Użytkownik: Hasło: Rejestracja
 Wilcza pieśń

 

              "Kopią, kopią Gerdowi grób
              Na polu, pod księżycem
              Z Gerda jutro będzie trup
              Bo dotknął drzewienicę.

              Płacz Gerdzie, dzisiaj za swój grzech
              Zapłacisz ziemi życiem
              Za to, żeś głupi,
              Za to, żeś
              Pokochał drzewienicę.

              Przykryła czarna ziemia wnet
              Młodzieńca piękne lica
              Nie ujrzy słońca więcej Gerd
              Co kochał drzewienicę.”

  

  Dziewczyna z dzieckiem na ręku cicho jak kot stąpała po leśnym runie. Unikała ścieżek – wolała przemykać się pomiędzy uśpionymi drzewami, tak było bezpieczniej. Poprzez bujne korony dębów i brzóz sączyła się księżycowa poświata, oświetlając jej sylwetkę – skąpana w srebrnym blasku wyglądała jak ożywiony posąg. Zwykle zachwycały ją noce, jak ta – uwielbiała patrzeć na księżyc w pełni – ale nie dzisiaj. Dzisiaj oddałaby połowę życia temu, kto sprowadziłby na Żywolas całkowitą ciemność. Wtedy nie widziałaby tych wszystkich cieni. Bała się ich – miały twarze i szeptały do niej złowróżbnie:

  – Mavika... nie uciekniesz... dogonią cię, Mavika...

  Wzdrygnęła się i przyśpieszyła kroku. Co za bzdura, przecież to tylko cienie.

  Nagle niemowlę, które trzymała w ramionach obudziło się i zakwiliło.

  – Ciii, maleńka, zaraz będziemy na miejscu – uspokoiła dziecko i znów przyśpieszyła, bojąc się, że maleństwo obudzi któreś ze śniących drzew. Po chwili szybkiego marszu dotarła do najstarszej części Żywolasu, gdzie przebywali Wiecznie Śniący – drzewieńce, które na zawsze zespoliły się z planetą i nie przybierały już ludzkiej postaci. Niektóre z nich tkwiły tu od tysięcy lat, w mistycznej symbiozie, pulsując w jednym rytmie z Wielką Matką. Tu mogła bezpiecznie nakarmić córeczkę, nie ryzykując, że ktoś ją zauważy i zaalarmuje... No właśnie – kogo? Nie wiedziała. Nie mogła sobie przypomnieć. Była jednak pewna, że musi stąd szybko uciekać.

  Podeszła do starego, poskręcanego dębu i przykucnęła, opierając się plecami o chropowaty pień. Dopiero teraz uprzytomniła sobie, jak bardzo zmęczył ją długi marsz i bezustanne oglądanie się za siebie.

  Delikatnie obudziła córeczkę, a ta natychmiast odszukała pierś i zaczęła łapczywie ssać.

  – Jedz, maleńka, najedz się do syta, jeszcze długa droga przed nami. – szeptała, tuląc pulchne ciałko.

  Nagle zerwał się zimny wiatr; cienie dookoła zatańczyły i posłały jej złowieszczy szept:

  – Mavika... dopadną wasss...

  Mocniej objęła dziecko i przywarła plecami do omszałego pnia, jakby to mogło osłonić przed podmuchami jej nagą skórę. Powoli brał ją we władanie ten paniczny, irracjonalny lęk, który wypełnia ciemność dziwnymi kształtami i sprawia, że wyobraźnia staje się najzacieklejszym wrogiem.

  Niebo zasnuły czarnoatramentowe, ciężkie chmury; przykryły księżyc puchowym całunem, kłębiły się i kotłowały w szalonym tańcu. Mavika pomyślała, że zawisły nad jej głową jak groźba, jak ponura zapowiedź nieszczęścia...

  Gdzieś w sercu Żywolasu ozwał się wilk; rozpoczął swoją rzewną pieśń, wypełniając nią całą przestrzeń pomiędzy ziemią a księżycem. Po chwili odpowiedział mu jakiś wilczy brat, potem następny, już bliżej, całkiem blisko.

  Za blisko.

  Wtedy je zobaczyła. Dwa, jarzące się w ciemności ślepia. Rozkazała swemu ciału zerwać się z ziemi i uciekać, ale nie posłuchało jej, obezwładnione lękiem. Mogła tylko siedzieć i patrzeć, jak z mroku przed nią wyłaniają się wilki, jeden po drugim, groźne, powarkujące i zamykają je w ciasnym kręgu szarych ciał.

  Jakże pragnęła wstać, wznieść ramiona ku niebu i wystrzelić w górę brzozowymi konarami, wpuścić korzenie w głąb ziemi i zostać tak na zawsze, bezpiecznie zakotwiczona, odcięta od świata zewnętrznego. Jednak to oznaczałoby pozostawienie córki na łasce tych bestii, a do tego żadna matka nie mogła być zdolna.

  Tak więc siedziała, a wilki zacieśniały krąg wokół nich, nieśpiesznie, upajając się jej przerażeniem. Za chwilę skoczą na nie i rozszarpią, zabiją jej dziecko.

  – Nie pozwolę! – usłyszała swój głos – Słyszycie?! Nie pozwolę wam jej tknąć!

  Wilki przystanęły, zaskoczone nagłą odmianą swojej niedoszłej ofiary. Przez chwilę, niezdecydowane, badały nozdrzami powietrze, z którego nagle zniknął zapach strachu.

  – Wynocha, sucze syny! – wrzeszczała Mavika, odurzona własnym gniewem – Nie dostaniecie jej!

  Raptem poczuła bolesne ugryzienie w pierś i ujrzała, że dziewczynka w jej ramionach przemieniła się w wilcze szczenię. Stworzenie patrzyło na nią żółtymi ślepkami, a z jego pyszczka spływało mleko zmieszane z krwią.

  Rozpacz i niezrozumienie odbiły się na twarzy dziewczyny.

  – Nieee! – jej krzyk wzbił się wysoko ponad wierzchołki drzew, a wiatr pochwycił go i zaniósł w najdalsze zakątki Żywolasu.

 

*  *  *

 

  Wybudziła się gwałtownie i z ulgą powitała upał letniego popołudnia.

  Dziecko w jej łonie poruszyło się niespokojnie i wepchnęło nóżkę pod matczyne żebro; skupiła się na tym doznaniu, chwytając się go niczym cumy zespalającej umysł z rzeczywistością. Resztki sennych wizji przemykały jeszcze pod powiekami, ale odegnała je prędko i podniosła się z trudem z nagrzanej słońcem trawy. Dzięki Bogini, że to był tylko sen. Następny koszmarny sen.

  Takie wizje z wilkami w roli głównej niepokoiły Mavikę od pewnego czasu – nieraz była to cała wataha, a nieraz przychodziła do niej samotna wadera – w obu przypadkach dziewczyna bała się śmiertelnie. To nic, myślała zawsze po przebudzeniu, to wina mojego stanu; w wysokiej ciąży kobiety dręczone są różnymi niepokojami. To już niedługo...

