Użytkownik: Hasło: Rejestracja
 Marsz na Golgotę

    A niech to chuj strzeli! Wszyscy gapią się na mnie, jakby to była moja wina. Szare, odrapane gęby. Rzygam już na ich widok. Zamiast oczu widzę studnie wypełnione szaleństwem, bulgoczącym jak żołnierska grochówa na wolnym ogniu. W miejscu ust – rany broczące soczystym przekleństwem. Trepy. Karki. Karna kompania.

    „Kulawe Psy” są zbiorem najbardziej pojebanych zdebów, jakich było mi dane poznać na Palestynie IV. Choćby taki Jurczyk. Nawalony zadymiaczem, jak biskup forsą, rozstrzelał rodzinkę osadników tylko za to, że tamci nie odnosili się do niego z należytym szacunkiem. Później, gdy wojskowy śledczy rozkwaszał mu pysk tulipanem, Jurczyk się tylko śmiał. Nie przestawał rechotać... Albo taki Nowaczek. Mały pojeb z piromańskimi zapędami. Czy Gawroniecki... ten to już jest naprawdę skrzywiony.

    Na Palestynę IV wysyłają albo takich, którzy byliby zdolni w pojedynkę wygrać podrzędną wojenkę, albo takich, którym już wszystko jedno, byleby mieli do kogo strzelać. Do kompanii karnych trafiają zaś osobliwe krzyżówki obu tych typów. Najtwardsi z wariatów i najbardziej szaleni spośród twardzieli. No i jeszcze ci nieliczni, którzy znaleźli się tu przedziwnym zbiegiem okoliczności.

    Jak ja.

    Koniec postoju. Zarzucam karabin na ramię. Kiep syczy, jak wściekły wąż, gdy wdeptuję go w mokre błoto.

    - Idziemy – mówię do wszystkich, lecz patrzę w ślepia Kowalikowi. – Nic tu po nas.

    Nawiedzony Kowalik. Boję się jego dzikich jazd. Jakby był na religijnym haju. Nic nie mówi, bo kuma, że dostanie czapę, jak się do mnie odezwie. Może sobie gadać z kimkolwiek, byle nie ze mną. Nie zniosę tego i zabiję... zajebię jak psa.

    Kiedyś wymodli sobie kulkę w łeb. Zadbam o to osobiście. Od czasu, gdy ugrzęźliśmy przez niego w Kotle Trzech Wiedźm i ledwie uszliśmy z życiem, patrzę mu na ręce, gdy tylko robi się gorąco. Ten kutas gotów w modlitewnym uniesieniu opróżnić magazynek z powodu jakiegoś boskiego znaku, który ujrzy na plecach kolegi z oddziału.

    Jak ja mam ich wszystkich serdecznie dość! I tej parszywej wojny. Wierzyć się nie chce, że tkwimy tu już zasrane trzy lata. Jakby nie można było wyjebać całej planety w powietrze, tak jak pozostałych światów z zapizdowa, które kosztowały więcej, niż były warte. Pomyśleć, że wszystko przez jakąś idiotyczną wizję, która nawiedziła kilka lat temu niezmącone sny króla-kardynała. Jakbym miał brać na poważnie wszystko, co mi się przyśni, po pierwsze założyłbym orkiestrę dętą złożoną z małpopsów wystrojonych w żółte kubraczki, a po drugie oświadczyłbym się pewnej armacie...

    Ale nic to. Nie wypada narzekać, skoro cały Układ Adwentowy cierpi potworny głód, a na Ziemi ludzkość toczy niepowstrzymana Czyśćcowa Zaraza. My tu przecież mamy plażę, jak mawiał kapitan Wyklinowicz. Zobaczycie, powtarzał, jeszcze podziękujecie losowi, że żyjecie w tak ciekawych czasach i stoicie w pierwszej linii rycerzy wiary. Nie myślcie sobie, mówił, że ojczyzna o was zapomni. Zostaniecie w pamięci waszych dowódców, jako dzielni krzyżowcy oddający życie za Boga.

    Zawsze dodawałem w duchu, że zostaniemy, a jakże, ale w pamięci komputerów. W spisach poległych, zaginionych w akcji i rozstrzelanych za niesubordynację. Choć o to ostatnie trzeba się w tej wojnie naprawdę mocno postarać. „Kulawe Psy” są żywym na to dowodem.

