|
|
 |
|
|
 |
Maz Emphoria
|
| Prolog
Słońce rozpalające błękit, wypełniło drżącym blaskiem gorące powietrze nad jałowymi piaskami.
Silnik pyłowy zahuczał kilkukrotnie i zamilkł, gdy Nathan przełączał sterowniki w konsoli. Mechanizm wydawał się być zablokowany, tak pomyślał już wcześniej, gdy niecałe dwie godziny temu płoźnik nieoczekiwanie stanął. Ostrożnie przechylił głowę do wnętrza wentylu i obejrzał śmigło.
Ostatnie dni spędzone w nieludzkich warunkach, pod prażącym słońcem, wśród piasku i wszechobecnego pyłu dawały mu się mocno we znaki. Drżącą dłonią, przesunął szczotą po śmigle i oczyścił silnik z zabrudzeń.
Mięśnie ramion protestowały przeciwko każdemu ruchowi, gdy zamykał klapę z przełącznikami i szurając butami, owiniętymi materiałem, po piasku ruszył do kokpitu.
Czerwona lampka szaleńczo migała na konsoli, buczącym dźwiękiem alarmując o zdarzeniu. Nathan spojrzał na ekran radaru i przerażonym wzrokiem śledził pulsującą kropkę poruszającą się na wizualnej mapie, wzdłuż linii wydm, prosto na nich.
- Ahir-Thoot! -krzyknął gwałtownie odwracając się w stronę wydm.
Wspiął się do kokpitu, czując drapiący pot zmieszany z pyłem na szyi. Szybkimi, wprawionymi ruchami sięgał do każdej z konsol, świecącej się wokół niego. Ziarna piasku osiadłego na zewnętrznej stronie szyby zagrały na jej powierzchni, gdy przeciągający się, dudniący dźwięk zaczął się zbliżać. Alarmowe buczenie coraz mocniej pulsującej, ciemnej kropki na mapie, nasiliło się.
Nathan siadł za sterami, znajome uczucie ssania wypełniło mu żołądek gdy turbiny silników uruchomiły się z rykiem.
Odwrócił się na dźwięk szurających kroków po piasku, okryta piasko płachtą olbrzymia postać bardzo szybko zbliżyła się do pojazdu.
-Znalazłeś? Musimy ruszać, natychmiast! - rzucił Nathan patrząc na olbrzyma, zarazem zwiększając ciąg.
-Nie, ruszaj! - olbrzym odciągnął kaptur piasko płachty odsłaniając swoje kocie oblicze o ciemno niebieskim futrze. Jego potężne mięśnie poruszyły się pod materiałem gdy zamknął klapy.
Dudniący dźwięk spod piasku nasilał się z każda chwilą. Gładką ścianę grającego piasku przebiła ze skowytem paszcza olbrzymiego czerwia. Kilkadziesiąt metrów za nimi, kilkadziesiąt metrów, nim stamtąd odjechali. Robakowate ciało sunęło ku nim uderzając połami rozwartej paszczy o wydmy.
Nathan przerażony odwrócił się za siebie, spoglądając w otchłań gardzieli potwora.
-Zwiększ prędkość - niebieski olbrzym powiedział mruczącym głosem , kładąc mu uzbrojoną w długie pazury łapę na ramieniu - Spokojnie.
Mężczyzna odetchnął głęboko i skinął nieznacznie głową.
Słońce zagrało na podrapanym metalu brudnego płoźnika, gdy zjechał gwałtownie z jednej z wydm, w żwirową dolinę. Czerw zwolnił i zanurzył się na powrót w piasku, z głośnym dudnieniem. Ruchomy pagórek grającego piasku, wycofał się i skierował w głąb pustyni.
-To tamte skały, jesteśmy już poza jego zasięgiem. - rzekł olbrzym.
-Jesteś pewien?
-Jestem pewien - odparł spokojnie.
Rozdział I
Nathan niepewnymi ruchami poprawił mundur. Po wielu dniach w piekielnym upale, zdążył się przyzwyczaić do brudu i wszechobecnego pyłu, który lepił się do ciała. Zapewniał pewien komfort, bezpieczeństwo w bliskości do ciała. Teraz już tego nie było, jedynie gładki materiał munduru. Luźnym krokiem minął korytarze pałacowe i skierował się do sali widzeń, gdzie oczekiwali wysłannicy z południa.
Przy wielkim mahoniowym stole siedziało kilka postaci. Trzech wysłanników z południa byli widocznie bardzo zmęczeni. Obok nich, w pewnej odległości siedział Kalahrian. Jego przenikliwe oczy koloru oceanu, z niechęcią patrzyły na trójkę mężczyzn. Gdy Nathan usiadł, z cienia, wyłoniła się jeszcze jedna postać. Kaliri cicho zbliżył się do jego prawego boku. Tak jak on, zmył już z siebie ślady pustynnego wypadu. Mimo całej przytłaczającej sytuacji, słaby uśmiech zadrgał na opalonej wiatrem twarzy regenta.
-Mój panie, przybywamy z Bas - Urthan - powiedział jeden z mężczyzn wstając.
Nathan mimowolnie, odwrócił z ciekawości głowę w jego stronę.
-Nadchodzi zmiana pór, nadchodzi zima na nizinie wieczności. Z lodowych krańców zaczynają schodzić już lodowce, przybywamy prosić o przydzielenie nam pewnej ilości ludzi i sprzętu.
-Stacja badawcza Irinis Ian - mruknął niedosłyszalnie dla reszty Kaliri.
Kalahrian wstał, okrążył stół i podał regentowi plik papierów.
-W ciągu ostatnich 3 miesięcy - spojrzał pogardliwie na przybyłych - stracili dziesięciu ludzi i wiele cennego i kosztownego sprzętu. Podobno na przełęczach grasuje jakiś lodowy morderca.
-Biała wiedźma! - odezwał się ze wściekłością jeden - W tym tygodniu zabiła dwóch naszych zwiadowców. Jeden z nich, Berghan był moim bratem!
-Jesteście tam by pracować naukowo, a nie przeczesywać góry! Z tego co wiem Ci ludzie byli uzbrojeni - Syknął Kalahrian wściekle.
Sale wypełniły ostre odgłosy kłótni, zza drzwi dwie kobiety ostrożnie zerknęły z korytarza.
-Cisza! - Nathan wstał, twarze kłócących zwróciły się w jego stronę - Co to za sprawa, z tymi zabójstwami wśród przełęczy?
Mężczyzna, który wyglądał na przewodzącego całej grupie westchnął.
-Od ostatnich 3 miesięcy, wielu z naszych ludzi, braci nigdy nie wrócili z gór. Zwykle wybierali się na normalny patrol czy też badania w terenie, jednak nigdy nie wracali.
-Jak odnajdywaliście ciała?
-Po nadajnikach, mają je wszyte w kołnierze kurtek polarnych - rzekł starzec.
-Mało efektowne, takie nadajniki mogą bardzo łatwo się...
Nathan uciszył Kalahriana gestem.
- W jakim stanie były ciała?
-Niektóre wyglądały jakby je coś rozszarpało, inne były tylko przeszyte strzałami.
Regent westchnął i obejrzał się nieznacznie za siebie, Kalirii stał prawie nieruchomo, jego złoto brązowe oczy czujnie śledziły każdego na sali. Jedynie jego ogon rytmicznie falował. Nagle głosy słyszane przez niego ucichły, widział słońce wpadają przez okna i gdzieś na dalekim horyzoncie, niewidoczne góry. Cały jego świat skurczył się do ułamkowej chwili czasu, do doznania koszmarnego widoku rozszarpanych ciał na śniegu i jakiejś demonicznej postaci stojącej nad nimi.
-Mayem?
Nathan nieprzytomnym spojrzeniem omiótł salę.
-Tak?
Starzec stał i mierzył regent niepewnym spojrzeniem.
-Przepraszam, zamyśliłem się.
-Jesteś zmęczony panie, pozwól, że ja zajmę się tą sprawą - Kalahrian wziął do ręki stos papierów, zaczął je spokojnie układać, jednak jego głos zdradzał wzburzenie. Starzec spojrzał na niego z lękiem.
-Nie... - Odegnał gestem te słowa. - Pojedziemy tam.
Nad mahoniowym stołem zaległa cisza. Mężczyźni z lekkimi uśmiechami zdziwienia spojrzeli się pierw na siebie, a następnie na regenta.
-Ależ mój panie! Przecież... - Kalahrian naprężył się, niczym wściekłe zwierze gotujące się do walki.
Nathan poczuł nieznaczny ale widoczny ruch, olbrzyma za sobą. Przesuwającego łapę na włóczni.
- Pojedziemy tam, to jest moja ostateczna decyzja.
*
Surowo urządzony korytarz pałacowy pełen był niespokojnych ludzi, zmierzających w różnych kierunkach. Cechował ich kontrast zarówno ubrań jak i zachowań. Żywo dyskutujące grupki mężczyzn mijały ciche, pojedyncze postacie, które tylko oglądały się z zaciekawieniem.
Nathan uniósł głowę z nad raportów i uśmiechnął się słysząc pełne entuzjazmu rozmowy żołnierzy. Powód był jeden, dzisiejszego dnia leci on do Bas – Urthan, a wielu z tych młodych ludzi poleci z nim. Prawie zaklął w myślach, gdy jak weteran pomyślał o tych młodzikach.
Cholera, przecież od wielu z nich, jestem dużo młodszy.
-Każdy może poczuć się starzej wobec kogoś innego - drgnął na dźwięk głosu. Starsza kobieta stanęła w przejściu, oparła się bokiem o framugę i przyglądała się wnętrzu pokoju.
