Użytkownik: Hasło: Rejestracja
 Onyks

  - Gadaj, suko!

  Pięść, twarda jak kamień, grzmotnęła Aksę w brzuch. Kobieta osunęła się na klepisko. Z zakrwawionych ust wydobył się cichy jęk.

  - Co jest z tą dziwką? Nie chce żyć?...

  Aksa szlochała. Nie tak zamierzała umierać. Co tam! W ogóle nie chciała umierać; w każdym razie nie tak młodo i bez sensu. Gdyby Hespo żył...

  Spojrzała spod opuchniętych powiek na swych oprawców. Para największych osiłków, jakich widziała w życiu. Przypominali odarte z futra, górskie niedźwiedzie, o spłaszczonych, nieludzkich pyskach i małych, kaprawych oczkach.

  Obdartusy. Śmiecie.

  „Skąd mogli się dowiedzieć?”

  Kopnięcie w brzuch wywołało eksplozję ciemności. Mocarne ramię ujęło ją za warkocz i z ogromną siłą podniosło do chwiejnego pionu. Aksa zatoczyła się, lecz trzymający ją mężczyzna nie pozwolił na upadek.

  - Mój przyjaciel – usłyszała za sobą niski szept i poczuła gorący oddech na karku – twierdzi, że straszna z ciebie gaduła, kiedy wypijesz. Czasem, gdy człowiek pochleje, potrafi wygadywać najrozmaitsze głupoty. Na przykład chwali się, że ma jeden z Kamieni Żaru...

  Rozpłakała się na dobre. Nie potrafiła dłużej powstrzymać łez napierających na obrzmiałe powieki. Oddech rwał się, jakby zlękniony, że zbyt wiele powietrza rozedmie zmasakrowane wnętrzności i zabije ją. Choć i tak już umierała.

  Gdy tylko usłyszała hałas wyłamywanych drzwi, panika chwyciła ją za gardło i nie poluzowała żelaznego chwytu, dopóki nie padł pierwszy cios. Potem był już tylko ból i zwykły, zwierzęcy strach, przeradzający się w zobojętnienie – „I tak umrzesz. Nic byś nie poradziła.” – mówiło jej coś, gdy jeden z drabów rozkwaszał jej pełne, karminowe wargi. – „I po co gadałaś? Głupia! To ten łysy drań, to jemu wypeplałaś.” – wyrzucała sobie w myślach, gdy potłuczona głowa odbijała się od klepiska, niczym skórzana piłka. – „Idiotka! Teraz umrzesz.”

  - Głupia dziwka.

  Trzymający ją za włosy osiłek z twarzą czerwoną jak miąższ arbuza pchnął  bezwładne ciało na ścianę i splunął. Cuchnąca flegma zawisła u nasady warkocza, ściekając za ucho.

  - Płacą ci za obciąganie, a nie za gadanie. Widzisz, jakich kłopotów narobiła ci jadaczka? Jesteś kurwą. Nie wiesz, jak używać gęby?

  Towarzysz „czerwonej twarzy” zarechotał. Brzmiało to jak bulgot gotującej się zupy.

  - Złam jej kręgosłup – powiedział entuzjastycznym tonem. – I tak nam nic nie powie. Zgruchotałeś jej szczękę. Przeszukamy chałupę jeszcze raz.

  Aksa osunęła się po ścianie, niczym żaba rzucona z całą siłą o kamień. Czuła, że koniec jest bliski i przywołała pod zamkniętymi powiekami obraz uśmiechniętego Hespo. – „Dlaczego dobrzy ludzie zawsze umierają młodo?” – pomyślała.

  Wtedy usłyszała płacz.

  - Grevo...

  - Co ona powiedziała? – „czerwona twarz” szturchnał kolegę, po czym zwrócił się do Aksy – A jednak umiesz mówić, co?

  - Czekaj, Torkeh – uciszył go towarzysz. – Słyszysz?

  Obaj zamilkli. Skamlący szloch dobywał się zza ściany, choć nie sposób było dopatrzeć się w niej jakichkolwiek drzwi, szczelin, czy włazu. Torkeh kopnął leżącą pod przeciwległą ścianą Aksę i, rozjuszony, ruszył ku źródłu dziwnych dźwięków. Jego towarzysz już tam stał, próbując jakoś wymacać, czy wypatrzeć coś, co wyglądałoby na ukryte przejście. Naciskał cegłę po cegle w nadziei, że wreszcie trafi na tę odpowiednią. Aksa zaś legła na plecach i, nie mogąc znieść myśli o tym, co się za chwilę wydarzy, zapadła w czarną jak smoła otchłań rozpaczy.

  - Jest! – zakrzyknął – Ha! To jakaś skrytka.

  W ścianie otworzył się kwadratowy właz, odkrywając niewielki schowek, w którym ściśnięty jak koc w plecaku siedział zapłakany chłopczyk; na oko może sześcioletni.

  - Wyciągaj go! – krzyknął Torkeh i zwrócił się trochę spokojniejszym tonem do chłopca – teraz malec powie nam, gdzie mamusia schowała kamyk.

  Chłopiec trząsł się ze strachu. Łzy, cieknąc po policzkach, pozostawiały brudne ślady. Malec siąkał nosem, drżał i wydawało się, że zaraz wyskoczy mu serce.

  - No, maleńki. Mów. Widziałeś, gdzie mamusia kładła kamyk? Bo jak nie powiesz, to będzie cię bardzo bolało. Tak bardzo, że umrzesz i zakopią cię w ziemi, gdzie zeżrą cię robaki...