  Rozmasowując obolałe krzyże, niechętnie opuściła zaciszne legowisko i ruszyła w kierunku Żywolasu. Lejący się z nieba żar stępił jej zmysły do tego stopnia, że nie spostrzegła nawet rosnącej nieopodal, wielce osobliwej kępy konopi. Owa kępa podrygiwała rytmicznie i – co jeszcze bardziej niezwykłe – podkreślała każdy podryg stłumionym stęknięciem.

  Nieświadoma niczego Mavika ruszyła w jej kierunku, poklepując się po napęczniałym brzuchu i przemawiając doń czule:

  – Odbierasz mi wszystkie siły. Co za kretyn nazwał mój stan błogosławionym?!

  Na dźwięk jej głosu w ożywionych konopiach zmaterializowała się para drzewieńców – chłopak i dziewczyna – i pierzchnęła w wysokie trawy, łyskając w słońcu białymi pośladkami. Mavika na chwilę osłupiała, a potem wybuchnęła śmiechem.

  – Nie bądź głupia! – krzyknęła do uciekającej dziewczyny – Zobacz, czym to się kończy!

  Ciągle się śmiejąc, weszła pomiędzy drzewa i odnalazła ścieżkę prowadzącą w głąb lasu. Czy to była Veila? Tak, to chyba ona. No, niechby jej matka się o tym dowiedziała...

  Raptem jedna z brzóz, które minęła, skurczyła się do rozmiarów człowieka i czyjaś dłoń znienacka klepnęła ją w ramię.

  – Shrija! Prawie padłam trupem! Nie mogłaś mnie ostrzec?

  Stojąca przed nią dziewczyna wyglądała na zdziwioną.

  – Niby jak?

  – Nie wiem, jakoś... – Mavika usiłowała zignorować nieprzyjemny skurcz w dole brzucha.

  – Wiesz co? Ciąża ci chyba nie służy. Pozwól, że przypomnę ci pewne fakty: mieszkamy w Żywolasie, jesteśmy drzewieńcami, a drzewieńce, kiedy śnią – jak wiadomo...

  – Tak, tak, daruj sobie. Po prostu byłam zamyślona i przestraszyłaś mnie. Nie gniewaj się.

  Ale Shrija już się nabzdyczyła. Dlaczego, psia mać, nikt nie rozumie nastrojów ciężarnej drzewienicy? Dziewięć księżyców spania na ziemi, niczym jakaś locha, bez możliwości przemiany – to każdego przyprawiłoby o zły nastrój. Nie wspominając już o takich wątpliwych przyjemnościach jak na przykład defekacja. Jednak Shrija była jej jedyną przyjaciółką, a w każdym razie jedyną osobą w Żywolasie, która nie milkła w pół zdania na jej widok. Westchnęła więc z cicha i podjęła próbę ratowania sytuacji.

  – Właśnie przyłapałam Veilę z jakimś chłopcem w konopiach, na skraju lasu – zagaiła konspiracyjnym tonem.

  Jej rozmówczyni słysząc plotkę od razu się rozluźniła.

  – Taak? – odsłoniła w uśmiechu równe zęby – a co tam robili?

  – No chyba się nie opalali. Dobrze, że drzewieńce nie noszą ubrań, jak ludzie, bo musieliby się w domu gęsto tłumaczyć.

  Shrija roześmiała się głośno:

  – No proszę, mała Veila, jedyna córeczka Jej Jędzowatości Gweyi. Lepiej, żeby ten chłopak był kimś ważnym, bo mamuśka się wścieknie.

  – O, tak. Już to słyszę: "Veilo, Veilo, Jakże mnie zawiodłaś" – podniosła głos o ton wyżej, naśladując wyrzekanie Najwyższej Kapłanki.

  Shrija natychmiast podjęła zabawę:

  – "Zdradziłaś mnie, siebie, cały Żywolas oraz Boginię Wielką Matkę" – zalamentowała – "Moja córka nie może dawać pospolitym drzewieńcom." A następnie każe ją szpiegować temu spróchniałemu lizusowi, Silasowi.

  – Ciii, o wilku mowa.

  Rzeczywiście, pomiędzy drzewami ukazała się wysoka postać siwowłosego drzewieńca. Kroczył sztywno na kościstych nogach, potrząsając gniewnie głową i mrucząc coś pod nosem. Jego rzadkie, długie włosy powiewały wokół twarzy niczym aureola, kiedy rozglądał się dokoła w poszukiwaniu czegoś lub kogoś. Najwyraźniej był w swoim zwykłym, czyli podłym nastroju.

  – Chodźmy stąd szybko, bo się przyczepi – Shrija jak zwykle wykazała się refleksem i przenikliwością. Niestety, ciut za późno.

  – A, Mavika, tutaj jesteś! – ucieszył się Silas i ruszył w ich kierunku.

  Shrija wywróciła oczami i zmełła w ustach jakieś przekleństwo.

  – Dzikie świnie! Po prostu dzikie świnie! – oburzył się nagle starzec. Jego sękata, upstrzona plamami dłoń celowała w miejsce, w którym Shrija przed chwilą śniła jako brzoza – Tyle razy mówiłem, żeby przemieniać się zawsze w tym samym miejscu. Ryjecie ściółkę gorzej, niż dzikie świnie!

  – Szukałeś mnie Silasie? – spytała Mavika, raczej żeby przerwać te utyskiwania niż z ciekawości.

  Starzec obdarzył ją błędnym spojrzeniem wodnistych oczu.

  – Tak, tak. Co to ja miałem.. ach tak – przypomniał sobie wreszcie – Pani Gweya chce cię widzieć. Idź do niej. Widziałyście Veilę? – spytał jeszcze i nie czekając na odpowiedź, jął znowu po swojemu psioczyć – Głupia dziewucha, znów gdzieś pognała. Włóczy się gdzieś całymi dniami, a ja jak ten pomyleniec muszę po lesie za nią ganiać. Z czego się śmiejesz, Shrija? Odpowiadaj, kiedy pytam! Ech! – machnął ręką i odszedł, wyrzekając pod nosem na brak szacunku dla kasty kapłańskiej i ogólny upadek obyczajów.

  – Po co Gweya chce mnie widzieć? Silas? Silas!

  – Daj spokój – prychnęła Shrija – nawet jeżeli wiedział, to pewnie już nie pamięta. Dowiesz się na miejscu. Chodź, odprowadzę cię. – pociągnęła przyjaciółkę za sobą. – Aż dziw bierze, że ten sklerotyk jeszcze nie zapomniał swojego imienia. Widziałaś, jaki ma rozbiegany wzrok? Bogini! Co za próchniak!?

  – Chyba jesteś trochę niesprawiedliwa – wtrąciła Mavika – to zasłużony kapłan. Gweya jest trzecią Panią Żywolasu, której służy.

  – No właśnie – trzecią! chyba najwyższy czas, żeby dołączył do Wiecznie Śniących! Mavika? Co ci jest?

  Mavika nie bardzo była w stanie odpowiedzieć. Zgięta w pół trzymała się za podbrzusze, a wyraz jej twarzy aż za dobrze świadczył o tym, że cierpi.