- Cześć Baath - powiedział Nathan.
Ujął ją za rękę i zaprowadził do krzesła. Zawsze przy Baath starał się jak najmniej myśleć, wykonując wszystkie czynności prawie, że instynktownie. Jednak mimo to czuł na sobie jej zakryte mgła spojrzenie. Czuł na sobie jej niewidzące oczy.
-Gdy jest się w centrum uwagi, wydaje się rozkazy, polecenia, człowiek może poczuć się bardziej doświadczony, starszy - powiedziała kobieta.
-Czasem to przytłacza -
-Och, przestań., będąc tym kim jesteś powinieneś się nauczyć już dawno, że każda rzecz stara się na tobie wywrzeć wpływ. A ty musisz znaleźć siłę by się temu przeciwstawić.
Roześmiał się. Gdy Baath się zestarzała, zbyt łatwo przechodziła na filozoficzny ton, często go pouczając.
-Chodziło mi o to, że czuje się zmęczony ciągłym sprawdzaniem i podpisywaniem raportów. Wolałabym już wrócić z powrotem na pustynię. Tam czułem się bezpieczny.
-Na skraju zagrożenia? - Zapytała.
Niechętnie zgodził się z tym. Pustynia była przedsionkiem piekła. Mimo iż wydawała się pusta, to zawsze czuł cień strachu. Przerażone oczekiwanie na alarmowe buczenie radaru w cieniu kokpitu. A zarazem wieczne poczucie zagrożenia, strachu o własne życie dawało mu swego rodzaju bezgraniczne podwaliny zaufania do samego siebie. Strach przed strachem był niezwykle niebezpieczny, paraliżował go.
Kalirii zaczął to dostrzegać już, gdy spędzali noc na płaskowyżu. Rozpalił wtedy dwa ogniska.
-Ogień symbolizuje siłę a zarazem jest jądrem, pierwiastkiem energii, z której wzięło się istnienie - powiedział siadając pomiędzy ogniskami.
Kazał wtedy usiąść Nathanowi i oprzeć się plecami o jego plecy. Pokracznymi ruchami jakoś mu się to udało. Dłonie miał zmarznięte, a nogi odmawiały posłuszeństwa. Coś w jego umyśle krzyczało, gdy gwałtownie odwracał się na każdy nawet najcichszy dźwięk.
-Spokojnie. Jestem przy tobie - mruknął uspokajająco olbrzym.
Jednak przerażenie nie mijało. W końcu dosięgło go zmęczenie, poczuł słodki ciężar snu, odrętwienie. Poczuł ciszę i każde drgnięcie ziemi, piasku. Usłyszał pieśń wiatru wymieszaną z cichą litanią Kaliri'ego do Wielkich. Usłyszał bicie serc. Usłyszał głębię życia i siłę swych mięśni. Poczuł jak wielkie ciało olbrzyma pochyla się nad ogniem i delikatnie podsyca go podmuchami. I w jego umyśle zabrzmiały słowa - Ogień jest prapoczątkiem wszystkiego, my jesteśmy punktami złączonymi. Ja oddaję Ci moją siłę, a ja Tobie swoją.
I ujrzał wielki cień zbliżający się od wschodu.
-Kim jesteś? - Wyszeptał.
-Nie wiem, ty nadaj mi imię.
-Jesteś moim strachem i przerażeniem. A w dłoniach trzymasz moje serce.
-Jestem bratem razem ze śmiercią i obojętnością. Strach jest zarazem śmiercią, a śmierć jest obojętnością.
-Kto jest silniejszy od miłości, wiary i nadziei?
-Ty - odparł Nathan wpatrując się w cień.
Wtedy cień zbliżył się jeszcze bardziej ukazując swą straszną twarz.
-Kto jest silniejszy ponad wszelkie istnienie? Kto rządzi losami każdego istnienia, przecina nici czasu i przestrzeni?
-Ty.
-A kto jest silniejszy ode mnie?
-Ja - odparł już bez strachu.
Wtedy cień odsunął się od niego i rozpłynął się.
Wtedy Nathan zasnął.
-Byłby dumny gdyby wiedział, że zrozumiałeś tę lekcję.
Mimowolnie odwrócił głowę w jej stronę.
-Czytałaś w moich myślach? – Zapytał zdziwiony.
-Nie czytałam, sam mi je pokazałeś.
Zaczerwienił się zawstydzony. Zapomniał, że zanurzenie się w rozmyślaniach przy Baath to jak postawienie jej na środku sali gdzie toczy się głośna debata.
Obejrzał się na grupkę żołnierzy przechodzących korytarzem, wróciła jedna ważna myśl.
-Baath, czy wiesz, jaka broń była by najlepsza na wyprawę w góry? - Zapytał Nathan. - Mówiono mi, że łuskowce są zbyt niebezpieczne, ich wystrzał może sprowadzić lawinę.
Staruszka uniosła głowę i instynktownie zwróciła się w jego stronę.
-Chyba, że akurat tego chcesz.
-Nie rozumiem, jak można chcieć sprowadzić lawinę?
-Przyroda nie jest nikomu podporządkowana, nie słucha niczyich poleceń. Jednak czasem można wykorzystać jej działania do własnych celów.
-Sprowadzając lawinę na wroga.
-Dokładnie - przytaknęła.
Baath oparła dłonie na stole i cicho wystukiwała palcami sobie znany tylko rytm. Czekała na następne pytania.
-Mój ojciec kiedyś używał miecza - powiedział Nathan niepewnie.
-Każdy wojownik powinien mieć miecz. Poproś Kaliri'ego, on najlepiej dla Ciebie wybierze.
Sięgnął po szklankę z wodą i pociągnął łyk.
-Tak zrobię.
-I zmień ten mundur na coś wygodniejszego, chyba nie chcesz tak się tam udać? Wyglądasz jakbyś miał problemy z oddychaniem.
Pokręcił tylko głową i uśmiechnął się, widząc jej uśmiech.
*
-Nie mogę uwierzyć, że sami w dwójkę udaliście się na tą przeklętą pustynię! - Krzyknęła urażona Mirin. Zacisnęła dłoń na przegubie ściskając materiał szaro niebieskiego kaftana.
Nathan tylko wzruszył rękoma i odwrócił się od dziewczyny w stronę okna. Westchnął wściekły sam na siebie, że powiedział jej o całej wyprawie. Mimo iż była jego wieloletnią przyjaciółką zbyt łatwo przejmowała się wszystkim. Takie chwile jak ta bardzo łatwo kruszyły stale odbudowywaną przez niego więź.
-Jeszcze ta historia z czerwiem! A co jeżeli by Ci się nie udało naprawić płoźnika? Kilarii musi być naprawdę... - Urwała w pół słowa, gdy ronso wkroczył do sali.
-Muszę być naprawdę, jaki? Szalony? Musiałem postradać rozum, że zabrałem władcę na najniebezpieczniejszą pustynię w Eramoth?
Mirin spuściła wzrok zawstydzona. Jeszcze mocniej zacisnęła palce na przegubie.
-Przepraszam, nie to chciałam powiedzieć... Ach na lugurnaki! Tak, chciałam to powiedzieć! - Wybuchnęła po chwili - Jak wy możecie narażać się na takie niebezpieczeństwa?!
Nathan odwrócił się i spojrzał na nią dziwnym spojrzeniem.
-By pokonać własne słabości. - Powiedział, czuł na sobie spojrzenie Kilari'ego. Baath mu powiedziała. Na pewno, ale to ja jestem bardziej dumny, że jest on moim przyjacielem.
Dziewczyna odwróciła się, sięgnęła po szklankę i usiadła przy stole.
-Rozumiem, ale i tak martwię się.
Mężczyzna uśmiechnął się słabo w odpowiedzi, odwrócił głowę i spojrzał na przyjaciela. Jak zwykle miał do ramion przypasane jasne pióra dodające mu godności. Po chwili Nathan zauważył, ze trzyma coś w ręce.
-Co to? - Wskazał na przedmiot.
-Mówiłeś, że potrzebujesz miecza - rzekł Kilarii swoim mrukliwym ciepłym głosem. Postawił na stole kunsztownie zdobione etui. Zamki szczęknęły przy otwieraniu, jego oczom ukazał się lekko zakrzywiony, długi miecz, leżący na wyściełaniu z białej tkaniny. Na klindze wyryto napisy w nieznanym mu języku, a pod nimi w równych odległościach w stali osadzone były błękitne kryształy. Mirin podniosła się by lepiej przyjrzeć się broni.
-To jest Kaithan. Odpowiednio wyważony, powinien dobrze Ci leżeć w ręce. - Podał miecz Nathanowi. Ten wziął go ostrożnie do ręki, i obejrzał.
-Te kryształy są podobne do tych, które używamy w broniach. - Zamyślił się, przejeżdżając palcami po nieznanych literach. - Co tu pisze?
Mirin przyjrzała mu się przez ramię literą.
-Nie jestem pewna, ale to wygląda na antyczne pismo Elessium.
Kilari i Nathan spojrzeli się na nią niepewnie.
-Tak mi się wydaję - Powiedziała we własnej obronie - Podobne litery widziałam w starych książkach w bibliotece. Gdzie go znalazłeś?
-Leżał na tyłach zbrojowni. Natrafiłem na niego przez przypadek. - Rzekł Kilari, sięgnął łapą po etui od broni i dokładnie je obejrzał.
Nagle do pokoju wszedł młody mężczyzna ubrany w schludny brązowy mundur. Cała trójka odwróciła się w jego stronę zaskoczona
-Mayhem, pański statek jest już gotowy. Oficer pokładowy ustalił, że odlatujemy za godzinę.