    Poprawka. Jeszcze żywym.

    Trzeba pogonić towarzystwo, bo inaczej przejdziemy do historii szybciej, niż sekta pacyfistów z Jeruzalem XVIII.

    - Ruchy! Zaraz będziemy tu mieli deszcz zapałek. Ruchy, kurwa!

    Deszcz zapałek nie należy do najprzyjemniejszych doświadczeń na tym zadupiu galaktyki. Zwłaszcza, gdy nie ma się parasola z grubego ołowiu. A my dostaniemy takowy dopiero po wykonaniu akcji.

    Niebo już drga i błyska. Gdyby nie specyficzne okoliczności, w jakich przyszło mi podziwiać krajobrazy, mógłbym się nawet wzruszyć osobliwym widokiem. Wzruszyć i popaść w zadumę. Coś jeszcze zostało we mnie z poety i malarza, jakim byłem dawno temu. Lecz to coś piszczy teraz, przygniecione ciężkim pasem z amunicją. Mogę sobie co najwyżej wydrapać bagnetem wierszyk na drzwiach latryny lub zmalować niezłą abstrakcję po ciepłym posiłku z dodatkiem tutejszej flory bakteryjnej.

    Błyski na niebie stają się coraz wyraźniejsze, toteż odruchowo przyspieszamy. Bagienny odór daje się poznać od najlepszej strony, więc zaczynają się problemy z oddychaniem. Ale już nie takie przeszkody pokonywaliśmy w iście zadziwiającym tempie. Nic, tylko chłonąć tutejszą aurę i zapierdalać do bazy. Obcowanie z naturą i dżoging w jednym.

    - Poruczniku?

    Odwracam się w marszu. Młody Strużyński. Przy hełmie dynda tytanowy nieśmiertelnik po starszym bracie.

    Starszy Strużyński służył u dekli i spłonął wraz z czołgiem, którym dowodził. Młodszy tak się wnerwił, że skopał jakiegoś, bogu ducha winnego, podoficera. Nie stanął przed plutonem egzekucyjnym tylko dlatego, że na tej wojnie potrzeba każdej pary rąk, zdolnej nieść karabin. Szczególnie, gdy owe ręce z taką wprawą wysyłają czerwonookich do piachu.

    Spluwam i, nie zwalniając kroku, kiwam głową do młodego.

    - Co jest, Strużyński?

    Chłopak płytko dyszy i zanosi się kaszlem. Próbuje coś powiedzieć, ale w tak przyspieszonym marszu trudno zdobyć się na dodatkowy wysiłek.

    Te bagna wykończą nas wszystkich.

    Ciężkie kamasze grzęzną w podmokłym terenie po kostki. Każdy krok stanowi dla żołnierza nie lada wyzwanie. Każdy krok jest okupiony daniną rwącego, palącego mięśnie bólu. Do tego bagienne opary... powiedzieć o nich, że są nieznośne, to mało.

    - Daleko na Golgotę, poruczniku? – Strużyński zdobywa się na wysiłek, choć jego usta pokrywa szara skorupa zaschniętego brudu i idę o zakład, że nie tylko wargi, ale i przełyk każdego z nas wygląda podobnie. – Zaraz będzie...

    - Wiem, co zaraz będzie – przerywam ostrym tonem. – Kłapiesz dziobem, jak kaczor z przymarzniętym kuprem. Każdy wie... Nie zawracaj mi więc dupy, tylko wyciągaj giczały i do przodu.

    Nad nami dumnie łopocze sztandar Orła Białego, doprowadzając mnie do szewskiej pasji. Wielka Rzeczpospolita Wszechgalaktyczna wymaga od karnych kompanii, by te, w ramach swoistej pokuty, wymachiwały chorągwią gdziekolwiek się pojawią. W ten sposób łatwiej nas namierzyć, niż bąka w gaciach. Ale może właśnie o to chodzi...

    Niesiemy więc sztandar jak krzyż. Na Golgotę.