  – Mavika! O Bogini! Tylko nie to! Usiądź! Albo nie, lepiej stój! Aha, i oddychaj, – Shrija nieporadnie objęła dziewczynę – wdech i wydech. Zaraza! Niech mi ktoś pomoże!

  – Przeszło...

  – Co?

  – Mówię, że mi przeszło. Możemy iść dalej.

  – Na pewno? Jejku, ale mnie wystraszyłaś, myślałam, że to już. Naprawdę nie wiem, co bym zrobiła, zupełnie się na tym nie znam, na tych skurczach i w ogóle...

  – To nic takiego – Mavika wyprostowała się powoli i podjęła marsz – Po prostu jestem zmęczona. Miałam zły sen.

  – Znowu wilki? Moje biedne maleństwo! – Shrija po matczynemu objęła przyjaciółkę – A może to coś znaczy? To zastanawiające, że tak często śnisz o wilkach. Jeśli chcesz, pójdę z tobą do którejś z kapłanek, poprosimy o wizję dla ciebie!

  – Nie wygłupiaj się, – Mavika delikatnie wyzwoliła się z objęć dziewczyny – po pierwsze, muszę teraz iść do Gweyi, a po drugie: nie mam potrzeby nikogo prosić o wizję, bo jak wiesz, sama jestem kapłanką.

  – Byłaś – poprawiła ją Shrija i zaraz tego pożałowała.

  – To, że zabrano mi kapłański pierścień, nie oznacza, że straciłam Dar. – odparła zimno Mavika, odwracając twarz.

  Przez dłuższą chwilę szły w milczeniu przerywanym tylko pozdrowieniami mijanych drzewieńców. W miarę, jak zbliżały się ku środkowi Żywolasu, spotykały ich coraz częściej – porzucali dającą ochronę przed upałem postać drzewa i przechadzali się po lesie, bądź dołączali do którejś z plotkujących grup. Mavika z kamienną twarzą znosiła ciekawskie spojrzenia pobratymców i ostentacyjnie ignorowała ich szepty, w przeciwieństwie do swojej przyjaciółki.

  – Czego się gapicie, buraki?! Nie widzieliście baby w ciąży?! – wrzasnęła w końcu Shrija do jakiejś szczególnie natrętnej grupki gapiów. Odpowiedziały jej jedynie lekceważące półuśmieszki i wzruszenia ramion. Jeżeli drzewieńcom czegoś brakowało, to z pewnością pokory.

  – Dzięki, ale to na nic – machnęła ręką Mavika – Próbowałam już wszystkiego, żeby się ode mnie odczepili, ale tutaj tak mało się dzieje, że nie odmówią sobie rozrywki wytykania mnie palcami. Kiedyś nawet jakiś smarkacz powiedział mi, że muszę być naprawdę utalentowana, skoro Gerd zdradzał ze mną swoje kozy.

  Shrija z niedowierzaniem pokręciła głową.

  – Nie wiem, jak możesz to znosić.

  – Już się przyzwyczaiłam. Martwię się jednak, jak będzie to znosić moje dziecko. Pewnie nie będzie mogło się przemieniać...

  – Żałowałaś kiedyś? – spytała Shrija po dłuższym czasie – Tego, że ty i Gerd...

  – Nie – odparła Mavika bez wahania – Nie żałuję ani chwili.

 

*  *  *

 

  W Żywolasie znajdowały się tylko dwa budynki podobne do ludzkich siedzib: Dom kobiet, w którym mieszkały ciężarne i karmiące drzewienice, oraz mniejszy z nich – Dom kapłanów, do których należał on tylko z nazwy, gdyż niepodzielnie panowała w nim Pani Żywolasu. Jego drzwi strzegło dwóch postawnych drzewieńców, pilnujących, aby nikt niepowołany nie narzucał się Najwyższej Kapłance.

  – Witaj, Mavika – powiedział jeden z nich, imieniem Nolab – Wiele księżyców upłynęło od twojej ostatniej wizyty.

  – Nie z mojego wyboru. Wiesz przecież, że nie jestem tu mile widzianym gościem.

  – Tak, tak. Wejdź do środka, Gweya cię oczekuje. Twoja przyjaciółka musi tu poczekać.

  Zanim oczy Maviki przywykły do półmroku panującego we wnętrzu chaty, czyjaś dłoń spoczęła na jej ramieniu i zdecydowanym gestem popchnęła ją w głąb pomieszczenia.

  – Mavika! Długo kazałaś na siebie czekać. – Gweya jak zwykle nie siliła się na uprzejmości.

  – Przyszłam, gdy tylko dowiedziałam się, że mnie wzywasz – dziewczyna zmrużyła oczy, usiłując wyłowić z półmroku postać swojej rozmówczyni. Oprócz niej w izbie znajdowały się jeszcze dwie młode drzewienice, zapewne adeptki sztuki kapłańskiej, oraz siedzący przy stole starzec, którego nie znała. Miał na sobie długą lnianą szatę, więc na pewno nie był drzewieńcem.

  Gweya usiadła obok mężczyzny, szeleszcząc długą suknią w kolorze słońca – zawsze zakładała ubranie, gdy odwiedzał ją ktoś spoza Żywolasu – i zwróciła się do kapłanek:

  – Zostawcie nas samych. I powiedzcie Nolabowi, żeby nie wpuszczał nikogo aż do odwołania.

  Kiedy dziewczęta posłusznie wyszły, kapłanka gestem nakazała ciężarnej zająć jedno z krzeseł przy stole.

  – To jest Mistrz Ateron – powiedziała – ma ci coś ważnego do przekazania.

  Mavika z ulgą zajęła wskazane jej miejsce, starając się nie zdradzić miną zainteresowania.

  – Mistrz Magii zapewne? – zagadnęła starca, wskazując medalion widoczny w rozcięciu szaty.

  – Magii, owszem – mężczyzna odruchowo pogładził srebrny półksiężyc. – A także wędrowny nauczyciel, głoszący prawdę o Wielkiej Matce i Rogatym Panu. Widzę, moje dziecko, że jesteś uczona w Misteriach?

  – Była – Gweya ubiegła odpowiedź dziewczyny – dopóki nie splugawiła się obcowaniem z człowiekiem.

  – Nie zapominaj, pani, że ja też jestem człowiekiem – rzekł Ateron, nim Mavika zdążyła zareagować – Czy jestem według ciebie plugawy?

  – Nie to chciałam powiedzieć, Mistrzu...

  – A jednak tak można było cię zrozumieć.

  – Więc źle mnie zrozumiałeś. Miałam na myśli...

  – Miała na myśli – wpadła jej w słowo Mavika – że nie jesteś plugawy, gdyż będąc Mistrzem Magii masz władzę nad innymi. Obracasz się wśród ludzi decydujących o losach świata, tak jak czcigodna Pani Żywolasu. Bywasz na Świętej Wyspie, więc nie jesteś plugawy. A Gerd był zwykłym wieśniakiem.

  Gweya obdarzyła dziewczynę lodowatym spojrzeniem.