Nathan obejrzał się po pozostałej dwójce.
-Dobrze, dziękuję za wiadomość.
Żołnierz ukłonił się i zniknął po chwili w korytarzu.
-Mam złe przeczucie, co do tej całej misji. - Mruknęła Mirin odchodząc od nich. Oparła się delikatnie dłonią o futrynę okna, patrząc jak powoli zapalają się lampy miejskie. Jej spojrzenie przykuła ciemna chmura na dalekim horyzoncie.
-Spokojnie, lecimy tam tylko zbadać, co się dzieje i uzupełnić zapasy sprzętu i ludzi. To wszystko - powiedział Nathan chowając, kaithan z powrotem do etui.
-To nie no - szepnęła Mirin.
Mężczyzna pokręcił głową nic nie rozumiejąc.
-To ta chmura. - Powiedział nagle Kilarii, jego wielka postać rzuciła cień na Mirin i Nathan'a. - Nadciąga wielka burza.
-Więc... Chyba powinienem zostać.
-Nie, lecimy tam. Co ma się wydarzyć to się wydarzy, nie da się uciec od zamierzeń losu.
Mężczyzna uśmiechnął się słabo.
-Nawet, jeżeli schowam się pod ziemią i zarygluje wszystkie drzwi?
Mirin uśmiechnęła się po chwili.
-Wtedy będzie pukać tak długo aż mu otworzysz.
Kilari objął dwójkę ramionami. Długo patrzyli na rosnącą chmurę na horyzoncie.
- Tę jedną burze, gdy nadejdzie, musimy przetrwać - powiedział olbrzym.
Rozdział II
Bas - Urthan. Miasto na skale. Stare kamienne schody prowadzące na szczyt Błękitnej wieży były wydeptane przez setki stóp, które tędy przeszły. Jeden ze strażników robił to samo co inni przed nim. Wspinał się na wieżę, na sam szczyt by obserwować okolicę. By strzec miasta przed niebezpieczeństwem.
Lampy na zewnętrznej stronie muru rozjaśniały mrok. Mężczyzna zatrzymał się i wyjrzał za okno. W dolinie zamajaczyło światło migające szybko. Zbliżyło się do miasta i z sykiem wjeżdżając na dolną platformę pod skałą zatrzymało. Szmer głosów tych co wysiadali z kolejki dobiegł aż tutaj. Strażnik wzruszył tylko ramionami i ruszył i szedł dalej po schodach.
Niebo rozdarł piorun, odgłos gromu głucho odbił się od ścian. Szczyt wierzy lśnił światłami, mężczyzna musiał zatrzymać się na chwilę i przetrzeć porażone blaskiem oczy.
Drgnął gwałtownie, gdy jeden z patrolowców z rykiem przeleciał obok wieży.
-Diabelne patrolowce - mruknął.
-Nerwowy dzień? - zapytał drugi mężczyzna.
Ten skinął tylko głową i sięgnął po lornoskop i wpatrzył się w horyzont.
-Widzisz tę chmurę? - drugi strażnik wskazał mężczyźnie - Jeszcze trzy godziny temu jej nie było. Urosła z nikąd. Z dołu dostałem rozkaz szczególnej obserwacji jej. Uważają, ze nie jest normalne by tak wielkiej skali burza uformowała się tak szybko.
-Aż prąd przechodzi po plecach gdy się na nią patrzy – rzekł mężczyzna.
Skierował soczewki lornoskopu na chmurę. Jasny płomień skręcił i rozerwał kłęb chmur. Ładunkowa implozja rozjaśniła jasno niebieskawym światłem ciemność. Kilka chwil potem grzmot przeszył powietrze.
-To na pewno nie jest normalna chmura. - Poprawił płaszcz - Wiatr się wzmaga. Jeżeli tak dalej pójdzie, możemy stracić dom.
-Myślisz, że nas ewakuują gdy siła wiatru zagrozi istnieniu miasta?
Mężczyzna zamilkł, nie znał odpowiedzi i nie chciał znać.
-Nie wiem Wayar. Mam nadzieję, że nie. - powiedział patrząc niepewnym wzrokiem horyzont tonący w ciemnościach.
*
Ciężki, ciemny pokój zanurzony był w oparach mgły pełzającej po każdym fragmencie wolnej przestrzeni. Na środku pomieszczenia było stanowisko, na którego szczycie, jasnym światłem świeciły się na przemian czerwone i niebieskie kryształy. Z cienia wynurzyła się zakapturzona istota, wyglądało jakby sama była cieniem, który odłączył się od braci. Zbliżył się do stanowiska i wyszeptał coś.
Po chwili obok niego stanęła druga postać.
- Isahlen na tish arth obesitehal ornum eht ier tandthem obiiiath lomiar. Sokiethian turit sleht jahit. - Istota zaintonowała pokaleczonym głosem.
(Burza daje nam schronienie i zakrywa nas przed wzrokiem stworzeń z ziemi. Jak myślisz są gotowi na nasz powrót?)
- Solaria anuthair sestohom yyesht, astheria ioiri eht mezith. Esterg oni iem term, merteril kanderhl sereseth bergoth. Teir vesterihili per kor it ethei feroith. Zeldher, ander qoiqirista berno dorin eht toth ehta jakilia, ehte kerioli! - wysyczała druga postać.
( Nie obchodzi mnie to, musimy odebrać to co się nam należy. Wyrwano nas z naszych ziem, z naszych domów. Te robaki rozpełzły się po naszej krainie. Zawsze, niczym pasożyty były wśród nas by kraść nasze idee, nasze życia!)
Dotknęła kryształu i wsunęła go bez wahania. Stanowisko rozjarzyło się pulsującym blaskiem płynącym ze światła impulsów płynących wzdłuż rys struktury. Postać zachichotała złowieszczo i odwróciła się zanurzając się z powrotem w cieniu. Światło oświetliło poszarpane kikuty wystające z pleców.
Postać, która pozostała długo stała nim złożyła rękę na krysztale. Niepewnym ruchem wcisnęła go.
-Saihen iem - powiedziała cicho i wycofała się w cień.
(Wybaczcie mi)
Chmura pociemniała jeszcze bardziej, ciemność stała się ciemnością prawie, że absolutną. Skrywają wszystko w zasięgu wzroku. Kłęby chmur co chwila przebiegało jasne, nierzeczywiste wyładowanie, rozjaśniające jasnym blaskiem implozji tę część nieba.
*
Poruszająca się przestrzeń. Jasna plama akwarelowej zieleni ustąpiła na chwilę rozmytemu złotu pól uprawnych. Wszystko to mijało, oddalało się i przybliżało. Aż w końcu znikło.
Nathan powoli odwrócił wzrok od szyby i oparł głowę o nagłówek fotela. Cisza wypełniająca kabinę wypełniła jego. Wlewając każde dźwięki, których nie było. W ciszy i zamyśleniu człowiek porusza się jak spokojne powietrze, delikatnie i powoli. Miał wrażenie, że nie ma czasu i przestrzeni, że obraz szaro niebieskiej kabiny, ozdobionej rysunkami rozpływa się i znika. Powstaje inny obraz, wizualizacja głębi. Sięgnąć do niej to jak odnaleźć samego siebie. Chciał to zrobić, widział jak jego własne oczy zmieniają się niebieską głębię, wyciągnął dłoń i dotknął pulsującego światła unoszącego się przed nim jak leniwy świetlik. Było ciepłe, delikatne i czyste. Jasny świetlik ułożył mu się na dłoni, a on ją zamknął. Wtedy poczuł jak jasny rozmyty świat, tężeje. Jak akwarelowe kolory nabierają ostrości, wyrazistości.
Kilari przyglądał mu się w ciszy, w jego oczach było dziwne niewytłumaczalne zrozumienie, uczucie wiedzy. Nathan poczuł jak szklą mu się oczy i uśmiechnął się słabo. Uśmiechnął się do całego świata.
Chmury ciemniały na niebie im bardziej zbliżali się do Bas - Urthan. Jasne, nienaturalne pioruny przecinały niebo, a grzmot jak ryk krwiożerczego potwora rozlegał się chwilę po nim.
Po pewnym czasie zaczął padać drobny deszcz, zamazał szybę i Nathan mimowolnie musiał odwrócić swoją uwagę od tego, co dzieje się na zewnątrz. Badał wzrokiem każdy fragment kabiny. Przyglądał się długie minuty jednemu rysunkowi, śledząc jego kolorowe linie. Raz wprawił w rozbawienie Kilari'ego, gdy przechylił się przez jego siedzenie i przez chwilę przyglądał się stolikowi.
Obudził się, nie wiedział, kiedy zasnął. Ocknął się, gdy jasny błysk rozświetlił kabinę. Cienie urosły w przerażające maszkary, rozejrzał się zdezorientowany.
-Kilari, co...
-Ciii... - Uciszył go szeptem.
Kolejny błysk rozświetlił kabinę i przez ułamek sekundy dojrzał, że Kilari przysłuchuje się czemuś. Nie wiedział, co się dzieje, więc czekał.
Po chwili dotarło do niego, że nie słyszy gromów. Wsłuchał się w ciszę, gdy kolejny rozbłysk rozświetlił kabinę, usłyszał przeraźliwy zgrzyt, miał wrażenie w tym zgrzycie ktoś krzyczy.
Nagle kabina się zatrzęsła. Nathan poczuł jak coś uderza o jego rękę, złapał się kurczowo oparcia. Po chwili wstrząs ustał. Z panelu nad jego głową zapaliło się przymglone światełko.
Po chwili, gdy oczy przywykły do światła zobaczył, że Kilari stoi przy drzwiach. Obok na jego siedzeniu leżała mała torba, która musiała wypaść z luku poręcznego nad nimi.