    Spoglądam na resztę. Na szare gęby i lufy karabinów owinięte różańcami. Została nas ledwie garstka. Przeżyli najbardziej zdeterminowani i ci, którym dopisywało wyjątkowe szczęście. Umiejętności nie na wiele się zdały. Taki, na przykład, Gorgonowicz miał doświadczenia i talentu więcej, niż reszta chłopaków razem wzięta. Zostawił po sobie wspomnienie żywe tak długo, jak długo unosiła się leniwa wstęga dymu z popiołów, które po nim zostały. Tartakowski był z kolei gościem o nieprzeciętnej inteligencji. Chłopcy nazywali go profesorem. Profesorem wjebologii, bo Tartakowski potrafił wjebać kilkunastu czarwonookim po kulce w gałę w czasie krótszym, niż dziecięcy paciorek, paląc przy tym szluga z miną znudzonego arystokraty.

    Tak. Profesor to był gość. Szkoda go.

    Reszcie chłopaków niewiele już brakuje do śmierci z wycieńczenia. Ja również padam na pysk. Dobrze, że jako porucznik dostaję więcej zadymiacza. Mogę dzięki temu udawać, że się trzymam. Przynajmniej na tyle, na ile starczy mi szprycy.

    Nie ma to, jak zaaplikować sobie entuzjazm dożylnie. Pozostałym muszę go wmówić lub wywołać odpowiednią zachętą słowną.

    - No, co jest, kundle? – właśnie tak... – Naprzód! Przed nami Golgota, a za nami tylko smród. Zacisnąć pośladki i ruszać szkitami! Ruchy! Ruchy! Bo i przenajświętsza dziewica wyżej chuja nie podskoczy. Jak nie zdążymy...

    - Poruczniku!

    Tym razem to Brykalski. Nieśmiały, cichy chłopak o sarnich oczach. Potrafił z trzydziestu metrów trafić ciśniętym granatem w siedzącą na ścianie ćmę. Rozgniatał tak owady ku uciesze kolegów, dopóki jeden z granatów nie wybuchł. Z kolegów zostały podroby, które dowódca kazał zbierać Brykalskiemu gołymi rękoma. No i Brykalski zbierał je do wieczora. A później nie spał przez trzy doby, aż porzygał się krwią.

    Dziś żadna siła nie zmusi go do wzięcia granatu do ręki.

    - Poruczniku, Daniłowicz ma atak!

    Podążam wzrokiem w kierunku wskazanym przez Brykalskiego. Trzech żołnierzy przytrzymuje szarpiącego się, zaplutego świra. Tamten harczy i wzywa imiona aniołów.

    Pięknie, kurwa. Po prostu pięknie. Do pełni szczęścia brakowało nam już tylko czerwonookich na karku. I to niemal pod samą bazą, kiedy myślami wszyscy już leżą na pryczach i wesoło popiardują po sutej kolacji.

    Taki już los „Kulawych Psów”.

    Szeregowy Daniłowicz był naszym radarem na czerwonookich. Każdy oddział miał co najmniej paru takich. Żywe anteny. Wyczuwali obcych na odległość, czyli udawało im się coś, co przerastało możliwości supernowoczesnych gadżetów. Jak dla mnie, te wszystkie pudełka, które jedyne co potrafią, to od czasu do czasu zrobić „pik” i spierdolić się w suchym trzasku wyładowań, możnaby wywalić w błoto. Chętnie wetknąłbym je wszystkie w dupę temu, kto wymyślił, że to gówno ratuje żołnierskie tyłki.

    - Brykalski! – wskazuję palcem Daniłowicza. – Na plecy go i biegiem! Golgota jest za tym wzniesieniem. Ruszać się, chłopcy! Żwawiej!

    Puszczamy się biegiem, jak oszalałe zwierzęta w ucieczce przed drapieżnikiem. Nagle odkrywamy uśpione pokłady energii. Mięśnie, wypełniwszy się nową mocą, dają pokaz siły na iście mistrzowskim poziomie. W serca wlewa się przedziwna mikstura odwagi uwarzonej na esencji panicznego lęku. W uszach pogwizduje wiatr, o grzbiet obija ciężki karabin. Serce tłucze jak pojebane i tylko bagna wokół śpią sobie spokojnie, częstując nas smrodliwymi bździnami z pękających na powierzchni grzęzawisk, olbrzymich bąbli.

    - Ruchy, chłopcy! – poganiam. – Jeszcze kawałek!

    Oddech grzęźnie mi w płucach, zdartych od ciągłego krzyku, kiepskich szlugów i bagiennych oparów.

