem – Czy... czy Gusto Vanderbelt naprawdę nie żyje?
- Niestety tak. To kopie jego notatek. Wiedziałem, gdzie są, więc wziąłem je ze sobą. Nie chciałem, by praca Gusty przepadła.
Never podał Octaviovi dwa grube notesy w zielonej oprawie.
- Nad czym tu pracujecie? - spytał Gerard, przyglądając się z ciekawością rozwieszonym na ścianach tekturowym planszom.
Przedstawiały one przeróżne wykresy, ciągi wzorów chemicznych i tabele z zestawami niezrozumiałych danych.
- Nad czym się da – odpowiedział mu Octavio – To jest pracownia biochemiczna, a raczej jej część teoretyczną. Poza tym mamy różne działy: paleobiologia, fizyka cząstek elementarnych, hydroponika, astronomia i tak dalej.
- Astronomia? Stawiacie horoskopy czy szukacje zielonych ludzików? - spytała Oggy, wysuwając głowę zza ramienia Frondy.
- Jakie masz zdanie na temat UFO? - przyłączył sie do niej Thierry, którego życie pozaziemskie interesowało ostatnio coraz bardziej.
Octawio wzruszył ramionami, szczerze ubawiony.
- Na ten temat nie mam zdania. Naukowiec nie powinien wypowiadać sie o czymś, czego nie widział na własne oczy, a ja... Badałem sprawę Roswell i wszystko, co udało mi się tam zobaczyć, było produktem czysto ziemskim. Ludzka wyobraźnia jest niezmierzona i wszystko potrafi tak przystroić, że goły fakt nie poznałby sam siebie w lustrze.
- To co w końcu rozbiło się w Roswell? - spytała zawiedziona Oggy.
- Radziecka aparatura szpiegowska. Nic dziwnego, że wojsko potem odcięło ten teren. Niestety nie natrafiłem w okresie swego zainteresowania ufologią na nic, co możnaby uznać za ślad przybyszów z innej planety. A uwierzcie mi, bardzo tego chciałem. Zresztą obawiam się, że wizyty kosmitów na naszej zapyziałej planetce są wysoce nieprawdopodobne. - zakończył Octavio z żalem.
- Staroindyjskie Wedy...- zaczął Never, ale Hiszpan przerwał mu:
- Wiem, co mówią Wedy. Ci hinduscy bogowie rzeczywiście bardziej przypominają kosmitów niż uczciwe bóstwa i trudno coś z tym zrobić. Diabeł wie, może to była resztka jakiejś wysoko rozwiniętej cywilizacji, błąkająca się po galaktyce w statku wielopokoleniowym? To jedyne rozwiązanie do przyjęcia, bo zapewniam was, że wszystkie hollywoodzkie filmy, w których stateczkiem wielkości sportowej awionetki lata się swobodnie z Ziemi do Alfy Małego Psa i z powrotem, to duby smalone. Prawa fizyki obowiązują nie tylko na naszym poczciwym, starym globusie.
- Ale dlaczego to niemożliwe? - jęknął Fronda z rozczarowaniem.
- Czynnik odległości, to po pierwsze. Możemy założyć istnienie paliwa, którego jeszcze nie znamy, ale pewnych przyspieszeń statek nie będzie mógł rozwinąć, mając na pokładzie żywe istoty. A nawet gdyby rozwinął, podróż do nas z najbliższej nam gwiazdy, wokół której teoretycznie może krążyć planeta, zajęłaby cztery lata. To Proxima Centauri. No i najważniejsze pytanie: po diabła kosmitom byłoby to wszystko?
- Ludzie jednak w to wierzą. - mruknęła Oggy, wyraźnie zawiedziona.
- Ludzie muszą w coś wierzyć. Kiedy nie potrafią już wierzyć w Boga, wierzą w Ufo i wcale im nie przeszkadza fakt, że radioteleskopy penetrują firmament dnie i noce, a rezultaty tych poszukiwań to figa.
Octavio ogarnął czwórkę przyjaciół ciepłym spojrzeniem. Spodobali mu się od pierwszego wejrzenia i nagle pożałował swej początkowej podejrzliwości.
- Macie może ochotę obejrzeć stację? - zapytał.
- O, tak! – zawołał z entuzjazmem Fronda – Czy jest duża?
- Szesnaście poziomów – odpowiedział mu z dumą Octavio – To hitlerowski bunkier, który myśmy zaadaptowali i rozbudowali, zgodnie z naszymi potrzebami. Na każdym z poziomów są laboratoria odpowiednie do reprezentowanego tam działu nauki. Na samym dole znajduje się reaktor, który daje nam prąd, pracownia izotopowa oraz niewielki cyklotron, w którym nasi fizycy badają cząstki elementarne.
- Jak ten wasz reaktor kiedyś trzaśnie, będzie to katastrofa stulecia.= zauważył cierpko Gerard.
- Właśnie dlatego wleźliśmy z nim sto metrów pod ziemię... Chodźcie, oprowadzę was. - Octawio wyszedł z pracowni i poprowadził przyjaciół do drzwi, opatrzonych opisem „Antropologia i antropometria”. Za drzwiami kryło się pomieszczenie, wypełnione gablotami, niczym jakieś medyczne muzeum.
- Badacie tu gatunek ludzki? - spytał Never, oglądając preparaty ze skupioną uwagą.
- Owszem. Homo sapiens i gatunki pokrewne, a kiedyś było ich niemało. Czemu naszych czasów dożył jedynie Homo Sapiens z gatunku Cro Magnon, tego nie wiemy, ale w bardzo już odległej przeszłości byli inni: Homo Sapiens Neandertalis na przykład, ale i Australopithecus to wbrew pozorom też osobna gałąż naszego drzewa ewolucyjnego, nie nasz bezpośredni przodek. Jest jeszcze zagadka karłowatych szkieletów sprzed trzynastu tysięcy lat, znalezionych w Chinach...
- A szkieletu centaura czasem nie macie? – spytał kpiąco Thierry – A może diabła z kopytkami?
Octavio uśmiechnął się.
- Tego to nie – odparł spokojnie – Ale mam tu coś, co cię zainteresuje.