  – Puszcze to mimo uszu, Mavika – wysyczała – ze względu na twój stan, i ze względu na obecność Mistrza Aterona. Ale nie waż się już nigdy tak ze mną rozmawiać.

  – Albo co, pozbawisz mnie statusu kapłanki? – zakpiła Mavika – zdaje się, że już to zrobiłaś. Możesz sobie darować to ganiące spojrzenie, Gweyo, już dawno przestało na mnie robić wrażenie.

  – Ostrzegam cię, dziewczyno...

  – Ostrzegaj, ile wlezie. Lista świństw, które możesz mi zrobić, już dawno się skończyła. Chociaż, znając ciebie, zapewne coś wymyślisz...

  Pani Żywolasu aż zbladła wobec takiej impertynencji. Już otwierała usta, by dać wyraz oburzeniu, gdy odezwał się Ateron:

  – Zapowiada się interesująca dysputa, moje drogie. Rad wysłuchałbym jej do końca, ale czas mnie nagli. – podniósł stojący przed nim cynowy kubek i stwierdziwszy, że już go osuszył, zaczął demonstracyjnie stukać nim o stół. – Czeka na mnie łódź. Obiecałem wioślarzowi, że wrócę przed zmierzchem.

  Gweya bez słowa sięgnęła po gąsiorek i przechyliła go nad kubkiem starca. Nic z niego nie wyleciało.

  – Nolab! – krzyknęła w kierunku drzwi – Przynieś z ziemianki jeszcze jedną flaszkę! Tylko migiem! – nabrała głośno powietrza w płuca i siląc się na uprzejmy ton, zwróciła się do dziewczyny – Skakać sobie do oczu możemy później, nie po to cię tu wezwałam. Musisz jednak wiedzieć, że moje decyzje zawsze są podyktowane dobrem ludu Żywolasu.

  Z kolei ton Maviki daleki był od uprzejmego.

  – Ach tak – wycedziła, nie kryjąc wrogości – więc to w interesie ogółu zamordowałaś Gerda?

  – Co ty wygadujesz, dziewczyno?! – żachnęła się kapłanka – Ja go nawet nie widziałam na oczy! To ludzie go zabili, za to, że...

  – Za to, że obcując ze mną, popełnił świętokradztwo, wiem. Ale wiem również, że wystarczyło jedno twoje słowo, żeby go uratować, Gweyo. Ale ty nic nie zrobiłaś. Więc to tak, jakbyś ty go zamordowała! – wycelowała w kapłankę oskarżycielski palec – To ty każesz wierzyć ludziom, że drzewieńce są święte i że spadnie na nich gniew Bogini, jeśli dotkną któregoś z nas!

  – A ty, wiedząc o tym, spotykałaś się z tym chłopcem mimo wszystko – odparła Gweya. Głos nadal miała opanowany, jedynie lekkie drżenie dłoni zdradzało jej zdenerwowanie. – To każe się zastanowić, kto naprawdę sprowadził na niego nieszczęście. Nie, nie przerywaj mi – uniosła dłoń – sama zaczęłaś tę rozmowę, więc wysłuchaj mnie do końca.

  – Pani... – wtrącił nieśmiało Ateron, widząc, jak twarz Maviki tężeje – wystarczy, zdaje się, że ona już dość przecierpiała.

  – Owszem, przecierpiała. Ale zanim zrzuci całą winę na mnie, musi przynajmniej spróbować mnie zrozumieć. Wiem, że to okrutne, co mówię, ale na niej również spoczywa odpowiedzialność za to, co się stało. Co ty sobie wyobrażałaś? Że wasze schadzki nie wyjdą na jaw?

  – Wyobrażałam sobie, że jestem wolna – odpowiedziała powoli Mavika, z trudem powstrzymując łzy – I że mogę wziąć sobie mężczyznę, którego chcę. Tak jak ty to robisz, Gweyo, i inne drzewienice.

  – Każdego, z wyjątkiem człowieka.

  – No tak. Bo obcowanie z ludźmi uwłacza naszej szlachetnej rasie. Kala naszą świętą krew.

  – Ten sarkazm jest zbędny, Maviko. Nie o to chodzi i ty dobrze o tym wiesz. – wstała z krzesła i poczęła nerwowo krążyć po pomieszczeniu. Ateron, słusznie mniemając, że nie uniknie świadkowania tej kłótni, westchnął z cicha, wziął do ręki jabłko i ze stoickim spokojem jął je zjadać.

  – Nasza ślina zasklepia rany – perorowała dalej Gweya – nasza krew przywraca młodość i leczy każdą chorobę. Czy wyobrażasz sobie, co ludzie zrobiliby z Żywolasem, gdyby nie wierzyli, że nie wolno im dotknąć drzewieńca? Że nie dosięgłaby ich kara Bogini?

  – Nic! Nic by nie zrobili! – wrzasnęła Mavika – Przecież jesteśmy świętym ludem... – dodała ciszej, raczej do siebie niż do swoich rozmówców.

  – Nie bądź głupia. – prychnęła Najwyższa Kapłanka – Dla ludzi najświętsze są

  pieniądze. Są chciwi, taka jest ich prymitywna natura. Wybacz Ateronie, ciebie to oczywiście nie dotyczy. Oni muszą wierzyć, że jesteśmy nietykalni! Muszą! Śniący drzewieniec jest całkowicie bezbronny, drzewo nie usłyszy nadchodzącego drwala.

  – No to wszystko jasne. A ja, głupia myślałam, że nie chcesz spoufalać się z ludźmi, bo ci to ubliża.

  Kapłanka zerknęła na studiującego zawzięcie fakturę stołu Aterona.

  – Oczywiście, że mi nie ubliża – powiedziała dobitnie, ignorując ironię w głosie dziewczyny – Przecież kiedyś sami byliśmy ludźmi.

  – Nareszcie! – wykrzyknął nagle Ateron, uszczęśliwiony widokiem Nolaba dzierżącego pokaźnych rozmiarów gąsiorek.

  – Zechciej wybaczyć zwłokę, panie – rzekł młodzieniec, stawiając trunek przed Ateronem. Ten bez zbędnych ceregieli napełnił swój kubek.

  – Coś taki zdyszany, chłopcze? – zapytał, upiwszy łyka – Czy brałeś udział w tej awanturze na zewnątrz?

  – Jakiej awanturze? – zdziwiła się Gweya – Niczego nie słyszałam.

  Ateron wytarł rękawem wypielęgnowaną brodę.

  – Zbyt byłyście zajęte dyskusją. Na zewnątrz najwyraźniej również doszło do wymiany zdań. I chyba nie tylko zdań.

  Kapłanka popatrzyła pytająco na Nolaba.

  – Rzeczywiście, pani, było trochę zamieszania... – zawiesił głos, nie wiedząc, czy może otwarcie mówić przy starcu i dziewczynie.

  – Mówże, o co chodzi – zniecierpliwiła się Gweya – i nie marnuj naszego czasu. Kto się tam awanturuje?

  – Twoja córka, pani.

  – Veila?