    Palestyna IV. Zjebana planeta.

    - Poruczniku! – wrzask Brykalskiego. – Daniłowicz! Nie przechodzi mu! Muszą być coraz bliżej!

    Ślina zalepia mi przełyk.

    - Horyń! Pomóż Brykalskiemu! Biegiem, chłopcy! Jesteśmy już w domu!

    Pokonać to jedno wzniesienie. Zmusić umęczone nogi do ostatniego wysiłku w tej kretyńskiej misji i dotrzeć do bazy. Jeszcze tylko kilka bolesnych kroków... i jest.

    Golgota.

    Wbiegamy na wzgórze sapiąc i jęcząc z bólu. Tyle dni marszu, niebezpieczeństw i chujowej pogody. Przeżyliśmy bój spotkaniowy, żywe bagna i rój tych kurewskich żyjątek, od których gnije skóra. A wszystko po to, żeby odzyskać stary, zapyziały obrazek Matki Boskiej Ostrobramskiej w złotej ramce. Wynieść go ze zgliszcz po starej bazie, z której wykurzyli nas czerwonoocy i wrócić na łono ojczyzny, jaśniejąc w aureoli zasłużonej chwały bohaterów narodowych.

    Taa... jasne. Bohaterstwem będzie, jeśli przeżyję kilkudniową biegunkę po tym, jak rano nachłeptałem się gnojówy, którą z jakiegoś powodu miejscowi nazywają wodą.

    Stajemy przed wrotami do bazy. Chłopcy wloką wierzgającego, toczącego pianę z ust Daniłowicza. Powietrze wydaje się ciężkie, cięższe niż na bagnach. Po grzbiecie, nie wiedzieć czemu, przebiegają ciarki. Coś tu jest, cholera, nie tak. Bardzo nie tak...

    Ogromne, ozdobione potwornie wielkim godłem Orła Białego wrota otwierają się. Przez moment stoimy z szeroko rozdziawionymi gębami. Daniłowicz, wykręcony jednym, nieludzkim spazmem, ląduje na glebie. Nikt go już nie podtrzymuje, bo po co?

    Cześć, chłopcy...

    Wita nas huragan ognia i grad tysięcy ostrzy, bijących z naddźwiękową prędkością. Powietrzem targa eksplozja huku. Festiwal ognia i chaosu.

    Brykalskiemu urywa głowę. Smuga krwi ciągnie się za czerepem, jak ogon za kometą. Chłopcy smażą się żywcem. Ogłuszający wizg ognistych strumieni miesza się z jękiem płonących. Wszędzie powykręcane, pozbawione rysów twarze. Plastikowe lalki topniejące na moich oczach.

    I miriady ostrzy... niczym stalowy deszcz, bezlitośnie siekący na drobne kawałki. Poznaję w zamieszaniu Strużyńskiego. Coś wypchnęło mu trzewia przez plecy.

    Boże. Słyszę śpiew.

    Płynie wraz z ogniem...

    Stoję sparaliżowany. Czuję swąd palonego mięsa i parującej juchy. Jakbym wpadł do kadzi z gotującą się krwią. Którędy uciekać? Wszędzie śmierć.

    I ból.

    Ostrze przewierca brzuch w szalonym tańcu wirującej stali. Dokładnie w momencie, w którym dostrzegam czerwone ślepia. Krew wypełnia mi usta. Gorąco. Padam na twarz. Jak ciemno... Wybuch. I znowu jasno. Błysk i huk. Aż rozsadza  dynię. Muszę wstać. Kurwa! Nie mogę... gdzie moja ręka? Moja ręka! Kurwa, ja pierdolę, przenajświętsza panienko, gdzie moja ręka? Na rany chrystusa! Boże, kurwa, pomóż! Chryste! Jak boli... gorąco, gorąco, za gorąco... Chryyyste! Nic nie widzę! Boże, jak boli. Ja chcę do mamy... Jezusie słodki, proszę... gdzie mama? Boże. Mamo! Mamooo!

    Ratuj...

 

*          *          *

 

    - Ojcze nasz, któryś jest w niebie – śpiewny głos Kowalika wybija się ponad grzmot pulsujący w uszach – święć się imię Twoje. Bądź wola Twoja, jako w niebiosach, tak i w Rzeczpospolitej. Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj i... odpuść nam nasze winy... jako i my odpuszczamy naszym winowajcom.

