Mythai: portal świata Fantasy i RPG - wróć do strony głównej.Mythai: portal świata Fantasy i RPG - wróć do strony głównej.
Mythai: portal świata Fantasy i RPG - wróć do strony głównej.Mythai: portal świata Fantasy i RPG - wróć do strony głównej.
Mythai: portal świata Fantasy i RPG - wróć do strony głównej.Mythai: portal świata Fantasy i RPG - wróć do strony głównej.Mythai: portal świata Fantasy i RPG - wróć do strony głównej.
Publikacje w serwisie:  Opublikuj coś »
Dział Literatury: Fantasy   •   SF   •   Proza różna   •   Poezja   •   Artykuły
Dział RPG: RPG Mythai   •   Pomoce do RPG   •   Scenariusze RPG
 
 
 
Użytkownik:
Hasło:
Rejestracja
 Pierwsze Zadanie

1.

- Zabawne rzeczy wypisuje się o wampirach – powiedział Gerard Philipe, podnosząc głowe znad lektury – Ciekawe, skąd pisarze biorą taką makabrę.

- O to należałoby spytać kolegę Freuda – odpowiedział mu Never, nie odrywając oczu od ekranu telewizyjnego - Po co wogóle czytasz te bzdury? Wystarczy przecież, że robi to Fronda. Nie ominie żadnego horroru.

- Zaczynam po prostu rozumieć jego punkt widzenia. Czytając te bzdury człowiek przestaje się dziwić, że tak mało ludzi wogóle wie o naszym istnieniu. - Gerard przewrócił kolejną stronę książki.

- Możliwe, ale nie ma tam słowa prawdy i mnie to wkurza – prychnął wzgardliwie Hindus – Próbowałeś kiedyś latać? Albo przenikać przez dziurkę od klucza? Fajno by też było zamieniać się w nietoperza, choć nie potrafię wyobrazić sobie technicznej możliwości takiej przemiany. Trochę wiedzy zoologicznej liznąłem, a w końcu czym jesteśmy, jak nie zwierzętami?

- Filozof się znalazł - krzyknął ze śmiechem Fronda z łazienki – A Oggy? Jak jaśnie profesor wytłumaczy tę przemianę?

- Ja tego nie tłumaczę. Ja to przyjmuję do wiadomości. - odpowiedział mu przyjaciel.

Thierry wyszedł z łazienki, poprawiając na sobie czystą koszulę.

- Ogoliłeś się drugi raz? Jak ona ma na imię? - spytał ironicznie Never, przyjrzawszy mu się kątem oka.

- Idę do kościoła, jakbyś nie wiedział. - odparł Thierry z godnością.

- Przecież byłeś wczoraj. - zdziwił się Gerard.

- No to co? Byłem wczoraj i pójdę jutro. Mamy przecież Wielki Tydzień. - burknął Fronda niechętnie. Dawno już pogodził się z faktem, że jest w tym towarzystwie jedynym katolikiem, ale docinki na ten temat zawsze go drażniły. Never świetnie o tym wiedział i oczywiście nigdy nie potrafił odmówić sobie tej przewrotnej przyjemności.

- Przygotuj sobie święconkę na sobotę – poradził kpiąco – I nie zapomnij włożyć do niej butelki z osoczem.

- Święconkę? - Gerard spojrzał na niego z zainteresowaniem, gdyż Francuzi nie znają tego zwyczaju.

- To taka polska tradycja – wyjaśnił mu Hindus – Tygier mi kiedyś opowiadał. On jest Polakiem,Lambdon Tygier to tylko jego pseudonim, imię postaci z jakiejś polskiej sztuki. Na jego prawdziwych personaliach można nogi połamać, nie tylko język. Polacy w Wielką Sobotę przynoszą do kościołów różne wiktuały do poświęcenia.

- Mnie to bardziej wygląda na jakieś pogańskie obrzędy. - powiedział aktor niepewnie.

Thierry wzruszył ramionami.

- I co wy obaj możecie o tym wiedzieć? Para sadystycznych bezbożników – rzekł niechętnie – Powiedzcie Oggy, gdy wróci, że chętnie wezmę ją na nocny spacer w ruiny.

Od trzech tygodni przyjaciele mieszkali w wynajętym domku niedaleko Granady, położonym w raczej odludnym i bardzo ładnym przy tym miejscu. Jak dotąd próby skontaktowania się z wampirem o nazwisku di Mauro spełzały na niczym, ale nie mieli zamiaru rezygnować. Musieli to zrobić. Octavio di Mauro był naukowcem, podobnie jak Gusto, genialnym wynalazcą i konstruktorem wielu niezwykłych urządzeń. Zamierzali poprosić go o detektory, wykrywające chemicznie czyste srebro, które w ich przypadku działałyby jak system wczesnego ostrzegania – zawsze wiedzieliby, że Łowcy są w pobliżu. Jak na razie udało się im jedynie namierzyć pewną wampirzycę, właścicielkę niewielkiej galerii sztuki, która jednak wcale nie paliła się do współpracy. Być może miała polecenie ich sprawdzić, ale trwało to już tak długo, że zaczynali się niecierpliwić. Jedynie Oggy nie narzekała na przymusowa bezczynność. Tak dobrze i bezpiecznie nie czuła się od czasów dzieciństwa. Nadopiekuńczość nowych przyjaciół nie przeszkadzała jej, przeciwnie nawet, odbierała ją jako swoisty komplement – znaczyła, iż jest dla nich ważna. Czasem mimo to znikała gdzieś sama, tak jak teraz, jednak nigdy na długo. Teraz też wróciła dosłownie kilka minut po wyjściu Frondy.

- Gdzie byłaś? - spytał Never z pewnym wyrzutem w głosie.

- U rzeźnika – odparła dzieczyna – Kupiłam sobie wątróbkę.

Wyjęła z papierowej torebki ciemnoczerwony kawał mięsa i z apetytem zaczęła szarpać go zębami. Uwielbiała surowe mięso i praktycznie nie jadała nic innego, jesli nie liczyć psich biskwitów i od czasu do czasu jakichś słodyczy.

- Zapowiada się piękna noc – powiedziała niewyraźnie – Gdzie Fronda? Miał iść ze mną na spacer.

- Chwilowo poszedł się modlić. Zabierze cię, jak wróci. - Never zgasił telewizor i przeciągnął się, aż mu kości zatrzeszczały.

- A wy z nami nie pójdziecie? Noc cieplutka, księżyc...- wymamrotała dziewczyna, szarpiąc mięso zębami z miną dzikusa.

Gerard spojrzał na Nevera.

- Co ty na to? – spytał – Moglibyśmy trochę się rozerwać. Siedzimy tu i czekamy na Godota... To uwłaczające, że oni są wobec nas tacy nieufni.

- Czy ja wiem? Wy byliście bardziej otwarci i jak na tym wyszliście?

Oggy skończyła jeść i starannie oblizała palce. Nie mogli jej tego oduczyć, podobnie jak kilku innych irytujących nawyków.

- Znalazło się jajko mądrzejsze od kury. - mruknął Never niechętnie.

- Co było pierwsze, jajko czy kura? - spytał Gerard, podkładając ręce pod głowę. Sam nie wiedział, skąd wzięło mu się to pytanie.

- Jajko – odparł Never – Jeśli teoria ewolucji jest słuszna, oczywiście. Pierwsze było jajko od samicy X i samca Y, zawierające komplet genów XY+ przypadkowa mutacja... Masz jakiś powód, by o to pytać, czy tylko się nudzisz?

- Chyba się nudzę. - rzekł Gerard z poczuciem winy. Nie mógł opędzić się od myśli, że jeśli teraz już się nudzi, to co będzie dalej, skoro czekało go potencjaalnie bardzo długie życie? Nie mógł jednak poskromić nudy. Dokuczyła mu przymusowa bezczynność. Co prawda Fronda proponował ciągle wycieczkę do Alhambry, jednak aktor czuł jakiś głupi, nieuzasadniony lęk przed starą twierdzą Maurów. Sensytywność wampirów bywa dla nich prawdziwą zmorą w pierwszych latach po utrwaleniu – nie umieją jeszcze odróżniać tego, co czują naprawdę od uczuć innych ludzi, odbieranych przez ich wrażliwy system nerwowy. Gerard był „odbiornikiem” czulszym nawet od innych, dzięki swym artystycznym uzdolnieniom i póki co przysparzało mu to sporo przykrości. Nie umiał jeszcze kontrolować swych superwrażliwych po utrwaleniu zmysłów i wyciągać korzyści z tego, że czuje więcej niż przeciętny człowiek. Widział teraz jasno, że nie poradziłby sobie bez przyjaciół: demonicznego Hindusa, rycerza z wojny stuletniej i wilkołaczej dziewczyny o ciepłym spojrzeniu.

- Czemu oni nam nie ufają? Przecież jesteśmy tej samej krwi. - westchnął.

- Może cierpią na rodzaj wampirzej ksenofobii? – zachichotał ponuro Never – Tak czy inaczej, jutro pogadam sobie z tą właścicielką galerii. Koniec tych podchodów.

Zaczął nerwowo chodzić po pokoju.

- Jeśli masz zamiar pobić rekord na setkę w chodzie, to może lepiej rzeczywiście wybierzmy się do Alhambry. - zaproponował mu Gerard.

- Wolałbym do galerii. Tamta pindulka musi coś wiedzieć...

- Mogę ją postraszyć. Psów boją się czasem najodważniejsi. - zaofiarowała się Oggy, wycierając ręce o sukienkę. Również tego nie potrafili jej oduczyć.

- Pomysł wart zanotowania.- Never skinął głową z uznaniem i poszedł do kuchni, by zmieszać kilka drinków.

Kiedy kończył zmywanie szklanek, trzasnęły drzwi i do domku wpadł Fronda.

- Napijesz się? - zawołał do niego Hindus

- Jasne! Nie ma to jak aperitif przed większym posiłkiem! Gotowi? - Fronda chwycił podaną mu szklankę i wypił jej zawartość jednym haustem.

Wyszli, nie troszcząc się o latarki – ich oczy były znakomicie przystosowane do widzenia w ciemności, a ta ciepła, wiosenna noc wcale ciemną nie była. Rozświetlał ją księżyc w pełni i tysiące mrugających w górze gwiazd. Magnolie, jaśmin i bzy pachniały słodko. W dali widniały starożytne ruiny, ulubione miejsce spotkań miejscowych mętów oraz zakochanych parek, próbujących ukryć się przed światem. Łatwo było tam „upolować coś na ząb”, według ulubionego wyrażenia Frondy. Gdyby nie ta niepewna sytuacja, to miejsce stanowiłoby dla ich czwórki naprawdę wymarzone miejsce wakacji – niedrogi domek ze wszystkimi udogodnieniami, miejsce odludne, lecz położone względnie blisko centrum handlowego, piękna okolica. Mimo gnębiących smutków przyjaciele ulegli czarowi nocy i zapatrzyli się w nią, zzapominając nawet o jedzeniu. Oggy pląsała po trawie, to wybiegając naprzód, to zawracając ku mężczyznom, tak że Thierry z trudem opanowywał się, by nie cisnąć jej jakiegoś patyka i nie zawołać: „Aport!” Byłoby to conajmniej niewłaściwe, skoro wciąż była w ludzkiej postaci.

- Czasem nie wiem, czy to dziewczyna jest psem, czy pies dziewczyną.- zwierzył się Gerard przyjaciołom, obserwując migającą przed nimi jasną sukienkę.

Never zerwał jeden z kwiatów magnolii i wpiął go sobie we włosy, tuż nad lewym uchem. Jakoś pasowało mu to, co innemu odebrałoby męski wygląd: długi warkocz, gęste rzęsy nad przesadnie wydłużonymi ku skroniom oczami, no i kwiaty, które czasem wpinał we włosy niczym bajadera. Mimo tych, zdawałoby się, kobiecych akcentów Never zawsze wyglądał jak stuprocentowy mężczyzna.

- Może nie warto tego rozważać...? - zaczął i urwał.

Niedaleko przyjaciół zamajaczyła się jakaś nieznajoma postać: wysoka dziewczyna w długiej, fałdzistej sukni. Gdyby nie nieznaczny ruch materiału i jej długich włosów w podmuchach wiatru, wyglądałaby jak posąg. Obok niej stał samochód, sportowy ford passat.

- Ki diabeł? - zdziwił się Thierry półgłosem.

Oggy przypadła do jego ręki, warcząc dziko, jak zawsze, gdy się czegoś przestraszyła.

- Przekonajmy się.

Never przyspieszył kroku i podszedł bliżej do dziewczyny, wyraźnie czekającej na ich czworo.

Z bliska widać było, że jej włosy są jasnorude, a suknia biała, staroświeckiego kroju, z szerokimi rękawami i wysoką stójką zamiast kołnierzyka, w pasie ściśnięta szeroką szarfą z plecioną klamrą. To, że była ruda, zdziwiło nieco przyjaciół. Ludzie o tym kolorze włosów są zazwyczaj odporni na działanie czynnika przemiany, nie wiadomo czemu, a ta dziewczyna najwyraźniej była wampirem, jak i oni.

- Szukaliście kontaktu z moim bratem – rzekła, gdy podeszli – Jeśli nadal jesteście tym zainteresowani, wsiadajcie do wozu.

- Tak z marszu? - zdziwił się Never.

- Albo tak z marszu, albo wcale. - odpowiedziała mu krótko.

- Wypadałoby się przedstawić. - warknęła Oggy, mierząc ją spojrzeniem tym bardziej nieprzyjaznym, że Fronda najwyraźniej był bardzo zainteresowany nową znajomą.

- Jestem Mercedes di Mauro. O was wiem prawie wszystko, więc nie musicie mi się przedstawiać. - odparła sucho dziewczyna, otwierając drzwiczki forda.

Gerard, Never i Oggy stłoczyli się na tylnym siedzeniu, zaś Thierry zajął miejsce obok kierowcy i uśmiechnął się czarująco.

- Panienka zapewne pierwszy raz siedzi za kółkiem. Czy odróżnia już pedał gazu od hamulca? - spytał słodko.

- Jeśli nie będę pewna znaczenia jakiegoś wihajstra, wymontuję go i podam ci z prośbą o konsultację.- Mercedes najwyraźniej nie była z tych kobiet, które łatwo wyprowadzić z równowagi.

- Nie przejmuj się Frondą. To zaciekły antyfeminista, ale w gruncie rzeczy dobry chłopak. - Never zaśmiał się lekko, trochę nerwowo, jakby obawiał się, że zachowanie Frondy napyta im wszystkim biedy.

Mercedes uśmiechnęła się lekceważąco i skierowała forda na autostradę.

- Czemu go tak dziwnie nazywacie? - spytała po chwili.

- Niby Fronda? Bo nadzwyczaj zręcznie posługuje się galijską procą. Mówi, że pozwolenia na nią nie trzeba, hałasu nie narobi, a odpowiednich kamieni poniewiera się wszędzie doprawdy mnóstwo. - wyjaśnił jej Hindus.

- Niegłupio pomyślane.- przyznała dziewczyna.

Samochód mknął autostradą, ale po jakiejś półgodzinie skręcił w boczną, wyraźnie rzadko używaną drogę. Po upływie następnego kwadransa stanął w odludnym miejscu, w którym niewyraźnie majaczyły się jakieś nieoświetlone, niskie budynki. Wysiadłszy zorientowali się, że jest to betonowy bunkier, prawdopodobnie z czasów wojny. Mercedes wprowadziła ich do pozornie pustego pomieszczenia, wielkiego jak hangar, podeszła do betonowej ściany i, niepojętym dla jej towarzyszy sposobem, uchyliła ją nieco, tak, że mogli się prześlizgnąć. Tuż przed nimi otwarła się bezszelestnie klapa w podłodze.