  – Tak. Najpierw zwymyślała Silasa, który pozwolił sobie pouczać ją w kwestii zachowania wobec starszych, a później wdała się w sprzeczkę z drzewienicą imieniem Shrija, którą spotkała nieopodal.

  – O co poszło? – spytała Gweya, jednocześnie zastanawiając się dlaczego Mavice nagle zrobiło się do śmiechu.

  – Nie mam pojęcia, pani. Kiedy wchodziłem do ziemianki, gawędziły jak najlepsze przyjaciółki, a kiedy wychodziłem – tarzały się w trawie i usiłowały sobie nawzajem wydrapać oczy.

  Gweya jęknęła głucho i chwyciła się za skroń, jakby nagle dostała ataku migreny. Ateron skupił całą uwagę na zawartości swojego kubka.

  – Veila była bliska powyrywania tamtej wszystkich włosów – kontynuował Nolab – Kiedy je rozdzieliłem i zapytałem, o co się pobiły, poradziły mi, żebym wsadził sobie palec do...

  – Daruj mi szczegóły, Nolab – Gweya ciężko opadła na krzesło – Później się z nimi rozmówię.

  – Nie bądź dla nich zbyt surowa, moja droga – roześmiał się Ateron. Wzrok miał już nieco zamglony – Młoda krew, to i gorąca. Pamiętasz, jak ty sama, będąc jeszcze młodą brzózką...

  – Nie pamiętam – ucięła ostro Gweya. Zbyt ostro, bo natychmiast zapadła niezręczna cisza.

  -Gdy skosztujesz mojej nalewki Ateronie, zawsze zbiera ci się na wspominki – rzekła pojednawczym tonem – Przywołując czasy, kiedy byliśmy młodzi, przypominasz mi, jaka teraz jestem stara i brzydka. Chyba masz już dość.

  – Twa uroda jest jak wino, pani – skłonił się szarmancko Mistrz Magii i czknął – Szlachetnieje z wiekiem. A dość miałem już dwa kubki temu. Jeszcze dwa i będę gotów przejść do rzeczy.

  – Byłabym zobowiązana, Mistrzu – powiedziała Mavika. Miała tej wizyty już powyżej uszu – Głodna jestem.

  Gweya podsunęła jej misę z owocami.

  – Zjedz jabłko, to już długo nie potrwa. A ty Nolab, czego tu jeszcze sterczysz? Idź, przypilnuj, żeby te dwie wrony znów sobie do oczu nie skoczyły. Jeszcze jakich szkód narobią. No, idźże, nie stój jak kołek.

  – Cóż to za straszne wieści macie dla mnie, że oboje tak się ociągacie z ich przekazaniem? – spytała Mavika, gdy za Nolabem zamknęły się drzwi. Czuła się coraz gorzej. Najchętniej zaszyłaby się gdzieś w samotności i płakała do jutra. Jak ta przeklęta kobieta śmiała obarczyć ją winą za śmierć Gerda? A jednak – ta myśl nieubłaganie formowała się w jej umyśle – było w tym trochę racji. Wiedziała, co grozi ludziom za złamanie tabu – zakopywano ich żywcem. Taką karę usankcjonowała przed wiekami jedna z poprzedniczek Gweyi, tłumacząc, że tylko w ten sposób – oddając życie ziemi – grzesznik odkupuje swoją winę i oddala gniew Bogini. W rzeczywistości wizja śmierci w męczarniach miała jeszcze bardziej zniechęcić do kontaktów z drzewieńcami. Gerda nie zniechęciła…

  Ateron widząc, że dalsze uniki nie maja sensu, osuszył kubek do dna, beknął dyskretnie, otarł usta rękawem i zaczął:

  – Byłaś uczona w Misteriach, drogie dziecko, więc nie jest dla ciebie tajemnicą, że żaden ze świętych ludów nie powstał, jak inne ziemskie stworzenia, drogą ewolucji – ton i mina starca świadczyły, że powtarza te słowa po raz setny albo tysięczny. I że już dawno mu się to znudziło – Wasze istnienie zapoczątkował wielki akt magii, jakiego dokonali wasi ludzcy przodkowie, by uchronić ziemię przed niechybną zagładą. Wtedy to czwórka magów oddała się w ofierze Bogini, by zechciała choć cząstkę ludzkości ocalić przed zgubą. Każdy z nich zespolił się z jednym z żywiołów. W ten sposób powstały cztery ludy: smoki z żywiołu ognia, syreny z żywiołu wody...

  – Sylfidy z żywiołu powietrza, oraz my. – dokończyła z rozdrażnieniem Mavika – Znam doskonale tę legendę. Potem Święta Wyspa wynurzyła się spośród mgieł, a Bogini i Bogu znów oddano należną im cześć. Wszystko dobrze się skończyło. Szczególnie dla nas, bo mimo, że jesteśmy tylko skutkiem ubocznym, sprawujemy władzę nad światem, uzbrojeni w wiedzę, którą odziedziczyliśmy po upadłej cywilizacji. I której zazdrośnie strzeżemy, żeby się nie wydało, że ta spuścizna nie do końca nam się należy. No, a poza tym, lepiej się rządzi głąbami żyjącymi w błogiej nieświadomości. Więc niech żyje ciemnogród!

  – Nie myśl sobie, że zjadłaś wszystkie rozumy, dziewczyno – Pani Żywolasu spojrzała na nią pogardliwie – twoja wiedza jest powierzchowna, a światopogląd mocno ograniczony. Pomiędzy bielą a czernią rozciąga się cała gama szarości, których zdajesz się nie dostrzegać.

  Mavika posłała kapłance najsłodszy ze swoich uśmiechów.

  – Najważniejsze, że ty je dostrzegasz, Gweyo. Chociaż nie wydajesz się przez to bardziej szczęśliwa. – ziewnęła i wyciągnęła się mocno na krześle – To jednak jest temat na osobną dyskusję, a ja niezbyt dobrze się dziś czuję. Mówiłaś, że Mistrz Ateron ma dla mnie jakieś wieści, a tymczasem czuję się jak na powtórce z mitologii.

  – To nie jest mit – powiedział dobitnie starzec – to jest prawdziwa historia powstania świętych ludów, historia tego, jak z chaosu wyłonił się ład, ze zniszczenia harmonia. Niestety, o czym nie wiesz, ten stan nie jest trwały. Symbiozę należy co jakiś czas odnawiać, inaczej równowaga zostanie zachwiana, a wtedy... – zrobił pauzę badając, czy jego słowa wywarły na dziewczynie odpowiednie wrażenie. Wywarły.

  – Jak często należy ją odnawiać? – spytała przytomnie Mavika, mimo słusznego osłupienia.

  – Czasem co paręset, czasem co tysiąc lat.

  – A skąd wiecie, kiedy?

  Ateron chciał odpowiedzieć, ale Gweya zareagowała szybciej.

  – Tego akurat wiedzieć nie musisz, dziecko, i tak poznałaś właśnie Misteria, które zna tylko kilkoro najbardziej wtajemniczonych. Niech ci wystarczy, kiedy powiem, że nadszedł czas na odprawienie kolejnego rytuału. I to czas najwyższy. Dlatego cię wezwaliśmy.