Otworzył jedną z gablotek i wyjął z niej długie, drewniane pudełko. Na aksamitnej wyściółce leżało pióro, na pewno nie pochodzące od żadnego znanego gatunku ptaka. Było długie i szerokie, połyskujące barwami tęczy, jakby nałożonymi na złoto, a po wierzchu przysłoniętymi diamentową powłoką. Te niezwykłe refleksy zafrapowały Oggy tak, że nie mogła się powstrzymać i dotknęła pióra.
- Ojej, jak jedwab! - zachwyciła się.
- Co to? - spytał Never.
- Podobno pióro Anioła – odpowiedział mu Octavio spokojnie – Przyniósł je pracownikowi naszej stacji niejaki Sandoval, pijak i mitoman, więc nie wiem, czy można mu wierzyć. Jest jednak powód, by wziąć pod uwagę jego słowa.
Zapalił stojący na laboratoryjnym stole palnik Bunsena i włożył koniec pióra w zółtawą część płomienia. Trzymał tak pióro przez chwilę, po czym dotknął nim ręki Frondy, który nie mógł powstrzymać lekkiego okrzyku zdziwienia. Pióro było chłodne i jedwabiste, nawet nietknięte przez ogień. Następnie Octavio otworzył pojemnik Devara z płynnym azotem i zanurzył pióro w cieczy parującej oparami tak zimnymi, że aż ścinało oddech. Wynik próby był dokładnie taki sam.
- To oczywiście niewiarygodne, bo coś takiego nie ma prawa istnieć – kontynuował Hiszpan – Jednak ta przeklęta rzecz jest faktem i to bezspornym. Cokolwiek posiada aż taką odporność na warunki ekstremalne, na pewno nie jest żadnym z dotychczas poznanych gatunków. Może gdyby było możliwe życie na Io, jednym z księżyców Jowisza,.. - Wiem – wpadła mu w słowo Oggy – Na Io panuje temperatura bliska zera bezwzględnego, ale ruchy tektoniczne spowodowane przyciąganiem Jowisza ogrzewają jej wnętrze tak, że wypływająca z wulkanów lawa jest płynna jak oliwa. Czytałam o tym w kwartalniku naukowym.
Octavio skinął głową z uznaniem.
- Brawo, panienko. Masz ścisły umysł, jak widać, skoro interesujesz się astronomią. Na pewno chętnie porozmawiasz z naszymi specami od gwiazd. Zaraz... ty mi nie wyglądasz na wampira.
- Pewnie dlatego, że jestem wilkołakiem. - wyjaśniła mu dziewczyna poważnie.
Octavio aż podskoczył.
- Naprawdę?! – krzyknął – Dla mnie bomba! Nigdy tu nie było żadnego likantropa! O rany, co za szansa... Pozwól nam przeprowadzić podstawowe badania. Wiesz, rentgen kośćca, badanie krwi i włosów.... Te próbki będa wprost bezcenne.
- No dobrze, ale pod warunkiem, ze Thierry cały czas będzie ze mną. - zastrzegła się Oggy.
- No to dogadane. To nam nie ucieknie, póki co chodźmy więc dalej.
Zjechali jedną z wind na niższy poziom. Na którym silnie pachniało chemikaliami i wszędzie kręcili się ludzie w białych fartuchach, często poplamionych i poprzepalanych kwasami.
- Teraz rozumiem, czemu nas tak długo sprawdzaliście. Gdyby ten paryski zdrajca znał położenie tego miejsca... - Never aż wzdrygnął się na samą myśl.
- Wcale nie wiesz, czy istnieje jakiś zdrajca. Według mnie to diabelnie mało prawdopodobne. - Octavio najwyraźniej nie zetknął się z czymś podobnym, co miało swą wage dowodową – w końcu żył on przeszło tysiąc lat.
- A moze to jakiś półwampir? Czytałem taki amerykański komiks... - zaczął Thierry, ale Never przerwał mu z niesmakiem:
- Nie pleć, Fronduś. Nie ma żadnych półwampirów. Albo ktoś jest wampirem, albo człowiekiem, trzeciego wyjścia nie ma. To tak jak poszukiwanie brakującego ogniwa między małpą i człowiekiem. Bez sensu.
- Ale archeologowie coś podobno znaleźli...- pisnęła Oggy – Jakąś czaszkę, i nazwali ją Lucy.
Octavio wzruszył ramionami.
- Jeszcze jedna małpa, co za różnica?
Otworzył następne drzwi. Kryjąca się za nimi pracownia wyglądała jak biblioteka uniwersytecka – pełna była książek i manuskryptów, a na ścianach wisiały ogromne plansze.
- Tu bada się behawioryzm gatunku ludzkiego – powiedział Octavio –Ruben Shaffner próbuje rozszyfrować zależność między materiałem biologicznym a umysłem, Jeff Cody studiuje z zapałem historię ludzkości, a Irka Kralowa jest genetykiem, i to, moi drodzy, genetykiem wysokiej klasy. A to laboratorium.
Otworzył wewnętrzne drzwi.
- Tygier! – krzyknął radośnie Never – Lambdon Tygier! To aż tu się oparłeś?
- To wy?! Myślałem, że was pokołkowali w Paryżu! – Polak wylewnie uściskał go i rzucił się witać pozostałych – Servus servorum Gali rex, rycerzu! O, gwiazdeczko ty nasza, świetnie wyglądasz! A ty, maleńka, jak żyjesz? Ciągle włóczysz się z tymi wyrzutkami społeczeństwa?
- Poręczeniu Lambdona zawdzięczacie to, że wogóle was tu wpuściłem. - Wyjaśnił sprawę do końca Octavio.
- Siadajcie – Tygier podsunął przyjaciołom kilka trójnogich stołków – I co, Thierry, miałeś już okazję obejrzeć ‘swój’ serial? Niezły, co?”
- Widziałem kilka odcinków. Trochę nabajdurzyli, ale da się oglądać. Zresztą, co mnie to teraz obchodzi...
- Wiem. Nadal podejrzewasz, że między nami był zdrajca?
Tygier nalał do szklanek jakiejś jasnorubinowej mieszanki, pachnącej rumem.
- Niczego już nie jestem pewny – Fronda pociągnął łyk i skinął głową z uznaniem – Dobre. Wiesz, Lambdonie, ja po prostu chcę dorwać mordercę Erziki, obojętne, czy to człowiek, czy wampir.