-Wszystko w porządku? - Zapytał olbrzym cicho.
-Tak, chyba tak. Co to było?
Kilari nic nie odpowiedział, wsłuchał się w ciszę i gestem otwartej dłoni nakazał mu zostać na miejscu. Nathan odwrócił się w stronę szyby i przetarł ją szybko ręką, wycierając parę. Po chwili usłyszał jak olbrzym wyważył drzwi. Nie powinien czekać bezczynnie, chwycił pistolet kryształowy i powoli szedł za olbrzymem. Nie było nic dziwnego, że jednym uderzeniem pięści Kilari wywarzył drzwi. Jego siła była niespożyta tak samo jak i wytrzymałość. Zawsze czuł w sobie podziw do niego. Przeszli przez ładownię, wszędzie rozrzucone były resztki skrzyń, a ich zawartość leżała na podłodze. Na szczątkach jednej ze skrzyń leżał półprzytomny strażnik.
-Wstrząs musiał rzucić go o skrzynię - Nathan przeniósł go w bezpieczne miejsce, zakładając opatrunek na stłuczenie. - Trzeba sprawdzić czy ktoś jeszcze ucierpiał i co się dzieje.
Kilari skinął i zniknął w następnym korytarzu. Mężczyzna zawrócił i poprawił opatrunek. Strażnik miał nie tylko stłuczenie ale także, teraz to dostrzegł, paskudną ranę na głowie.
-Dobrze, że światła awaryjne się palą - powiedział cicho do siebie. Jasny rozbłysk grzmotu wymieszał się z ciepłym światłem lamp sodowych.
Strażnik poruszył się niespokojnie i otworzył oczy. W spojrzeniu miał pytanie.
-Spokojnie, nieźle dostałeś. Co się stało? - Nathan podał mu wody.
-N... nie wiem. Ciągle te krzyczące pioruny. Myślałem, że oszaleje. I wtedy nas coś w nas uderzyło. Tam na dole - spojrzał się na podłogę.
-Uderzyło? Myślałem, ze to był wstrząs.
Strażnik syknął z bólu, gdy próbował kiwnąć głową. Nathan podłożył mu zimny kompres na kark.
-Przed wstrząsem poczułem jak mi wszystkie włosy stają na baczność. Wtedy coś zderzyło się z dolnym pokładem.
-Zaraz przyślę kogoś by się tobą zajął, ja muszę iść do kabiny pilota. - Powiedział wstając.
Strażnik rzucił na niego zlęknione spojrzenie jednak po chwili kiwnął głową na zgodę.
W korytarzu nie było widać śladu zderzenia. Przeszedł do kolejnej sali. Na odsuniętych krzesłach siedział żołnierz, medyk ostrożnie opatrywał mu rękę. Na widok Nathana medyk pośpiesznie zakończył opatrywanie rany i wstał.
-W ładowni, jest ranny strażnik. Nieźle oberwał, zderzenie rzuciło go na skrzynie z ładunkiem.
Mężczyzna skinął w milczeniu głową i zniknął w korytarzu. Nathan został sam w sali, żołnierz cicho pojękiwał. Minie trochę czasu nim leki przeciw bólowe zaczną działać.
Kolejny wstrząs uderzył nagle zwalając go z nóg. Nathan oparł się o stół próbując wstać. Gwałtowne szarpnięcie statku rzuciło nim o ścianę. Zgrzyt piorunu uderzył bardzo blisko.
Wszystko działo się jak w szalonym śnie. Starając się utrzymać, chociaż na kolanach podciągnął się będąc przygwożdżonym do ściany. Sodowe lampy mrugały jak wściekłe.
Ściany zaskrzypiały od naporu ciśnienia. Sytuacja wydawała się beznadziejna, statek po kolejnym potężniejszym uderzeniu przechylił się o trzydzieści pięć stopni w lewo. Trudno było utrzymać równowagę. Poczuł jak prąd przebiegł mu po skórze, czując narastający w sobie strach Nathan chwycił się krawędzi stołu, gdy poczuł, że podłoga ucieka mu spod stóp.
Z górnych pokładów dobiegły go krzyki, które przebijały się przez przeraźliwe skrzypienie metalu.
Po chwili lampy sodowe zamrugały ponownie i rozjarzyły się jasno. Nathan poczuł, że podłoga powoli wraca na właściwe miejsce. Oparł się dłońmi i wstał, drzwi kabiny były otwarte. W korytarzu migało zepsute światło, tak samo jak w innych kajutach, które mijał po drodze.
-Mayem! - Dwaj piloci krzyknęli na jego widok, gdy wszedł do sterowni.
Kilari stał za nimi. Trzeci fotel oficera pokładowego był pusty. Mężczyzna leżał w kącie. Z nosa ciekła mu krew, musiał stracić przytomność podczas ostatniego wstrząsu.
-Nic mi nie jest - powiedział Nathan widząc spojrzenie olbrzyma - Ale nie mogę tego samego powiedzieć o reszcie załogi.
-Nic nie możemy poradzić. W życiu czegoś takiego nie widziałem! - Zawołał pilot mocując się ze sterami. Kabiną zatrzęsło.
Za szybami niebo przecinały pioruny. Deszcz był teraz jedną ścianą utrudniającą manewry. Nagle jasna implozja ładunków skręciła jęzory kołtunów chmur niczym wybuch olbrzymiej bomby. Z ściany ciemności uderzyła w nich kula elektryczności. Statek stracił gwałtownie wysokość, gdy przechylił się o dwadzieścia stopni.
-Nie ma żadnego sposobu by się przed tym obronić! - Krzyknął drugi pilot - Nie możemy wydostać się z chmury! Prawie jakby nas uwięziła!
Nathan spojrzał na konsolę. Naglę uderzyło go podobieństwo tej konsoli sterowniczej do konsoli płoźnika. Wyszukał szybko wzrokiem dźwignię tarcz.
-Dlaczego tarcze są wyłączone?! - Chwycił bok fotela pilota, gdy uderzyła w nich kolejna kula elektryczności
-Co?! - Mężczyzna spojrzał się na niego oszalałym wzrokiem - Tarcze?!
-To jedyny sposób! - Rzucił Nathan przełączając guziki na konsoli - Musimy wytworzyć przeciwne wyładowanie elektryczne.
Pilot odwrócił się na niego przerażony.
-Tarcze wytwarzają wyładowania jonizujące powietrze! - Ryknął Kilari starając się przekrzyczeć grzmot. Zajął siedzenie oficera pokładowego i szybkimi ruchami uruchomił rząd konsolek.
-Tarcza teraz!
-Pięćdziesiąt procent mocy! - Zawołał drugi pilot wpatrując się w skręcające się chmury.
-Nie uda się nam! Kolejna kula energii się formuje! - Ostry skręt na lewą stronę zmusił Nathana by złapał się oparcia fotela.
-Osiemdziesiąt procent mocy!
-Uruchom Zewnętrzne osłony! - Krzyknął Nathan
-Nie mamy na to czasu! - Pilot walczył ze sterem. Statek zniżył się ostro starając oddalić się jak najbardziej od implozji.
-Dziewięćdziesiąt trzy procent mocy!
Ryk gromu przeszył powietrze, gdy jęzory światła pożarły chmurę. Przerażająco jasna kula energii runęła w stronę statku.
-Sto procent mocy!
-Kilari tarcze! - Krzyknął Nathan.
Rozdział III
Agothadir jest największym miastem portowym. Jednak jest tak stare, że gołym okiem jest widoczna farba łuszczącej się chwały. Centrum miasta zbudowane na naturalnym podwyższeniu terenu rośnie ponad otoczeniem, jednak dzielnice położone na niższych poziomach, często atakowane przez nieustanne sztormy, niszczeją z roku na rok.
- Cholera, Tzewith ruszaj się z tymi drzwiami. - Warknął wysoki mężczyzna osłaniając się przed deszczem.
Tzewith mokrymi dłońmi przekładał klucze aż w końcu znalazł właściwy i otworzył drzwi. Odsunął się wpuszczając grupkę dziesięciu mężczyzn, kilku z nich niosło ciężkie torby ze sprzętem.
Ciepłe światło lamp sodowych zalało stare wnętrze olbrzymiego gmachu. Stukot stawianych skrzyń uderzył echem po ścianach.
- Mares, ty zajmij się sprawdzaniem wschodniej strony. Hellt ty obejrzyj zachodnią. Ja sprawdzę północną, a Gernar południową.
- Co z nami? - Rzekł wysoki mężczyzna rzucając swój mokry płaszcz na skrzynię. Miał na sobie ciemno zielony kombinezon, przeszywany złotawymi nićmi.
- Gelgesh, ty, Algern, Oghlt i Verolrn – powiedział wskazując na nich - zobaczycie wyższe kondygnacje. Mężczyźni skinęli i ruszyli przez holl za resztą.
Pozostała trójka zaczęła rozpakowywać sprzęt. Tzewith usiadł na piedestale kolumny stojącej przy wewnętrznych lukach. Światło lam sodowych mieszało się z niebieskim blaskiem fontann. Pozostała dwójka rozpakowywała skrzynię, wyjmując i rozstawiając statywy i aparaty pomiarnicze.
- Hej, Leglgher! - Jeden z nich oparł się o skrzynię.
- No?
- Coś tu nie pasuje. Te plany mają w sobie jakiś błąd. Obliczenia się nie zgadzają.
Tzewith odwrócił wzrok na technika.
- Jak to się nie zgadzają, Perist? Przecież to są oryginalne plany budynku.