    Pieprzony Kowalik i jego świątobliwe jazdy... jak on przeżył?

    - I nie wódź nas na pokuszenie, ale nas zbaw ode złego. Albowiem Twoje jest Królestwo i moc, i chwała na wieki wieków...

    Amen.

    Tyle cierpienia, tyle bólu. Ile istot zatłukliśmy od czasu, gdy ludzkość sięgnęła gwiazd? Pokonaliśmy i podbiliśmy wszystkie rasy zamieszkujące galaktykę... poza czerwonookimi. A teraz, na tym zadupiu, gdzie walczymy o odpust za nasze i wasze grzechy, umieram jak rozdeptany owad. Leżąc wśród wyprutych, przypalonych jelit, urwanych kończyn, korpusów zgruchotanych jak tekturowe pudełka, wytopionych oczodołów, porozrzucanych zębów... nie wiem, czy mam dziękowć Bogu, że jeszcze żyję?

    Spoglądam zamglonym wzrokiem wyżej, ponad dywanem zmasakrowanych zwłok. Otaczający Kowalika czerwonoocy rozpostarli skrzydła i śpiewają... jak oni smutno śpiewają...

    I wtedy Kowalik odwraca ku mnie wzrok, kierując oskarżycielsko wyciągnięty palec, jak gdyby wskazywał sprawcę wszystkich nieszczęść. Dziesiątki par czerwonych ślepi przewierca duszę na wylot. Boże. Tak się boję.

    Zapadam się.

 

*          *          *

 

    Z malarycznego snu wyrywa mnie tupot ciężkich, podkutych buciorów. Słyszę chrzęst kruszonej podeszwą ceramiki i astmatyczne, odczłowieczone dyszenie. Jednostajne pikanie wykrywacza. Zgrzyt serwomotorów.

    Nasi.

    Matko Boska, żyję.

    Otwieram oczy. Żółte, migające ślepia wpatrują się we mnie, jak małe, owalne kamery. Wizury, w postaci teleskopowych obiektywów, ogniskują się z cichym, mechanicznym jękiem, nadając obliczom żołnierzy owadzi wygląd. Czarne, smoliste pancerze i pikujące orły, zdobiące płyty piersiowe. Na naramiennikach widnieje jeździec, przeszywający kopią smoka.

    Chryste. To Kompania św. Jerzego. Oni tu posprzątają. Zabiorą mnie stąd i posprzątają...

    - I co z nim?

    Głos brzmi nisko i bardzo dźwięcznie. Odpowiada mu, dla odmiany, mechaniczny, suchy chrzęst czarno opancerzonego komandosa.

    - Nic już z niego nie będzie, mistrzu. Wygląda na to, że ukrzyżowali go na tym ekranie w bardzo przemyślny sposób. Sukinsyny... nie zdejmiemy go z dych prętów inaczej, niż rozdzierając na kawałki.

    - Więc?

    - Więc to już trup, mistrzu. Jeszcze żywy, ale trup.

    Zmętniały wzrok wyłapuje coraz więcej szczegółów. Zamaskowany żołnierz rozmawia z wysokim, tłustym oficerem w karmazynowym płaszczu z wielkimi, złotymi wyłogami. Ale o kim oni mówią? Dlaczego nie zwracają na mnie uwagi? Przecież jestem ranny. Trzeba mnie opatrzyć, wyleczyć... cholera. Nie mogę wydobyć głosu. Tutaj jestem, bałwany, popatrzcie...

    - A cóż tam mryga, żołnierzu? Cóż to za napis, na ekranie, za tym chłopakiem?

    Oficer poprawia okulary. Mam wrażenie, że spogląda na mnie, ale nie widzi...

    - No właśnie, mistrzu – odpowiada mechaniczny chrzęst – to nam się wydało takie dziwne. „Baranek Boży, który gładzi grzechy świata”, jak z biblii, mistrzu.

    - Toż to świętokradztwo.

    - Oczywiście, mistrzu. Ale najdziwniejsze jest to, że zdobyli Golgotę, zaczekali na powracający oddział, wybili go niemal do nogi, po czym zaciągnęli tego żołnierza do bazy, zrobili to, co widzimy, a później jak gdyby... rozpłynęli się w powietrzu.