  - Przestań – przerwał mu drugi – tak nic z niego nie wyciągniesz.

  Odsunął „czerwoną twarz” od małego, przyklęknął na jednym kolanie i spojrzał chłopcu głęboko w oczy.

  - Powiedz nam, mały, gdzie jest kamyk, który chowa mamusia, a dostaniesz worek słodyczy i małego pieska i... nic złego nie stanie się twojej mamie – dodał po chwili.

  Torkeh wpadł na to, by dokładniej przeszukać skrytkę, w której chował się chłopiec, lecz niczego więcej nie znalazł. Mały wpatrywał się z przerażeniem w przekrwione ślepia oprawcy, ze strachu nie słysząc ani słowa.

  - On nic wam nie powie – wykrztusiła z trudem Aksa. – Jest niemy.

  Uniosła się z trudem na łokciach i niezdarnie poczołgała w stronę mężczyzn. Przypominało to rozdeptaną, pobawioną kilku nóżek i skrzydełek muchę, która usilnie próbuje dotrzeć do kupki gnoju.

  - A więc jednak mamusia może mówić...

  - Nie jestem jego matką – bardziej wykasłała, niż powiedziała Aksa.

  Torkeh zbliżył się do pełznącej klepiskiem kobiety i przygniótł obutą w sandał stopą. Aksa opadła twarzą w pył. Opuszczały ją resztki sił. Czuła to. Wiedziała, że nie zostało jej wiele czasu.

  - Posłuchaj, złotko – zaśmiał się mężczyzna – nie obchodzi mnie to. Mam w dupie stopień pokrewieństwa między wami. Możesz być siostrą, córką tego bachora lub nawet hodowaną przez niego świnią. Niczego to nie zmienia, bo ja chcę Kamień Żaru i dostanę go, choćbym miał w tym celu rozpruć i wywrócić na drugą stronę ciebie i tego szczyla. Jesteście mi bardziej obojętni, niż szczyny, które zostawiłem wczoraj na ścianie burdelu, w którym rozkładałaś giry. Więc – ściszył nieco głos – kochanieńka... dawaj... pierdolony... kamień!

  Ostatnie słowo wykrzyczał jej wprost do ucha.

   Aksa przestała płakać. Zabrakło jej łez. Wszystkie wyciekły. Przepona padła, wycieńczona ciągłymi szarpnięciami szlochu. Kobieta zdołała jedynie unieść dłoń i wskazać palcem chłopca, przy którym wciąż klęczał drugi z mężczyzn.

 - Na szyi... – powiedziała – lniana... sakiewka...

  Mężczyźni wyszczerzyli zęby w złośliwych uśmiechach. Ten, który klęczał, wydobył zza zgrzebnej koszuliny, jaką miał na sobie chłopiec, mały, płócienny woreczek. Rozerwany silnymi dłońmi rzemień pękł łatwo, jak źdźbło trawy.

  - Mamy to!

  Na olbrzymiej dłoni zalśnił czarny kamyk, wielkości paznokcia.

  - To onyks! Ha, będzie z tego dużo złota! Może kupimy na własność cały dom pełen kobiet...? – spojrzał na dogorywającą na klepisku Aksę – Takich, które wiedzą, do czego służy język.

  Obaj zarechotali paskudnie.

  - Dobra – znalazca kamienia zwrócił się do towarzysza – zabij ich i spadamy.

  - Nie!

  W stłuczonych, zwiotczałych mięśniach znalazło się dość siły, by podźwignąć Aksę jeszcze na moment.

  - Macie już kamień... idźcie... zaraz wróci matka chłopaka... lepiej uciek...

  - Ucisz tę dziwkę, Torkeh.

  Zbir raz jeszcze uniósł stopę nad grzbietem bezsilnej Aksy i z krzywym uśmiechem na pół-zwierzęcym, pół-ludzkim pysku wypatrzył miejsce pomiędzy łopatkami.

  - Jesteś tylko suchą gałązką, złotko.

 

*          *          *

 

  Gdyby chmury mogły gnić, z pewnością wyglądałyby jak te, które zwieszały się tego dnia nad Vakkerby. Cień fabryki Bractwa Konstruktorów zalegał, jak zwykle o tej porze, nad dzielnicą, w której mieszkała Eyra, zupełnie odbierając tubylcom resztki słonecznego światła.

  Zatęchłe powietrze zaatakowało nozdrza, gdy znalazła się na skrzyżowaniu Dzieży i Tykwy. Zmęczone uda z oporem niosły do domu nie mniej umęczone ciało, a Eyra marzyła o sienniku i wełnianym kocu mocniej, niż o czymkolwiek innym.

  Mecz trwał długo. Zdecydowanie za długo. Eyra zbyt poważnie myślała o lidze, by tak męczyć się z amatorami. Cóż, tamci byli lepsi od jej kolegów, ale nie od niej samej. Szczęśliwie nie połamali jej nóg, bo chwilami bywało gorąco...

  Dom. Jeszcze kilka przecznic i będzie w domu. Wreszcie.

  Ciężko powiedzieć, w jaki sposób mieszkańcy plebejskich dzielnic Vakkerby odróżniali swoje domostwa od cudzych. Po skomplikowanym układzie plam i zacieków? Po stopniu rozkładu konstrukcji? Może po charakterystycznie zalegającym błocie w ciasnych uliczkach? Wszystkie były jednakowe. Jednako szare, surowe i zimne. Ale plebs jakoś trafiał do swych domów każdego wieczora lub ranka.