- Nie zgadzają się. Według tego, co tu pisze, ten budynek nie ma filarów piwnicznych, jedynie zwykłe podpiwniczenie żeby nie osiadał. Jeżeli to, co tu jest się zgadza to pod nami jest olbrzymia dziura wielkości hangaru dla małego trajektora.
Perist przysiadł na skrzyni wciąż studiując plany, sięgnął po miernik i zaczął obliczać długości. Leglgher długo nie odrywał wzroku od podłogi, aż w końcu wstał i sięgnął po echo sondę i odmierzył krąg na podłodze.
Skaczące światło poręcznych lamp odbijało się po ścianach, gdy grupka mężczyzn wchodziła po olbrzymich schodach na wyższe kondygnacje.
- Nieźle by było mieć taki dom - odezwał się po chwili Oghlt. Jego srebrzysty kaftan ostro kontrastował od ciemnych ubrań towarzyszy. Pod pachą trzymał zielono jarzącą się rurkę sodową.
- Nie jestem taki pewien. - Mruknął Algern.
- Dlaczego?
- Nie słyszałeś opowieści o tej budowli?
W korytarzu ucichło, wszyscy spojrzeli się na Algerna.
- Podobno, jest to jeden z siedmiu monumentów z dawnych czasów. Tylko cztery z nich przetrwały wielką wojnę. Podobno pod takimi monumentami były ukryte mechanizmy chroniące tamte miasta i schrony.
Gelgesh roześmiał się i uderzył towarzysza w ramię.
- Przestań wierzyć w takie bajki. Lepiej zabierzcie się do pracy.
Algern wykrzywił się, ale po chwili przytaknął. Grupka rozeszła się oglądając ściany rurkami sodowymi, szukając czy nie wystąpił na nich grzyb lub czy nie ma pęknięć. Światła latały szaleńczo po korytarzach, między kolumnami i po pokojach, gdy grupka oglądała strukturę budynku. Naglę echem po kamieniu odbił się piskliwy dźwięk nakładających się fal.
- Słyszeliście to? - Verolrn zawołał w głąb korytarza.
Po chwili wszyscy zbiegli się przy oknie rzucającym upiorne cienie.
- Słyszeliście to? - Powtórzył.
- Tak, we wschodnim skrzydle najmocniej. Prawie odrzuciło mnie od kamienia, gdy chciałem przytkną do niego ucho. - Rzekł Gelgesh.
- To musiała być echo sonda. - Oghlt odwrócił się i skierował się szybkim krokiem w dół korytarza. Reszta ruszyła za nim.
- Tzewith, jesteś tego pewien? - Zapytał Perist wbijając miotacz między kafle podłogi.
- Nie, nie jestem pewien. Ale chcę to sprawdzić - rzucił gniewnie. Odszedł parę kroków i zamyślił się głęboko. Jednak po chwili odwrócił głowę na dźwięk kroków grupy zbiegającej po schodach.
- Po jaką cholerę włączyliście echo sondę?! - Rzucił, Gelgesh zatrzymując się.
Perist podniósł na nich wzrok. Leglgher powoli wstał z planami i minął grupkę mężczyzn. Zbliżył się do ściany. Gładki kamień szpeciło nie wyróżniające się na pierwszy rzut oka wgłębienie. Jednak, gdy się bliżej przyjrzeć widoczne było, iż ktoś zamurował tu dodatkowe wejście.
- Tu! - Zawołał do reszty - Perist miał rację, że coś tu nie pasuje. Jeżeli pod nami jest olbrzymia wolna przestrzeń. To tu jest do niej zejście. W najstarszych planach widocznie jest pokazane, że tu kiedyś był korytarz.
Tzewith i Gelgesh umilkli i zbliżyli się do ściany. Gładki kamień wygłuszał każde dotknięcie, jednak trzy centymetrowa różnica w gładkości ściany ukazywała miejsce zamurowania.
Chwilę później ostry rdzeń miotacza wbijał się w kamień. Ostre odłamki pryskały na wszystkie strony tak mocno, że mężczyźni musieli się odsunąć. Płytki wyłożone na ścianie pękły po kilku pierwszych uderzeniach jak tafla szkła obsuwając się z hukiem na podłogę. Za nimi na jasnej cegle, ku zdziwieniu grupy, wypalony był w cegle znak. Olbrzymie koło, z jego boków dwa mniejsze a w nich krzyże. W centrum dużego koła było kolejne, a środek tego przecinała pozioma linia.
Ostrożnie wycięli zewnętrzną warstwę z rysunkiem i złożyli ją na gazie technicznej.
Rumor pękających i spadających kawałków cegieł roznosił się po całym hollu i reszcie budynku. Trójka mężczyzn, którą Tzewith wysłał na zbadanie dolnych części budowli wróciła i przypatrywała się w milczeniu powiększającemu się otworowi.
Jednym silnym kopnięciem Oghlt wyłupał resztę cegieł.
Sprzęt ucichł a mężczyźni wpatrywali się w zionącą czarną dziurę. Mężczyzna wyjął z kieszeni na ręce małą jarzeniówkę kryształową i wszedł do tunelu.
*
Ciężkie wilgotne powietrze uderzyło go w nozdrza, gdy przesuwając się powolnym krokiem wciągnął powietrze. Jasno jarzący się kryształ wiszący na rzemieniu oświetlał tunel przed nim. Szuranie ciężkich butów po połamanych kaflach i cegłach za nim dawało mu nie, jakie poczucie bezpieczeństwa. Reszta szła za nim, trzymając w rękach pochodnie kryształowe.
Z cienia wyłaniał się poszerzający się korytarz, którego ściany były ozdobione kunsztownymi malunkami z bieli i ciemnego błękitu. Wzdłuż półkolistej linii sufitu ciągnęło się pasmo srebrzystych nici, opasających, co jakiś czas zniszczone gniazda, w których, kiedyś musiało znajdować się źródło światła.
Oghlt schylił się i wdrapał na kolanach na nasyp z żwiru i cegieł zwału, który utworzył się wewnątrz korytarza, gdy lewa ściana w pewnym momencie pękła. Za zwałem korytarz skręcał, mężczyzna jęknął, gdy musiał ostro przekrzywić się w prawą stronę i czołgać się, plecy ocierały mu się, co chwilę o sufit. Kawałek wystającej cegły przeorał mu boleśnie żebra.
Wyciągnął nogi z otworu i zsunął się na twarde kafle podłogi, które po nie całym metrze przechodziły w wielkie schody. Tu też lewa strona ściany była zawalona. Ziemia przesypała się przez dziurę w strukturze częściowo zasypując lewy, podwójny tor schodów. Prawy był nienaruszony. W świetle zamajaczył ich zarys, schodzący głęboko w dół.
-Na co patrzysz? - Zapytał, Perist gdy wyczołgał się z tunelu. Rozejrzał się po zejściu, oświetlając pochodnią ściany. Dostrzegł lekko przysypaną wnękę po lewej stronie.
-Przeraża mnie ta ciemność. Gdzie reszta? - Rzekł Oghlt odwracając się za nim.
Mężczyzna minął nasyp ziemi i wszedł do wnęki.
Nie była to pusta przestrzeń w ścianie, przypominała ona raczej niewielką sterownię. W wewnętrznej stronie zamontowany był panel kontrolny. Na jego ciemnej powierzchni odbijały się nieznane symbole i wgłębienie, przypominające kształtem ludzką rękę.
Perist uniósł swoją niepewnie, przyjrzał się jej.
-Nie wiem czy to coś da. Ale spróbuję zaradzić tej ciemności.
Przyłożył rękę do wgłębienia, w dotyku przypominało lekko chropowaty materiał. Na dole wewnętrznej strony można było wyczuć rysy.
-Lepiej nic nie próbuj...
Mężczyzna naparł z całej siły na panel ręką. Płyta zatrzeszczała i zagłębiła się z trzaśnięciem.
Szczęk rdzewiejącego metalu rozniósł się po ścianach. Oghlt przerażony obejrzał się po suficie wyżej unosząc kryształ.
Nagle głośny ryk generatorów rozbrzmiał gdzieś z dołu, roznosząc po kanałach głośne westchnienie dawno nie używanej maszyny. Z krat nad Peristem posypał się kurz, mężczyzna potykając się i otrzepując wyskoczył z wnęki.
- Świeże powietrze! To są wentylatory! - Powiedział głośniej Oghlt. Drugi mężczyzna tylko kiwnął głową. Obejrzeli się gwałtownie na czeluść tunelu ze schodami, gdy z głuchym sykiem zaczęły zapalać się kolejne błękitnawo białe światła na schodach i ścianach. Ich blask był przyciemniony, zapewne z powodu upływu czasu.
Zejście ciągnęło się bardzo długo. Reszta dopiero wychodziła z szczeliny z korytarza.
Mężczyźni razem szli powoli rozglądając się, uważając by nie poślizgnąć się na leżących odłamkach i sprawdzać stan stropu i ścian.
W pewnym momencie schody zamieniły się w ziemie zmieszaną z gruzem, a raczej część ich była pod nim zakopana.
Oghlt uniósł wyżej swoją pochodnię kryształową i oświetlił to, co te drobne światło mogło odsłonić. Olbrzymia przestrzeń rosła przed nimi. W dole widać było gdzieniegdzie pozostałe schody schodzące w dół. Do olbrzymiej konstrukcji, z której wydobywało się światło.
-To przypomina mi jakiś olbrzymi port transportowy - mruknął Perist obracając się by obejrzeć resztę ścian.
-Chodźmy to sprawdzić - rzekł drugi mężczyzna ostrożnie schodząc po rumowisku.
-Nie wiem czy powinniśmy -
Z lękiem spojrzał na ruiny żeber konstrukcji.