- Filie IVH sa teraz wszędzie. Miałem sygnały, że nawet pod Warszawą taką otwarto... Wiesz, to w Polsce. - dorzucił laborant, przypomniawszy sobie, że jego paryski przyjaciel bardzo słabo orientuje się w geografii.
- Byłem tam kiedyś – powiedział Thierry lekko – Piękny kraj, ale ciągle sie tam biją, i to z kim popadnie, a jak już nie ma z kim, to między sobą.
- A co Polska winna, że historia tak się z nią obeszła? Wojny, zabory, rozbiory...
- We Francji mieliśmy dokładnie to samo – zaśmiał się Fronda – Nie zaimponujesz mi. Wasza moda też mi się nie podoba. Ten wasz kontusz... może to i ładne, samo w sobie, ale nawet najprzystojniejszy mężczyzna wygląda w tym czymś jak ciężarna zakonnica.
- Opanuj się, kto teraz nosi kontusze? Mamy dwudziesty wiek, panie hrabio!
- Zostawcie dyskusje o modzie na sposobniejszą chwilę – przerwał im Never – Lambdonie, Octavio chce zbadać krew i włosy Oggy, a ty jesteś cholernie zręcznym laborantem. Pobierz jej, co trzeba, będzie miała to z głowy.
- Czemu nie? - zgodziła się dziewczyna niezbyt chętnie, chwytając Frondę za łokieć.
Thierry objął ją opiekuńczo ramieniem i razem podążyli za Tygierem. Po chwili z sąsiedniego pomieszczenia rozległ się pisk:
- Aj, boli!
I uspokajającą perswazję Tygiera:
- To nic, tylko lekkie ukłucie. Daj łapkę, maleńka.
- Mam tylko nadzieję, że nie macie tu pracowni wiwisekcji. - powiedział Gerard, wzdrygając się mimo woli.
- A skąd – zaprzeczył Octavio – Nie uznajemy takich metod. Wogóle nie robimy doświadczeń na zwierzakach, bo też wartość większości z nich równa się zeru. Człowiek to nie pies ani szczur, wbrew pozorom i nie małpa. To, co okaże się pomocne w leczeniu tamtych gatunków, człowiekowi może wręcz zaszkodzić. A poza tym... co te biedne istoty winne, że, powiedzmy, jakaś dziwka chce się wymalować jak ściana i trzeba przetestować nową szminkę?
- To niby racja, ale gdyby Pasteur rozumował tak jak ty, do dzisiejszego dnia nie mielibyśmy szczepionki na wściekliznę lub czarną ospę - zaoponował aktor – A wasze humanistyczne poglądy nie dotyczą chyba ludzi, sądząc po niektórych eksponatach.
Wziął z jednej z gablotek zasuszoną głowę jakiegoś houkańskiego wojownika i przyjrzał się jej z mieszaniną wstrętu i ciekawości.
- To eksponat pomocniczy – odparł Octavio – Tygier opisuje w wolnych chwilach różne przypadki, więc przeniósł tu kilka takich drobiazgów. Wiesz, on chce się kształcić w tym kierunku, co Jeff Cody i pomagać mu w jego badaniach. To szalona praca.
- I po co on to robi? - zdziwił się Gerard.
- Taka pasja.
- Pasja? To znaczy że pracujecie sobie a muzom? - Never wstał i zaczął pilnie przyglądać się rozwieszonym na ścianach planszom.
- Niezupełnie. Żyjemy z patentów i z odwalania czarnej roboty za niektórych naukowców z renomowanych instytutów – wyjaśnił mu Hiszpan – Opracowaliśmy wiele drobnych wynalazków, przypisywanych wielkim koncernom, i mamy z tego pieniądze, niezbędne dla funkcjonowania naszej placówki. Aparatura kosztuje, odczynniki też, nie wspominając o innych rzeczach. Tylko prąd mamy darmo, bo z reaktora.
- Nie boicie się go? Myślałem, ze po Hiroshimie i Nagasaki wszyscy będą ostrożniejsi. - Gerard wyraźnie nie miał przekonania do takich urządzeń.
- Energia jądrowa jest czysta. Oczywiście, że może narobić szkody jak cholera, ale wszystko to może, jeśli zabraknie dozoru. Ludzkość jest skazana na nią, bo przecież zasoby kopalin są na wyczerpaniu. Prędzej czy później wszyscy będą musieli się z tym pogodzić.
- Brr. Wolałbym nie mieć koło domu elektrowni atomowej. - wstrząsnął się Gerard.
Octavio uśmiechnął się z pewną wzgardą.
- Masz ciasne poglądy, ale ostatecznie usprawiedliwia cię to, że jesteś bardzo młodym wampirem – rzekł – Trzeba myśleć perspektywicznie. Ludzi jest coraz więcej, energii zaś coraz mniej, trzeba coś z tym zrobić, zanim nie znaleźliśmy się wszyscy w sytuacji przymusowej. Hiroshima nic do tego nie ma, nie mylmy pojęć. Energia jądrowa to tylko narzędzie, a z narzędzia nic nie wynika. Wszystko zależy od tego, do czego się go używa.
- Ciekawe, Fronda mówił to samo. - mruknął Gerard do siebie.
Octavio skinął głową.
- Słyszałem, ze on ma ciekawą filozofię. Tygier dużo o nim opowiadał.
Oggy i Thierry wyszli z pracowni analitycznej. Dziewczyna ocierała oczy rękawem sukienki, Fronda obejmował opiekuńczo jej wątłe ramionka.
- No, no, chyba nie było tak źle. - Gerard pocieszajaco klepnął Oggy po plecach.
- Nie znoszę igieł. - wyjąkała dziewczyna przez łzy.
- Ma prawo. Jeden nie lubi tego, a drugi znowuż tamtego, to nie zbrodnia. - Thierry jak zawsze stanął w obronie Oggy, moze nieco na wyrost.
- Kontynuujemy zwiedzanie? - spytał Octavio, ale przerwał mu długi, modulowany dźwięk, zdający się dochodzić ze wszystkich stron.
2.