  – Jak to mnie? – Mavika w oszołomieniu spoglądała to na Gweyę, to na Aterona – Co ja mam z tym wspólnego?

  – Widzisz, moja droga – podjął po chwili starzec – aby rytuał, o którym mowa, mógł się dokonać, potrzebna jest dobrowolna ofiara. Taką ofiarą zgodziła

  się być Gwyneth, Pani Avalonu, którą Bogini przed dziesięciu laty wezwała na swe łono.

  –  No to macie poważny problem – stwierdziła Mavika.

  –  Mylisz się – odparł spokojnie Ateron – Bogini jeszcze raz dla Gwyneth

  wprawiła w ruch koło życia. Pani Avalonu odrodzi się, aby móc dopełnić swojego przeznaczenia.

  – W dalszym ciągu nie rozumiem, co to ma ze mną wspólnego? Mam wam pomóc szukać jej inkarnacji?

  – Nie. Już wiadomo gdzie inkarnowała. Gwyneth odrodzi się w twoim dziecku.

  Długa chwila upłynęła, nim do Maviki dotarł sens usłyszanych słów.

  – Co? – zapytała głucho – Chcecie, zwyrodnialcy, zabić mi dziecko? – zrobiła ruch, jakby chciała wstać, ale w końcu tylko wychyliła się do przodu i objęła rękami brzuch – Gratuluję, Gweyo, już myślałam, że nie zdołasz mnie niczym zaskoczyć, a tu taki majstersztyk. Tylko, że najpierw będziesz musiała zabić mnie! Słyszysz, podła żmijo?! Po moim trupie!

  Gweya coś jej odpowiedziała, ale Mavika nigdy nie dowiedziała się co. Zagłuszył ją Nolab, który wpadł z impetem do izby, omal nie roztrzaskując po drodze drzwi i potykając się na progu:

  – Pani! Tam... znów się biją! – krzyczał podniecony, dysząc i usiłując jednocześnie masować stłuczoną stopę, pokazywać, co się dzieje na dworze, oraz zasłaniać świeżo podbite oko, które dopiero co zaczynało zmieniać kolory. Akompaniowały mu dochodzące z zewnątrz dzikie wrzaski, z każdą chwilą przybierające na sile. Nim ktokolwiek zdążył zareagować, za chłopakiem wpadło coś składającego się z samych pazurów i zębów, wylądowało z hukiem na klepisku i poczęło kotłować się po całej izbie.

  – Veila! Co ty wyprawiasz?! – Gweya zerwała się z krzesła i doskoczyła do córki, której akurat udało się usiąść okrakiem na piszczącej przeraźliwie przeciwniczce. Kapłanka odepchnęła dziewczynę na bok, pozbawiając jej w ten sposób strategicznej pozycji, co natychmiast wykorzystała Shrija – skoczyła na równe nogi i z okrzykiem godnym ranionej smoczycy rzuciła się na obie kobiety.

  – Po twarzy, ty świnio?! Po twarzy?! Wszystkie! Kudły! Powyrywam! – młóciła na oślep pięściami.

  – Znać, że trafiła równa na równą! – ucieszył się nieco bełkotliwie Ateron. Pociągał już bezpośrednio z gąsiorka i z niejakim trudem przychodziło mu zogniskowanie wzroku na walczących dziewczynach – Muszę do was częściej zaglądać.

  Nikt nie usłyszał jego szczerej deklaracji; bitwa rozgorzała na dobre. Dziewczyny szamotały się na klepisku, gryząc, piszcząc, drapiąc i miotając tłuste przekleństwa jednocześnie.

  – Przestańcie! – rozkazała władczym tonem Pani Żywolasu i podjęła kolejną próbę rozdzielenia rozjuszonych harpii. Osiągnęła tyle, że jakiś zbłąkany łokieć trafił ją w oczodół, za nic mając powagę i majestat jej urzędu. Tego było za wiele.

  – Spokój mi tu! Spokój mówię, bo wam nogi z dupy powyrywam! Nolab! Z czego się, kurwa, śmiejesz? Pomóż mi je rozdzielić!

  Z wielkim trudem i nie bez kolejnych obrażeń udało im się ostatecznie przerwać walkę. Dziewczęta, zdyszane i już niemal bez sił, naubliżały sobie jeszcze trochę, tak dla zasady, po czym przeszły do badania odniesionych ran.

  Gweya wstała, wygładziła suknię i zwróciła się do Mistrza Aterona:

  – Przykro mi, mój drogi, że musiałeś na to... – urwała i omiotła spojrzeniem izbę – A gdzie jest Mavika?

 

*  *  *

 

  Mavika biegła. Nie oglądała się za siebie. Mimo, że dziecko w jej łonie ciążyło, a płacz ściskał gardło, utrudniając oddychanie, biegła co sił. Przedzierała się przez krzewy, gałęzie drapały jej policzki i ramiona. Kilka razy potknęła się o wystający korzeń i omal nie upadła, ale nie zatrzymała się.

  Desperacko parła na przód, byle szybciej, byle dalej. Dalej od Pani Żywolasu i jej wyrachowanych intryg. Dalej od tych fałszywych uśmieszków, wścibskich spojrzeń, od tych szeptów za jej plecami. Nie zabierzecie mi dziecka, wy sucze syny. Nigdy. Ucieknę wam, choćby to była ostatnia rzecz, jaką zdołam uczynić. Bogini mi pomoże. Ostrzegała mnie od dawna, teraz to wiem, powinnam była zaufać snom.

  Na skraju lasu przystanęła, żeby zaczerpnąć tchu. Bieg całkowicie ją wyczerpał, a najgorsze było dopiero przed nią. Poza tym, tu była całkiem bezpieczna – bliskie sąsiedztwo rzeki gwarantowało, że nie spotka żadnego pobratymca. Drzewieńce nie znoszą komarów.

  Nagle ostry ból podbrzusza rzucił dziewczynę na kolana; stłumiła krzyk i skuliła się na ściółce. Jeszcze nie teraz, Wielka Matko, spraw, żeby mi przeszło, błagała zaciskając zęby. Po chwili, długiej jak wieczność, skurcz ustąpił. Mavika, zlana potem, odczekała jeszcze parę sekund, po czym wstała i chwiejnym krokiem wyszła z lasu.

  Zmierzchało. Pośród rozciągających się pomiędzy rzeką a lasem wysokich traw ozwały się świerszcze. Od strony wody powiało chłodem. W Domu Kobiet wszystkie ciężarne i karmiące drzewienice czekały właśnie, aż kapłanki przyniosą im kolację. Później, trzymając w objęciach swoje niemowlęta, lub swoje wielkie brzuchy, zapadną w błogi sen.