  Mieszkańcy ze statusem obywatela rezydowali w kamiennych blokach, w których wydrążono komnaty i korytarze. Wjeżdżali do mieszkań specjalnymi windami i żaden pijaczyna nie dobijał im się do drzwi w środku nocy.

  Ale Eyra grała właśnie po to, by kiedyś móc korzystać z dobrodziejstw bycia obywatelem.

  Minął ją patrol straży. Wysocy, smukli mężczyźni, uzbrojeni w poskramiacze, maszerowali sprężystym krokiem, wymieniając nieprzystojne uwagi na temat niedawnej wizyty w domu uciech. Eyra minęła zbrojnych przyspieszając kroku.

  Wciąż nie mogła się przyzwyczaić. Władze nigdy nie interesowały się plebsem; każdy dbał sam o siebie. Ochronę stanowiły pieniądze lub spryt. Eyra zawsze opierała się na tym drugim, choć samotnej matce, próbującej wyżyć z grania w Królobójcę, ciężko było zapewnić sobie i dziecku bezpieczeństwo. Tym ciężej, że dzielnica Wielkiego Kielicha w domenie Zielonego Dzbana nie należała do najspokojniejszych. Lecz od czasu, gdy wieczne miasto Vakkerby wpadło w ręce Mazurbalańczyków, po plebejskich dzielnicach zaczęły maszerować wojskowe patrole. Czasem stanowiły one przeszkodę czyniącym nierząd i rozbój, a czasem dodatkowe narzędzie w walce z konkurentami. W każdym razie, szybko stały się kolejnym elementem krajobrazu, dodając doń swoistego kolorytu, jednak Eyra nadal nie potrafiła przywyknąć.

  Ciasny zaułek, w którym miaszkała wraz z siostrą i synkiem, tonął w niemal zupełnych ciemnościach. Nad drzwiami odrapanych domków płonęły jedynie małe ogarki, uczepione zwyczajowo żelazną klamrą. Eyra znalazła się w rozproszonym świetle jednego z nich i wraz z blaskiem roztańczonego płomyka dotarło do niej, że coś jest inaczej, niż zwykle. Aksa nigdy nie zostawiała otwartych drzwi, a teraz strumyk światła wydostawał się zza framugi frontowego wejścia, w głębi zaułka. Fala mdłości zatrzęsła trzewiami w nagle przyśpieszonym rytmie serca.

  Zanurzyła drżącą dłoń w małej, skórzanej torebce, którą nosiła przytroczoną z tyłu, do paska. Niewielka i niezwykle cienka, zaostrzona na brzegach blaszka zalśniła między zabandażowanymi palcami. Eyra ostrożnie połamała ją na kilka mniejszych kawałków, po czym, złożywszy je w skromny stosik, umieściła na języku, przyciskając do wewnętrznej strony zębów. Następnie sięgnęła do żelaznego okucia końcówki paska, za które energicznie szarpnęła. Okucie okazało się drobną rękojeścią sztyletu o maleńkim ostrzu. Broń była tak skonstruowana, że po umieszczeniu w dłoni, ostrze wystawało pomiędzy środkowym, a serdecznym palcem, stanowiąc niejako przedłużenie pięści. Narzędzie było tak niewielkie, iż mogło ujść uwadze mniej doświadczonego obserwatora. Tak uzbrojona, postąpiła ostrożnie naprzód, choć krew huczała w uszach, niemal ją ogłuszając, a nieznośna suchość w ustach sprawiała, że gęsta ślina zalepiająca ściśnięte gardło, nie pozwalała normalnie oddychać.

  W zaułku zalegała względna cisza, więc skradająca się Eyra, wraz ze światłem wypływającym zza uchylonych drzwi, wyłowiła także wyciekające, niewyraźne słowa. Najpiew usłyszała głos bez wątpienia należący do Aksy. Zrozumiała jedynie takie wyrazy, jak „kamień” i „matka”, lecz zaraz osadził ją w miejscu brutalny, gardłowy bas.

  - Ucisz tę dziwkę, Torkeh.

  Nagły chłód ścisnął rozkołatane serce, a wszystkie mięśnie boleśnie stężały, gotowe do skoku lub do ucieczki. Nie potrafiła powstrzymać płytkiego oddechu i wydawało się jej, że zaraz w ogóle przestanie oddychać, dławiąc się własną, gęstą śliną i powietrzem uwięzionym w zatkanych płucach.

  Starła pot, obficie zalewający czoło i zmusiła zdrewniałe nogi do kolejnego kroku.

  Nie było łatwo tak się skradać. Najchętniej, mimo paraliżującego strachu, rzuciłaby się do środka. Przecież tam był jej synek; małe dziecko, bezsilne i bezbronne... Ale zdawała sobie sprawę z tego, że ma szansę jedynie wówczas, gdy zachowa względny spokój. Na tyle, na ile to możliwe. O ile w ogóle jest to możliwe...

  Kolejny krok. Chwila ciągnęła się, przedłużając w wieczność. Adrenalina rozszerzyła źrenice tak, że skąpe światło nieomal ją raziło. Zauważyła, że zawsze, gdy jest w niebezpieczeństwie lub gdy ma grać w Królobójcę, świat staje się wyraźniejszy i jakby bardziej soczysty. Światło bije jaśniej niż zwykle, dźwięki nabierają mocy, zapachy stają się ostrzejsze a powietrze smakuje inaczej. I myśli zaczynają biec tak szybko, że rozsadzają czaszkę.