Przyjaciele, zdumieni i spłoszeni, chcieli spytać, co to jest, ale Hiszpan powstrzymał ich ruchem dłoni. Po chwili szczęknęły umieszczone pod sufitem głośniki i rozległy się spokojnie, wyraźnie wypowiadane słowa:
- Alarm trzeciego stopnia. Pracownicy proszeni sa o nieopuszczanie stacji pod żadnym pozorem aż do odwołania.
- Pewnie znowu jakieś małolaty włóczą się po bunkrach, zachwycone, że zwiały rodzicom – westchnął Octawio, nie przejawiając zbytniej obawy – No nic, poczekamy. Zresztą zwiedzenie naszej stacji zajmie wam trochę czasu, więc nie ma nieszczęścia.
Tygier, który najwyraźniej wogóle nie zwrócił uwagi na alarm, wyskoczył z działu badań, zachwycony, jakby odkrył żyłę złota.
- Rany, ta dziewczyna to skarb! – krzyknął – Rentgen kośćca wykazuje takie odchylenia od normy, że tylko palce lizać! Ona jest jedna na miliard!
- Mnie tego nie musisz mówić. - uśmiechnął się Thierry.
- Niech on nie patrzy na mnie jak na okaz laboratoryjny. - zażądała płaczliwie Oggy, ponownie chwytając Frondę za rękaw.
- Ależ, panienko, ani mi to w głowie nie postało – Polak opanował się nieco i zawstydził – Ty po prostu jesteś skarbem dla nauki, ale to nie znaczy, że traktuję cię jak dwugłowe cielę. Jestem ci nieskończenie wdzięczny za twoją zgodę na podstawowe badania, to wszystko.
Oggy uśmiechnęła się do niego, słysząc tę przemowę. Tygier mimo wszystko zrobił na niej dodatnie wrażenie – wysoki, atletycznie zbudowany, o długich blond włosach i krągłej twarzy ocienionej trzydniowym zarostem, mógł się podobać. Miał jasnoniebieskie oczy i miły uśmiech, choć zęby trochę zbyt duże. Mocno zaostrzone kły wskazywały na to, iż musiał zostać utrwalony dość dawno, w czasach, gdy jeszcze ”się gryzło”, jak mawiali historycy wampiryzmu. Zdecydowała, że jednak go lubi.
- Lambdon będzie waszym przewodnikiem- rzekł Octavio – Możecie pytać go o wszystko, wie o tej stacji więcej niż ktokolwiek inny.
- Słusznie – przytaknął Tygier – Pracowałem tu już zanim wyjechałem do Paryża. Macie jakieś pytania?
- Gdzie tu można zapalić? – spytał Gerard nerwowo – Ja naprawdę już dłużej nie wytrzymam.
* * * * *
Stacja była zbudowana z prawdziwym rozmachem. Czwórka przyjaciół zwiedzała po kolei wszystkie pracownie, dziwiąc się supernowoczesnej aparaturze, w większości skonstruowanej przez samych pracowników stacji. Ta placówka była właściwie repliką i rozszerzeniem poprzednich instytutów, będących dziełem Octavia. Ten bardzo stary wampir był początkowo alchemikiem i jako taki został utrwalony, przenosząc w swą wampirzą egzystencję zamiłowanie do nauki we wszystkich jej przejawach. Wykształcenie zdobywał w rozmaity sposób, najwięcej studiując fachową literaturę, ale również uczęszczając na wykłady. Korzystał przy tym z faktu, iż jest „kuną”, co oznaczało mniejszą wrażliwość na promienie słońca. Jego wiedza przekraczała wszelkie możliwe granice.
- Ty jesteś wierzący, jak ja. Jak godzisz naukę z wiarą? - spytał go Thierry, gdy wychodzili z pracowni paleobiologii.
Octavio zamyślił się.
- Po prostu, bez Boga ani rusz – odrzekł po chwili – Może i starciłbym wiarę po tylu wiekach babrania się w naukowych eksperymentach i rozważaniach, gdyby nie dręczył mnie jeden niezaprzeczalny dowód na Akt Stworzenia.
- Jaki dowód? - zainteresował się Gerard.
- Prosty. To, ze wszystko istnieje. Wiem, ze oficjalna teoria mówi o Wielkim Wybuchu, ale nawet gdy założymy istnienie owego Praatomu, z którego wszystko się miało wylęgnąć... nielichy musiałby być, tak na marginesie... to skąd on miałby się wziąć? Znikąd? Z zera może wyniknąć jedynie zero, tego nas uczy matematyka, a ja jej wierzę. Jeśli nic nie było, zatem nic nie mogło być, a jeśli coś było, to skąd się wzięło? Błędne koło.
Gerard potrząsnął w milczeniu głową. Nie mógł przyznać Hiszpanowi racji, ale nie potraił też znaleźć argumentów przeciw jego tezom, sięgnął więc tylko po swoją paczkę gauloisów i usunął się na bok. Z całej czwórki tylko on hołdował temu czysto ludzkiemu uzależnieniu – Oggy i Fronda nie palili wogóle, Never bardzo rzadko i wyłącznie nargile. Gdy wyszedł z palarni, jego towarzysze kończyli właśnie ożywioną dyskusję z Octavio, który na jego widok zaproponował:
- A może tak byście coś zjedli? Stołówka jest za działem sportowym, a ten z kolei za oranżerią. To tam. Ja zdrzemnę sie na moment, a kiedy wrócicie, pozwiedzamy dalej.
Rzeczywiście wyglądał na zmęczonego. W ferworze pracy naukowej wampiry z instytutu często zapominały o porach snu i pracowały, póki nie padły. Zwykle odsypiały potem dzień lub dwa, po to, by znów stanąć do morderczej harówki.
- Dobra. - powiedział Never.
Tygier, który miał być ich przewodnikiem, był chwilowo nieobecny, sprawdzał bowiem wyniki badań Oggy, ale trasa wiodąca do stołówki była tak prosta, że nie sposób było się pomylić. Najpierw przeszli przez oranżerię, pełną tropikalnych roślin i polatujących między nimi kolibrów – wyglądały jak ożywione klejnoty. Na gałęziach karłowatych drzewek huśtały się papugi, głównie arakangi i południowozelandzkie kea, choć były i hałaśliwe nad wszelką miarę piwicze rozmiaru pięści. Za tym maleńkim rajem rozciągał się dział sportowy. Minęli sale gimnastyczne, dość duży kort, na którym dwie mieszane pary rozgrywały towarzyskiego debla, oraz pachnącą chlorem pływalnię. Kilku wampirów obojga płci ćwiczyło tam skoki z trampoliny pod okiem ładnej trenerki.