  To wspomnienie spotęgowało tylko u Maviki uczucie głodu i zmęczenia, więc odegnała je i zdecydowanym krokiem weszła pomiędzy trawy. Szybko pokonała odległość dzielącą ją od brzegu rzeki i odnalazła wzrokiem to, dla czego tu przyszła: kilkanaście jardów dalej kołysała się na wodzie stara łódź, którą przypłynął tu Mistrz Ateron. Wioślarz owinął cumę wokół starej wierzby i zapadł w drzemkę, nasunąwszy sobie na oczy coś, co zapewne kiedyś było czapką.

  -Urodą, to ty nie grzeszysz, kochasiu – pomyślała, podchodząc do mężczyzny. -We wsi widziałam powabniejsze knury.

  Wzięła kilka głębokich wdechów i przywołała w pamięci zaklęcia, których nauczono ją zanim straciła kapłański pierścień. Kiedy z jej ust popłynęła śpiewna modlitwa, aura wokół niej rozjarzyła się mlecznobiałą poświatą, a ona sama jakby urosła, spotężniała. Zdać się by mogło, że drobna drzewienica zasysa całe światło dopiero co wzeszłego księżyca. 

  – Obudź się – rozkazała władczym, kapłańskim głosem, w którym dźwięczała magia.

  Mężczyzna otworzył oczy i zatrwożył się, widząc majestat stojącej przed nim czarodziejki. Nie śmiał podnieść na nią wzroku.

  – Zawieziesz mnie na Świętą Wyspę. – oznajmiła, a wioślarz posłusznie począł zdejmować cumę z drzewa.

  – Jak jaśnie pani rozkaże, do usług – mruczał pod nosem, uwijając się przy łodzi – Gdzie tam mnie, dziadowi zwykłemu, z czarodziejkami się sprzeczać.

  Nagle zamrugał oczami, wyprostował się i spojrzał na dziewczynę. Ciężarną, przerażoną i utytłaną błotem dziewczynę. Czy to jej się tak uląkł przed chwilą? Na Wyspę chciał wieźć? Przecie czeka na tego starego capa, Ateruna, czy jak mu tam.

  – Eee, che, che – wyszczerzył niekompletne uzębienie – Prawdę ludzie we wsi gadali, co te świente ludy nagusieńko po lesie biegają, a tam na dole, che, che, bezwłose, gładziuśkie a różowiuśkie...

  Mavika widząc, że jej czar prysł, spróbowała na nowo przywołać moc, ale udało jej się tylko jeszcze bardziej rozbawić mężczyznę. Zrezygnowana, już miała wycofać się do lasu, gdy obleśny rechot wioślarza nagle się urwał, a on sam padł bez przytomności u jej stóp. Dziewczyna nawet nie zdążył się zdziwić, kiedy z pobliskich zarośli wynurzyła się Shrija.

  – Jak zawsze celnie – stwierdziła z zadowoleniem.

  – Zwariowałaś? Rzucasz w ludzi kamieniami? – oburzyła się Mavika, niepomna, że właśnie przyłapano ją na ucieczce.

  – To pewniejsze niż twoje kapłańskie sztuczki – zakpiła dziewczyna, wycierając ubłocone stopy w trawę – Zapomniałaś? Jesteś w ciąży, twoja magia nie działa.

  Wioślarz zajęczał. Shrija bez namysłu sięgnęła do łodzi po wiosło, a następnie z rozmachem przyłożyła nim mężczyźnie w skroń, tuż obok świeżo wykwitłego guza. Wioślarz przestał jęczeć.

  – Chyba go zabiłaś...

  – Nic mu nie będzie, do Beltane się zagoi. Wsiadaj – wrzuciła wiosło do łodzi, a sama zgrabnie doń wskoczyła.

  – Chcesz popłynąć ze mną? Nie mogę na to pozwolić, Shrija. Poza Żywolasem jest dla nas niebezpiecznie.

  – Przestań biadolić i wsiadaj, bo w końcu ktoś cię tu wypatrzy i do rzyci popłyniesz. Nie wiem dlaczego uciekasz, ale nie puszczę cię samej w tym stanie. Wsiadaj mówię, opowiesz mi wszystko po drodze.

 

*  *  *

 

  Gweya stała na szczycie wzgórza i patrzyła na odpływającą łódź. Jej twarz była poważna, prawie nieruchoma, jedynie usta poruszały się nieznacznie, deklamując zaklęcia ochronne przeznaczone dla dwóch siedzących w łodzi dziewczyn.

  – Zrobiłam, co do mnie należało, reszta w rękach Bogini – powiedziała do siebie, a może do wiszącej na niebie srebrnej tarczy.

  Drgnęła, słysząc za sobą czyjeś kroki.

  – Dobrze się spisałam, matko?

  – Doskonale, Veilo. Wszystko ułożyło się po naszej myśli. A nawet lepiej, bo Shrija popłynęła razem z nią. Dobrze, będzie nad nią czuwać. To dobra przyjaciółka.

  – A jaka waleczna – Veila dotknęła spuchniętej wargi – Musiałam jej nieźle naubliżać, żeby sprowokować tę całą jatkę. Mam nadzieję, że się opłaciło.

  – Ja też mam taką nadzieję – pokiwała w zamyśleniu głową Gweya.

  Veila wyciągnęła szyję w kierunku odpływającej łodzi.

  – Dlaczego Mistrz Ateron przypłynął taką starą łajbą? Czy Avalon nie ma swoich łodzi?

  – Ma, dziecko, ale gdyby przypłynął jedną z nich, Mavika niechybnie domyśliłaby się, że to stamtąd przyszły złe wieści i udałaby się gdzie indziej.

  – A skąd pewność, że uda się właśnie na Avalon?

  – O to akurat byłabym spokojna – Pani Żywolasu ciągle patrzyła na znikające w dole rzeki dziewczyny – Poza Żywolasem drzewieniec przeżyje tak długo, jak długo nie rozpozna go ktoś, kto nie boi się gniewu Bogini. Jesteśmy jak chodzące eliksiry młodości, pomyśl, ile warte są nasze ciała. Tylko na Avalonie będą bezpieczne. Wszystkie trzy.

  – Więc to prawda? Dziecko Maviki jest inkarnacją Pani Avalonu?

  – Oczywiście, Veilo – Gweya spojrzała na córkę z naganą – Może jestem podłą intrygantką, ale kłamię tylko tyle, ile muszę.

  – Więc jest również prawdą, że to dziecko ma być ofiarą w Rytuale Odnowienia?

  – Tak. Tyle, że za jakieś dwadzieścia lat.

  Veila wytrzeszczyła na matkę oczy.

  – Więc po co ta cała maskarada?

  – Bo ludzie rzadko pamiętają poprzednie wcielenia. Dlatego córka Maviki musi być wychowywana na Świętej Wyspie, żeby w razie czego zostało jej to przypomniane. My tutaj... nie potrafimy tego zrobić. – przyznała niechętnie.

  Noc rozgościła się na dobre, na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy. Jin-Jang, pomyślała Gweya, wygrzebując z pamięci starą mądrość po przodkach ludzi-smoków. Po nocy dzień, po zimie wiosna, rodzimy się, żeby umrzeć, koło się zamyka. Jakże jestem tym wszystkim zmęczona. Odwróciła i poczęła szybkim krokiem schodzić ze wzgórza.