  Zapach. Piżmowy. Nieprzyjemny i ciężki. Czym bliżej do drzwi, tym silniej wdzierał się w nozdrza, drażniąc powonienie jak nieznośny, zwierzęcy swąd. Dla kogoś nieobytego w mieście, mógł być równie obcy, jak smak brzoskwiń jest nieznany biednemu sprzedawcy drewnianych łyżek. Jednak skradającej się w zaułku, młodej kobiecie, charakterystyczna woń była równie znajoma, co ból złamanego w ulicznej bójce nosa. Wiedza ta nie wprawiła jej wcale w lepszy nastrój.

  Węch mówił jedno – molosy. Tak ich nazywano. Mutanty. Osobnicy na tyle pozbawieni człowieczeństwa, by dać się przemienić w potworne monstra, tylko z grubsza przypominające człowieka. Był to najprostszy, najtańszy i najbardziej oczywisty sposób na to, by budzić respekt na ulicy. Spośród wszelkich sposobów doskolenia się w przestępczym fachu,  ten, wśród najprymitywniejszych łotrów w mieście, uchodził za ulubiony, bo dający najszybsze i najbardziej efektowne, rezultaty.

  Eyra spróbowała przełknąć ślinę, ale podniebienie zbyt wyschło. Ponadto istniało niebezpieczeństwo połknięcia ostrych blaszek, które przyciskała językiem do zębów.

  - Jesteś tylko suchą gałązką, złotko – usłyszała jeszcze inny głos; równie niski jak poprzedni, ale bardziej złośliwy i przepełniony płonącą agresją.

  „Więc jest ich przynajmniej dwóch” – pomyślała i, zebrawszy się w sobie,  ponagliła w myślach – „Teraz, Eyra! Wchodzisz.”

  Weszła.

  Drzwi ustąpiły bez oporu, koślawo przechylając w nadwyrężonych zawiasach. Pośród niecodziennego bałaganu, jaki ogarnął skromne wnętrze, oczom Eyry ukazał się monstrualnie zbudowany mężczyzna o przesadnie czerwonej twarzy, czy raczej pysku, który, stojąc z uniesioną nogą nad leżącą Aksą, najwyraźniej zamierzał zgruchotać kobiecie kręgosłup. Kilka kroków za nim stał następny, równie wielki i równie brzydki mężczyzna. Nieopodal trząsł się zalany łzami chłopiec, który na widok matki, wyciągnął ku niej bezsilnie rączki. Wielkolud o czerwonej twarzy zrezygnował z kopnięcia i, nic nie mówiąc, przestąpił nad półprzytomną dziewczyną, by z krzywym uśmiechem ruszyć na nieoczekiwanego gościa.

  Eyra spojrzała na ogromne, gruzłowate dłonie napastnika. W jednej chwili skóra na palcach podniosła się, a kości palców przemieniły się na jej oczach w czarne, lśniące pazury. Przypominały te, w jakie zaopatrzone są niedźwiedzie łapy; długie, lekko wygięte, zaostrzone jedynie na czubkach, kołkowate w kształcie. I budzące wcale nie mniejszy respekt.

  Świadomość, że  jej synek, Grevo, wciąż żyje i nic mu nie jest, pozwoliła przekuć paraliżujący lęk we wściekłą furię samicy chroniącej swoje młode. Eyra pochyliła kark, odczekała ułamek chwili, aż napastnik zbliży się jeszcze trochę i splunęła z całą siłą w czewony, ohydny pysk.

  Deszcz roztańczonych, stalowych kropelek bezgłośnie runął na wykrzywioną złośliwym grymasem twarz. Torkeh ryknął jak zranione zwierzę i padł na kolana, chowając poszatkowany pysk w nieludzko zmienionych dłoniach. Eyra minęła go jednym susem i, przeskoczywszy nad ciałem Aksy, rzuciła się na drugiego mężczyznę. Wykonała nagły zwód pod pędzącą ku niej, pazurzastą łapą i rzuciła się całą masą, chwytając przeciwnika za obie nogi. Zwaliste cielsko runęło na plecy, podnosząc wokół tumany kurzu. Eyra błyskawicznie dosiadła wielkiej jak beczka klatki piersiowej i, przygniatając kolanami potężne ramiona, zaczęła tłuc przeciwnika po twarzy. Zadawała ciosy tak szybko, tak wściekle, jakby walczyła z rozwścieczoną kobrą. Uzbrojona w mały sztylet pięść zamieniała twarz, próbującego się uwolnić, wierzgającego mężczyzny, w krwawą miazgę. Eyra starała się przebić gardło, lecz, jak się słusznie spodziewała, nienaturalnie rozrośnięte mięśnie nie pozwoliły wedrzeć się ostrzu. Cios od dołu, pod brodę, nie wchodził w rachubę, ze względu na zmiany anatomiczne molosa. Cięła więc i tłukła po pysku, którego rysów nie sposób już było rozpoznać.

  Wzrok zaszedł jej krwawą mgłą i nie wiedziała, czy to zmielona twarz przeciwnika, tryskając pod kolejnymi ciosami zalała oczy, czy jej własny gniew zarzucił szkarłatną kurtynę na świat, przesłaniając wszystko karmazynowym cieniem.

  Ciosy zadawane przez Eyrę nie wystarczyły jedak, by zakończyć walkę. Oszalały z bólu mężczyzna wierzgnął tak silnie, że stosunkowo lekka kobieta nie była w stanie dłużej przygniatać go do ziemi. Cios zadany na ślepo uderzył z miażdżącą siłą w pierś. Energia uderzenia rzuciła ciałem o ścianę. Na szczęście, wielkolud zadał cios wierzchem dłoni. Gdyby uderzył pazurami, Eyra leżałaby z rozdartym na części, zmiażdżonym korpusem.