Za pływalnią była stołówka. Miła dziewczyna za bufetem podała przyjaciołom cztery butelki z konserwową krwią i szklanki.
- Dla mnie nie. Jestem wilkołakiem. - wyjaśniła jej Oggy z pewnym zażenowaniem.
- To może chcesz surowej wołowiny, kochanie? – zaproponowała bufetowa - Mam w chłodni sporo mięsa dla psów naszych doktorów.
- Nie wiedziałem, że są tu psy. - powiedział Thierry z ożywieniem. Lubił zwierzęta.
- Psy, koty, króliki... Prawie każdy z pracowników ma tu jakiegoś ulubieńca. Ale to wszystko siedzi w kompleksie mieszkalnym. A że zwierzaki muszą jeść, sprowadza się dla nich mięcho.
- Fajnie! - ucieszyła się Oggy, która zdążyła się już przygotować na przymusowy post.
Otrzymawszy spory kawał surowizny zaczęła szarpać go zębami z pomrukiem zadowolenia, podczas gdy mężczyźni popijali krew z dodatkiem likieru pomarańczowego. Po chwili bufetowa przysiadła się do nich.
- Wy musicie być grupą Radży – powiedziała – Cień opowiadał mi o was.
- To Cień tu jest? - zdziwił się Never.
- A jest. Pracuje w ochronie. Docenci z działu spraw paranormalnych badali go na wszystkie możliwe strony, ale nie udało się im odkryć, czym albo kim właściwie jest ten dziwak.
- Głupie pytanie. Cień to Cień... Czysta inteligencja... chyba. - powiedział Hindus niepewnie.
- Dzisiejszy stan nauki wyklucza chyba istnienie czegoś takiego. - rzekł Gerard, przyglądając się pod światło prawie czarnej w blasku jarzeniówek krwi w jego szklance.
- Kiedyś nauka wykluczała istnienie czegoś takiego jak próżnia – parsknął lekceważąco Fronda – Doskonale to pamiętam. Dopiero doświadczenie z półkulami magdeburskimi udowodniło jej istnienie. Może z czasem istnienie Cienia wcale nie będzie uważane za coś szczególnie niezwykłego? W końcu, nauka ciągle idzie naprzód. Na naszych oczach dokonuje się rewolucja w medycynie i technice, a przede wszystkim w sposobie myślenia ludzi. My, teoretycznie nieśmiertelni, najlepiej możemy to ocenić.
- A dlaczego właściwie my się nie starzejemy?- spytał Gerard po chwili.
- To bardzo ciekawe zagadnienie – przy stoliku wyrósł jak spod ziemi Tygier i przysunął dla siebie dodatkowo krzesło – Czynnik biostatyczny, zawarty w DNA wampirów, prawdopodobnie blokuje hipotetyczny enzym, powodujący starzenie się żywych komórek. Choć na przykład sa tacy, którzy całą odpowiedzialnością obciążają RNA a nie DNA.
Thierry popatrzył na niego błędnym wzrokiem.
- A jaka to różnica? – spytał bezradnie – Zlituj się, Lambdonie, ja nawet nie mam matury.
Tygier roześmiał się.
- Możesz tak nie wytrzeszczać swych ślicznych oczek – powiedział – To w gruncie rzeczy bardzo proste. DNA to planowanie budowy białek, a RNA to wykonawca, jakby ekipa budowlana. Rozumiesz? Tym działem właśnie zajmuje się genetyka. RNA wampirów musi być w jakiś sposób ‘mądrzejsze’ niż ludzkie, gdyż nie reduplikuje błędów, mogących sie pojawić w sekwencjach DNA. Czynnik wampiryzmu, warunkujący przemianę, to zapewne plazmoidy, takie kawałki nici RNA, otoczone płaszczem kapsydowym. A może wręcz wiroidy, zapętlone kawałki nici, nawet bez kapsydu. Właśnie takie twory są odpowiedzialne za tzw. lekooporność szczepów bakteryjnych. Łącząc się z bakteriami przelewają niejako do ich wnętrza swoją treść informacyjną, no i dzięki temu lekarze mają niezły pasztet.
Fronda potrząsnął głową, jak człowiek zamroczony tępym uderzeniem w ciemię.
- Nie będę zaprzeczał, bo nie mam pojęcia, o czym mówisz. - oświadczył.
Tygier machnął na niego ręką i zmienił temat:
- Tam na górze kręcą film, stąd to całe zamieszanie. W ciągu paru dni nasi ochroniarze powinni zorientować się, kiedy będziecie mogli bezpiecznie wyjść. Na razie będziecie naszymi gośćmi. Nie chce się wam spać?
Never potrząsnął głową i spojrzał pytająco na swych towarzyszy. Gerard powtórzył jego gest bez słowa, gdyż jako aktor nawykł do bezsennych nocy i długiego dnia pracy.
- Wystarczy, że Octavio poszedł się wykimać. - powiedział Thierry, nie przerywając robienia słodkich oczu do bufetowej.
- Pracocholik, jak oni wszyscy – zaśmiał sie Tygier – Stuknięci naukowcy.
Mimo tych krytycznych słów sam nie był lepszy – nagminnie zapominał o porach snu i posiłku, zwłaszcza że pracował we wszystkich laboratoriach po kolei i wszędzie czuł się jak u siebie w domu. Nie on jeden zresztą podlegał takiej rotacji. Doktorów i docentów (stopnie te zdobywali zaocznie na renomowanych uczelniach) stacja miała aż nadto, utalentowanych laborantów było niestety znacznie mniej i byli na wagę złota. Kilku naukowców też pracowało rotacyjnie, próbując utworzyć coś na kształt działu neksjalizmu – wszystkoizmu stosowanego, dyscypliny naukowej, opisanej przez Van Voghta w „Misji międzyplanetarnej”.