-Boisz się? - Oghlt przystanął.
-Nie, chodźmy - Perist zagryzł szczęki i ruszył za towarzyszem.
Pomost wychodzący spod rumowiska, ciągnący się nad olbrzymią przepaścią kończył się w jasnym tunelu. Wszystko to znajdowało się najwyraźniej w naturalnej jaskini, lub też tworu powstałego by ukryć to, co się tu mieści. Gdy byli w połowie pomostu światło wewnątrz korytarza przygasło i zakryła je ciemność. Jasna łuna skurczyła się i zakrył ja cień.
-Co się dzieje?
-Nie wiem.
Z gruzowiska dobiegły ich szmery i jakieś poruszenie. Perist gwałtownie obrócił się, drżącymi dłońmi sięgnął do kabury u pasa.
Sish ihm, ihm ash amarr...
Mężczyźni gwałtownie drgnęli na ten szept. Oczy szaleńczo poruszające się w ciemnościach rozświetlanych tylko przez mglisty kryształ i pochodnię kryształową.
Sish ihm, ihm as amarr...
- Do cholery co to?! - Jęknął Perist wymachując bronią. Bezwładnie poruszał nogami, coraz bardziej przybliżając się do Oghlta. - Gdzie jest reszta?! Już dawno powinni tu być!
Uniósł pochodnię jednak pod jej światłem jedne cienie znikały a inne pogłębiały, mroczniały, zdawały się poruszać i zbliżać.
Sish ihm, ihm as amarr...
Mężczyzna nie wytrzymał i wcisnął spust do poruszającego się cienia.
Głuchy wystrzał rozniósł się echem po jaskini. W ułamku sekundy, w świetle, które rozjaśniło tak cos się poruszyło. Pocisk uderzył z olbrzymią siłą w ścianę, po sekundzie seria maleńkich wybuchów przeszyła jej powierzchnię.
Uver nat, hat ojkis ramar...
- Nie strzelaj idioto! - Oghlt wyrwał mu broń z rąk. Wycofywał się powoli w głąb korytarza za pomostem, wymachując pochodnią jakby odganiał owady. Perist był tuż za nim.
Coś poruszyło się w przejściu, cos bardzo blisko. Za blisko.
Mężczyzna odwrócił się na ten dźwięk.
- Na wszystkich bogów, co do...
*
Ciche, przerywane buczenie wypełniało słabo oświetloną sale medyczną. Dwie lekarki powolnym, cichym krokiem przeszły przez pomieszczenie, rozglądając się po wszystkich łóżkach. Jedna z nich podeszła do pojękującego cicho mężczyzny, z zabandażowaną głową i ramieniem na temblaku.
Przez okna wpadały do środka odgłosy grzmotów i piorunów. Skądś daleka dobiegał przeciągły sygnał syreny alarmowej.
Powinienem być tak gdzie mnie potrzebują. Co ze mnie za władca?
Nathan pokręcił głową, zsunął nogi z łóżka i próbował wstać. Druga lekarka podeszła do niego szybkim krokiem i kładąc mu delikatnie rękę na zabandażowanej klatce piersiowej, przytrzymała. W jej spojrzeniu było coś delikatnie proszącego. Oparł się temu wzrokowi i z powrotem się położył.
-Jeszcze przyjdzie czas na to byś walczył w obronie swoich ludzi. - Powiedziała i odwróciła się. Dziwny, było dla niego to, że w takim strasznym miejscu człowiek może czuć się bezpiecznie. Jedynie trochę przygnębiające jęki rannych leżących obok. Jednak nie odczuł różnicy, nikt mu się nie kłaniał, nikt nie używał tu tytułów.
-Ja będę o Ciebie dbać, a ty w zamian postaraj się jak najszybciej wyzdrowieć - rzekła kobieta, gdy skończyła opatrywać jego rany. Obejrzała dokładnie siniaki i zadrapania na jego ciele.
Trzy dni minęły od katastrofy w powietrzu. Trudno było mu uwierzyć, że wyszli z tego cało. Gdy kulisty piorun w nich uderzył, tarcza wchłonęła większość jego niszczącej energii, jednak ta, która pozostała oplątała statek niczym pająk swoją siecią. Wyładowania skaczące po każdym centymetrze metalu uszkodziły główne systemy. Późniejsze wydarzenia wydały mu się źle skalibrowanym hologramem. Ciemne chmury runęły im w oczy, grzmiąc i rycząc wrogo, chwilę później kłęby rozstąpiły się i ujrzeli zieleń lasów pod nimi, pędzącą z przerażającą prędkością im na spotkanie. Pamiętał, że jeden z pilotów ustabilizował dwa silniki, że już nie pędzili ziemi na spotkanie, chwilę później ujrzał migające na przemian czerwone i żółte światła lądowiska.
-Schodzimy! - Powiedział drugi pilot - Jednostka kontrolna... Jednostka kontrolna tu Gator Silvas...Mamy poważne uszkodzenia i żądamy natychmiastowego pozwolenia na lądowanie. Mamy wielu rannych... powtarzam Jednostka kontrolna tu Gator Silvas...
Z szumu zakłóceń usłyszeli niewyraźny głos.
-Jednostka kontrolna Bas - Urthan, macie zezwolenie na lądowanie....(szum)... uważajcie... (szum)... na siebie... straciliśmy...(szum)... statków... - Metaliczny szczęk poprzedził ciszę.
Obaj piloci walczyli ze sterami próbując jak najłagodniej opuścić statek na ziemię. Nieustannie padający deszcz falami zamazywał obraz, zasłaniając wszystko przed nimi. Jedyne, co widzieli to majaczące jak dusze umarłych światła lądowiska.
Lądowali gwałtownie, jeden z pilotów pomylił się, co do wysokości, i spadli na powierzchnię płyty z wysokości dwu metrów, kabiną mocno zakołysało, ale wytrzymali.
-Jednostka kontrolna tu Gator Silvas, jesteśmy bezpieczni na płycie lądowiska...
Jego głos utonął w rymu grzmotu, który przeszył niebo. Kabina zadrżała i gwałtownie wszystko runęło do przodu. Nathan w ułamku sekundy usłyszał głuchy jęk Kilari'ego, który uderzył bokiem o fotel pilota. Sam nie czuł nic, poza uczuciem tracenia gruntu pod nogami, gdy przednie podwozie pękło od naporu, gdy uderzyli o płytę lądowiska. Później już nie czuł nic, setka kolorów i własny jęk i uczucie bólu w klatce piersiowej.
- Gdzie chciałeś iść? - Zapytała kobieta poprawiając jego ciepły koc - Tam toczy się wojna, a ty nie jesteś w stanie nawet sam iść.
Jej miękki głos wyrwał go z zamyśleń, z próby przypomnienia sobie, co się wydarzyło. Znowu rozmawiała z nim, jakby był jej bratem, lub kimś bardzo bliskim. Tak bardzo to do niego przemawiało, nie mógł się oprzeć by nie odpowiedzieć.
-Nie powinienem tu być, powinienem być tam gdzie ludzie mnie potrzebują - rzekł Nathan.
-Powinieneś tam być, tak. Ale ludzie nie potrzebują Cię rannego i osłabionego, potrzebują Cię zdrowego, gdyż wtedy możesz więcej zdziałać.
Spuścił oczy, nagle niezwykle interesującym wydał mu się wzór na tkaninie, z której, zrobiony był koc. Lekarka położyła na chwilę swoją dłoń na jego, uśmiechnęła się i wstała.
Chwilę patrzył w jej oddalające się plecy. Sztywną ręką sięgnął po combasier leżący na biurku. Światło pomarańczowych kryształów zawieszonych na ozdobnych wieszakach rzucała ciepły blask na otoczenie. Łuna rozlewała się po jego śniadej ręce, igrając iskrami we włosach, skrywając cienie w zagięciach palców. Combasier zamigotał przy otwarciu, wyrzucił z siebie setkę drobin pyłu, które pędziły w dzikim chaosie, który uspokoił się po chwili u uformował się w przestrzenny plan stacji badawczej. Zbliżając cienki, metalowy rysik, poruszył punktami stacji. Obraz przemieścił się o kilkadziesiąt stopni, gubiąc na chwilę swą ostrość, gdy drobiny porwane przez niewidzialny wiatr gubiły się i na nowo formowały w obraz. Starając się dokładnie obejrzeć stację i otoczenie, poruszał punktami interferencji, metalowy rysik biegł swym ostrzem od punktu do punktu, obraz zaś za nim migotał i wyostrzał się. Jednak wciąż w tym planie budynku coś nie pasowało. Nie buduje się budynków z widną schodzącą do podziemi, z windą, z której według planów wyjście kończy się litą skałą. Nathan zamknął combasier i odłożył go na biurko obok stołu.
Nie zauważył nawet jak przy nim pojawiła się ta sama opiekuńcza lekarka.
-Masz gości - zaintonowała cicho.
Próbował się podciągnąć, by zobaczyć, kto wspina się po schodkach, do jego części sali, znajdującej się wyżej niż reszta pomieszczenia.
Za jej plecami pojawiła się postać, trochę niewyraźna, jednak po chwili dostrzegł ciemne włosy i szarawy kostium. Zaraz za nią ujrzał olbrzymią niebieską postać, której by nie pomylił z nikim innym.
-Cześć bohaterze - rzuciła z udawaną beztroską Mirin - prawie spaliłam silniki, żeby się tu dostać. Kalahrian nie chciał mnie wziąć z początku, jednak udało mi się go przekonać.
-Kalahrian jest tutaj? - Zapytał Nathan.