  – Matko?

  – Słucham, Veilo?

  – Czy nie prościej byłby po prostu zabrać dziecko i wysłać na Avalon?

  Pani Żywolasu z wyraźnym niesmakiem spojrzała na córkę.

  – Veilo, Mavika wiele ostatnio przecierpiała – rzekła, starając się nie okazywać zniecierpliwienia – Ojca jej dziecka wieśniacy zakopali żywcem, tam, na tamtym wzgórzu – wskazała ręką przed siebie – miałabym teraz zabrać jej dziecko? Nie, kochanie, okrutna jestem również tylko tak bardzo, jak muszę.

  – Ale ona i tak cię nienawidzi – Veila starała się dotrzymać matce kroku.

  – Do tego, moja droga, już dawno zdążyłam przywyknąć. Nie jestem po to, żeby mnie kochać. Pośpiesz się, Ateron został sam.

  – O niego się nie martw. Upił się i śpi.

  – Typowe – skrzywiła się kapłanka. Po chwili obie zniknęły w brzozowo – dębowym gąszczu.

 

*  *  *

 

  Łódź zniknęła za zakrętem rzeki, unosząc ze sobą dwie otulone srebrnym blaskiem postaci.

  Gdzieś w sercu Żywolasu ozwał się wilk; rozpoczął swoją rzewną pieśń, wypełniając nią całą przestrzeń pomiędzy ziemią a księżycem. Po chwili odpowiedział mu jakiś wilczy brat...

 

  Katarzyna Szczepańska

 
 Autor: Katarzyna Szczepańska
 Data publikacji: 2006-12-05
 Ocena redakcji:   
 Ocena użytkowników:

 Zobacz inne utwory autora »
 Skomentuj »


 KOMENTARZE
Ułóż od najnowszych ↑

 Jakiś C.D.N?
Myślę, że to co wydarzy się potem, po tym wstępie będzie równie ciekawe jak sam wstęp. Czekam na ciąg dalszy.
Autor: Uthar
 DRUGIE MIEJSCE W KONKURSIE
Ten utwór zajął drugie miejsce w ogólnopolskim konkursie literatury fantastycznej "Ze słów - światy" organizowanym przez www.mythai.info w roku 2006.
Autor: Whitefire
 Bardzo, bardzo
Podobało mi się bardzo, bardzo i to począwszy od wierszowanego wstępu-rewelacja. Nie wiem czy dlatego, że też jestem kobietą i matką. Nie ma to znaczenia, chcę dalszego ciągu.
Autor: Martha
 Więcej o konkursie
Utwory w konkursie "Ze słów - światy" były oceniane przez 3 jurorów i w moim własnym rankingu to opowiadanie było czwarte. Moje notatki po nim wyglądały mniej więcej tak:

- / + Pomysł dobry, ale odrobinkę mu brakuje - jakiegoś atrakcyjniejszego zakończenia, kulminacji.
+ Dobry styl, żywy język, czyta się ciekawie.
+ Oryginalne koncepty, ciekawe powiązania z mitologią celtycką.
Świat został stworzony...

Powyższe uwagi są jednocześnie uzasadnieniem przyznania dwóch kałamarzy.


Teraz dodam jeszcze, że najbardziej zniechęcającą według mnie rzeczą jest ta próżnia, która pozostaje na sam koniec. Jako redaktor mam serdecznie dosyć "początków" i prób, które "czekają" na zakończenie, kulminację, rozwinięcie. Na całe szczęście w tym tekście da się to odczuć tylko minimalnie.

Nie odbiera to jednak uroku i oryginalności. Dodam, że praca ogromnie podobała się mojej żonie...

Gratuluję! Czekamy na więcej!
Autor: Whitefire
 a c.d.n??
bardzo mi sie podoba i czekam na ciag dalszy :P mam nadzieje ze sie doczekam:d
Autor: sylvia
 :)))
Opowiadanie naprawdę świetne,bardzo mnie wciagnelo. Czekam na ciąg dalszy.
Autor: Zaniepominajka
 Po prostu świetne
Naprawdę warte uwagi. Nie żałuję, że przeczytałam i czekam na dalszy ciąg (mam nadzieję, że będzie?).
Autor: Saure
 No cóż...
Ech, zazdrość mnie bierze, przyznaję się bez bicia. Świetny klimat, znakomity styl i to "coś", co nie pozwala oderwać się od lektury. Nawet brak zakończenia jest jakby zamierzony, zmusza czytelnika do wysilenia wyobraźni i dopowiedzenia sobie reszty. Co oczywiście nie znaczy, że nie przeczytałabym dalszego ciągu, gdyby przypadkiem powstał.
Autor: Carlin Leander Data: 18:28 27.02.08
 Hm...
Przyznaję, że język utworu i słownictwo jest faktycznie żywe i nadaje dynamiki, denerwuje otwarte zakończenie i nagromadzenie faktów, o których bliżej niewiele wiadomo...Zaczekam na kontynuację, jeśli takowa będzie.
Autor: velveten Data: 09:04 15.12.08
 Proszę o jeszcze
Świetne naprawdę świetne i czemu nie ma dalszego ciągu :( bo naprawdę ta historia bardzo wciąga.
Autor: kero Data: 23:45 6.05.13
 Cudo ^^
Wspaniałe *-* Przeczytałam jednym tchem, nie mogłam się oderwać ^^ Naprawdę świetne, wciągająca treść opowiedziana żywym językiem z użyciem bogatego słownictwa. Bardzo podoba mi się cały kontekst, w którym została osadzona ta historia. Jestem zachwycona!

Jednak szczerze mówiąc nie chciałabym dalszego ciągu. Opowieść jest świetna taka, jaka jest, a niedopowiedziane zakończenie pobudza wyobraźnię. Każdy może sobie dopowiedzieć taki koniec, jaki chce.

Jestem wdzięczna autorce za tak udaną opowieść ;)
Autor: Lee Data: 21:43 25.08.13


« Powrót



Nasi użytkownicy napisali 76935 wiadomości na forum oraz dodali 441 publikacji.
Zapisało się nas już 1930

Ostatnio do paczki dołączył Tregis-kowal

 
Po stronie kręci się 4 osób: 0 zarejestrowany, 0 ukrytych, 4 gości.
 


       Dział Literatury:

   •   Recenzje Fantastyki
   •   Autorzy Fantastyki
   •   Artykuły
   •   Poczytaj fantasy
   •   Poczytaj SF
   •   Poczytaj różne
   •   Cała proza
   •   Poezja
   •   Fan fiction
   •   Publikuj własne dzieło »

Myśl

Książkę tę należałoby wpierw wymłócić.

  - G. C. Lichtenberg
  
Strona główna | Mapa serwisu | Wersja tekstowa | O stronie | Podziękowania
Sponsoruj mythai.info | Informacje o prawach autorskich | Kontakt

© 2004 - 2016 Mariusz Moryl

Ten serwis wykorzystuje pliki cookie w celu ułatwienia identyfikacji użytkownika.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia.
 
zamknij
Masz nowych listów.