Ich eksperyment nie miał wielkiej przyszłości, jako że ludziom służyć nie mógł. Średnia długość ludzkiego życia, w szczególności zaś życia pojmowanego jako pełna zdolność do nauki i pracy, jest boleśnie krótka. Wampiry mają czas, który ludziom nie jest dany, ponadto nie obawiają się typowo ludzkich chorób degeneracyjnych. Pewnie z tego powodu ich instytut wyprzedzał ludzkie placówki tego typu o całą epokę.
- Właściwie dlaczego nie prowadzicie badań nad UFO? – spytał Gerard, rozglądając się po mijanych pracowniach – To by do was pasowało.
Tygier przerwał swój wykład o znaczeniu hydroponiki dla wyżywienia przyszłych pokoleń i spojrzał na niego pobłażliwie.
- Głównie dlatego, że do tej pory nie trafił się nam ani jeden dowód na istnienie takiego problemu – odparł – Nauka nie zajmuje się doniesieniami typu ‘jedna pani drugiej pani’.
- Są relacje naocznych świadków. - wtrąciła się nieśmiało Oggy.
Fronda roześmiał się serdecznie, słysząc tę uwagę.
- Ależ, kochanie – powiedział, obejmując ją ramieniem – Za moich czasów co drugi człowiek, niezależnie od wykształcenia i pozycji społecznej, gotów był przysiąc przed ołtarzem, że widział anioła, świętego, czy wręcz przeciwnie, czarownicę na miotle i diabła z rogami. Jestem też dziwnie pewny, że znakomita większość tych ludzi przeszłaby pomyślnie badania variografem. Do bani takie dowody.
- Kiedy ja czytałam zeznania kobiety, którą uprowadzili kosmici – upierała się dalej dziewczyna – Robili jej różne badania, a ona potem nie potrafiła wytłumaczyć, gdzie była.
- Missing time – Tygier skinął głową – Łatwo to uzyskać, wystarczy podac pacjentowi coś tak banalnego jak opium. Nawet nie potrzeba hipnozy. A co do badań, to dr Svanson z działu paranormalnego wysunął wcale sensowną hipotezę na ten temat. Otóż doszedł do wniosku, że badania jako takie miały miejsce, z tym, że ani nie odbywały się na pokładzie latającego talerza, ani nie robili ich kosmici. Jeśli w danej okolicy nastąpił wyciek, powiedzmy, jakiejś supertajnej broni biologicznej czy chemicznej, to jak zbadać wybranych mieszkańców, nie wzbudzając podejrzeń? Trzeba się ucharakteryzować, porwać człowieka i podac mu jakiś narkotyk, by wywołać dezorientację. Potem wszystko zwalą na UFO i zbyte.
Przyjaciele przeszli do pracowni, której centralne miejsce zajmowało olbrzymie akwarium słonowodne. Pulchna blondynka w białym fartuchu karmiła właśnie za pomocą manipulatorów ukwiały, uważając, by nie zanurzyć rąk w wodzie. Była to ostrożność z wszech miar wskazana, gdyż oprócz ukwiałów w zbiorniku znajdowała się meduza z gatunku osa morska i kilka skorpen.
- To dr Tamara Kawreczkina, toksykolog.Jak leci, Tamaro Siemionowna? - zwrócił się Tygier życzliwie do dzieczyny.
- Wyizolowałam już kilka czynników, mogących nam zaszkodzić, ale przede mna jeszcze daleka droga. Na razie lepiej nie włazić na żadne z tych stworzeń. - odpowiedziała mu pani doktor, przeplatając słowa francuskie rosyjskimi. Chwilami z trudem ją rozumieli.
- Jesteśmy podatni na trucizny? - spytał Gerard z pewnym zdziwieniem.
- Na niektóre typy jadów, tak – odprła dr Kawreczkina – Na przykład na jad pewnych węży czy pająków. Dla przykładu phoneutria, na szczęście ogromnie rzadka, siedemdziesiąt razy bardziej jadowita niż kobra królewska. Nie tylko ona. Szkodzi nam wszystko, co wywołuje hemolize. Polecam swoją pracę na temat osnuwika amerykańskiego.
- A co to za diabeł? - zainteresował się Fronda, podchodząc do stołu, po którym coś chodziło. Po chwili odskoczył z lekkim okrzykiem obrzydzenia. Po blacie, ogrodzonym przybitymi do krawedzi listewkami, majestatycznie poruszał się pająk ptasznik, ogromny nawet jak na swój gatunek – był prawie wielkości talerza, brązowy, porośnięty jedwabistymi włosami.
- A to co za gad?! - krzyknął Thierry, nie mogąc ukryć dreszczy.
- Oczu nie masz? To nie gad, tylko pająk. Stawonóg – Rosjanka podeszła do stołu i podstawiła ptasznikowi rękę, po której olbrzym wspiął się zwinnie aż na jej ramię – Gdzieś ty się chował, że nie wiesz takich rzeczy? Czikita jest ptasznikiem olbrzymim, dość rzadkim i wyjątkowo inteligentnym.
- Nienawidzę pająków, inteligentnych czy nie. Ma szczęście, że nie palnąłem jej butem. - Fronda wciąż nie mógł otrząsnąć się z wrażenia.
- To ty masz szczęście, bo rozdarłabym cię na strzępy. Skądś ty się urwał, ze średniowiecza?
- A żebyś wiedziała. Nie jestem jednak wcale zacofany: wiem, że trzeba chronic lasy deszczowe, segregować odpady i walczyć o to, by różne opłacane w milionach dziwki nie nosiły futer z chronionych zwierząt. Jednak pająków po prostu się brzydzę i nie będę płakał, gdy któregoś dnia te paskudy znikną z powierzchni Ziemi. Tu mnie nie przekonasz.
- Wcale też nie mam takiego zamiaru. Myśl co chcesz. Gdybyś ty zniknął, też nie byłoby czego żałować, to pewne. - Pani doktor była wyraźnie rozzłoszczona i jej siwe oczy miotały pioruny gniewu. Tygier rozesmiał się, ubawiony.
- Daj mu spokój, Tamaro – poprosił – Nie wymagaj od niego, by rozumiał takie rzeczy jak twoja fascynacja wszelkim paskudztwem. Pewno nie wiecie, moi mili, ale Tamara prowadzi tez badania nad świadomością zbiorową u niektórych owadów, takich jak mrówki czy pszczoły.