    - To znaczy?

    - Nie ma ich, mistrzu. Wyparowali.

    - Jak to, wyparowali?

    - Na planecie nie został po nich najmniejszy ślad. Całkowite zero jakichkolwiek sygnałów, które świadczyłyby o ich obecności. Nawet żywe anteny, znaczy, sensoryci, wrócili do pełni władz umysłowych.

    Jezu! Jeśli to, o czym rozmawiają ci dwaj, okaże się prawdą, to mamy koniec wojny! Galaktyka jest nasza! Cała! Niech tylko wreszcie zauważą moją obecność. Czyżby sądzili, że nie żyję? Zaraz, mówili coś o trupie...

    - Czy tylko on przeżył? – oficer zwraca się do komandosa wskazując w moją stronę. Tak! To było drobne skinięcie, ledwo zauważalny ruch głową, ale wskazał na mnie! Więc jednak widzą... i wiedzą, że żyję.

    - Niezupełnie –  słyszę odczłowieczony głos. – był jeszcze jeden, szeregowy Józef Kowalik. Ustaliliśmy, że sam palnął sobie w usta. Z własnego karabinu. Ale zrobił to, gdy obcych już tutaj nie było.

    - Hmm... nie uwzględniajcie tego w oficjalnym raporcie, żołnierzu.

    - Tak jest, mistrzu. Jeszcze jedna ciekawostka...

    - Tak?

    - Znaleźliśmy przy tym samobójcy woreczek pełen antycznych, srebrnych monet.

    Na moment zalega cisza. Komandosi w czarnych pancerzach przestępują z nogi na nogę. Niecierpliwią się. Ja też.

    - Dajcie je później do zbadania, żołnierzu.

    Grubas podchodzi do mnie. Dziwne, ale odnoszę wrażenie, że patrzę na niego z góry. Dlaczego wcześniej tego nie zauważyłem?

    - A teraz – mówi – skoro już tu jestem, osobiście zajmę się formalnościami. Dajcie mi te papiery...

    Zgrzyt maszyny dokumentującej.

    Jezu, zaczyna boleć. Jakbym miał w ciele, zamiast żył, zwoje drutu kolczastego.

    Grubas odchrząkuje, poprawia okulary i zaczyna czytać.

    - Baczność. W uznaniu zasług, oddanych ojczyźnie na polu chwały, darujemy niniejszemu żołnierzowi... jak on miał? Nie mogę odczytać.

    Komandos spogląda w papiery ponad ramieniem oficera. Teleskopowe wizury cicho zgrzytają, ogniskując wzrok na tekście.

    - Porucznik Artur Baranowski, Mistrzu.

    - Taa... w uznaniu zasług, tego... itede, niniejszemu... aha... porucznikowi Arturowi Baranowskiemu darujemy grzech nieposłuszeństwa Kościołowi i bratobójstwa ze szczególnym okrucieństwem oraz uznajemy za bohatera narodowego. Niniejszym, my, Mistrz Wojny Michał Sylwester Rastawiecki, mocą nam przysługującą, nadaną przez króla-kardynała jaśnie nam panującego, itede... awansujemy wspomnianego Artura... tego... Baranowskiego do stopnia Furii i przyznajemy mu status Bestii Wojny. Pośmiertnie. Spocznij.

    Pośmiertnie? Jak to? Przecież żyję. Ja żyję, głąby! Gdybym tylko mógł coś powiedzieć, gdybyście mogli usłyszeć, co mam do powiedzenia... skurwysyny! W dupę sobie wetknijcie ten jebany awans! Pośmiertnie. Też coś...

    Cholera, jak boli... Może, jeśli się bardzo postaram, zdołam jakoś przemówić. Wówczas zobaczą, że nic mi nie jest, że nie umieram. Jedno słowo. Boże, dopomóż, nie opuszczaj mnie w takiej chwili. Tylko jedno, jedyne słowo...

    - A co on tam mamrocze, żołnierzu?

    - Chyba żegna się z życiem, mistrzu.

    - Jezu, dobijcie go jakoś. Przecież nie możemy go tak zostawić na powolne konanie.

    - Rozkaz, mistrzu.

    Boże. Czemuś mnie opuścił...?