- Rety. Jak na filmie szpiegowskim. - zachwycił się Gerard, schodząc za przyjaciółmi po wąskich szczebelkach, prowadzących gdzieś w dół.

Mercedes zaszła ostatnia, zamykając starannie klapę za sobą. Znajdowali się w korytarzu, przypominającym kanał, ale czystym i wysypanym piaskiem, oświetlonym nawet punktowymi lampkami. Ruda przewodniczka poprowadziła ich przez sześć kolejnych przejść i dopiero po otwarciu siódmych drzwi ujrzeli coś, co przypominało hall jakiegoś supernowoczesnego instytutu.

- Ja cię przepraszam. - westchnął zdumiony Never, rozglądając się po wnętrzu, wyłożonym białym plastikiem i połyskującym szkłem.

- Co to, stacja kosmiczna? - spytał Fronda.

- Prawie. - odparła Mercedes nie bez dumy.

Z głównego hallu zjechali jedną z kilku wind na niższy poziom. Schodów nie było – czy może ich nie widzieli?

Niższy poziom, tak samo sterylnie białosrebrny jak hall, był jednym ciągiem pracowni i do jednej z nich właśnie zostali wprowadzeni. Nad biurkiem zawalonym papierami siedział złotorudy mężczyzna, tak podobny do siostry, że nie można było mieć wątpliwości.

- Witajcie – powiedział serdecznie, wstając – Jestem Octavio di Mauro, szef tutejszej placówki i, jak mi się zdaje, człowiek, którego szukacie.

Mówił dobrą francuzczyzną, prawie bez akcentu, a jego aparycja wskazywała na raczej słowiańskie niż iberyjskie pochodzenie. Jasna cera upstrzona piegami, szaroniebieskie oczy i krótki, lekko zadarty nos nad szerokimi ustami nie przywodziły na myśl rdzennego Hiszpana. Na wampira, w dodatku liczącego ponad tysiąc lat, też nie wyglądał.

- Chcieliśmy kupić osobiste detektory i zestaw odtrutek. - powiedział Never, nieco onieśmielony, co mu się zazwyczaj nie zdarzało.

- Słyszałem, że wypowiedzieliście świętą wojnę vanhelsingowcom. Odwagi to wam nie brakuje – rzekł Octavio z uznaniem – Czy... czy Gusto Vanderbelt naprawdę nie żyje?

- Niestety tak. To kopie jego notatek. Wiedziałem, gdzie są, więc wziąłem je ze sobą. Nie chciałem, by praca Gusty przepadła.

Never podał Octaviovi dwa grube notesy w zielonej oprawie.

- Nad czym tu pracujecie? - spytał Gerard, przyglądając się z ciekawością rozwieszonym na ścianach tekturowym planszom.

Przedstawiały one przeróżne wykresy, ciągi wzorów chemicznych i tabele z zestawami niezrozumiałych danych.

- Nad czym się da – odpowiedział mu Octavio – To jest pracownia biochemiczna, a raczej jej część teoretyczną. Poza tym mamy różne działy: paleobiologia, fizyka cząstek elementarnych, hydroponika, astronomia i tak dalej.

- Astronomia? Stawiacie horoskopy czy szukacje zielonych ludzików? - spytała Oggy, wysuwając głowę zza ramienia Frondy.

- Jakie masz zdanie na temat UFO? - przyłączył sie do niej Thierry, którego życie pozaziemskie interesowało ostatnio coraz bardziej.

Octawio wzruszył ramionami, szczerze ubawiony.

- Na ten temat nie mam zdania. Naukowiec nie powinien wypowiadać sie o czymś, czego nie widział na własne oczy, a ja... Badałem sprawę Roswell i wszystko, co udało mi się tam zobaczyć, było produktem czysto ziemskim. Ludzka wyobraźnia jest niezmierzona i wszystko potrafi tak przystroić, że goły fakt nie poznałby sam siebie w lustrze.

- To co w końcu rozbiło się w Roswell? - spytała zawiedziona Oggy.

- Radziecka aparatura szpiegowska. Nic dziwnego, że wojsko potem odcięło ten teren. Niestety nie natrafiłem w okresie swego zainteresowania ufologią na nic, co możnaby uznać za ślad przybyszów z innej planety. A uwierzcie mi, bardzo tego chciałem. Zresztą obawiam się, że wizyty kosmitów na naszej zapyziałej planetce są wysoce nieprawdopodobne. - zakończył Octavio z żalem.

- Staroindyjskie Wedy...- zaczął Never, ale Hiszpan przerwał mu:

- Wiem, co mówią Wedy. Ci hinduscy bogowie rzeczywiście bardziej przypominają kosmitów niż uczciwe bóstwa i trudno coś z tym zrobić. Diabeł wie, może to była resztka jakiejś wysoko rozwiniętej cywilizacji, błąkająca się po galaktyce w statku wielopokoleniowym? To jedyne rozwiązanie do przyjęcia, bo zapewniam was, że wszystkie hollywoodzkie filmy, w których stateczkiem wielkości sportowej awionetki lata się swobodnie z Ziemi do Alfy Małego Psa i z powrotem, to duby smalone. Prawa fizyki obowiązują nie tylko na naszym poczciwym, starym globusie.

- Ale dlaczego to niemożliwe? - jęknął Fronda z rozczarowaniem.

- Czynnik odległości, to po pierwsze. Możemy założyć istnienie paliwa, którego jeszcze nie znamy, ale pewnych przyspieszeń statek nie będzie mógł rozwinąć, mając na pokładzie żywe istoty. A nawet gdyby rozwinął, podróż do nas z najbliższej nam gwiazdy, wokół której teoretycznie może krążyć planeta, zajęłaby cztery lata. To Proxima Centauri. No i najważniejsze pytanie: po diabła kosmitom byłoby to wszystko?

- Ludzie jednak w to wierzą. - mruknęła Oggy, wyraźnie zawiedziona.

- Ludzie muszą w coś wierzyć. Kiedy nie potrafią już wierzyć w Boga, wierzą w Ufo i wcale im nie przeszkadza fakt, że radioteleskopy penetrują firmament dnie i noce, a rezultaty tych poszukiwań to figa.

Octavio ogarnął czwórkę przyjaciół ciepłym spojrzeniem. Spodobali mu się od pierwszego wejrzenia i nagle pożałował swej początkowej podejrzliwości.

- Macie może ochotę obejrzeć stację? - zapytał.

- O, tak! – zawołał z entuzjazmem Fronda – Czy jest duża?

- Szesnaście poziomów – odpowiedział mu z dumą Octavio – To hitlerowski bunkier, który myśmy zaadaptowali i rozbudowali, zgodnie z naszymi potrzebami. Na każdym z poziomów są laboratoria odpowiednie do reprezentowanego tam działu nauki. Na samym dole znajduje się reaktor, który daje nam prąd, pracownia izotopowa oraz niewielki cyklotron, w którym nasi fizycy badają cząstki elementarne.

- Jak ten wasz reaktor kiedyś trzaśnie, będzie to katastrofa stulecia.= zauważył cierpko Gerard.

- Właśnie dlatego wleźliśmy z nim sto metrów pod ziemię... Chodźcie, oprowadzę was. - Octawio wyszedł z pracowni i poprowadził przyjaciół do drzwi, opatrzonych opisem „Antropologia i antropometria”. Za drzwiami kryło się pomieszczenie, wypełnione gablotami, niczym jakieś medyczne muzeum.

- Badacie tu gatunek ludzki? - spytał Never, oglądając preparaty ze skupioną uwagą.

- Owszem. Homo sapiens i gatunki pokrewne, a kiedyś było ich niemało. Czemu naszych czasów dożył jedynie Homo Sapiens z gatunku Cro Magnon, tego nie wiemy, ale w bardzo już odległej przeszłości byli inni: Homo Sapiens Neandertalis na przykład, ale i Australopithecus to wbrew pozorom też osobna gałąż naszego drzewa ewolucyjnego, nie nasz bezpośredni przodek. Jest jeszcze zagadka karłowatych szkieletów sprzed trzynastu tysięcy lat, znalezionych w Chinach...

- A szkieletu centaura czasem nie macie? – spytał kpiąco Thierry – A może diabła z kopytkami?

Octavio uśmiechnął się.

- Tego to nie – odparł spokojnie – Ale mam tu coś, co cię zainteresuje.

Otworzył jedną z gablotek i wyjął z niej długie, drewniane pudełko. Na aksamitnej wyściółce leżało pióro, na pewno nie pochodzące od żadnego znanego gatunku ptaka. Było długie i szerokie, połyskujące barwami tęczy, jakby nałożonymi na złoto, a po wierzchu przysłoniętymi diamentową powłoką. Te niezwykłe refleksy zafrapowały Oggy tak, że nie mogła się powstrzymać i dotknęła pióra.

- Ojej, jak jedwab! - zachwyciła się.

- Co to? - spytał Never.

- Podobno pióro Anioła – odpowiedział mu Octavio spokojnie – Przyniósł je pracownikowi naszej stacji niejaki Sandoval, pijak i mitoman, więc nie wiem, czy można mu wierzyć. Jest jednak powód, by wziąć pod uwagę jego słowa.

Zapalił stojący na laboratoryjnym stole palnik Bunsena i włożył koniec pióra w zółtawą część płomienia. Trzymał tak pióro przez chwilę, po czym dotknął nim ręki Frondy, który nie mógł powstrzymać lekkiego okrzyku zdziwienia. Pióro było chłodne i jedwabiste, nawet nietknięte przez ogień. Następnie Octavio otworzył pojemnik Devara z płynnym azotem i zanurzył pióro w cieczy parującej oparami tak zimnymi, że aż ścinało oddech. Wynik próby był dokładnie taki sam.

- To oczywiście niewiarygodne, bo coś takiego nie ma prawa istnieć – kontynuował Hiszpan – Jednak ta przeklęta rzecz jest faktem i to bezspornym. Cokolwiek posiada aż taką odporność na warunki ekstremalne, na pewno nie jest żadnym z dotychczas poznanych gatunków. Może gdyby było możliwe życie na Io, jednym z księżyców Jowisza,..
- Wiem – wpadła mu w słowo Oggy – Na Io panuje temperatura bliska zera bezwzględnego, ale ruchy tektoniczne spowodowane przyciąganiem Jowisza ogrzewają jej wnętrze tak, że wypływająca z wulkanów lawa jest płynna jak oliwa. Czytałam o tym w kwartalniku naukowym.

Octavio skinął głową z uznaniem.

- Brawo, panienko. Masz ścisły umysł, jak widać, skoro interesujesz się astronomią. Na pewno chętnie porozmawiasz z naszymi specami od gwiazd. Zaraz... ty mi nie wyglądasz na wampira.

- Pewnie dlatego, że jestem wilkołakiem. - wyjaśniła mu dziewczyna poważnie.

Octavio aż podskoczył.

- Naprawdę?! – krzyknął – Dla mnie bomba! Nigdy tu nie było żadnego likantropa! O rany, co za szansa... Pozwól nam przeprowadzić podstawowe badania. Wiesz, rentgen kośćca, badanie krwi i włosów.... Te próbki będa wprost bezcenne.

- No dobrze, ale pod warunkiem, ze Thierry cały czas będzie ze mną. - zastrzegła się Oggy.

- No to dogadane. To nam nie ucieknie, póki co chodźmy więc dalej.

Zjechali jedną z wind na niższy poziom. Na którym silnie pachniało chemikaliami i wszędzie kręcili się ludzie w białych fartuchach, często poplamionych i poprzepalanych kwasami.

- Teraz rozumiem, czemu nas tak długo sprawdzaliście. Gdyby ten paryski zdrajca znał położenie tego miejsca... - Never aż wzdrygnął się na samą myśl.

- Wcale nie wiesz, czy istnieje jakiś zdrajca. Według mnie to diabelnie mało prawdopodobne. - Octavio najwyraźniej nie zetknął się z czymś podobnym, co miało swą wage dowodową – w końcu żył on przeszło tysiąc lat.

- A moze to jakiś półwampir? Czytałem taki amerykański komiks... - zaczął Thierry, ale Never przerwał mu z niesmakiem:

- Nie pleć, Fronduś. Nie ma żadnych półwampirów. Albo ktoś jest wampirem, albo człowiekiem, trzeciego wyjścia nie ma. To tak jak poszukiwanie brakującego ogniwa między małpą i człowiekiem. Bez sensu.

- Ale archeologowie coś podobno znaleźli...- pisnęła Oggy – Jakąś czaszkę, i nazwali ją Lucy.

Octavio wzruszył ramionami.

- Jeszcze jedna małpa, co za różnica?

Otworzył następne drzwi. Kryjąca się za nimi pracownia wyglądała jak biblioteka uniwersytecka – pełna była książek i manuskryptów, a na ścianach wisiały ogromne plansze.

- Tu bada się behawioryzm gatunku ludzkiego – powiedział Octavio –Ruben Shaffner próbuje rozszyfrować zależność między materiałem biologicznym a umysłem, Jeff Cody studiuje z zapałem historię ludzkości, a Irka Kralowa jest genetykiem, i to, moi drodzy, genetykiem wysokiej klasy. A to laboratorium.

Otworzył wewnętrzne drzwi.

- Tygier! – krzyknął radośnie Never – Lambdon Tygier! To aż tu się oparłeś?

- To wy?! Myślałem, że was pokołkowali w Paryżu! – Polak wylewnie uściskał go i rzucił się witać pozostałych – Servus servorum Gali rex, rycerzu! O, gwiazdeczko ty nasza, świetnie wyglądasz! A ty, maleńka, jak żyjesz? Ciągle włóczysz się z tymi wyrzutkami społeczeństwa?

- Poręczeniu Lambdona zawdzięczacie to, że wogóle was tu wpuściłem. - Wyjaśnił sprawę do końca Octavio.

- Siadajcie – Tygier podsunął przyjaciołom kilka trójnogich stołków – I co, Thierry, miałeś już okazję obejrzeć ‘swój’ serial? Niezły, co?”

- Widziałem kilka odcinków. Trochę nabajdurzyli, ale da się oglądać. Zresztą, co mnie to teraz obchodzi...

- Wiem. Nadal podejrzewasz, że między nami był zdrajca?

Tygier nalał do szklanek jakiejś jasnorubinowej mieszanki, pachnącej rumem.

- Niczego już nie jestem pewny – Fronda pociągnął łyk i skinął głową z uznaniem – Dobre. Wiesz, Lambdonie, ja po prostu chcę dorwać mordercę Erziki, obojętne, czy to człowiek, czy wampir.

- Filie IVH sa teraz wszędzie. Miałem sygnały, że nawet pod Warszawą taką otwarto... Wiesz, to w Polsce. - dorzucił laborant, przypomniawszy sobie, że jego paryski przyjaciel bardzo słabo orientuje się w geografii.

- Byłem tam kiedyś – powiedział Thierry lekko – Piękny kraj, ale ciągle sie tam biją, i to z kim popadnie, a jak już nie ma z kim, to między sobą.

- A co Polska winna, że historia tak się z nią obeszła? Wojny, zabory, rozbiory...

- We Francji mieliśmy dokładnie to samo – zaśmiał się Fronda – Nie zaimponujesz mi. Wasza moda też mi się nie podoba. Ten wasz kontusz... może to i ładne, samo w sobie, ale nawet najprzystojniejszy mężczyzna wygląda w tym czymś jak ciężarna zakonnica.