- Świadomość zbiorowa? To znaczy że rój pszczół jest mądry jak jaki człowiek? - Gerard spojrzał na dr Kawreczkiną zupełnie okrągłymi oczami.
Ta parsknęła gniewnie.
- Też coś! Ich inteligencja nie rośnie przecież wykładniczo. Po prostu dysponują zbiorową świadomością... ale wy tego i tak nie zrozumiecie.
- Nie jestem idiotą, choć być może na takowego wyglądam.- obraził się Thierry.
- I owszem, wyglądasz. - potwierdziła dr Kawreczkina.
- Blebleble. I tak nie znoszę owadów.
- Litości! Pająki nie są owadami!
- Owady przetrwają nas wszystkich – wtrąciła sie Oggy – Przetrwają nawet nuklearną zagładę, bo mają chitynowe pancerze.
- Na chitynie się nie znam, ale sam nosiłem kiedyś pancerz... choćby półpancerz. - rozmarzył się Thierry.
- I co, wsadzali cię na konia dźwigiem? - zaciekawił się Gerard, który widział podobną scenę w jednym z filmów.
- Nie no, skąd ten pomysł? Zbroje wazyły po kilkanaście kilogramów, ale poruszaliśmy się w nich całkiem sprawnie. Inaczej przecież byłyby do chrzanu. Rycerz, jak wiadomo musiał mieć twarde mięśnie...
- I pustą głowę, to widac nawet dziś. - wpadła mu w słowo pani doktor.
Tygier ze śmiechem wyciągnął szykującego się już do jakiejś ciętej odpowiedzi Francuza na korytarz. Zamierzał właśnie wytłumaczyć mu, że Tamara Siemionowna nie ma sobie równych w szermierce na słowa, gdy uwagę przyjaciół przykuło coś innego.
Wysoko w ścianie korytarza ział otwór wywietrznika, kiedyś pewnie zabezpieczony kratą, obecnie odsłonięty przez czyjeś zapomnienie. Pod tym otworem stała niewysoka Mulatka w czerwonym kombinezonie i płaczliwie nawoływała:
- Sparky! Kici, kici! Chodź tu, koteczku!
Wentylacja odpowiadała jej wściekłym miauczeniem i parskaniem.
- Może panience pomóc? - rycerski jak zawsze Fronda w mig znalazł się przy niej.
- Sparky wlazł do wywietrznika, jak włączą wirniki, będzie po nim. - jęknęła dziewczyna.
- Podsadź mnie, Radża. - Zwrócił się Fronda do Nevera.
- Lepiej bądź ostrożny. Ten Sparky to karakal, a nie domowa kicia, poza tym jest narwany. - ostrzegł go Tygier, ale Thierry machnął tylko ręką i wspiął się do wywietrznika.
- Ranyjulek, jaki on śliczny! - zawołał z zachwytem.
- Ostrożnie, on jest bardzo nerwowy. - poprosiła Mulatka.
- Powiedz lepiej, kawał wariata – rzekł z niezadowoleniem Tygier – Oj, Trelawny, czy ty nie możesz po prostu założyć sobie akwarium lub kupić chomika? I wogóle czemu Sparky jest tutaj? Było powiedziane, że zwierzaki mają trzymać się kompleksu mieszkalnego.
- Nie marudź – Thierry bez obaw sięgnął do otworu w ścianie i wyciągnął stamtąd broniącego się zaciekle, płowego kocura – Proszę uprzejmie, panienko, oto zguba.
Kot strzepnął krótkim ogonkiem i skoczył w ramiona Trelawny z rozdzierającym miauknięciem. Dziewczyna wspięła się na palce, cmoknęła w podzięce Frondę w policzek i zniknęła w windzie.
- Ta wariatka jest z działu inżynieryjnego. Ma hopla na punkcie różnych zmyślnych aparatów i na punkcie tego zbzikowanego kota. Wyciągała go już chyba ze wszystkich punktów newralgicznych naszego instytutu, bo ciągle jej ucieka. No nic, idźmy dalej. Tu mamy...
Tygier urwał, gdyż drzwi, opatrzone napisem „Pokój wagowy” otworzyły się nagle tuż przed jego nosem i wyszedł z nich niemłody mężczyzna w laboratoryjnym fartuchu, jak ulał pasujący do stereotypu „szalonego naukowca”. Był dość niski, szpakowaty, o bujnej czuprynie sterczącej na wszystkie strony i nieporządnym zaroście. Nie wyglądał zachęcająco, ale Fronda rozpromienił sie na jego widok niczym słońce.
- Simon! – krzyknął – I ty tu jesteś?! W życiu bym się nie spodziewał!
- Jak sie masz, Teodorze – naukowiec uściskał go radośnie – Myślałem za rewolucji, że już po tobie, ale jak widać, niełatwo ci zaszkodzić.
- Pozwólcie, to mój stary kumpel, kiedyś zwali go Szymon Mag. - zwrócił się Thierry do przyjaciół.
- Umie pan czarować? - spytała nieśmiało Oggy.
- Nie chciałbym cię rozczarować, dziecinko, ale nie umiem nawet wyciągnąć banalnego królika z kapelusza. Po prostu w dawnych czasach za magie ludzie uznawali wszystko, czego nie rozumieli. Co tu robicie? Chcecie pracować naukowo?
- A uchowaj Boże – otrząsnął się Fronda – Jestem tu od niedawna i już mam atak klaustrofobii. Wolę działać na powierzchni. Jak wy wytrzymujecie to zamknięcie pod ziemią?
- A jakoś – odparł Simon – Wpadnijcie później, może będę miał dla was ciekawą propozycję.
Oggy pociągnęła Frondę za rękaw koszuli.
- Czemu on zwraca się do ciebie per Teodorze? - spytała cicho.
- Thierry to celtycka forma starogreckiego imienia Teodoryk – wyjaśnił jej przyjaciel – Inną formą jest galijski Astheorix, właśnie tak, kochana. Imiona to zabawna rzecz, ale ostatecznie każdy musi jakieś mieć.