-Tak, razem ze swoją wierną gromadką, która nie odstępuje go ani o krok - mruknął pogardliwie Kilari.
Mężczyzna przyjrzał się dwójce. Mirin wyglądała na bardzo zmęczoną, jej ruchy były mniej pewne niż zwykle, za to jej włosy, które ciągle nerwowo odgarniała dłonią za uszy były w nieładzie. Olbrzym wyglądał tak jak zwykle, pewien siebie, pełen niespożytej siły i energii, po jego stłuczeniu nie było ani śladu. Jeżeli nawet odczuwał jakiś ból raczej nie wierzyłby się przyznał do tego.
-Jak się tu dostaliście? Akurat teraz?
Mirin wciągnęła głęboko powietrze.
-Gdy wczorajszej nocy burza zbliżyła się do Antorgen, gdy słuchałam o tym w hologramie przyszła do mnie Baath i powiedziała mi, że Kalahrian leci tu do Bas - Urthan, ponieważ coś się wydarzyło. Pierw długo się nie chciał zgodzić, jednak w końcu, co mnie zdziwiło, pozwolił mi lecieć.
Usiadła na łóżku naprzeciwko i oparła łokieć na biurku, teraz zauważył jak bardzo jest zmęczona. Cień zakrył jej twarz, włosy w nieładzie okalały delikatne rysy.
-Straciliśmy łączność, gdy byliśmy w połowie drogi. Ostatnie, co słyszałam to syrenę alarmu i wystrzały z dział przeciw lotniczych. Później już nic, głucha cisza. Hipnotyczna... Miałam wrażenie, że ktoś rozmawia w tej ciszy, wymawia cichą modlitwę w jakimś nie znanym mi, sykliwym języku.
Cisza przykryła cień i światło, otuliła ich niby ciepły szal, wygłuszyła. Olbrzym oparł się całym ciężarem ciała o swoją włócznię i wlepił wzrok w ziemię.
-Nie mamy łączności z żadnym z miast - cisza niby tłuczone szkło rozsypała się, ściana milczenia znikła. Odwrócili się na głos lekarki. - Dzisiaj rano próbowaliśmy skontaktować się z Inthailaris, urwało sygnał po kilku minutach, tak samo z Agothadir i resztą miast. Jedyny kontakt, jaki mamy to z stacją naukową w górach.
-Czy te góry są bogate w złoża różnych związków mineralnych?
-Tak, mamy tu kopalnię na własny użytek, wydobywamy z niej bardzo wiele potrzebnych dla nas związków. Jest też uzdrowisko, ponieważ jest wysoka jonizacja powietrza.
Nathan wymienili spojrzenia z Kilari'm.
-To wyjaśnia, dlaczego tu burza nie przybyła i nic się nie dzieje. To coś jest wrażliwe na jonizację, na przeciwny ładunek. Nasz statek wylądował cało tylko, dlatego, że uruchomiliśmy w ostatniej chwili tarczę.
-Tarczę? Myśleliśmy, że energia tarczy przyciąga pioruny z tej burzy. - Mirin podniosła głowę. Niezręcznym ruchem strąciła combasier na ziemię. Przedmiot uderzył ze stukotem na kamienie. Dziewczyna podniosła go ostrożnie.
-Przepraszam, nie chciałam - oddała przedmiot Nathanowi.
Strzepnął brud z wierzchniej pokrywy. Chciał go odłożyć z powrotem na biurko, jednak jego uwagę przykuło migające światełko na obudowie. Czerwona lampka jarzyła się niczym groźne oko na czarnej rzeźbionej powierzchni.
-Co to znaczy? - Zapytała.
-Aktualizacja danych - rzekł niepewnym głosem Nathan.
Pokrywa odskoczyła łatwo. Światło zamigotało delikatnie, z wnętrza oka urządzenia rozsypała się setka małych swobodnie unoszących się cząsteczek, wprowadzone w życie szaleńczo zaczęły pędzić, czerwona lampka wciąż migała. Stalowy rysik tknął centralny punkt i tysiące drobin zaczęły formować się w niewyraźne kształty, jakiś kulisty twór utworzył się. Przypominał olbrzymią kulę otoczoną rozdrobnionym pyłem, kilka mniejszych kul otaczało ją kursując po eliptycznych orbitach. Jednak obraz rozmył się nim zdążyli się mu przyjrzeć, po chwili stężał i cząsteczki umilkły. Coś w kuli zadrżało, skurczyła się w sobie i wyrzuciła z siebie tysiące innych cząsteczek, wybijając te, które tworzyły mniejsze kule.
Przyjrzeli się sobie w milczeniu. Cząsteczki chaotycznie krążyły w powietrzu, gdzieś we wnętrzu zaczął kształtować się obraz, gęstniejący niczym para zmieniająca się w lód. Po raz kolejny Nathan ujrzał znajomy zarys kompleksu, jednak teraz coś się zmieniło. Metalowy rysik nakierował się na jarzącą się krawędź. Obraz podążył wzdłuż wyimaginowanych korytarzy, niczym duch podróżujący po kompleksie. W końcu powiększenie ukazało windę, szyb schodził głęboko pod ziemię. Otwierał się olbrzymią salą, z której znajdowało się przejście do sieci podziemnych tuneli wielkością przypominającą olbrzymie podziemne miasto. Błękitnawy punkt skurczył się zmniejszając kompleks do minimalnych rozmiarów. Ich oczom ukazała się mapa Eramoth’u, sieć kanałów zaczęła rysować się wzdłuż całej wschodniej części. Krzyżowała się i naznaczała nazwy i drogi. Sieci komunikacyjne i miasta. Pulsujący punkt narysował zarysy wybrzeży i jezior, rzek i wysp. Narysował generatory tarcz, kończąc swą drogę na olbrzymim wyznaczniku olbrzymiego miasta, w Agothadir. Ich oczom ukazał się Saalar.
Rozdział IV
Jasny kryształ rozlewał swoją świecącą barwę na drewniany stół, barwiąc jego częściowo wytarte wzory na ciepłe kolory. W pokoju nie było okien jednak panował w nim półmrok, który rozświetlały porozwieszane w różnych miejscach derdlichy.
Przez łuki w ścianie, będące czymś na pozór okien do wnętrza przedostał się łagodny podmuch wiatru. Z tym podmuchem, niczym porwany liść przemknął cień, który podążył do wnętrza pomieszczenia.
W przymglonym blasku złotego światła z powiewu wiatru wyłoniła się delikatna dłoń, która sięgnęła po derdlich leżący na stole. Światło zabarwiło powiew zmieszany z białą mgłą.
Powiew stężał, pojawiły niczym szkło utkane w powietrzu, delikatne rysy a po chwili wyłoniła się twarz.
Caani ścisnęła kryształ w dłoni, czując jak jego ostre krawędzie wbijają jej się w skórę.
Odwróciła się, gdy poczuła za sobą znajome uczucie, znajomej osoby, znajomego tężenia światła. Przy największym łuku, który służył za przejście, stał wysoki i masywny przybysz. Skóra drżała mu i czasem rozmywała się. Wokół niego unosiły się jaśniejące drobinki pyłu.
-Czy już czas? - powiedziała.
Przybysz skinął głową. Zacisnął olbrzymie pazurzaste dłonie na futrynie.
- Dlaczego milczysz Kee Igh? - Przeszła obok niego, jej ciało zmieniło się w dym w momencie gdy przechodziła przez łuki. Smuga powiewu śledziła ją, tylko góra jej ciała była widoczna, lecz i ta po chwili rozpłynęła się. Istota za nią odwróciła się i również ruszyła, jej ciało zamigotało i znikło w blasku światła.
-Milczę, bo nie wiem co myśleć o tych stworzeniach z góry. Nie wiem po co one tu są.
-Głos unosił się w powietrzu
-Ja też nie wiem, ale wiem jedno. Czas już, żebyśmy wrócili tam skąd pochodzimy.
-Masz na myśli powrót na powierzchnię?
Caani zamilkła. Dym stężał na chwilkę ukazując jej zmartwioną twarz.
-Tak na powierzchnię. Sama nie wiem, co o tym myśleć, ale tak myśli prorokini. - Rzekła po chwili.
-Ale dlaczego? Dlaczego teraz?
-Nie wiem. Podobno śpiący się obudził.
*
Wnętrze starej świątyni rozjaśniał blask pomarańczowych derdlichów, jasno uderzających swym blaskiem o kolorowe kafle. Przy półkolu stworzonym z kolumn, na drewnianych ławach siedziało kilka postaci. Kilka kobiet o delikatnych, pięknych rysach. I kilkunastu mężczyzn, kilku z nich wyglądało jak widma, drgające na wietrze z pazurzastymi dłońmi.
Oghlt niepewnie rozejrzał się, krążąc wzrokiem po twarzach zebranych. Siedział razem z Peristem na ławie naprzeciwko tych istot. Kilka z nich spojrzało na nie, ich wzrok przepełniony był mądrością, ale i zarazem dobrem i ciekawością. Jego towarzysz siedział obok, ze spuszczoną głową. Wstyd, który, go przepełniał za to, że tak łatwo uległ strachowi, zżerał go od środka. Z wiatrem pojawił się cień, z podmuchów wyłoniły się rysy. Dłoń znalazła swoje miejsce na ramieniu mężczyzny.
- Nie wstydź się swojego strachu. To my powinniśmy was przeprosić, że was przeraziliśmy. - Delikatny, ciepły kobiecy głos zabrzmiał koło niego. Perist powoli uniósł oczy. Przyglądały mu się oczy barwy mchu i morza przepełnione ciepłem i spokojem, Caani starała się wysłać mu tym spojrzeniem tyle siły i pewności by mężczyzna nie czuł się tak przerażony i zagubiony.