- Opanuj się, kto teraz nosi kontusze? Mamy dwudziesty wiek, panie hrabio!

- Zostawcie dyskusje o modzie na sposobniejszą chwilę – przerwał im Never – Lambdonie, Octavio chce zbadać krew i włosy Oggy, a ty jesteś cholernie zręcznym laborantem. Pobierz jej, co trzeba, będzie miała to z głowy.

- Czemu nie? - zgodziła się dziewczyna niezbyt chętnie, chwytając Frondę za łokieć.

Thierry objął ją opiekuńczo ramieniem i razem podążyli za Tygierem. Po chwili z sąsiedniego pomieszczenia rozległ się pisk:

- Aj, boli!

I uspokajającą perswazję Tygiera:

- To nic, tylko lekkie ukłucie. Daj łapkę, maleńka.

- Mam tylko nadzieję, że nie macie tu pracowni wiwisekcji. - powiedział Gerard, wzdrygając się mimo woli.

- A skąd – zaprzeczył Octavio – Nie uznajemy takich metod. Wogóle nie robimy doświadczeń na zwierzakach, bo też wartość większości z nich równa się zeru. Człowiek to nie pies ani szczur, wbrew pozorom i nie małpa. To, co okaże się pomocne w leczeniu tamtych gatunków, człowiekowi może wręcz zaszkodzić. A poza tym... co te biedne istoty winne, że, powiedzmy, jakaś dziwka chce się wymalować jak ściana i trzeba przetestować nową szminkę?

- To niby racja, ale gdyby Pasteur rozumował tak jak ty, do dzisiejszego dnia nie mielibyśmy szczepionki na wściekliznę lub czarną ospę - zaoponował aktor – A wasze humanistyczne poglądy nie dotyczą chyba ludzi, sądząc po niektórych eksponatach.

Wziął z jednej z gablotek zasuszoną głowę jakiegoś houkańskiego wojownika i przyjrzał się jej z mieszaniną wstrętu i ciekawości.

- To eksponat pomocniczy – odparł Octavio – Tygier opisuje w wolnych chwilach różne przypadki, więc przeniósł tu kilka takich drobiazgów. Wiesz, on chce się kształcić w tym kierunku, co Jeff Cody i pomagać mu w jego badaniach. To szalona praca.

- I po co on to robi? - zdziwił się Gerard.

- Taka pasja.

- Pasja? To znaczy że pracujecie sobie a muzom? - Never wstał i zaczął pilnie przyglądać się rozwieszonym na ścianach planszom.

- Niezupełnie. Żyjemy z patentów i z odwalania czarnej roboty za niektórych naukowców z renomowanych instytutów – wyjaśnił mu Hiszpan – Opracowaliśmy wiele drobnych wynalazków, przypisywanych wielkim koncernom, i mamy z tego pieniądze, niezbędne dla funkcjonowania naszej placówki. Aparatura kosztuje, odczynniki też, nie wspominając o innych rzeczach. Tylko prąd mamy darmo, bo z reaktora.

- Nie boicie się go? Myślałem, ze po Hiroshimie i Nagasaki wszyscy będą ostrożniejsi. - Gerard wyraźnie nie miał przekonania do takich urządzeń.

- Energia jądrowa jest czysta. Oczywiście, że może narobić szkody jak cholera, ale wszystko to może, jeśli zabraknie dozoru. Ludzkość jest skazana na nią, bo przecież zasoby kopalin są na wyczerpaniu. Prędzej czy później wszyscy będą musieli się z tym pogodzić.

- Brr. Wolałbym nie mieć koło domu elektrowni atomowej. - wstrząsnął się Gerard.

Octavio uśmiechnął się z pewną wzgardą.

- Masz ciasne poglądy, ale ostatecznie usprawiedliwia cię to, że jesteś bardzo młodym wampirem – rzekł – Trzeba myśleć perspektywicznie. Ludzi jest coraz więcej, energii zaś coraz mniej, trzeba coś z tym zrobić, zanim nie znaleźliśmy się wszyscy w sytuacji przymusowej. Hiroshima nic do tego nie ma, nie mylmy pojęć. Energia jądrowa to tylko narzędzie, a z narzędzia nic nie wynika. Wszystko zależy od tego, do czego się go używa.

- Ciekawe, Fronda mówił to samo. - mruknął Gerard do siebie.

Octavio skinął głową.

- Słyszałem, ze on ma ciekawą filozofię. Tygier dużo o nim opowiadał.

Oggy i Thierry wyszli z pracowni analitycznej. Dziewczyna ocierała oczy rękawem sukienki, Fronda obejmował opiekuńczo jej wątłe ramionka.

- No, no, chyba nie było tak źle. - Gerard pocieszajaco klepnął Oggy po plecach.

- Nie znoszę igieł. - wyjąkała dziewczyna przez łzy.

- Ma prawo. Jeden nie lubi tego, a drugi znowuż tamtego, to nie zbrodnia. - Thierry jak zawsze stanął w obronie Oggy, moze nieco na wyrost.

- Kontynuujemy zwiedzanie? - spytał Octavio, ale przerwał mu długi, modulowany dźwięk, zdający się dochodzić ze wszystkich stron.

2.

Przyjaciele, zdumieni i spłoszeni, chcieli spytać, co to jest, ale Hiszpan powstrzymał ich ruchem dłoni. Po chwili szczęknęły umieszczone pod sufitem głośniki i rozległy się spokojnie, wyraźnie wypowiadane słowa:

- Alarm trzeciego stopnia. Pracownicy proszeni sa o nieopuszczanie stacji pod żadnym pozorem aż do odwołania.

- Pewnie znowu jakieś małolaty włóczą się po bunkrach, zachwycone, że zwiały rodzicom – westchnął Octawio, nie przejawiając zbytniej obawy – No nic, poczekamy. Zresztą zwiedzenie naszej stacji zajmie wam trochę czasu, więc nie ma nieszczęścia.

Tygier, który najwyraźniej wogóle nie zwrócił uwagi na alarm, wyskoczył z działu badań, zachwycony, jakby odkrył żyłę złota.

- Rany, ta dziewczyna to skarb! – krzyknął – Rentgen kośćca wykazuje takie odchylenia od normy, że tylko palce lizać! Ona jest jedna na miliard!

- Mnie tego nie musisz mówić. - uśmiechnął się Thierry.

- Niech on nie patrzy na mnie jak na okaz laboratoryjny. - zażądała płaczliwie Oggy, ponownie chwytając Frondę za rękaw.

- Ależ, panienko, ani mi to w głowie nie postało – Polak opanował się nieco i zawstydził – Ty po prostu jesteś skarbem dla nauki, ale to nie znaczy, że traktuję cię jak dwugłowe cielę. Jestem ci nieskończenie wdzięczny za twoją zgodę na podstawowe badania, to wszystko.

Oggy uśmiechnęła się do niego, słysząc tę przemowę. Tygier mimo wszystko zrobił na niej dodatnie wrażenie – wysoki, atletycznie zbudowany, o długich blond włosach i krągłej twarzy ocienionej trzydniowym zarostem, mógł się podobać. Miał jasnoniebieskie oczy i miły uśmiech, choć zęby trochę zbyt duże. Mocno zaostrzone kły wskazywały na to, iż musiał zostać utrwalony dość dawno, w czasach, gdy jeszcze ”się gryzło”, jak mawiali historycy wampiryzmu. Zdecydowała, że jednak go lubi.

- Lambdon będzie waszym przewodnikiem- rzekł Octavio – Możecie pytać go o wszystko, wie o tej stacji więcej niż ktokolwiek inny.

- Słusznie – przytaknął Tygier – Pracowałem tu już zanim wyjechałem do Paryża. Macie jakieś pytania?

- Gdzie tu można zapalić? – spytał Gerard nerwowo – Ja naprawdę już dłużej nie wytrzymam.

                             *   *   *   *   *

Stacja była zbudowana z prawdziwym rozmachem. Czwórka przyjaciół zwiedzała po kolei wszystkie pracownie, dziwiąc się supernowoczesnej aparaturze, w większości skonstruowanej przez samych pracowników stacji. Ta placówka była właściwie repliką i rozszerzeniem poprzednich instytutów, będących dziełem Octavia. Ten bardzo stary wampir był początkowo alchemikiem i jako taki został utrwalony, przenosząc w swą wampirzą egzystencję zamiłowanie do nauki we wszystkich jej przejawach. Wykształcenie zdobywał w rozmaity sposób, najwięcej studiując fachową literaturę, ale również uczęszczając na wykłady. Korzystał przy tym z faktu, iż jest „kuną”, co oznaczało mniejszą wrażliwość na promienie słońca. Jego wiedza przekraczała wszelkie możliwe granice.

- Ty jesteś wierzący, jak ja. Jak godzisz naukę z wiarą? - spytał go Thierry, gdy wychodzili z pracowni paleobiologii.

Octavio zamyślił się.

- Po prostu, bez Boga ani rusz – odrzekł po chwili – Może i starciłbym wiarę po tylu wiekach babrania się w naukowych eksperymentach i rozważaniach, gdyby nie dręczył mnie jeden niezaprzeczalny dowód na Akt Stworzenia.

- Jaki dowód? - zainteresował się Gerard.

- Prosty. To, ze wszystko istnieje. Wiem, ze oficjalna teoria mówi o Wielkim Wybuchu, ale nawet gdy założymy istnienie owego Praatomu, z którego wszystko się miało wylęgnąć... nielichy musiałby być, tak na marginesie... to skąd on miałby się wziąć? Znikąd? Z zera może wyniknąć jedynie zero, tego nas uczy matematyka, a ja jej wierzę. Jeśli nic nie było, zatem nic nie mogło być, a jeśli coś było, to skąd się wzięło? Błędne koło.

Gerard potrząsnął w milczeniu głową. Nie mógł przyznać Hiszpanowi racji, ale nie potraił też znaleźć argumentów przeciw jego tezom, sięgnął więc tylko po swoją paczkę gauloisów i usunął się na bok. Z całej czwórki tylko on hołdował temu czysto ludzkiemu uzależnieniu – Oggy i Fronda nie palili wogóle, Never bardzo rzadko i wyłącznie nargile. Gdy wyszedł z palarni, jego towarzysze kończyli właśnie ożywioną dyskusję z Octavio, który na jego widok zaproponował:

- A może tak byście coś zjedli? Stołówka jest za działem sportowym, a ten z kolei za oranżerią. To tam. Ja zdrzemnę sie na moment, a kiedy wrócicie, pozwiedzamy dalej.

Rzeczywiście wyglądał na zmęczonego. W ferworze pracy naukowej wampiry z instytutu często zapominały o porach snu i pracowały, póki nie padły. Zwykle odsypiały potem dzień lub dwa, po to, by znów stanąć do morderczej harówki.

- Dobra. - powiedział Never.

Tygier, który miał być ich przewodnikiem, był chwilowo nieobecny, sprawdzał bowiem wyniki badań Oggy, ale trasa wiodąca do stołówki była tak prosta, że nie sposób było się pomylić. Najpierw przeszli przez oranżerię, pełną tropikalnych roślin i polatujących między nimi kolibrów – wyglądały jak ożywione klejnoty. Na gałęziach karłowatych drzewek huśtały się papugi, głównie arakangi i południowozelandzkie kea, choć były i hałaśliwe nad wszelką miarę piwicze rozmiaru pięści. Za tym maleńkim rajem rozciągał się dział sportowy. Minęli sale gimnastyczne, dość duży kort, na którym dwie mieszane pary rozgrywały towarzyskiego debla, oraz pachnącą chlorem pływalnię. Kilku wampirów obojga płci ćwiczyło tam skoki z trampoliny pod okiem ładnej trenerki.

Za pływalnią była stołówka. Miła dziewczyna za bufetem podała przyjaciołom cztery butelki z konserwową krwią i szklanki.

- Dla mnie nie. Jestem wilkołakiem. - wyjaśniła jej Oggy z pewnym zażenowaniem.

- To może chcesz surowej wołowiny, kochanie? – zaproponowała bufetowa - Mam w chłodni sporo mięsa dla psów naszych doktorów.

- Nie wiedziałem, że są tu psy. - powiedział Thierry z ożywieniem. Lubił zwierzęta.

- Psy, koty, króliki... Prawie każdy z pracowników ma tu jakiegoś ulubieńca. Ale to wszystko siedzi w kompleksie mieszkalnym. A że zwierzaki muszą jeść, sprowadza się dla nich mięcho.

- Fajnie! - ucieszyła się Oggy, która zdążyła się już przygotować na przymusowy post.

Otrzymawszy spory kawał surowizny zaczęła szarpać go zębami z pomrukiem zadowolenia, podczas gdy mężczyźni popijali krew z dodatkiem likieru pomarańczowego. Po chwili bufetowa przysiadła się do nich.

- Wy musicie być grupą Radży – powiedziała – Cień opowiadał mi o was.

- To Cień tu jest? - zdziwił się Never.

- A jest. Pracuje w ochronie. Docenci z działu spraw paranormalnych badali go na wszystkie możliwe strony, ale nie udało się im odkryć, czym albo kim właściwie jest ten dziwak.

- Głupie pytanie. Cień to Cień... Czysta inteligencja... chyba. - powiedział Hindus niepewnie.

- Dzisiejszy stan nauki wyklucza chyba istnienie czegoś takiego. - rzekł Gerard, przyglądając się pod światło prawie czarnej w blasku jarzeniówek krwi w jego szklance.

- Kiedyś nauka wykluczała istnienie czegoś takiego jak próżnia – parsknął lekceważąco Fronda – Doskonale to pamiętam. Dopiero doświadczenie z półkulami magdeburskimi udowodniło jej istnienie. Może z czasem istnienie Cienia wcale nie będzie uważane za coś szczególnie niezwykłego? W końcu, nauka ciągle idzie naprzód. Na naszych oczach dokonuje się rewolucja w medycynie i technice, a przede wszystkim w sposobie myślenia ludzi. My, teoretycznie nieśmiertelni, najlepiej możemy to ocenić.

- A dlaczego właściwie my się nie starzejemy?- spytał Gerard po chwili.

- To bardzo ciekawe zagadnienie – przy stoliku wyrósł jak spod ziemi Tygier i przysunął dla siebie dodatkowo krzesło – Czynnik biostatyczny, zawarty w DNA wampirów, prawdopodobnie blokuje hipotetyczny enzym, powodujący starzenie się żywych komórek. Choć na przykład sa tacy, którzy całą odpowiedzialnością obciążają RNA a nie DNA.

Thierry popatrzył na niego błędnym wzrokiem.

- A jaka to różnica? – spytał bezradnie – Zlituj się, Lambdonie, ja nawet nie mam matury.

Tygier roześmiał się.

- Możesz tak nie wytrzeszczać swych ślicznych oczek – powiedział – To w gruncie rzeczy bardzo proste. DNA to planowanie budowy białek, a RNA to wykonawca, jakby ekipa budowlana. Rozumiesz? Tym działem właśnie zajmuje się genetyka. RNA wampirów musi być w jakiś sposób ‘mądrzejsze’ niż ludzkie, gdyż nie reduplikuje błędów, mogących sie pojawić w sekwencjach DNA. Czynnik wampiryzmu, warunkujący przemianę, to zapewne plazmoidy, takie kawałki nici RNA, otoczone płaszczem kapsydowym. A może wręcz wiroidy, zapętlone kawałki nici, nawet bez kapsydu. Właśnie takie twory są odpowiedzialne za tzw. lekooporność szczepów bakteryjnych. Łącząc się z bakteriami przelewają niejako do ich wnętrza swoją treść informacyjną, no i dzięki temu lekarze mają niezły pasztet.