  Tkwiąc pod ścianą, pośród kawałków zgruchotanego stołka, skorup rozbitej misy i resztek jedzenia, patrzyła na górę bezwłosego cielska, podnoszącą się ociężale z klepiska. Krew z rozdartych powiek, posieczonego nosa i warg, tryskała obfitą strugą. Wykłute oczy wypłynęły, pozostawiając oczodoły pełne szkarłatnej posoki, cieknącej niczym groteskowe potoki łez. Góra mięsa zatoczyła się na nią.

  Błyskawicznie znalazła się na nogach. Skupiła wzrok na monstrualnie umięśnionej szyi.

  Jest. Aorta.

  Teraz widziała ją dokładnie. Pulsowała szalonym rytmem, zapraszając do jednego, precyzyjnego ciosu.

  „Teraz jesteś moja.”

  Zaatakowała błyskawicznie. Jak kobra. Drobne ostrze zatoczyło szeroki łuk i przez chwilę, przez moment krótszy, niż jedno uderzenie serca, Eyra wpatrywała się z dziką radością w miejsce, które zaznaczyła dokładnym cięciem. Fontanna krwi bezlitośnie schlustała, wyszczerzoną w okrutnej parodii uśmiechu, twarz. I wtedy usłyszała, jakby dźwięk dochodził zza grubego parawanu, drżący gniewem głos.

  - Mam chłopaka!

  Eyra nagle przypomniała sobie, że pozostawiła przy życiu pierwszego napastnika. Stał na pół ślepy, trzymając w powietrzu sparaliżowanego strachem chłopca. Drobne ostrza tkwiły zatopione w różnych miejscach twarzy. Jedno w oku.

  Nie była w stanie wydusić z siebie ani słowa. Przyłapała się na obliczaniu w myślach szansy na szybkie uśmiercenie mężczyzny, ale przed oczyma stanęła jej zaraz wizja Grevo, któremu bandyta skręca kark. Zatrzęsło nią.

  - Zabieram małego – powiedział „czerwona twarz”.

  Cofał się małymi kroczkami w stronę wyjścia. Gdy przestąpił próg, Eyra ruszyła za nim.

  „Boi się mnie” – pomyślała, ale fakt ten nie wywołał w niej żadnych emocji.

  - Stój! Ani kroku dalej – wrzasnął mężczyzna. – My wychodzimy. Ty zostajesz. Przyniesiesz kamień, to dostaniesz chłopaka z powrotem. Całego i zdrowego. Nie przyniesiesz... mały umrze.

  Wielkolud dyszał ciężko, jakby właśnie przebiegł pół miasta. Głos zdawał się wydobywać z trudem z warg, w których tkwiła jedna z blaszek. Eyra szła za nim do progu domostwa i wciąż nie potrafiła nic powiedzieć. Chciała krzyknąć coś w stylu – „oddawaj dziecko!” – albo „zapłacisz mi za to” – ale nie mogła. Po prostu nie była w stanie się odezwać.

  - Przyjdziesz do domu obywatela o nazwisku Rando Vessir, agenta gildii „Niebo”. Jemu oddasz kamyk. Masz czas do jutra...

  I poszedł. Oddalił się z jej synkiem na ramieniu.

  Mały nawet się nie buntował, sparaliżowany strachem. Być może krzyknąłby coś, zawołał matkę... gdyby umiał mówić. Widok niemej, ściętej zwierzęcym lękiem buzi własnego dziecka, rozdzierał serce matki. Chciała powiedzieć, żeby się nie bał, że przyjdzie po niego i że nic mu się nie stanie.

  Ale nic nie powiedziała. Nie potrafiła.

 

*          *          *

 

  Eyra stała nad trupem siostry, wciąż mieląc w umyśle wszystkie informacje, jakich udzieliła jej Aksa, zanim skonała.

  Mały onyks, który Eyra znalazła przy martwym molosie, okazał się pamiątką po nieżyjącym narzeczonym. Aksa dostała go kiedyś na przechowanie. Hespo nazywał go Kamieniem Żaru i zapewniał, że jest niezwykle wartościowy. Obiecywał, że znajdzie na niego kupca i oboje wyniosą się z Vakkerby, założą gdzieś własne gospodarstwo i będą żyli dostatnio z gromadką dzieci. Jednak niełatwo opuścić wieczne miasto; ów moloch wsysał ludzi, wyciskał z nich wszystkie soki, a gdy chcieli się z niego wyrwać, nie pozwalał na to, dusząc niedoszłych uciekinierów we własnym łonie.

  Podobno kamień był niezwykle wartościowy i Aksa wielokrotnie myślała o tym, by go spieniężyć, lecz w ten sposób pozbyłaby się jedynej pamiątki po Hespo. Wolała więc rozkładać nogi w pobliskim domu uciech.

  W rozgardiaszu pośpiesznie i nieskładnie wyrzucanych informacji, padła jedna naprawdę istotna. Imię tego, który miał znaleźć kupca na onyks. A Eyra znała to imię oraz człowieka, który się nim podpisywał.

  Ułożyła skatowane ciało siostry na sienniku i zostawiła otwarte drzwi. Rano ktoś tu zajrzy i znajdzie zwłoki. Eyra nie miała czasu, żeby się nimi zająć. Poza tym, nie powinna się już więcej pokazywać w domu; byłoby to nazbyt ryzykowne.

  Postanowiła, że gdy już odzyska dziecko, zapłacze nad siostrą. Teraz nie była w stanie poczuć czegokolwiek, poza mdlącym uczuciem pustki w żołądku. Myśl, że jej synek jest na łasce bandytów, rozsadzała jej czaszkę, spływając raz gorącym, raz lodowato zimnym strumieniem do brzucha i dalej, w kości rozdygotanych nóg.