-Kim... kim jesteś? Jesteś, taka piękna... - Zapytał szeptem. Śledził wystraszonym spojrzeniem każdą cząstkę jej twarzy. Mimo całej powagi i tego, co tu się działo, dziewczyna poczuła, że się czerwieni.
-Mam na imię Caani. Jestem Elessium, należę do klanu, aeroelementalistów.
Oghlt spojrzał się na nią, niedowierzanie rysowało się na niego twarzy, jakby jego prawdziwe oblicze zastąpiono maską.
-Przecież Elessium nie...
-Nie istnieją? - Komnatę otoczył głos ujawniający się z samego powietrza. Przebrzmiewający w każdej części komnaty.
Caani podniosła głowę i zsunęła kaptur, pasma mleczno białych włosów wylały się z niego. Przeszła do ław naprzeciwko ludzi, za nią podążał wiatr.
-Elessium istnieją. Nigdy nie znikli z tego świata, jedynie zostali brutalnie od niego oddzieleni.
Teraz dało się słyszeć, iż głos dochodził z jednego miejsca. Przy olbrzymim unoszącym się nad ziemią kamieniu, przywiązanym do ziemi, jakby bano się, że ucieknie, stała wysoka kobieta. Niepodobna do innych tu zebranych istot. Jej uroda lśniła poza ziemską urodą, zaś jej oczy płonęły białym ogniem. Poruszała się z gracją i lekkością, jednak jej głos wyrażał wielki smutek.
- Dawno nie widziałam ludzi. A tak bardzo was kocham, jednak dla mojego bezpieczeństwa nie opuszczam tego miejsca, gdyż świat powyżej w którymś momencie historii stał się zbyt niebezpieczny. Musieliśmy go opuścić i zejść tutaj i skryć się.
Dotknęła unoszącego kamienia, od miejsca dotknięcia zaczęły na nim rysować się wzory światła. Odsunęła się i zeszła po schodkach do centrum placu. Usiadła na zejściu.
- Elessium istnieją, jedni są wygnańcami a drudzy są zapomniani. Jednych pożarło zło, zgniły im serca, stali się plugawi w swojej własnej pysze. A drudzy, przyzwyczaili się do nowej rzeczywistości. A mimo to, nie potrafię zapomnieć o tym. - Zamilkła wpatrując się w pomieszczenie. Na kolumnach wiły się kamienne kwiaty, na piedestałach posągów siedziały dzieci. Wszyscy słuchali w milczeniu, tak jak i dwójka ludzi. Słuchali z coraz większym zrozumieniem.
- Nie potrafię zapomnieć o tym, że jako jedna z Wielkich nie zrobiłam nic by uratować tamten świat.
*
Nic z tego nie rozumiem. Za szybko, wszystko dzieje się za szybko.
Nathan odwrócił głowę w stronę łagodnej łuny światła, patrona. Jego wzrok powędrował dalej ku szklanej tarczy zegara wiszącego na ścianie. Było już kilka minut po trzeciej nad ranem, a on wciąż nie przestawał myśleć. Zobaczył Saalar, takim jaki był u apogeum swej świetności, ale jak?
Postukał w zamyśleniu palcami po wieku combasiera, chociaż nigdy zbytnio nie wierzył w Wielkich, tego wieczoru zdało mu się na myśl, że jednak oni gdzieś tam są.
Może jednak.
W ciszy nocy dosłyszalne były jedyne jęki bólu innych chorych i niespokojne westchnięcia Mirin przez sen.
Lekarka z dobrotliwym uśmiechem umieściła ich tutaj, jednak Kilari jak to miał w zwyczaju, wyruszył na nocny obchód. Obejrzał się w stronę dziewczyny. Nagle zauważył, że ma otwarte oczy. Przyglądał się jej przez chwilę, musiała to wyczuć bo powoli przekręciła lekko głowę w jego stronę. Dostrzegł, że wskazuje coś rękoma. Palcem wskazywała sufit i ściany. Dopiero teraz dotarło do niego, że pośród ciszy dało się słyszeć jeszcze coś, dziwne poruszenie. Tupot okutych nóg roznosił się po kamieniach.
-Co... -
Mirin uciszyła go. Dziewczyna delikatnie wysunęła się spod koca i przysunęła się do niego.
-Coś się dzieje na wyższych poziomach - szepnęła mu w ucho.
Wytrzeszczył na nią oczy w lekkim osłupieniu.
-Ale co?
Wzruszyła tylko rękoma i dalej nasłuchiwała.
Zastygli oboje gdy ktoś potknął się na korytarzu obok. Mirin gwałtownie lecz bezszelestnie skoczyła na łóżko i przymknęła oddech, niewielką chwilę czasu zajęło jej wyrównanie oddechu. Nathan przymknął oczy i czekał.
Przyćmione światło uderzyło go w oczy, gdy czyjaś ręka szturchała go po ramieniu.
-Zbudź się! Zbudź się! Wiem, że nie śpicie - ktoś panicznie szeptał mu w ucho.
Otworzył oczy, obraz rozmył się za łzami lecz po chwili nabrał ostrości.
Inna niż gdy ją zapamiętał, twarz lekarki pochylała się nad nim. Nie było już w niej pełnego ciepłego spokoju dobra, teraz było jedynie przerażenie i ból.
-Musicie stąd uciekać! Natychmiast - potrząsała jego ramieniem nadal mimo iż otworzył oczy.
Mirin podniosła się powoli z łóżka, kobieta obejrzała się na nią z lękiem. Wstała i szybkimi ruchami wygasiła wszystkie patrony w sali. Teraz jedynym źródłem światła był jej wisior emanujący przymglonym zielonkawym blaskiem.
-Gdzie Kilari? - przyciszonym głosem zapytał.
-Tu - Poczuł jak cień wślizguje się do sali i odpowiada.
Kobieta tylko potrząsnęła głową i wskazała gestem by ruszyli za nią. Cztery upiorne cienie kierowały się wzdłuż korytarza schodząc po schodach, których wypaczone cienie raz to pojawiały się to znikały, wydłużając się przed śmiercią. Ich przewodniczka niczym upiorny duch, jakiejś prastarej istoty majaczyła przed nimi jako biała mgła.
-Gdzie idziemy? - Mężczyzna przyspieszył kroku by zrównać się z lekarką.
-W bezpieczne miejsce, oni nie mogą was dostać w swoje ręce.
-Oni? - zapytała Mirin potykając się o kamień.
-Oni chcą władzy, ale nie tylko. Panowanie nad Eramoth to najmniejsze z ich pragnień. Udało im się związać z wygnańcami, a to stwarza śmiertelne zagrożenie. Będą chcieli Cię wykorzystać, a to nie może się stać.
Mijali korytarz za korytarzem posuwając się coraz bardziej w głąb cytadeli, gdzie wyczuwalny był zapach wilgoci z poniższych wilgotnych lasów.
Nathan czuł jak nogi uginają się pod nim.
Zbyt dużo... Zbyt wiele na raz się dzieje.
-Dlaczego? Kim są oni? - złapał ją za ramiona w żelazny uścisk. Odpowiedziała mu tylko przerażonym spojrzeniem.
-Nie tu! Błagam was! Na łaskę Wielkich, nie tutaj! Jeżeli...
Nagle dotarł do nich tupot, przerażający tupot butów, które musiały być okute metalem. Hałas zbliżał się coraz bardziej. Nathan wypuścił i po biegł razem z resztą w głąb korytarza, czując zimny pot spływający mu po twarzy i szyi. Mimo to odgłosy zaczęły się nasilać, był w stanie już odróżnić poszczególne słowa i rozkazy.
Odnajdźcie ich! Ruszać się! Albo za to życiem zapłacicie!
Głos wydający rozkazy był niepokojąco znajomy. Jednak strząsnął tę myśl z umysłu, nie mógł zamyślić się gdy wciąż biegli i zagłębiali się w głąb cytadeli.
Obok niego przemykał niesamowicie szybko Kilari, co jakiś czas podtrzymujący go za ramię. Przekazujący mu siłę.
- Tam są! Strzelać! - Krwiożerczy głos uderzył w nich niczym ściana wody a za nim posypał się grad strzałów.
Nathan w panicznym odruchu rzucił się na ziemię, zaraz za zakrętem korytarza. Poczuł za sobą swąd spalenizny i ból żeber. Jeszcze żył.
|
| Autor: Sijelh |
| Data publikacji: 2006-12-07 |
|
Ocena użytkowników:   |
♦ Zobacz inne utwory autora » ♦ Skomentuj »
KOMENTARZE Ułóż od najnowszych ↑
| Wrażenia |
Wrażenia po przeczytaniu w ramach sędziowania konkursu "Ze słów - światy" były mniej więcej takie:
- Brak akapitów bardzo utrudnia czytanie
- Brak zakończenia. Fabułę trudno ocenić ze względu na brak kulminacji i rozwiązania.
+/- Dość ambitne, ale wymaga korekty i dodania detali.
+ Różne wątki dość zgrabnie zebrane we wspólny motyw obcej inwazji |
|
Autor: Whitefire
|
« Powrót
Nasi użytkownicy napisali 73150 wiadomości na forum oraz dodali 355 publikacji. Zapisało się nas już 1452 Ostatnio do paczki dołączył NiewolnikSzatana  Po stronie kręci się 6 osób: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych, 5 gości. Zarejestrowani Użytkownicy: Eviva |
|
|
| |
|
◊ Myśl ◊
Bo im więcej przy tym słów, tym większa marność: cóż człowiekowi z tego przyjdzie?
- Koh 6, 11
|
|
|
|
|
|
|
|