Fronda potrząsnął głową, jak człowiek zamroczony tępym uderzeniem w ciemię.

- Nie będę zaprzeczał, bo nie mam pojęcia, o czym mówisz. - oświadczył.

Tygier machnął na niego ręką i zmienił temat:

- Tam na górze kręcą film, stąd to całe zamieszanie. W ciągu paru dni nasi ochroniarze powinni zorientować się, kiedy będziecie mogli bezpiecznie wyjść. Na razie będziecie naszymi gośćmi. Nie chce się wam spać?

Never potrząsnął głową i spojrzał pytająco na swych towarzyszy. Gerard powtórzył jego gest bez słowa, gdyż jako aktor nawykł do bezsennych nocy i długiego dnia pracy.

- Wystarczy, że Octavio poszedł się wykimać. - powiedział Thierry, nie przerywając robienia słodkich oczu do bufetowej.

- Pracocholik, jak oni wszyscy – zaśmiał sie Tygier – Stuknięci naukowcy.

Mimo tych krytycznych słów sam nie był lepszy – nagminnie zapominał o porach snu i posiłku, zwłaszcza że pracował we wszystkich laboratoriach po kolei i wszędzie czuł się jak u siebie w domu. Nie on jeden zresztą podlegał takiej rotacji. Doktorów i docentów (stopnie te zdobywali zaocznie na renomowanych uczelniach) stacja miała aż nadto, utalentowanych laborantów było niestety znacznie mniej i byli na wagę złota. Kilku naukowców też pracowało rotacyjnie, próbując utworzyć coś na kształt działu neksjalizmu – wszystkoizmu stosowanego, dyscypliny naukowej, opisanej przez Van Voghta w „Misji międzyplanetarnej”.

Ich eksperyment nie miał wielkiej przyszłości, jako że ludziom służyć nie mógł. Średnia długość ludzkiego życia, w szczególności zaś życia pojmowanego jako pełna zdolność do nauki i pracy, jest boleśnie krótka. Wampiry mają czas, który ludziom nie jest dany, ponadto nie obawiają się typowo ludzkich chorób degeneracyjnych. Pewnie z tego powodu ich instytut wyprzedzał ludzkie placówki tego typu o całą epokę.

- Właściwie dlaczego nie prowadzicie badań nad UFO? – spytał Gerard, rozglądając się po mijanych pracowniach – To by do was pasowało.

Tygier przerwał swój wykład o znaczeniu hydroponiki dla wyżywienia przyszłych pokoleń i spojrzał na niego pobłażliwie.

- Głównie dlatego, że do tej pory nie trafił się nam ani jeden dowód na istnienie takiego problemu – odparł – Nauka nie zajmuje się doniesieniami typu ‘jedna pani drugiej pani’.

- Są relacje naocznych świadków. - wtrąciła się nieśmiało Oggy.

Fronda roześmiał się serdecznie, słysząc tę uwagę.

- Ależ, kochanie – powiedział, obejmując ją ramieniem – Za moich czasów co drugi człowiek, niezależnie od wykształcenia i pozycji społecznej, gotów był przysiąc przed ołtarzem, że widział anioła, świętego, czy wręcz przeciwnie, czarownicę na miotle i diabła z rogami. Jestem też dziwnie pewny, że znakomita większość tych ludzi przeszłaby pomyślnie badania variografem. Do bani takie dowody.

- Kiedy ja czytałam zeznania kobiety, którą uprowadzili kosmici – upierała się dalej dziewczyna – Robili jej różne badania, a ona potem nie potrafiła wytłumaczyć, gdzie była.

- Missing time – Tygier skinął głową – Łatwo to uzyskać, wystarczy podac pacjentowi coś tak banalnego jak opium. Nawet nie potrzeba hipnozy. A co do badań, to dr Svanson z działu paranormalnego wysunął wcale sensowną hipotezę na ten temat. Otóż doszedł do wniosku, że badania jako takie miały miejsce, z tym, że ani nie odbywały się na pokładzie latającego talerza, ani nie robili ich kosmici. Jeśli w danej okolicy nastąpił wyciek, powiedzmy, jakiejś supertajnej broni biologicznej czy chemicznej, to jak zbadać wybranych mieszkańców, nie wzbudzając podejrzeń? Trzeba się ucharakteryzować, porwać człowieka i podac mu jakiś narkotyk, by wywołać dezorientację. Potem wszystko zwalą na UFO i zbyte.

Przyjaciele przeszli do pracowni, której centralne miejsce zajmowało olbrzymie akwarium słonowodne. Pulchna blondynka w białym fartuchu karmiła właśnie za pomocą manipulatorów ukwiały, uważając, by nie zanurzyć rąk w wodzie. Była to ostrożność z wszech miar wskazana, gdyż oprócz ukwiałów w zbiorniku znajdowała się meduza z gatunku osa morska i kilka skorpen.

- To dr Tamara Kawreczkina, toksykolog.Jak leci, Tamaro Siemionowna? - zwrócił się Tygier życzliwie do dzieczyny.

- Wyizolowałam już kilka czynników, mogących nam zaszkodzić, ale przede mna jeszcze daleka droga. Na razie lepiej nie włazić na żadne z tych stworzeń. - odpowiedziała mu pani doktor, przeplatając słowa francuskie rosyjskimi. Chwilami z trudem ją rozumieli.

- Jesteśmy podatni na trucizny? - spytał Gerard z pewnym zdziwieniem.

- Na niektóre typy jadów, tak – odprła dr Kawreczkina – Na przykład na jad pewnych węży czy pająków. Dla przykładu phoneutria, na szczęście ogromnie rzadka, siedemdziesiąt razy bardziej jadowita niż kobra królewska. Nie tylko ona. Szkodzi nam wszystko, co wywołuje hemolize. Polecam swoją pracę na temat osnuwika amerykańskiego.

- A co to za diabeł? - zainteresował się Fronda, podchodząc do stołu, po którym coś chodziło. Po chwili odskoczył z lekkim okrzykiem obrzydzenia. Po blacie, ogrodzonym przybitymi do krawedzi listewkami, majestatycznie poruszał się pająk ptasznik, ogromny nawet jak na swój gatunek – był prawie wielkości talerza, brązowy, porośnięty jedwabistymi włosami.

- A to co za gad?! - krzyknął Thierry, nie mogąc ukryć dreszczy.

- Oczu nie masz? To nie gad, tylko pająk. Stawonóg – Rosjanka podeszła do stołu i podstawiła ptasznikowi rękę, po której olbrzym wspiął się zwinnie aż na jej ramię – Gdzieś ty się chował, że nie wiesz takich rzeczy? Czikita jest ptasznikiem olbrzymim, dość rzadkim i wyjątkowo inteligentnym.

- Nienawidzę pająków, inteligentnych czy nie. Ma szczęście, że nie palnąłem jej butem. - Fronda wciąż nie mógł otrząsnąć się z wrażenia.

- To ty masz szczęście, bo rozdarłabym cię na strzępy. Skądś ty się urwał, ze średniowiecza?

- A żebyś wiedziała. Nie jestem jednak wcale zacofany: wiem, że trzeba chronic lasy deszczowe, segregować odpady i walczyć o to, by różne opłacane w milionach dziwki nie nosiły futer z chronionych zwierząt. Jednak pająków po prostu się brzydzę i nie będę płakał, gdy któregoś dnia te paskudy znikną z powierzchni Ziemi. Tu mnie nie przekonasz.

- Wcale też nie mam takiego zamiaru. Myśl co chcesz. Gdybyś ty zniknął, też nie byłoby czego żałować, to pewne. - Pani doktor była wyraźnie rozzłoszczona i jej siwe oczy miotały pioruny gniewu. Tygier rozesmiał się, ubawiony.

- Daj mu spokój, Tamaro – poprosił – Nie wymagaj od niego, by rozumiał takie rzeczy jak twoja fascynacja wszelkim paskudztwem. Pewno nie wiecie, moi mili, ale Tamara prowadzi tez badania nad świadomością zbiorową u niektórych owadów, takich jak mrówki czy pszczoły.

- Świadomość zbiorowa? To znaczy że rój pszczół jest mądry jak jaki człowiek? - Gerard spojrzał na dr Kawreczkiną zupełnie okrągłymi oczami.

Ta parsknęła gniewnie.

- Też coś! Ich inteligencja nie rośnie przecież wykładniczo. Po prostu dysponują zbiorową świadomością... ale wy tego i tak nie zrozumiecie.

- Nie jestem idiotą, choć być może na takowego wyglądam.- obraził się Thierry.

- I owszem, wyglądasz. - potwierdziła dr Kawreczkina.

- Blebleble. I tak nie znoszę owadów.

- Litości! Pająki nie są owadami!

- Owady przetrwają nas wszystkich – wtrąciła sie Oggy – Przetrwają nawet nuklearną zagładę, bo mają chitynowe pancerze.

- Na chitynie się nie znam, ale sam nosiłem kiedyś pancerz... choćby półpancerz. - rozmarzył się Thierry.

- I co, wsadzali cię na konia dźwigiem? - zaciekawił się Gerard, który widział podobną scenę w jednym z filmów.

- Nie no, skąd ten pomysł? Zbroje wazyły po kilkanaście kilogramów, ale poruszaliśmy się w nich całkiem sprawnie. Inaczej przecież byłyby do chrzanu. Rycerz, jak wiadomo musiał mieć twarde mięśnie...

- I pustą głowę, to widac nawet dziś. - wpadła mu w słowo pani doktor.

Tygier ze śmiechem wyciągnął szykującego się już do jakiejś ciętej odpowiedzi Francuza na korytarz. Zamierzał właśnie wytłumaczyć mu, że Tamara Siemionowna nie ma sobie równych w szermierce na słowa, gdy uwagę przyjaciół przykuło coś innego.

Wysoko w ścianie korytarza ział otwór wywietrznika, kiedyś pewnie zabezpieczony kratą, obecnie odsłonięty przez czyjeś zapomnienie. Pod tym otworem stała niewysoka Mulatka w czerwonym kombinezonie i płaczliwie nawoływała:

- Sparky! Kici, kici! Chodź tu, koteczku!

Wentylacja odpowiadała jej wściekłym miauczeniem i parskaniem.

- Może panience pomóc? - rycerski jak zawsze Fronda w mig znalazł się przy niej.

- Sparky wlazł do wywietrznika, jak włączą wirniki, będzie po nim. - jęknęła dziewczyna.

- Podsadź mnie, Radża. - Zwrócił się Fronda do Nevera.

- Lepiej bądź ostrożny. Ten Sparky to karakal, a nie domowa kicia, poza tym jest narwany. - ostrzegł go Tygier, ale Thierry machnął tylko ręką i wspiął się do wywietrznika.

- Ranyjulek, jaki on śliczny! - zawołał z zachwytem.

- Ostrożnie, on jest bardzo nerwowy. - poprosiła Mulatka.

- Powiedz lepiej, kawał wariata – rzekł z niezadowoleniem Tygier – Oj, Trelawny, czy ty nie możesz po prostu założyć sobie akwarium lub kupić chomika? I wogóle czemu Sparky jest tutaj? Było powiedziane, że zwierzaki mają trzymać się kompleksu mieszkalnego.

- Nie marudź – Thierry bez obaw sięgnął do otworu w ścianie i wyciągnął stamtąd broniącego się zaciekle, płowego kocura – Proszę uprzejmie, panienko, oto zguba.

Kot strzepnął krótkim ogonkiem i skoczył w ramiona Trelawny z rozdzierającym miauknięciem. Dziewczyna wspięła się na palce, cmoknęła w podzięce Frondę w policzek i zniknęła w windzie.

- Ta wariatka jest z działu inżynieryjnego. Ma hopla na punkcie różnych zmyślnych aparatów i na punkcie tego zbzikowanego kota. Wyciągała go już chyba ze wszystkich punktów newralgicznych naszego instytutu, bo ciągle jej ucieka. No nic, idźmy dalej. Tu mamy...

Tygier urwał, gdyż drzwi, opatrzone napisem „Pokój wagowy” otworzyły się nagle tuż przed jego nosem i wyszedł z nich niemłody mężczyzna w laboratoryjnym fartuchu, jak ulał pasujący do stereotypu „szalonego naukowca”. Był dość niski, szpakowaty, o bujnej czuprynie sterczącej na wszystkie strony i nieporządnym zaroście. Nie wyglądał zachęcająco, ale Fronda rozpromienił sie na jego widok niczym słońce.

- Simon! – krzyknął – I ty tu jesteś?! W życiu bym się nie spodziewał!

- Jak sie masz, Teodorze – naukowiec uściskał go radośnie – Myślałem za rewolucji, że już po tobie, ale jak widać, niełatwo ci zaszkodzić.

- Pozwólcie, to mój stary kumpel, kiedyś zwali go Szymon Mag. - zwrócił się Thierry do przyjaciół.

- Umie pan czarować? - spytała nieśmiało Oggy.

- Nie chciałbym cię rozczarować, dziecinko, ale nie umiem nawet wyciągnąć banalnego królika z kapelusza. Po prostu w dawnych czasach za magie ludzie uznawali wszystko, czego nie rozumieli. Co tu robicie? Chcecie pracować naukowo?

- A uchowaj Boże – otrząsnął się Fronda – Jestem tu od niedawna i już mam atak klaustrofobii. Wolę działać na powierzchni. Jak wy wytrzymujecie to zamknięcie pod ziemią?

- A jakoś – odparł Simon – Wpadnijcie później, może będę miał dla was ciekawą propozycję.

Oggy pociągnęła Frondę za rękaw koszuli.

- Czemu on zwraca się do ciebie per Teodorze? - spytała cicho.

- Thierry to celtycka forma starogreckiego imienia Teodoryk – wyjaśnił jej przyjaciel – Inną formą jest galijski Astheorix, właśnie tak, kochana. Imiona to zabawna rzecz, ale ostatecznie każdy musi jakieś mieć.

Przyjaciele zwiedzili pod wodzą Tygiera resztę stacji, przekonując się, iż była rzeczywiście tak rozległa, jak im mówiono. Pierwsi użytkownicy rozbudowali podziemną fabrykę frankistów, przebili korytarze do nieużywanej od lat sieci kanałów podmiejskich i stworzyli nieomal samowystarczalne miasto. Na szesnastu poziomach mieściło się w sumie sto dwadzieścia pracowni, piętnaście bibliotek, kompleks mieszkalny, pięć sal kinowych i kompleks wypoczynkowo-sportowy. Pracowało tam i na stałe mieszkało ponad trzystu wampirów obojga płci, co było liczbą ogromną, zważywszy na to, że na całym świecie jest ich nie więcej niż dwadzieścia tysięcy. Wielkość i nowoczesne urządzenie stacji były dla nich oszałamiające, szczególnie, gdy brali pod uwagę, że to wszystko mieściło się pod ziemią, niedaleko nic nie podejrzewającego miasta. Zwiedziwszy wszystkie miejsca, do których ich wpuszczono, syci wrażeń, wrócili do działu spraw paranormalnych. Zastali tam Octavia, dyskutujacego z Simonem na jakiś widocznie poważny temat.

- Dobrze, że jesteście – powiedział Octavio na ich widok – Mamy do was sprawę.. właściwie to dwie sprawy.

- Fajnie. - powiedział Fronda , rozglądając się po pracowni.

- Hej, podobno nie zajmujecie się UFO! – ryknął po chwili – A to co? Siekana wątróbka?!

Wszyscy wybuchnęli śmiechem, gdyż widok Frondy, wymachującego triumfalnie modelem latającego talerza, był nad wyraz komiczny.