Przyjaciele zwiedzili pod wodzą Tygiera resztę stacji, przekonując się, iż była rzeczywiście tak rozległa, jak im mówiono. Pierwsi użytkownicy rozbudowali podziemną fabrykę frankistów, przebili korytarze do nieużywanej od lat sieci kanałów podmiejskich i stworzyli nieomal samowystarczalne miasto. Na szesnastu poziomach mieściło się w sumie sto dwadzieścia pracowni, piętnaście bibliotek, kompleks mieszkalny, pięć sal kinowych i kompleks wypoczynkowo-sportowy. Pracowało tam i na stałe mieszkało ponad trzystu wampirów obojga płci, co było liczbą ogromną, zważywszy na to, że na całym świecie jest ich nie więcej niż dwadzieścia tysięcy. Wielkość i nowoczesne urządzenie stacji były dla nich oszałamiające, szczególnie, gdy brali pod uwagę, że to wszystko mieściło się pod ziemią, niedaleko nic nie podejrzewającego miasta. Zwiedziwszy wszystkie miejsca, do których ich wpuszczono, syci wrażeń, wrócili do działu spraw paranormalnych. Zastali tam Octavia, dyskutujacego z Simonem na jakiś widocznie poważny temat.
- Dobrze, że jesteście – powiedział Octavio na ich widok – Mamy do was sprawę.. właściwie to dwie sprawy.
- Fajnie. - powiedział Fronda , rozglądając się po pracowni.
- Hej, podobno nie zajmujecie się UFO! – ryknął po chwili – A to co? Siekana wątróbka?!
Wszyscy wybuchnęli śmiechem, gdyż widok Frondy, wymachującego triumfalnie modelem latającego talerza, był nad wyraz komiczny.
- Niestety, mój biedny przyjacielu – powiedział Simon, gdy mógł już spokojnie mówić – To model eksperymentalnego amerykańskiego wirnikowca. Projekt zarzucono, gdyż zużycie paliwa przy tym kształcie kadłuba jest o pięćdziesiąt procent wyższe niż w modelach tradycyjnych. Taki kształt może sprawdzać się w próżni kosmosu, ale nie w atmosferze tak gęstej jak ziemska. Muszę cię rozczarować: tak naprawdę nie ma ani jednej potwierdzonej informacji o UFO. Każda obserwacja ma wytłumaczenie jak najbardziej ziemskie, od ogni bagiennych po tajne prototypy wojskowych myśliwców, choć ufoentuzjaści nie chcą tego przyjąć do wiadomości. Siadajcie, porozmawiamy.
Przyjaciele usiedli wokół laboratoryjnego stołu i spojrzeli na Octavia wyczekująco.
- Jak wiecie – zaczął Hiszpan – Stanowimy naród niechętny podróżom, co nie zawsze jest dobre. Oczywiście korespondujemy z całym światem, nic jednak nie zastąpi, że tak powiem, grupy operacyjnej w terenie. Wy jesteście bardziej otwarci i dlatego chcę wam zaproponować pracę dla Instytutu.
- Mów dalej. - zachęcił go Never z błyskiem w oku.
- Zbieralibyście dla nas informacje o dziwnych zdarzeniach, a także rozwiązywalibyście zagadki, które wymagają osobistego przyjrzenia sie wszystkiemu. To wszystko za godziwe wynagrodzenie.
- Pieniądze się przydadzą. Jesteśmy spłukani. - powiedział Thierry.
- Powiedzmy, ze się zgadzamy. - Never skinął głową i wlepił oczy w Octavia.
- Na początek macie detektory i zestaw odtrutek, aparat fotograficzny wielkości pudełka zapałek z zestawem filmów i adres kontaktowy, na który będziecie przesyłać naświetlone klisze – Octavio postawił na stole spore, drewniane pudełko – Gratis. Do tego pierwsze zlecenie, za dziesięć tysięcy zielonych plus wydatki. Jest niebezpieczne jak cholera, ale możliwe do wykonania. Nasz pobratymiec, Vito Ricci z Mediolanu, poprosił nas o pomoc dla swej córki. Vito jest bardzo młodym wampirem, ledwie czteroletnim. Jego córka jest jedynym świadkiem w sprawie pewnego morderstwa, i jeśli uda się jej dożyć dnia rozprawy, efektem jej zeznań może być rozbicie całej siatki mafijnej.
- Bez szans. Nie dożyje. - mruknął Gerard.
- Nie, jeśli ktoś jej nie pomoże. Dlatego właśnie chcę was tam wysłać. Skontaktujecie się z komisarzem Serano, który prowadzi tę sprawe, on was wtajemniczy we wszystko.
- Dobra, załatwione – Fronda wstał i zaczął oglądać rozwieszone na ścianach plansze – Simon, co to za wykresy?
- To? Tricia to powiesiła, moja laborantka. Z lewej masz teoretyczy schemat produkcji paliwa na bazie jednoatomowego wodoru, będącego najbardziej ekologicznym paliwem na Ziemi, a z prawej – Simon podszedł, by lepiej widzieć – Ach, tak. To tez teoretyczny wykres, Dotyczy sprawy tak zwanego spontanicznego zapłonu ludzkiego ciała. Były w brukowcach doniesienia o takich przypadkach, ale ja osobiście nie wierzę, by to było możliwe. Ludzkie ciało składa sie głównie z wody.
Fronda przyjrzał się ciekawie wykresom.
- A woda to wodór. Gdyby doszło do rozszczepienia w żywym ciele wodoru z wody na ten jednoatomowy...
- Thierry, błagam! Flaki mi się wywracają, gdy słyszę takie brednie – przerwał mu naukowiec – Czy ty wogóle zdajesz sobie sprawę z tego, co mówisz? Wodór jednoatomowy jest niestabilny. Gdyby komuś udało się opracować proces syntezy i składowania tego cuda, Rockefeller byłby przy nim żebrakiem. Nie mów mi, że to może zajść samoczynnie i to wewnątrz żywego ciała!
- Jak na badacza spraw paranormalnych stoisz na ziemi zadziwiająco mocno. - zaśmiał się Never.
- I uważajcie na tego zdrajcę, jeśli on wogóle istnieje. - dodał Octavio ostrzegawczo.
- Nie osądzajcie go zbyt surowo – westchnął Simon – Nie zapominajcie, że w filmie i literaturze Łowca Wampirów jest zawsze bohaterem pozytywnym, więc po odpowiednim praniu mózgu ktoś taki jak ów zdrajca mógł po prostu uwierzyć w swe posłannictwo.
|