  Zdawała sobie sprawę z tego, iż proste dostarczenie kamienia wskazanemu człowiekowi z pewnością nie pozwoli jej odzyskać syna. Tacy ludzie po dokonanej transakcji po prostu pozbywali się niepotrzebnych kłopotów w dość brutalny sposób. Właściwie, nie mieli powodu, by postąpić inaczej.

  Potrzebowała  planu, by sprawę załatwić po swojemu. Odbić syna. Tylko jak? Najpierw postanowiła udać się do człowieka, który być może wyjaśni jej, czym są Kamienie Żaru i co sprawia, że są tak drogocenne.

 

*          *          *

 

  Żeby ujrzeć warsztat Havry trzeba go było znać lub zostać poleconym przez kogoś, kto zna go osobiście. Eyra nawiedziła tawernę „Studnia” zaraz po tym, gdy uliczki, alejki i tunele dzielnicy Wielkiego Kielicha wypełniły się żółtym światłem lampionów. Wnętrze tawerny, jak zwykle, wypełniała gromada cwanych podrostków, grupa osiłków z miejscowego gangu i kilku osobników, których Eyra z pewnością zaliczyłaby w poczet niebezpiecznych. Dziwek nie było. Co najwyżej łatwe dziewczyny, gotowe za chmurę błękitu obciągnąć połowie męskiej klienteli „Studni”.

  W najciemniejszym kącie sali Eyra zauważyła grupkę rudowłosych Najrajów. Nazwa tych dziwnych ludzi wzięła się z języka, czy raczej slangu, którego używali. – „Ty, chwostku najrajesz mno, a ja tybe najraju i bedymy git w pamoku” – to zdanie, którym chętnie częstowali rozmówców. Oczywiście, nikt ich nie rozumiał. Ale, jeśli ktoś miał problem, z którym nie umiał się nijak uporać, zwracał się właśnie do nich, a język interesu nie zna barier językowych. Póki co, Eyra jednak wolała się do nich nie zwracać po pomoc. Zresztą, nie potrafiłaby oddać losu własnego dziecka w czyjekolwiek ręce, tym bardziej w ręce, które najlepiej radziły sobie z kradzieżą i mordem.

  Po chwili, patrząc na własne dłonie uświadomiła sobie, że te wcale nie są lepsze.

  Rozejrzawszy się uważnie po sali uznała, że większość twarzy wygląda znajomo, ale nie wypatrzyła nikogo, kto by ją naprawdę dobrze znał. Bezwiednie odetchnęła z ulgą.

  Tawernę rozsadzał gwar rozmów, wśród których przeważały przechwałki chudych młodzieńców o twarzach otępiałych od alkoholu i narkotycznych ziół. W oczy i nozdrza wdzierał się dym wodnych fajek o najprzeróżniejszej woni pomieszanej z odorem zjełczałego potu i kwaśnym fetorem przetrawionego piwa. Jedni pili samotnie, inni w dużych grupach, jeszcze inni, ci najbardziej naćpani, bądź za nic mający własne życie grali w „rzucanego” i raz na jakiś czas wynoszono zza wysokiej ławy trupa, którego ciskano wgłąb stojącej w samym środku sali studni, od której wzięła się nazwa lokalu. Eyra nigdy nie dociekała, co działo się ze zwłokami na dnie owej studni i jak głęboko znajdowało się to dno.

  Podeszła do szynkwasu i ostrym gwizdem przywołała wysokiego karczmarza o trupiej cerze.

  - Havra jest u siebie? – zapytała.

  Wysoki jak tyka karczmarz uśmiechnął się z przekąsem, co w jego wydaniu wyglądało tak, jakby ktoś nadepnął mu na palec u stopy.

  - Dawno cię tu nie widziałem. Jest zajęty...

  - On zawsze jest zajęty. Wpuść mnie.

  Warsztat Havry znajdował się na zapleczu, zamknięty na cztery spusty. Gdy szczęknęły zamki i drzwi uchyliły się, wyjrzała zza nich pokryta rzadkim zarostem gęba zaklinacza. Jak zwykle musiała minąć dłuższa chwila, zanim skojarzył twarz z imieniem, więc niepewnie zaprosił Eyrę do środka, myśląc intensywnie nad tym, jak brzmiała godność tej wysokiej, chudej kobiety.

  - A, Eyra – przypomniał sobie – grywasz w Królobójcę za pieniądze. He... co cię do mnie sprowadza? Stać cię już na poważny zabieg? Co mam w tobie... he... zakląć? Chcesz dodatkowe mięśnie nóg? A może kości ze stali? Albo jeszcze lepiej, pchłę?

  - Pchła jest zabroniona w grze – odparła.

  - Więc może... he... ręka-młot? Albo najnowsze...

  - Nie, Havra. Być może to ja ci coś sprzedam, ale najpierw poczęstuj mnie jakimś napitkiem.

  Eyra nie przepadała za Havrą. Nie znała go dobrze, ale czasem coś jej załatwiał, ona płaciła i na tym kończyła się znajomość. Nie lubiła z nim rozmawiać; zawsze sprawiał wrażenie szalonego, z tym dziwnym błyskiem w oczach i ciągłym podśmiewywaniem.

  Rozejrzała się po zagraconym, pozbawionym okien warsztacie, ale niewiele się tu zmieniło od czasu jej ostatniej wizyty. Może tylko przybyło kilka kuferków, a kilka ubyło. Aparatura na największym stole wciąż żyła własnym życiem, bulgocząc, wyrzucając kłęby pary i skraplając coś bardzo nieprzyjemnego w wyglądzie, jakby ludzkiego embriona ulepionego ze smaru.