- Niestety, mój biedny przyjacielu – powiedział Simon, gdy mógł już spokojnie mówić – To model eksperymentalnego amerykańskiego wirnikowca. Projekt zarzucono, gdyż zużycie paliwa przy tym kształcie kadłuba jest o pięćdziesiąt procent wyższe niż w modelach tradycyjnych. Taki kształt może sprawdzać się w próżni kosmosu, ale nie w atmosferze tak gęstej jak ziemska. Muszę cię rozczarować: tak naprawdę nie ma ani jednej potwierdzonej informacji o UFO. Każda obserwacja ma wytłumaczenie jak najbardziej ziemskie, od ogni bagiennych po tajne prototypy wojskowych myśliwców, choć ufoentuzjaści nie chcą tego przyjąć do wiadomości. Siadajcie, porozmawiamy.

Przyjaciele usiedli wokół laboratoryjnego stołu i spojrzeli na Octavia wyczekująco.

- Jak wiecie – zaczął Hiszpan – Stanowimy naród niechętny podróżom, co nie zawsze jest dobre. Oczywiście korespondujemy z całym światem, nic jednak nie zastąpi, że tak powiem, grupy operacyjnej w terenie. Wy jesteście bardziej otwarci i dlatego chcę wam zaproponować pracę dla Instytutu.

- Mów dalej. - zachęcił go Never z błyskiem w oku.

- Zbieralibyście dla nas informacje o dziwnych zdarzeniach, a także rozwiązywalibyście zagadki, które wymagają osobistego przyjrzenia sie wszystkiemu. To wszystko za godziwe wynagrodzenie.

- Pieniądze się przydadzą. Jesteśmy spłukani. - powiedział Thierry.

- Powiedzmy, ze się zgadzamy. - Never skinął głową i wlepił oczy w Octavia.

- Na początek macie detektory i zestaw odtrutek, aparat fotograficzny wielkości pudełka zapałek z zestawem filmów i adres kontaktowy, na który będziecie przesyłać naświetlone klisze – Octavio postawił na stole spore, drewniane pudełko – Gratis. Do tego pierwsze zlecenie, za dziesięć tysięcy zielonych plus wydatki. Jest niebezpieczne jak cholera, ale możliwe do wykonania. Nasz pobratymiec, Vito Ricci z Mediolanu, poprosił nas o pomoc dla swej córki. Vito jest bardzo młodym wampirem, ledwie czteroletnim. Jego córka jest jedynym świadkiem w sprawie pewnego morderstwa, i jeśli uda się jej dożyć dnia rozprawy, efektem jej zeznań może być rozbicie całej siatki mafijnej.

- Bez szans. Nie dożyje. - mruknął Gerard.

- Nie, jeśli ktoś jej nie pomoże. Dlatego właśnie chcę was tam wysłać. Skontaktujecie się z komisarzem Serano, który prowadzi tę sprawe, on was wtajemniczy we wszystko.

- Dobra, załatwione – Fronda wstał i zaczął oglądać rozwieszone na ścianach plansze – Simon, co to za wykresy?

- To? Tricia to powiesiła, moja laborantka. Z lewej masz teoretyczy schemat produkcji paliwa na bazie jednoatomowego wodoru, będącego najbardziej ekologicznym paliwem na Ziemi, a z prawej – Simon podszedł, by lepiej widzieć – Ach, tak. To tez teoretyczny wykres, Dotyczy sprawy tak zwanego spontanicznego zapłonu ludzkiego ciała. Były w brukowcach doniesienia o takich przypadkach, ale ja osobiście nie wierzę, by to było możliwe. Ludzkie ciało składa sie głównie z wody.

Fronda przyjrzał się ciekawie wykresom.

- A woda to wodór. Gdyby doszło do rozszczepienia w żywym ciele wodoru z wody na ten jednoatomowy...

- Thierry, błagam! Flaki mi się wywracają, gdy słyszę takie brednie – przerwał mu naukowiec – Czy ty wogóle zdajesz sobie sprawę z tego, co mówisz? Wodór jednoatomowy jest niestabilny. Gdyby komuś udało się opracować proces syntezy i składowania tego cuda, Rockefeller byłby przy nim żebrakiem. Nie mów mi, że to może zajść samoczynnie i to wewnątrz żywego ciała!

- Jak na badacza spraw paranormalnych stoisz na ziemi zadziwiająco mocno. - zaśmiał się Never.

- I uważajcie na tego zdrajcę, jeśli on wogóle istnieje. - dodał Octavio ostrzegawczo.

- Nie osądzajcie go zbyt surowo – westchnął Simon – Nie zapominajcie, że w filmie i literaturze Łowca Wampirów jest zawsze bohaterem pozytywnym, więc po odpowiednim praniu mózgu ktoś taki jak ów zdrajca mógł po prostu uwierzyć w swe posłannictwo.




Pierwsze zadanie - cz.III

3.


Komisarz Serano wracał z pracy zły i zgryziony. Wszystko wskazywało na to, że Philemon Scapedi znowu wymknie się sprawiedliwości, mimo ogromu wysiłku, włożonego w przygotowanie aktu oskarżenia i zebranie dowodów.Tak było od lat – policja harowała w pocie czoła, a potem znikali świadkowie, znikały dowody, czasem i sędzia, i capo di familia Scapedi wychodził na wolność. Tym razem świadek był, nie został też zastraszony, ale komisarz nie miał złudzeń, że jeśli postara się przywieźć Ginę Ricci do sądu, sprawa zakończy się tak, jak poprzednie. Z całego serca pragnął wsadzić Philemona Scapedi za kratki, nie chciał jednak mieć na sumieniu śmierci Giny Ricci, córki bliskiego przyjaciela i dziewczyny, której jedyną winą było to, że widziała zbyt dużo. Był to rzeczywiście poważny dylemat. Zamyślony zaczął otwierać drzwi i zesztywniał, czując, że nie są zamknięte. Chwilę pomyślał, potem leciutko pchnął drzwi i wszedł do mieszkania, odbezpieczając broń. W salonie trzech mężczyzn i dziewczyna grało w brydża, zaś na stole stał talerz, pełen parującego makaronu z boczkiem i sosem pomidorowym.

- Proszę zjeść obiad, komisarzu, porozmawiamy później. - zachęciła go dziewczyna.

Serano zawahał się, doszedł jednak do wniosku, że gdyby mafia chciała go zlikwidować, znalazłaby na to prostszy sposób. Jako kawaler stołował się zazwyvzaj w podrzędnych barach, a tu czekał na niego domowy posiłek, w dodatku pachnący tak, że nawet sytego skręciłoby z głodu. Usiadł i machinalnie zaczął jeść.

- Octavio di Mauro wprowadził nas częściowo w sprawę – odezwał się po chwili ten, który wyglądał na przywódcę grupy, długowłosy, o wschodnich nieco rysach i oczach przypominających oczy dzikiego kota – Mamy chronić córkę Vita Ricci aż do procesu i bezpiecznie sprowadzić ją na salę sądowa, gdzie złoży zeznania. Ponieważ wiemy, że pan nikomu nie ufa, mówię od razu, że Vito Ricci jest naszym pobratymcem, a ściślej mówiąc jesteśmy na tej samej diecie.

Komisarz skinął głową, nie przerywając jedzenia, bardzo smacznego, jak ocenił.

- Nie ufam, bo w policji sa mafijne wtyczki, ale ktoś w końcu musi mi pomóc. Gina Ricci jest w klasztorze karmelitanek pod miastem – rzekł – Pewnie dlatego jeszcze żyje, bo oni o tym nie wiedzą. Myślę jednak, że się dowiedzą. Jeśli ta mała nie złoży zeznań, Philemon Scapedi znowu się wywinie i będzie dalej mordował. Jak dotąd, nie udało mi się go przyskrzynić, a wierzcie mi, starałem się bardzo. Scapedi za każdym razem grał wobec dziennikarzy ofiarę pomówień,skromnego biznesmena, a bezczelność swą posuwał do tego, że na czas procesu przeprowadzał się do hotelu, żeby, jak twierdził, nie mówiono, że się ukrywa. Gina jest w klasztorze pod imieniem siostry Angeli. Powołajcie się na mnie. Wiecie, co trzeba zrobić?

- Ja mam pewien pomysł – odparł drugi z nieproszonych gości, rysami i postawą przypominający zmarłego przed kilku laty aktora – Jest trochę karkołomny, ale powinien zadziałać.

- Poczekaj, Gerard, o tem potem – dołączył się trzeci (i ten również kogoś komisarzowi przypominał) – Komisarzu, potrzebujemy zdjęcia dziewczyny i dwóch nie rzucających się w oczy samochodów. Czy to realne?

- Ależ oczywiście. Winienem wam jednak ostrzeżenie: prawdopodobnie zginiecie.

- Hehe.- zaśmiał się przywódca, ukazując przerażająco ostre zęby, sprawiające wrażenie, że jest ich bardzo dużo, aż za dużo.

- To raczej oni powinni mieć się na baczności.- powiedziała wzgardliwie dziewczyna.

- Tu macie adres – komisarz wyskrobał z dna talerza resztki makaronu i sięgnął do szuflady komody po notatnik – Czy... czy nie będziecie mieli problemów z wejściem na poświęcaną ziemię?

To pytanie wywołało wśród jego gości szaloną wesołość.

- Bez obaw - uspokoił go ich przywódca – Ale czy ona będzie chciała z nami gadać?

- Będzie chciała, przecież wie, kim stał się jej ojciec, z tym nie będzie kłopotu. Uważajcie: prawa ręką Philemona Scapedi jest Gianni Satriani, drań, jakich mało. On nie ma skrupułów.

- Jeśli nadzieje się na nas, nie będzie miał głowy.- mruknął drugi z wampirów.

Teraz komisarz przypomniał sobie skąd go zna.

- A, to ty walczyłeś z Czarnym Księciem. - powiedział możliwie najnaturalniejszym głosem.

- Co? A tak. Choć, prawdę mówiąc, z bliska widziałem go ledwie parę razy, a rozmawiałem z nim raz. Scenarzyści niepotrzebnie rozdmuchali całą sprawę. - odpowiedział mu Thierry lekceważąco.

- A co ci powiedział? - zainteresował się Gerard.

- Powiedział: ‘Powiesić mi tego łajdaka.’ Słowa krótkie, za to prosto z serca. - zaśmiał się jego przyjaciel, tak jakby to był najlepszy dowcip.

Wyszedłszy nad ranem z mieszkania policjanta przyjaciele naradzali się przez krótką chwilę, po czym poszli odebrać samochody, do których kluczyki wręczył im Serano. Po drodze Gerard wyłożył im swój plan, ku ich zdziwieniu prosty, logiczny i zadziwiająco spójny. Na jego realizację mieli trzy tygodnie, a więc nie tak wiele czasu, jak by chcieli, i za jedyną pomoc komisarza Serano. Mogli zwrócic się do niego, jak twierdził, o każdej porze dnia i nocy. Póki co jednak musieli poszukać schronienia na dzień, gdyż jakiekolwiek działania mogli rozpocząć dopiero po zapadnięciu zmroku.

- Dlaczego właściwie potrzebujemy dwóch samochodów? - spytał Gerard, gdy już jechali do klasztoru.

- Dowiesz się, gdy będzie trzeba – odpowiedział mu Thierry – Na razie rozkoszuj sie przejażdżką w piękną noc.

Wystawił rękę za okno i cisnął małym kamykiem w powierzchnię mijanego właśnie stawku.

- Wstawać rybki! Szkoda czasu na sen! - krzyknął wesoło.

- Uspokuj sie. Zresztą w tak małym zbiorniku mogą być najwyżej kijanki. - mruknęła Oggy, trochę rozespana.

- I nartniki, i pluskolce, i małe żabki – uzupełnił Fronda – Każdy skrawek naszej planety wprost tętni życiem. Po raz pierwszy to odczułem, gdy szedłem przez pustynię, w dzień kryjąc się pod zakopywaną w piasku czarną płachtą. Okropnie się wtedy przegłodziłem, tak na marginesie. Pewnego ranka, gdy patrzyłem spod tej cholernej płachty na jaśniejący świat, spostrzegłem małą żmiję, a zaraz potem fenka, który przebiegł niedaleko mnie. Zobaczyłem jeszcze, jak zatrzymał się i zjadł schwytanego skorpiona. Wtedy po raz pierwszy poczułem, że nie jestem sam, gdyż wszędzie wokół mnie są dzieci matki natury. To było miłe uczucie.

- Nadałbyś się z Allainem, moim pasierbem. On o zwierzętach potrafił klepac całymi dniami. - Gerard westchnął smutno, jak zawsze wtedy, gdy wspominał utracone życie.

- Dojeżdżamy – zawiadomił ich Never – I jak, dzwonimy do furtki czy wchodzimy oknem? Przypominam, że od czasów Romea i Julii to najpopularniejszy sposób ominięcia czujek.

- Szekspir napisał ‘Romea i Julię’, gdy na ulicy spadł mu na głowę wazon, wylatujący przez cudze okno. Okazało się, że to Julia rzuciła nim w Romea, i to akurat w pierwsza rocznicę ich ślubu. To była jego literacka zemsta. - zachichotał Fronda.

- Jesteś okropny. - oświadczyła Oggy z urazą.

Przyjaciel pociągnął ją żartobliwie za jeden z czarnorudych kosmyków, po czym zwrócił sie do Nevera:

- Jaki masz plan, Radża?

- Dość prosty – odparł Never i zahamował – Przeciez nie od parady zaparkowałem tu wczoraj drugi wóz. Gerard przebierze się za Ginę i obaj z Frondą pociągną za sobą pogoń, podczas gdy ja i Oggy przewieziemy mała w bezpieczne miejsce.

- Zaraz - przerwał mu Gerard – Skąd wiesz, że będzie jakaś pogoń?

Never z ironicznym uśmiechem podał mu wojskowy noktowizor na podczerwień. Aktor zawahał się, potem założył urządzenie i zaczął się rozglądać. Kiedy zrozumiał, jak interpretować ukazujące się jego oczom różnobarwne plamy, zorientował się, że w zaroślach wokół klasztoru ukryte są dwa samochody i kilku ludzi. A zatem mafiosi wiedzieli już, gdzie znajduje się główny świadek. Przyjaciele zaparkowali swój samochód pod ogrodzeniem, po czym bez trudu sforsowali je, nie trudząc się budzeniem furtianki. Na klasztornym dziedzińcu momentalnie natknęli się na jedną z zakonnic, która szła w stronę kaplicy, świecąc sobie staroświecką latarnią.

- Musimy pilnie rozmawiać z siostrą Angelą, gdzież ona? - spytał ja Thierry, kłaniając się z szacunkiem.

Zakonnica otworzyła usta jak do krzyku, ale nerwy odmówiły jej posłuszeństwa i padła zemdlona prosto w ramiona Gerarda.

- Co jest? – zdziwił się aktor – Hej, siostro, proszę się ocknąć. Przestraszyła się siostra naszego Frondy? Takiego przystojnego chłopca?

- Co tu się dzieje? - zabrzmiał od strony klasztornego budynku czyjś władczy głos.

Po chwili przy grupce zmieszanych przyjaciół pojawiła się starsza już zakonnica, nerwowo poprawiająca upięcie kornetu.

- O, siostra jest pewnie przeoryszą – ucieszył się Thierry – Musimy pilnie rozmawiać z siostrą Angelą. Przysyła nas komisarz Serano.

Przeorysza skinęła głową ze zrozumieniem.

- To dobrze, że jesteście, bo od wczoraj kręcą się przy klasztorze jakieś podejrzane typy – powiedziała – Popieram chęć Angeli, by postąpić jak uczciwa obywatelka, jednak nie chciałabym, żeby przypłaciła to życiem.