    Seria karabinu szturmowego rozbrzmiewa dźwiękiem, przywodzącym na myśl darcie sukna. Jeden wstrząs. I chłód...

    I już nie boli...

koniec

 Autor: Dabliu
 Data publikacji: 2006-12-23
 Ocena redakcji:   
 Ocena użytkowników:

 Zobacz inne utwory autora »
 Skomentuj »


 KOMENTARZE
Ułóż od najnowszych ↑

 Estem za :P
Mnie osobiście bardzo sie podobało, jedno z lepszych moim zdaniem. Wprawdzie bardzo brutalne i śmiałe, ale kto nie dziś prowokuje nie ma szans na zauważenie.. Dobrze napisane i daje do myslenia, enjoy. :D
Autor: flecker
 :)
Dzięki za opinię... :)))
Autor: Dabliu
 Słowo do fleckera:
Epatowanie wulgarną brutalnością (tu w koszarowym stylu jak najbardziej przecież trafną)nie jest dziś żadną prowokacją, a uwodzić może jedynie, co infantylniejszego czytelnika.
Faktem natomiast jest, że czyta się dobrze, poza tym imię i nazwisko głównej postaci jawią się mi niezwykle znajomo...
Z tym dawaniem do myślenia też bym nie przesadzał (chyba, że komuś nie wystarcza Rzeczpospolita Od Morza Do Morza i śni o Wszechgalaktycznej:)
Autor: Aurangzeb
 .
Hm mówiąc prowokacja bardziej miałem na myśli podłoże religijne opowiadania, taki myk sprawdził się w "Kodzie..." i u Piekary. Nigdzie na napisałem też, że owa brutalność mnie fascynuje, ale fascynuje niektórych - mimo że jest nieco dziecinne, tak jak napisałeś. Dawanie do myslenia odbieram jako pobudzanie do refleksji dotyczących Boga i męki, a nie pomysłu na ekspanję granic. :)
Autor: flecker
 Polska od morza do morza
Co do tej Rzeczpospolitej Wszechgalaktycznej, to nie miałem na celu wychwalać ekspansjonizmu, a raczej przestrzegać przed nim. No i jest motyw ofiary, odkupienia i takie tam... :)
W kwestii wulgaryzmów, to nie wyobrażam sobie porucznika podczas akcji wydającego dyspozycje i rozkazy innym językiem, niż "koszarowy". Taki miał już być charakter tego tekstu; "brudne, klozetowe poetyzowanie" - tak bym to określił.
Oczywiście utwór powinien bronić się sam, toteż już się tłumaczyć nie będę, chyba, że na specjalne życzenie czytelników :)
W każdym razie, dzięki za kolejną dawkę opinii. Pozdrawiam serdecznie :)))
Autor: Dabliu
 AnLozdzSpOVYpvDiIh
Good crew it's cool :) famous shemale san fernando valley >:-))) classic shemale tube =-(( russian shemale sex xlw find a shemale in your town :-))) muscular dominant shemale 63420 shemale amazon thumbs 75250 shemale porn orgy 061 big shemale on male 39964 toronto canada shemale escorts 66653 all best true shemale mature 8-O
Autor: ~Hijqpbub Data: 12:09 15.02.11


« Powrót



Nasi użytkownicy napisali 77204 wiadomości na forum oraz dodali 443 publikacji.
Zapisało się nas już 2008

Ostatnio do paczki dołączył IdioticFishe

 
Po stronie kręci się 147 osób: 0 zarejestrowany, 0 ukrytych, 147 gości.
 


       Dział Literatury:

   •   Recenzje Fantastyki
   •   Autorzy Fantastyki
   •   Artykuły
   •   Poczytaj fantasy
   •   Poczytaj SF
   •   Poczytaj różne
   •   Cała proza
   •   Poezja
   •   Fan fiction
   •   Publikuj własne dzieło »

Myśl

Nowi poeci zbyt wiele wody wlewają do atramentu.

  - Johann Wolfgang von Goethe
  
Strona główna | Mapa serwisu | Wersja tekstowa | O stronie | Podziękowania
Sponsoruj mythai.info | Informacje o prawach autorskich | Kontakt

© 2004 - 2016 Mariusz Moryl

Ten serwis wykorzystuje pliki cookie w celu ułatwienia identyfikacji użytkownika.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia.
 
zamknij
Masz nowych listów.