  Havra podał gorący napar, niewiele różniący się wyglądem od płodów jego laboratoryjnej maszynerii i wskazał Eyrze stołek, samemu siadając na jednym z kufrów.

  - Więc co mi chcesz sprzedać, Eyra?

  Wyjęła z sakiewki mały, czarny kamyk i, upiwszy spory łyk buzującej cieczy, podała go Havrze. Ten przyjrzał się onyksowi, maleńkim znaczkom wytłoczonym na jego powierzchni i, pokiwawszy głową, oddał kobiecie.

  - Chętnie dam ci za niego... he... pięćdziesiąt grzywien.

  Eyra zważyła kamień w dłoni i, po dłuższej chwili namysłu, schowała go z powrotem do sakwy. Zauważyła, że Havra dziwnie bawi się palcami. Jakby chciał ukryć podniecenie, co niezbyt dobrze mu wychodziło.

  - To za mało – powiedziała w końcu.

  - Eyra... he... dałem ci dobrą cenę. Jak za amulet, to wcale nieźle.

  - Ale jak za Kamień Żaru, to chyba niewiele?

  Havra nagle zamarł. Odczekał moment, badawczym wzrokiem taksując rozmówczynię.

  - Co wiesz o Kamieniach Żaru – zapytał z wymuszoną pewnością siebie – że sądzisz... he... iż zasługują na wyższą cenę?

  - Ty mi powiedz, Havra. Ty tu jesteś specjalistą.

  Mężczyzna uśmiechnął się.

  - Skąd go masz, Eyra?

  - Nie twój interes. Powiedz mi, czym jest ten onyks i gdzie mogę znaleźć pewnego agenta „Nieba”, a być może sprzedam ci kamyk za te pięćdziesiąt grzywien. Ty masz z gildią swoje ciemne interesy, może go znasz... Nazywa się Rando Vessir i jest agentem handlowym.

  Havra, wyraźnie rozluźniony, swobodniej rozparł się na kuferku i pokiwał głową.

  - Powiedzmy, że ta informacja... he... to w poczet zaliczki.

  Havra wstał i zaczął szukać czystego kawałka papieru, co widać nie było wcale łatwe. Po jakimś czasie wręczył jednak kobiecie małą karteczkę z zapisanym adresem agenta. Rando Vessir, mając status obywatela, posiadał mieszkanie oznaczone cyframi i barwami, więc uzbrojona w dokładne namiary Eyra poczuła się, jakby część zadania miała już za sobą.

  - A kamyk? – zagadnęła – Co mi o nim powiesz?

  - He... To amulet. Chroni przed demonami. Dobry na uzupełnianie poważniejszych zaklęć, które jak wiesz, otwierają duszę na... he... wpływy Potęg Ognia. Stąd nazwa; Kamienie Żaru.

  Eyra skubała palcami brew, popijając stygnące resztki naparu.

  - I tyle?

  - I tyle... he...

  - Dobra – westchnęła nieco zbyt teatralnie – zgłoszę się, jakby co, do ciebie. A teraz pójdę już i dam ci znać, jeżeli się zdecyduję.

  - Hej, to dobra oferta! Nikt ci tyle nie zapłaci.


  Havra poderwał się z miejsca, ale Eyra już była przy drzwiach.

  - Dzięki za napar. Ze skorcy? Całkiem niezły. Pa!

  Wnętrze tawerny znów odurzyło ją narkotycznym blaskiem świec i natrętną wonią upojenia. Wyszła na zewnątrz, w parną noc. Fabryczny swąd omiatał ciasne uliczki pełne zalegających w rynsztoku pijaków i włóczących się, wiecznie głodnych psów.

  Eyra wiedziała, że Havra kłamał. Przynajmniej do pewnego stopnia. Ten kamyk znaczył zbyt wiele dla pewnych osób, żeby być zaledwie amuletem. Ale nie to było w tej chwili najważniejsze. Miała adres, wiedziała więc gdzie się kierować. Tylko, co teraz?

 

*          *          *

 

  Noc oblewała się już purpurowym rumieńcem, jak stara dziwka, która po latach znów przeżyła orgazm, gdy skulona pod ścianą Eyra próbowała nie zasnąć, siedząc na piętach i nucąc pod nosem starą, portową przyśpiewkę.

  Spoglądała w spokojny nurt sztucznego kanału, zbudowanego wiele lat temu, gdy domy były drewniane, a dzielnica Wielkiego Kielicha stanowiła centralną część miasta. W zaskakująco czystej tafli wolno przemieszczającej się wody ujrzała wysoką i szczupłą sylwetkę młodej kobiety. Przyjrzała się twarzy spozierającej na nią z ciemnego zwierciadła.

  „Czy ja naprawdę jestem taka brzydka?” – pomyślała.

  Nie podobała jej się pociągła twarz o nazbyt wydatnej żuchwie, głęboko osadzonych, ciemnych oczach, i nieco zbyt dużych zębach. Łuki brwiowe wyglądały na opuchnięte i w istocie takie były, choć dawno już uznała to za stan typowy dla swej urody. Wielokrotnie złamany nos również nie dodawał jej dziewczęcego uroku, tak samo jak uszy, sprawiające wrażenie rozciągniętych i bezkształtnych. Jednak czasem słyszała, że ma w sobie „to coś”. Ów błysk w oku, który nadawał jej twarzy wyraz osoby silnej i w pewnym sensie pięknej, świeżej, tak innej od otępiałych sokami kioppa twarzy okolicznych dziewcząt.