- Nie stanie się tak, póki ja mam cokolwiek do powiedzenia. - zapewnił ją solennie Thierry.

- Siostro, czy mogłaby siostra zatem zaprowadzić nas do siostry Angeli? – spytał niecierpliwie Never - I co mamy zrobić z tą zemdloną siostrą? Zwariuję od tego siostrowania co pięć minut...

- Chodźcie do środka i połóżcie Beatrice na ławie – zarządziła przeorysza trochę nerwowo – Zaraz przyprowadzę Angelę.

Gerard położył zemdloną zakonnicę na ławie w korytarzu i zaczął wachlować ją jakąś broszurką, wziętą z parapetu.

- Jakoś głupio się tu czuję.- wyznał z zakłopotaniem.

- Moi rodzice chcieli, żebym został księdzem. - rozmarzył się Thierry.

- Wielebny Fronda, co za pomysł.- Never wzniósł oczy do góry z jawnym zgorszeniem.

- Rzeczywiście, dość trudno byłoby wyobrazić sobie taką kombinację.-przyznała Oggy, siłą powstrzymując się, by nie zawarczeć. Z trudem utrzymywała ludzką postać.

- Pomysł jak pomysł, ale wtedy z turniejów byłyby nici.

-Thierry, a może teraz dla odmiany wziąłbyś udział w turnieju amerykańskich zapasów?- zagadnął go złośliwie Never,

Fronda nie zdążył mu odpowiedzieć, gdyż drzwi w głębi korytarza uchyliły się i wyszła z nich młodziutka, smagłoskóra dziewczyna w habicie.

- To wy jesteście od komisarza Serano? - spytała podchodząc.

Była nie tyle może ładna, co niewiarygodnie krucha i delikatna, niczym chińska figurka z porcelany.Miała wielkie, łagodne oczy i czarne loki, wymykające się spod kornetu. Widac była dopiero postulantką, skoro nie obcięto jej jeszcze włosów.

- Owszem, siostrzyczko.- odpowiedział jej ciepło Fronda.

- Zatem chodźmy do rozmównicy. Tu nam rozmawiać nie wolno.

Zakonnica poprowadziła ich korytarzem do dużego, przedzielonego kratą pokoju, w którym jedynymi meblami były krzesła.

- A więc przysłał was komisarz Serano – powiedziała siostra Angela, siadając na jednym z nich – Czy mam przez to rozumieć, że znacie dokładnie sprawę?

- Mniejwięcej. Możesz rozmawiać z nami otwarcie, ja i twój ojciec jesteśmy, jakby tu rzec? Bardzo, bardzo podobni. - Never starał się mówić ogólnikami, nie był bowiem pewny, czy ściany w tym klasztorze nie mają uszu.

- To nawet lepiej... Bałabym się, gdyby było inaczej. To bardzo szlachetne z waszej strony, ze mi pomagacie, i bardzo odważne, że przeciwstawiacie się mafii.- powiedziała dziewczyna z nieśmiałym podziwem

- Hola, panienko – przerwał jej Never – Po prostu płacą nam za to. To żadna szlachetność, a jeśli chodzi o mafię, to ona nic nas nie obchodzi. Niech ludzie sami rozwiązują swoje problemy. Prawdopodobnie nie wtrącilibyśmy się w tę sprawę, gdyby nie twój ojciec, jeden z nas. Fronda, zgaś tę kretyńską minę don Kiszota.

- Niech i tak będzie, a ja i tak jestem wam wdzięczna. Wiecie, co robić?

- Oczywiście. Ściągaj habit. - powiedziała Oggy ostro. Nie podobała się jej ta dziewczyna, jak zresztą żadna, na którą Thierry patrzył z takim błyskiem w oczach.

Kilka minut później Gerard z pomocą siostry Angeli, ubranej po cywilnemu, upinał na głowie welon i kornet. Czuł się nad wyraz głupio i wcale nie był pewny, czy ich wrogowie dadzą się oszukać. Był przecież zdecydowanie wyższy niż filigranowa Włoszka.

- Skul się trochę i biegnij.- poradził mu Never.

- Spróbuję.- mruknął Gerard.

Thierry chwycił go za rękę i pociągnął za sobą, nie dając mu czasu na dalsze wahania. Przebiegli przez mroczny dziedziniec, wypadli za bramę i dopadli do zaparkowanego w cieniu samochodu. Fronda wepchnął młodszego kolegę na tylne siedzenie, a sam usiadł za kierownicą i szarpnął za dźwignię zmiany biegów. Auto wystartowało niczym wyścigówka, cudem uniknęło zderzenia z drzewami na poboczu i w pełnym pędzie wyjechało na szosę.

- Dobra nasza.- mruknął wesoło Thierry, obserwując w lusterku wstecznym światła ścigających ich samochodów.

- To chyba tylko ty tak uważasz. - Gerard pospiesznie rozbierał się z habitu, nie spuszczając przerażonych oczu z szybkościomierza. Wskazówka najwyraźniej próbowała wyskoczyć ze skali, a mimo to światła za samochodem wcale się nie oddalały.

- Zwolnij, Fronda! – wrzasnął – Zaraz się rozbijemy!

- Nie bądź taki cykor! - odkrzyknął mu przyjaciel wesoło.

Coś zagrzechotało o karoserię wozu, niczym garść żwiru.

- Strzelają do nas! - pisnął Gerard czując, jak włosy jeżą mu się na karku.

- Dzięki, bez ciebie bym się nie domyślił. - Thierry wygasił światła, bez których mógł się doskonale obejść.

- Otwórz drzwiczki – przykazał aktorowi – I skacz na mój sygnał.

- Zabiję się! - Gerard chwycił w przerażeniu klamkę od drzwi obiema rękami.

- Pytał cię kto o zdanie?! Skacz! - w głosie Frondy było tyle złości, że aktor nie poważył się na sprzeciw. Odczekał chwilę, po czym na sygnał przyjaciela otworzył drzwiczki i skoczył, przekonany, że nie wyjdzie z tego żywy. Jednak, ku jego zaskoczeniu nie stało się nic złego – jego ciało uderzyło o miękką ziemie na łagodnym stoku i potoczyło się gdzieś w dół. Łapiąc oddech uświadomił sobie, że poza kilkoma niegroźnymi siniakami nie będzie miał większych obrażeń, być może jego ciało było odporniejsze niż kiedyś. Leżał, niepewny, co powinien zrobić, gdy niedaleko rozległ się huk i ciemność rozjaśnił blask pomarańczowego płomienia. Nie zdążył się jeszcze zaniepokić, gdy koło niego przypadł Fronda, równiez cały i zdrowy, choc w mocno wybrudzonej koszuli.

- Ani mrumru, póki nie odjadą.- przestrzegł Gerarda szeptem.

Gdzieś w górze zahamowały z piskiem opon samochody pościgowe, z których wysiadły ciemne postacie. Bandyci omietli światłem latarek stok, omijając na szczęście obu przyjaciół – raczej interesowały ich okolice płonącego wraku. Potem jeden z nich zszedł w dół i wrócił po chwili z jakimś meldunkiem, którego nie dosłyszeli, a chwilę później mężczyźni wsiedli do swych samochodów i odjechali.

- Jesteś cały? – spytał Fronda i, otrzymawszy potwierdzenie, dodał – Uaktywniłem nadajnik, więc Never i spółka powinni nas szybko znaleźć. Brr, cóż to za łotry. Tak nastawać na bezbronną dziewczynę, w dodatku zakonnicę...

- I co teraz będzie? - spytał Gerard niechętnie, czuł bowiem, że jednak trochę się poobijał, a w dodatku podczas skoku przygryzł sobie boleśnie język.

- Ano nic – odparł Thierry – Jeśli to, co mówił Serano o mafijnych wtyczkach w policji, jest prawda, to oni dowiedzą się z raportu, że nikt tu nie zginął. Będą szukać Giny dalej, a do nas należy takie ukrycie jej, by jej nie znaleźli. Jeśli ten plan, co go ułożyłeś, wypali, to chyba pasuję cię na rycerza z radości.

- Piękne dzieki. Obejdę się bez tego zaszczytu, zresztą obecnie rycerstwo nie ma już chyba racji istnienia.

Thierry skrzywił się lekko.

- Prawdę mówiąc, to straciło ją już z chwilą wprowadzenia dział do walki – wyznał otwarcie – Wielu jednak nie chciało przyjąć tego do wiadomości. Wielu dobrych rycerzy zginęło w bezsensownych szarżach na armaty. Jednak ideały rycerskie są żywe po dziś dzień, nie uważasz?

- Może i tak... W każdym razie coś z tego przetrwało, a są i tacy zapaleńcy, którzy do dzisiaj urządzają turnieje po starych zamkach...

- Chętnie wziąłbym w tym udział, gdybym tak mógł, jak nie mogę.- Thierry zamyśli się i ze stanu rozmarzenia wyrwał go dopiero odgłos nadjeżdżającego samochodu. Przyjaciele ponownie przypadli do ziemi, ale człowiekiem, który pojawił sie na zboczu, był Never.

- Wsiadajcie.- powiedział krótko, otwierając szeroko drzwiczki.

Można było przystąpić do realizacji drugiej części planu.



4.


- Nie rozumiem cię, Gianni – głos Philemona Scapedi był spokojny, choć cziła się w nim groźba – Nigdy mnie dotąd nie zawiodłeś, a teraz co? Nagle wszyscy twoi chłopcy nie potrafią znaleźć jednej dziewczyny?

Gianni Satriani opuścił głowę. Wiedział, ze pokpił sprawę, a jego szef, mimo dobrodusznego wyglądu, jest bezwzględny. Zawsze pozbywał się współpracowników, którzy go w czymś zawiedli, a on właśnie zawiódł. Sam nie pojmował, jak to się stało, ale zawiódł. Ta piekielna dziewczyna, zakonnica o wyglądzie trusi, wyprowadziła w pole jego najlepszych ludzi i dosłownie rozpłynęła się w powietrzu. Nie został najmniejszy ślad, po którym można by ją odnaleźć.

- A może po prostu sprzedałeś mnie prokuraturze, Gianni? - spytał Scapedi łagodnie.

- Szefie, no co pan? Nigdy by mi to w głowie nie postało – tym razem Satriani przestraszył się nie na żarty – Mamy jeszcze plan awaryjny. Ta dziewucha nie będzie zeznawać,przysięgam.

- Oby, bo w razie czego nie tylko ja powędruję za kratki – Philemon Scapedi uderzył pięścią w ścianę – Czy nie można jakoś uciszyć tych ryków? Co noc to samo.

Zza ściany dochodziły przytłumione dżwięki gitarowej muzyki i głosy młodych ludzi.

- Zaraz zobaczę.- Gianni z ulgą wysunął się z pokoju.

Hałasy zza ściany denerwowały go nie mniej niż jego szefa, teraz jednak błogosławił ten rozwydrzony zespół. „The Living Flowers” wynajęli apartament obok i niewiele robili sobie z przepisów hotelowych. Satriani próbował interweniować u samego właściciela, który jednak rozłożył tylko bezradnie ręce. Nie mógł wymówić pokoju tym ludziom, byłoby to fatalną reklamą dla hotelu i strategiczny inwestor (hotel popadł ostatnio w kłopoty finansowe) stanowczo się na to nie zgadzał. Jednak mieszkanie przez ścianę z hippisowskim zespołem muzycznym było rzeczą nad wyraz uciążliwą. Philemon Scapedi najchętniej przeniósłby się do innego hotelu lub do domu któregoś z przyjaciół, gdyby nie to, że tutaj najłatwiej przychodziło mu grać swoją rolę, rolę skromnego biznesmana, ofiarę policyjnych prześladowań. Skromny hotelik lepiej pasował do tego wizerunku niż któryś z lepszych i droższych.

- Zaraz się uspokoją, o ile to, co im powiedziałem, wogóle do nich dotarło – zameldował, powróciwszy do szefa – W pokoju śmierdzi haszyszem, więc może byc z tym różnie. Że też takie towarzystwo wogóle wpuszczają do porządnego hotelu...

Głośna muzyka za ścianą ucichła, widocznie hippisi jednak zrozumieli to, co usłyszeli – cokolwiek to było.

- Jutro będę już to miał za sobą, chyba że skrewisz. Nie chciałbym być wtedy w twojej skórze.- Scapedi przeciągnął sie i legł na tapczanie z westchnieniem ulgi. Był człowiekiem starej daty i muzyka hippisów drażniła go niepomiernie.

Gianni wyszedł ponownie na korytarz i zwołał swoich ludzi.

- Jutro rozprawa – powiedział – Znacie plan: obstawiacie wszystkie wejścia i jeśli zobaczycie dziewczynę z fotografii, strzelacie. Potem oczywiście nogi za pas. W razie wpadki morda w kubeł, a szef zatroszczy się o resztę. I pamiętajcie, nie wolno wam tego spieprzyć.

Mimo dopięcia wszystkiego na przysłowiowy ostatni guzik dręczyła go niepewność, tak jakby balansował na cienkiej linie nad przepaścią. W głowie mu się nie mieściło, że jego przeciwnikiem w tej grze jest jedna wątła dziewczyna, w dodatku pozbawiona ochrony jakiegokolwiek protektora. Plan B był właściwie szytą grubymi nićmi, ordynarną prowokacja, ale tylko on mu pozostał i był w założeniu skuteczny. Od trupa nikt nie wydobędzie zeznań, a zanim policja przekopie się przez papierkową robotę, będzie dość czasu, by pozacierać wszystkie ślady. Jednego był pewny: to będzie męczący dzień, a on nie mógł pozwolić sobie na to, by iść spać. Do niego należało czuwanie nad wszystkim, wyłapanie policyjnych tajniaków, sprawdzenie rozstawienia samochodów z zabójcami – wcale niemało jak na jednego człowieka. W dodatku cały czas miał wrażenie, że jest śledzony. Nie było to poparte żadnymi obserwacjami czy dowaodami, a po prostu miał to mocne przeświadczenie. Był ćwiczony w „gubieniu ogona” od najmłodszych lat, jednak tego nie tylko zgubić, ale nawet wypatrzyć nie potrafił. W końcu uznał, że ponosza go nerwy i postanowił to zignorować, skupiając sie wyłącznie na swoim zadaniu. Zajęło mu to tyle czasu, że z trudem zdążył do budynku sądu, gdzie miała się odbyć rozprawa. Nie wszedł do środka – jego rola polegała przecież na czymś innym. Żałował jednak, że nie może być świadkiem rozprawy i tego, jak prawnik rodziny Scapedi będzie bronić dona. Ten adwokat znany był ze swej inteligencji i zręczności, więc na pewno było czego posłuchać.Gianni Satriani musiał zrezygnować z tego fascynującego spektaklu, gdyż wolał mieć oko na wszystko, co będzie się działo wokół budynku sądu. Nie ufał swoim ludziom na tyle, by dać im całkowicie wolną rękę. Na razie wszystko wyglądało tak, jakby Gina Ricci po prostu zrezygnowała z zeznawania, przestraszona być może polowaniem na nią. Tym lepiej dla dziewczyny. Satriani nie miał skrupułów, ale fakt, ze Gina jest zakonnicą, psuł mu nieco dobry humor. Wychowany w katolickiej rodzinie, zywił szacunek dla kleru i strzelanie do zakonnicy nie było czymś, co przyjąłby z entuzjazmem. W razie potrzeby nie zawahałby się ani przez moment, czuł jednak ulgę na myśl, ze nie będzie musiał tego robić. Nagle drgnął. Przed budynek sądu zajechała opancerzona furgonetka i dwoje policjantów, chłopak i dziewczyna, wywlokło z niej skutą kajdankami młodą kobietę o rozpuszczonych blond włosach, w kwiecistych spodniach i bluzce, obwieszoną świecidełkami. Śmiała się i śpiewała głośno urywki hippisowskich piosenek, nie bacząc na to, że robi z siebie widowisko. Satriani poznał w niej śpiewaczkę, tą samą, która tyle krwi napsuła jego szefowi i uśmiechnął się do siebie z satysfakcją. Wogóle nie lubił hippisów, nawet gdy nie przeszkadzali mu w wypoczynku, a ta bezczelna dziewucha wraz ze swoim zespołem dobrze zalazła mu za skórę. Policjanci wciągnęli hippiskę do budynku sądu, nie bacząc na opór z jej strony.

- I dobrze – mruknął Satriani – Chociaż... Chwileczkę!

Myśl, która błysnęła mu pod czaszką, była tak nagła, tak absurdalna, a jednocześnie prosta, że wyskoczył ze swej limuzyny jak oszalały i rzucił się do wrót sądu, odpychając strażników. W rekordowym tempie przebiegł przez wyłożone czerwonym chodnikiem korytarze i wpadł do Sali, w której sądzono właśnie jego szefa. Adwokat kończył akurat podniosłą mowe, z której jasno wynikało, ze oskarżenie dysponuje jedynie pomówieniami i ani jednym namacalnym dowodem, a z bocznych drzwi, zarezerwowanych dla pracowników sądu, dwoje policjantów wprowadziło właśnie amerykańską śpiewaczkę, zdejmując jej po drodze kajdanki. Nim Gianni zdołał sięgnąć po broń, strażnicy sądowi obezwładnili go, pozostało mu więc bezsilnie patrzeć.

- Co to ma znaczyć? – spytał surowo sędzia – Kim pani jest?

Dziewczyna roztarła nadgarstki i zdjęła z głowy jasną perukę.

- Jestem Gina Ricci, świadek oskarżenia.- powiedziała spokojnym, równym głosem.

Na sali zaszumiało, a prawnik rodziny Scapedi opadł na swoje miejsce, jakby dostał po głowie czymś ciężkim.

- Proszę nam wybaczyć tę maskaradę, Wysoki Sądzie – powiedziała policjantka – Nie zrobiliśmy tego dla zabawy, a po prostu z konieczności. Obawialiśmy się o życie panny Ricci, zważywszy zaś na to, przeciw komu ma zeznawać, nasze obawy nie były bezpodstawne.

- To śmieszne – zaprotestował adwokat – Jawny dowód na to, że policja usiłuje zdyskredytować mojego klienta.

- Akurat – przerwał mu niezbyt grzecznie policjant i zdjął czapkę, spod której wysypały się długie, czarne włosy – Nie jesteśmy policjantami i proszę wybaczyć nam nadużycie munduru. Nie tylko pan ma przyjaciół, don Scapedi.

- Zaraz, czegoś tu nie rozumiem – sędzia przywołał ich do siebie ruchem dłoni – Postanowiliście ukryć świadka, ale gdzie ją w końcu skryliście, że nikt jej nie znalazł, ani oskarżeni, ani prokuratura?

- To proste, Wysoki Sądzie – dziewczyna w policyjnym mundurze również zdjęła czapkę i potrząsnęła skudłaconymi, czarnorudymi jak u psa włosami – Nasz przyjaciel słusznie zauważył, że najciemniej jest pod latarnią, podszyliśmy się więc pod hippisowski zespół muzyczny na gościnnych występach i zamieszkaliśmy w tym samym hotelu co Scapedi. Dosłownie drzwi w drzwi. Ucharakteryzowaliśmy Ginę tak, że sam diabeł by jej nie poznał i rozrabialiśmy na całego. Właściciela po prostu zawiadomiliśmy, że jeśli nam przeszkodzi, posiekamy go jak mięso na mielone. Proszę zrozumieć, w każdym innym miejscu mogliby ją wyśledzić przez łajdacki przypadek, ale do głowy im nie przyszło, by szukac w apartamencie obok. Nie wiem też, czy nawet za cenę życia rozpoznaliby pobożną karmelitankę w naćpanej hippisce.

Sędzia uśmiechnął się z powściągliwym uznaniem.

- Nie jesteście więc z policji? Wielka strata dla naszej kryminalistyki – rzekł – No, proszę na miejsca. Kontynuujemy rozprawę.

Don Philemon zgrzytnął zębami z bezsilnej wściekłości.

- Oni muszą zginąć. Wszyscy.- szepnął do swej obstawy.

- Proszę ciszej.- adwokat skrzywił sie z niesmakiem. Chwila była zbyt poważna, by planować zemstę, a nie myśleć o zagrożeniu, Zeznania Giny Ricci, plus poszlaki zebrane przez policję, mogły wystarczyć aż nadto, by posłać jego klienta do więzienia na bardzo wiele lat,

Podczas gdy w sądzie trwało przesłuchanie, w zaparkowanej dwie ulice dalej benignie Gerard Philipe zagryzał palce ze zdenerwowania. Czas dłużył mu się okropnie, w samochodzie było wściekle duszno i gorąco, a leżąca ona tablicy rozdzielczej krótkofalówka milczała jak grób. Przymusowa bezczynność doprowadzała aktora do szaleństwa.Zaciemnione szyby chroniły przed bezpośrednim nasłonecznieniem, ale blacha była tak gorąca, że nie można było jej dotknąć, chociaż słońce już zachodziło.

Thierry, obojętny na wszystko, siedział z podwiniętymi nogami na fotelu kierowcy i czytał podręcznik astronomii świecąc sobie latarką.Ostatnio miewał kłopoty z rozróżnianiem druku w przyciemnionym świetle.

- Ty coś z tego rozumiesz?- zagadnął go Gerard, gdy milczenie stało się dla niego nie do wytrzymania.

- Prawie nic – odpowiedział mu Fronda lekko – Ale to bardzo ciekawe. Na przykład ten rozdział: ‘Dynamika pasa Oortha’. Nareszcie wiem, skąd biorą się komety i co to właściwie jest. W życiu bym nie zgadł, ze kometa to po prostu bryła brudnego śniegu.

- No to co?- spytał Gerard nieprzyjemnym głosem.

- Może i nic, ale tu piszą, że jakby któraś większa pieprznęła w Europę, to nie byłoby co zbierać. Na szczęście Jowisz ściąga na siebie prawie wszystkie latające po naszym układzie kosmiczne śmieci. Wiesz, to ciekawe: starożytni astronomowie nadali imię jca bogów planecie, bez której komety waliłyby w Ziemię średnio co tysiąc lat. Powstanie życia w tych warunkach byłoby niemożliwe. Co ty na to?

- Tylko to, że z chęcią zobaczyłbym choć kometę. Zaraz zwariuję...- Gerard urwał, gdyż krótkofalówka właśnie zaterkotała ostro.

- Akcja, chłopaki! - zaskrzeczał w niej głos Nevera.

Thierry błyskawicznie usiadł za kierownicą i przekręcił kluczyki w stacyjce. Spostrzegłszy w lusterku wstecznym, iż Never i Oggy wybiegają z budynku sądu, zajechał im drogę. Osłonił tak, że patrzącemu z zewnątrz musiało wydać się, iż para uciekinierów wsiada do ich auta. Tymczasem Never i Oggy skryli się w zaparkowanym na poboczu ich vanie, zaś ciemnoszara benigna ruszyła do przodu, prowadząc za sobą pogoń mafiosów.

- Trzymaj się, będzie ostra jazda! - krzyknął Thierry i z całych sił nacisnął pedał gazu.

Musiał odciągnąć pogoń od przyjacół, którzy z kolei mieli osłonić Ginę, i wierzył, że sobie z tym poradzi. Komisarz Serano nie mógł dać im wsparcia – nikt nie mógł wiedzieć, że to on ich wynajął, a poza tym tego akurat dnia został odwołany do Neapolu. Dla Frondy czy Nevera było to właściwie obojętne, obaj przywykli do radzenia sobie w każdej sytuacji bez obcej pomocy, ale Gerard, wampir jeszcze młody, chętnie przyjąłby pomoc policji. Niemniej niż ścigający ich gangsterzy przerażała go brawurowa jazda Frondy, który zdawał się traktować to wszystko jak dobrą zabawe i pokrzykiwał radośnie, lawirując między innymi wozami, jak kowboj w kiepskim westernie. To jego „Juppijaj!” i „Jahoo!” zdenerwowałoby nawet kogoś dużo spokojniejszego niż Gerard. Zaciskał ręce na uszach i mamrotał po cichu takie słowa, że dobrze, iż Thierry nie mógł go usłyszeć. Na dodatek Fronda brał zakręty tak ostro, że żołądek podjeżdżał jego towarzyszowi do gardła.

Jakieś pięć mil za miastem benigna zakrztusiła się nagle i odmówiła dalszej jazdy.

- Wysiadka – Thierry wyskoczył na pobocze i otworzył szeroko drzwiczki – Zabrakło nam benzyny, dalej pedałujemy pieszo.

- Ażeby cię szlag trafił.- Gerard chwiejnie wyszedł z wozu i dodałby coś jeszcze, ale nad głowami ich obu gęsto zagwizdały kule, zmuszając ich do ucieczki.

Rzucili się między gęste zarośla. Nad goniącymi ich bandziorami mieli tę przewagę, że znakomicie widzieli po ciemku, ale całe ich uzbrojenie stanowiły dwa browningi. W dodatku Gerard nie tylko nie strzelał zbyt celnie, ale miał też duże opory natury moralnej. Ściskał co prawda swój pistolet w dłoni, ale ręka tak mu się trzęsła, że nie trafiłby i tak. Gdy kule ponownie zagwizdały nad ich głowami, mało brakowało, a zgubiłby go ze strachu.

- Weź się w garść – ofuknął go Thierry – Niech ci się zdaje, że to tylko korkowiec. Taka zabawka.

- Łatwo ci gadać. Ja aktor byłem, a nie wojak.- wydusił z siebie Gerard, ocierając mokrą twarz rękawem koszuli.

- No to wyobraź sobie, że mamy czternasty lipca i ulicznicy urządzili palbę z kapiszonowców. Żebyśmy się tylko nie pogubili w tych krzakach... A co tu, do cholery, tak warczy?

- Stój, Thierry, ani drgnij... To psy. Wleźliśmy na czyjś teren. - wyszeptał Gerard w najgłębszym przerażeniu, chwytając go za łokieć.

- Puknij się, aktorze ze spalonego teatru. Gdyby to były psy, już by nas rozdarły – Fronda rozejrzał się i wskazał na zawieszony pod koroną jednego z drzew mały głośnik – O, masz. To taka sztuczka dla skąpców, którym szkoda karmić psa. Ale na czyimś terenie to jesteśmy faktycznie.

Było to do przewidzenia. W końcu uciekali niemal na ślepo, przedzierając się przez zarośla i przeskakując ogrodzenia, które, jak wiadomo, same z siebie nie rosną. Pogoni już nie słyszeli – czyżby udało im się zgubić gangsterów? Thierry rozgarnął krzaki i zawołał:

- Chodź no! Tu jest jakaś ścieżka, tylko uważaj na druty po obu stronach. Pewnie są pod napięciem, a jak mnie kiedyś prąd popieścił, to do tej pory pamiętam. Wszystkie gwiazdy zobaczyłem, bez teleskopu i wzmacniacza.

Gerard zastosował się posłusznie do jego wskazówek, starając się iść geometrycznym środkiem ścieżki i oblewając się zimnym potem za każdym razem, gdy przypadkowo trącił jakąś gałązkę. Ścieżka i zarośla skończyły się po jakichś dziesięciu minutach marszu i przyjaciele znaleźli się przed klasycystycznym budynkiem, opatrzonym wielką tablicą z napisem „Muzeum ziemi i sztuki włoskiej”. Po terenie przechadzało się dwóch poziewujących strażników, których widok przypomniał Gerardowi, że jest okropnie głodny.

- O, kolacyjka!- ucieszył się Fronda, który najwyraźniej pomyślał o tym samym.

Posłuszny gestowi starszego kolegi Gerard przekradł się krzewami w lewo i poczekał, aż jeden z wartowników dowlecze się dostatecznie blisko. Następnie, na dany mu znak, zaatakował, wbijając w szyję strażnika wąziutkie ostrze, które zawsze nosił za mankietem koszuli. Kątem oka zauważył, że dokładnie w tej samej chwili Thierry dopadł drugiego. Przez dłuższą chwilę obaj rozkoszowali się smakiem świeżej krwi i dopiero trzask deptanych niedaleko gałęzi wyrwał ich z tego transu. Oprzytomnieli i porzucili swe ofiary, kryjąc się w cieniu kolumnady Na odkrytą przestrzeń wyszło kilku uzbrojonych mężczyzn, omiatając teren snopami światła z latarek. Jeden przyklęknął i przyjrzał się leżącym bez ruchu strażnikom, szukając na ich ciele jakichś ran. Nie znalazł niczego, gdyż obydwa wampiry zadbały o to, by polizać rany po cięciach, co powodowało błyskawiczne zasklepienie. Thierry uniósł swój browning i błyskawicznie roztrzaskał wszystkie latarki serią celnych strzałów. Gangsterzy odpowiedzieli ogniem na o.ślep, potem któryś z nich przekradł się jakoś do rozdzielni i włączył galowe oświetlenie – wielkie reflektory, które zalały wszystko potokami jaskrawego światła. Fronda wychylił się ze swego schronienia i oddał kilka strzałów, w tym dwa wcale celne. Nie poprawiło to jednak sytuacji, a raczejją pogorszyło, o ile było to możliwe. Kolumny dawały minimalną osłonę, ale bandytów było po prostu za dużo. Thierry strzelał, póki nie zabrakło mu kul, a potem sięgnął po swą niezawodną procę. Dookoła pełno było niewielkich kamyków, wprost wymarzonych do jego celów. Warunki co prawda nie sprzyjały strzelaniu z galijskiej procy, ale Thierry nie na na darmo był uważany za eksperta w tej dziedzinie. Jego pociski uderzały na tyle celnie, że zmusiły zdezorientowanych bandytów do poszukania schronienia. Fronda uśmiechnął się do siebie z satysfakcją i włożył do procy następny kamyk, gdy nagle padły kolejne strzały i usłyszał rozpaczliwy krzyk Gerarda. Nie bacząc na niebezpieczeństwo przekoziołkował między kolumnami i dopadł wijącego się na ziemi przyjaciela.

- Tylko bez histerii.- warknął, rozrywając przesiąknięty krwią rękaw jego koszuli.

Czyjaś celniejsza kula rozerwała mięśnie i tętnicę, z której krew tryskała jak ze źródła. Thierry, doświadczony w takich sprawach, pochwycił jakieś drewienko, owinął je oddartym z koszuli pasem materiału i założył profesjonalną opaskę uciskową. Tymczasem gangsterzy zorientowali się widać, że uzyskali przewagę, gdyż porzucili swe schronienia i byli już niebezpiecznie blisko. Sprawa naprawdę wyglądała na beznadziejną, gdy pomiędzy wampirami a ich prześladowcami wyrosło coś, co wyglądało na gęstą, skonsolidowaną w jeden kształt ciemność. Z ciemności błysnęły złowrogo dwa snopy żóltego światła, każdy przecięty pionową kreską. Pozostający na usługach mafii gangsterzy nie bali się niczego, ale ten widok okazał się ponad ich siły. Z krzykiem rzucili się do ucieczki. Cień płynął za nimi w powietrzu, póki ostatni samochód nie znikł w oddali, potem zarehotał z zadowoleniem i wrócił do przyjaciół.

- Co z nim? - spytał, pochylając swą widmową postać nad Gerardem.

- Stracił mnóstwo krwi – odpowiedział mu Thierry poważnie – Uszkodzona tętnica i kilka mniejszych naczyń krwionośnych, jednak to zrośnie się samo. Gorzej z utratą krwi. Jest zbyt znaczna. W dodatku już świta. Doprawdy, Cieniu, zjawiłeś się w najodpowiedniejszej chwili.

- Cała przyjemność po mojej stronie. He, he, zmykali jak zające, a co ja im mogłem niby zrobić? Najwyżej wykład filozoficzny.

- Ale skąd wogóle się tu wziąłeś?

- Octavio poprosił, żebym miał was na oku. Wiecie, dzięki mojej strukturze nikt mi nic nie zrobi, a i wślizgnę się wszędzie. Nie wiem, czemu jestem taki inny, ale odpowiada mi to, i, jak widzisz, mogę sie przydać przyjaciołom. Niektórzy jednak nie mogą spać przez sam fakt mego istnienia, Octavio na ten przykład przez miesiąc próbował rozgryźć, kim jestem, ale mało nie zwariował i da sobie spokój.

Cień zaśmiał się ponownie, ale zaraz spoważniał.

- Co teraz z wami będzie? - spytał z troską.

Thierry zastanowił się, patrząc na przyjaciela. Gerard wyglądał bardzo źle, ciężko chwytał powietrze i bladł coraz bardziej.

- Znajdź Nevera, Cieniu, i powiedz mu, gdzie jesteśmy – poprosił – Ale przedtem znajdź nam jakieś schronienie, bo lada chwila wstanie słońce.

Cień zwinął się w miejscu i śmignął tuż przy ziemi, okrążając budynek. Po kilku minutach był już z powrotem.

- Za rogiem jest klapa, prowadząca do jakiegoś składziku.- zameldował.

Fronda zarzucił sobie przyjaciela na plecy i ruszył we wskazanym kierunku. Klapa, którą znalazł Cień, była mocno zbutwiała i przysypana zwiędłymi liśćmi, a zamykający ją skobel był całkiem przerdzewiały. Thierry złamał go bez trudu, poczym zniósł przyjaciela po jakiejś chwiejącej się drabince w dół. Pomieszczenie pod klapą było nieprawdopodobnie zakurzone, zawalone jakimiś rupieciami i śmierdzące stęchlizną. Wyraźnie od lat nikt tu nie zaglądał. Fronda ułożył Gerarda na jakiejś skrzyni i zbadał palcami jego puls.

- Prawie sto pięćdziesiąt – szepnął – Nie ma na co czekać.

Zdjął z ramienia swój nieodłączny chlebak i wyjął z niego jakiś przedmiot, zapakowany w papier i płótno.

- Co to? - spytał Gerard słabo.

- Polowy zestaw do transfuzji – odpowiedział Fronda – W czasie wojny przeszedłem szkolenie dla sanitariuszy polowych i zachowałem parę drobiazgów na pamiątkę. Niestety, uratować cię może już tylko to. Jeśli nie podam ci krwi, masz przed sobą dziesięć minut życia.


 



Pierwsze zadanie - cz.IV

4.cd

Gerard zadrżał gwałtownie. Nie wiedział, co przeraziło go bardziej – sama zapowiedź czy beznamiętny ton Frondy. Ten nie tracił czasu. Przy świetle latarki wprowadził jedną z igieł w żyłę na zgięciu łokciowym Gerarda, sprawdził wypełnione jałowym roztworem glukozy przewody i niewielki zbiorniczek, po czym wbił drugą igłę we własne ciało. Odkręcił miniaturowy kranik, modląc się w duchu, by dawno już przedatowany aparacik wytrzymał. Gdy krew zaczęła przepływać z jego żył do żył przyjaciela, usiadł, opierając się plecami o skrzynię, na której leżał Gerard.

- Będzie dobrze.- powiedział.

Aktor westchnął, czując, jak powoli rozjaśnia mu się w głowie.

- To ci nie zaszkodzi? - spytał.

- Czy ja wiem? Nie sprawdzimy, to nie będziemy wiedzieli. W każdym razie, to jakaś szansa. - odpowiedział mu Thierry spokojnie.

- Ty się nie boisz śmierci? - indagował go dalej aktor.

- Nie. Kiedyś się bałem, aż pojąłem, że nie ma to sensu. Mam szansę żyć bardzo długo, jednak mam oczywiście tę świadomość, ze gdzieś... że kiedyś...

- Ja się jej boję. Strasznie się boję. - szepnął Gerard.

- Nie ma czego, Strach przed śmiercią to przeważnie wynik błędnej interpretacji dogmatów religijnych. Islam i chrześcijaństwo straszą ludzi różnymi okropieństwami od urodzenia do zgonu, nic więc dziwnego, że strach przed śmiercia jest tak powszechny w tych społeczeństwach. Buddyzm czy hinduizm traktują te sprawy zupełnie imaczej. Nie, mój mały, mówię ci, że śmierci nie ma się co bać. Gorszy jest sam lęk przed nią, niż ona, Prastara Siostra Miłosierdzia, nie kostucha z kosą, jak się ją najczęściej przedstawia.

- Czy po twej przemianie byłeś choć raz blisko śmierci? - zapytał Gerard po chwili.

- Nawet nie raz – zaśmiał się Thierry swobodnie – Kiedyś próbowałem się zabić, ale to była dziecinada. Za rewolucji francuskiej o mały włos by mnie zgilotynowano. A za czasów Napoleona postawiono mnie przed plutonem egzekucyjnym i dostałem siedem kulek. Cesarz kazał mnie wrzucić do przygotowanego grobu i zasypać, choć widział, drań, że jeszcze oddycham. Miałem jeszcze tyle siły, by wprowadzić się w trans i to mnie uratowało. Kiedyś cię tego nauczę, to bardzo pożyteczne umiejętność. Uratował mnie wtedy Never i przy okazji dokumentnie znienawidził Napoleona. Ja też musiałem nasłuchać się od niego, jaki to ze mnie osioł i niedzielne cielę, że dałem się tak urządzić. Gdy jakiś czas później przeczytał, że Anglicy otruli cesarza, spurpurowiał jak piwonia i ryknął: ‘Dobrze mu tak!’

Gerard przymknął oczy. Ściekająca pomału do jego żył krew przywracała mu siły, choć bardzo, bardzo wolno. Nie wiedział, czy martwi go, czy też cieszy fakt, że od tej pory krew Frondy będzie krążyć w jego żyłach, przynajmniej przez jakiś czas zespalając ich dwóch niewidzialnym ogniwem. Nie miał pojęcia przecież, jakie mogą być tego skutki, a coś mówiło mu, że Thierry również tego nie wie. Był impulsywny, zwykle działał bez zastanowienia, ale też miał wyjątkowe szczęście – zawsze wychodził obronną ręką z biedy, której sobie napytał. Może i teraz wiedział, co robi? Jego opowieść w każdym razie uspokoiła jakoś nieszczęsnego aktora. Fronda miał ten dar, że nawet opowiadając najdramatyczniejsze wydarzenia ze swego życia umiał stępić ostrze grozy i ubarwić wszystko humorem. A przecież miał tych opowieści wcale niemało w swym repertuarze.

5.

- Czy wiesz, że to mogło zabić was obu? - spytał surowo Never, bandażując ramię Gerarda. Przyjaciele siedzieli w wynajętym na czas akcji czteroosobowym pokoju, szczęśliwi, że nareszcie mają to wszystko za sobą.

- O czynniku RH słyszałeś? Wasza grupa krwi też mogła się nie zgadzać. - dorzuciła Oggy.

Fronda wzruszył nonszalancko ramionami.

- Ale się wszystko zgodziło, więc o co ten krzyk? Po prostu wyleciały mi z głowy te głupstwa. - rzucił niedbale.

- A gdyby ta igła przyrosła Gerardowi do kości, nie do ściany żyły, to co by było? – zrzędził dalej Never – Zapomniałeś, że organizmy młodych wampirów w sytuacjach krytycznych usiłują zaabsorbować dosłownie wszystko? A gdyby nastąpiła wampirza embolizacja? Słyszałeś o tym? To jest wtedy, gdy przy takim właśnie połączeniu dwóch krwiobiegów ten, który jest ‘w potrzebie’ zaczyna gwałtownie i rabunkowo pobierać krew od drugiego. To się może skończyć zupełnie źle. Gdzie ty masz rozum, Fronda?

- Miałem stać i czekać, aż mój kumpel wykituje? Nie spodziewaj się tego po mnie. - rzekł Thierry stanowczo.

- Daj mu spokój, Radża. Uratował mi życie.- wtrącił się Gerard.

Ciągle jeszcze było mu słabo i męczyły go zawroty głowy, ale po opróżnieniu dwóch butelek z pełną krwią czuł się zdecydowanie lepiej. Przepełniała go wdzięczność dla średniowiecznego rycerza, który nie zawahał się narazić swego długiego życia, by go ratować. To było niezwykłe. Już teraz Gerard wiedział, jak bardzo u wampirów wzrasta z wiekiem przywiązanie do życia. Opowieści o wampirach, których życie zmęczyło, są zwykłym kłamstwem – zatem gdy wampir naraża sie w jakiejś sprawie, ma to naprawdę wielką wartość moralną. Jest to ogromna ofiarność, gdyż ryzykuje nie marne kilkanaście czy kilkadziesiąt, a setki lat, które może przeżyć w pełni sił witalnych. Gerard jeszcze tego nie wiedział, ale z całej populacji wampirów właściwie tylko Fronda był takim ryzykantem. Never był pod tym względem dużo bardziej pragmatyczny i ostrożny, choć gdy zaszła taka potrzeba, umiał zdobyć się na heroiczny odruch.

- W każdym razie, sprawę Giny Ricci mamy z głowy – powiedział po chwili Hindus, zmieniając niewygodny temat – Od tej pory będzie ją chronić policja i Cień, a my możemy jechać, dokąd nam się podoba. Byłem na poczcie. Oprócz przekazu pieniężnego Octavio przysłał nam dokumenty następnej sprawy, tym razem dużo lepiej płatnej. Thierry pewno zaraz się zjeży, bo będziemy musieli wybrać się do Anglii, a na dodatek w tę sprawę zamieszana jest Lenor Tissdale.

- Co takiego? - Thierry rzeczywiście otworzył szeroko oczy i aż zaniemówił z oburzenia.

- Kim jest ta Lenor? - zaciekawiła się Oggy.

- Dawna kochanka naszego przystojniaka. Zabawiła się z nim bardzo nieładnie, co zresztą było do przewidzenia. Dla Francuza nie jest rzeczą bezpieczną wchodzenie w jakiekolwiek alianse z Anglikami, a Fronduś o tym zapomniał. - odparł Never złośliwie.

- Wredny z ciebie typ, Radża. Ale masz rację, rzeczywiście tak jest. - powiedział Thierry ugodowo.

- Więc byłeś w Anglii? - Gerard spojrzał na niego pytająco.

- Owszem. Nawet dość długo, bo parę lat. W międzyczasie, gdy romansowałem z Lenor, naciąłem się na zupełnie zwariowaną grupę angielskich Łowców. Byli druidami i chcieli złożyć mnie w ofierze na grobie Czarnego Księcia. Było trochę strasznie, ale jeszcze więcej śmiesznie, bo zabrali się do rzeczy zupełnie niefachowo.

- Fachowo czy nie, a i tak miałeś szczęście, że Lenor się w to wtrąciła. - przypomniał mu Never.

- No niby tak... Ale w ogólnym rozrachunku źle na tym wyszedłem. - westchnął Thierry.

- Dlaczego? - spytał Gerard.

- Dlatego, że ten bałwan uczuł się zobligowany do odwdzięczenia się jej – powiedział Never widząc, że Fronda nie zamierza odpowiadać – Gdy Lenor zapadła na groźny tyfus, uratował ją za pomocą swojej krwi i przez to uczynił wampirem. A ona potem przepędziła go jak psa.

- Wypraszam sobie. - warknęła Oggy.

- Przepraszam, złotko. - zaśmiał się Hindus.

Dziewczyna fuknęła i odwróciła się do niego tyłem, czując, jak wzbiera w niej niechęć do tej niepoznanej jeszcze Angielki. Thierry objął ją ramieniem.

- Nie przejmuj się – rzekł pocieszająco – Trzeba czegoś więcej, by mnie złamać. Nie był to mój pierwszy nieudany romans, ba, i nie ostatni. Nie mam szczęścia do kobiet, prawdę mówiąc.

- Ty?! - wykrzyknął Gerard ze zdumieniem.

- Za bardzo się im podlizuje, w tym sęk. Kiedy kobieta poczuje, że ma władzę nad facetem, wtedy z satysfakcją wbija w niego swój obcas. - rzekł Never cynicznie.

Thierry wzruszył ramionami.

- Nie umiem inaczej. Dla mnie każda kobieta to dama i tak też ją traktuję.

- Dziw, że jeszcze żyjesz. - Never wyciągnął z torby list od Octavia i zaczął go pilnie studiować. Nie łudził się, że przekona przyjaciela, który przez swoje rycerskie ideały ciągle wpadał w tarapaty i nie wyglądało na to, by zamierzał wyciągnąć ze swych przykrych przygód jakąś naukę.

- Wygląda na to, że w Anglii pojawił się jakiś zupełnie nowy gatunek Łowców – rzekł po chwili – Nie wiedzą nawet, kim oni są i jak działają, ale są skuteczni. Liczą na to, że my coś odkryjemy.

- Nie jestem w tym zbyt dobry – zastrzegł się Gerard – Jestem zwykłym, spokojnym aktorem, i nie mam predyspozycji na tajnego agenta. Nawet nie grałem nigdy takowego.

- A propos tajnego, to dajcie swoje paszporty. Muszę postarać się o wizy.- odezwał się Never po chwili.

- Po nocy?- zdziwiła się Oggy, mimo woli archaizując swą wypowiedź za przykładem Frondy

Thierry zazwyczaj używał potocznego języka, ale w chwilach wzruszenia zaczynał posługiwać się średniowiecznymi sformułowaniami i składnią. Oggy uważała to za niezwykle eleganckie i oryginalne, i nieraz mimo woli go naśladowała.

Hindus rzucił jej pobłażliwe spojrzenie swych złotych oczu.

- Właśnie po nocy. Jak inaczej dostanę się do urzędowych pieczęci? W dzień ambasada jest pełna konsulów, dyplomatów i takiej tam innej hołoty.

- To dobrze, a my się prześpijmy. - zaproponowała dziewczyna, poziewując nerwowo.

- Pyszna myśl.- zgodził się z nią Thierry i ułożył się na jednym z tapczanów.

Gerard poszedł za jego przykładem, zajmując drugi, zaś Oggy jak zwykle zwinęła się w kłębek u boku przyjaciela.

- To była ciężka przeprawa. - mruknęła, przysypiając niemal natychmiast.

Nie przeczuwała nawet, że prawdziwa próba dopiero ich czeka.


K O N I E C

 Autor: Eviva
 Data publikacji: 2010-02-06
 Ocena użytkowników:
Strona główna | Mapa serwisu | Wersja tekstowa | Download
Sponsoruj mythai.info | O stronie | Podziękowania | Kontakt | Informacje o prawach autorskich
Zmień język: | polski | English

© 2004 - 2005 Mariusz Moryl