  Nie lubiła jednak komplementów, nawet, jeżeli te zdarzały się tak rzadko. Po prostu ludzie ją z reguły odstręczali. W życiu miała tylko jednego kochanka, z którym spłodziła Grevo, i jedną kochankę, słodką Almę, którą odebrała jej bezlitosna choroba. Od tamtej pory nie wiązała się, a wszelkie ewentualne zaloty zbywała całkowitym brakiem zainteresowania. Na szczęście, nieczęsto miewała związane z tym kłopoty.

  Świt coraz mocniej zaznaczał swoją obecność na wyjątkowo czystym niebie. Rozprostowała kości wyciągając się jak przebudzona z popołudniowej drzemki kotka i, przetarłszy oczy, znów usiadła. Musiała czekać. Niebawem znajomy zielarz otworzy swój sklepik, gdzie zakupi trochę szkarłatu. Przyda się, gdy będzie zmuszona siłą wydrzeć Vessirowi dziecko. Pod skórą świerzbiło uczucie, jak stado nieznośnych świdraków, że to nie ma najmniejszego sensu, że szansa na odzyskanie synka, odebranie go agentowi „Nieba”, równa się zeru.

  Na samą myśl o tym zrobiło jej się niedobrze.

  Chcąc odwrócić uwagę od przygnębiających myśli zaczęła przyglądać się ostatnim gościom „Studni”, opuszczającym tawernę. Sklep zielarza i knajpę dzieliło jedynie kilka domów, ale nie miała ochoty spędzać nocy w dusznej Sali, gdzie zwaliłyby ją z nóg już same opary, wybrała więc noc na ulicy, i tak już zasłanej zarzyganymi ciałami nieprzytomnych ćpunów i pijaków.

  Wtedy z tawerny wyłonił się młody, pryszczaty chłopak, którego Eyra poznała, jako gońca Havry. Otrok biegał z wiadomościami do poważniejszych klientów, gdy zaklinacz kończył produkcję lub dostawał w posiadanie środki do jakiegoś szczególnego zamówienia.

  Eyra poczuła to specyficzne ukłucie w boku, gdy dopadało ją jakieś silne przeczucie. Niewiele myśląc puściła się w ślad za chłopakiem.

  Dorwała go w ciemnym tunelu, gdzie poza nimi nie było żywej duszy. Młodzieniec nie zdążył nawet zareagować i już szorował dziobatą twarzą wilgotny bruk. Ostry ból nieludzko wykręconego ramienia wyciskał łzy z zezowatych oczu, a on wciąż nie widział napastnika, słyszał jedynie przyśpieszony oddech nad sobą. A za chwilę dobiegł go chropawy, lecz zdecydowanie kobiecy głos.

  - Odpowiadaj szybko i nie kombinuj, a pozostawię cię przy życiu.

  Wygięte bólem, przygniecione do ziemi ciało chłopaka nagle zesztywniało, gdy, zdjęty strachem, uświadomił sobie swoje nieszczęsne położenie.

  - Gdzie wysłał cię Havra o tak wczesnej porze? Tylko nie kłam – dodała po chwili – wyczuję to.

  Chłopak jęknął, próbując wypluć z zakrwawionych ust kawałki drobnego żwiru, które rozorały mu twarz.

  - Do pana Vessira... do Vessira żem szedł...

  Eyra poczuła, jak jakaś niewidzialna dłoń chwyta ją za trzewia i mocno szarpie.

  - Co miałeś mu powiedzieć?

  - Nic! Miałem dać mu pismo. Mam za koszulą...

  Zaciągnęła unieruchomionego gońca w miejsce, w które docierało nieco więcej światła. Wciąż wykręcając chłopakowi ramię, drugą ręką wymacała i wyszarpnęła zza koszuli zwinięty w rulon kawałek papieru. Zębami skruszyła woskową pieczęć i, siedząc na grzbiecie tamtego, rozwinęła pismo. Przycisnąwszy niesforny koniec zwoju kolanem, zaczęła czytać koślawe znaki, niechybnie skreślone niewprawną dłonią Havry.

 
   Drogi panie. Zapewne pamięta pan sprawę Onyksu, z którym zjawił się u mnie jakiś czas temu ów łachmyta, robotnik gildii. Zatem, o czym informuję pana z radością, kamień odnalazł się. Jest w posiadaniu pewnej prostaczki, która nie zdaje sobie sprawy z tego, co posiada. Być może nawiedzi jeszcze mój warsztat, a być może pański dom, gdyż ośmieliłem się podać jej pański adres. Ale nawet, jeśli tego nie uczyni, mogę wskazać miejsce jej zamieszkania. W każdym razie, jak zawsze, służę pomocną dłonią.

   Z wyrazami szacunku
   H.

 
  „Mam cię, podły draniu!” – pomyślała wściekła Eyra.

  Zmięła pismo w palcach. Wcisnąwszy papierową kulkę do jednej z sakw, nachyliła się nad uchem pojękującego chłopaka.

  - Teraz posłuchaj mnie uważnie – wyszeptała. – Zabrałam pismo. Już nie masz z czym iść do pana Vessira, rozumiesz?

  Tamten wydukał coś, co brzmiało jak „yhy”.

  - Nie pokazuj się u Havry aż do jutrzejszego poranka, bo jeśli cię tam zobaczę... koniec z tobą. Czy wyraziłam się dość jasno?

  Pokiwał głową, trąc policzkiem o żwir.

  - Dobrze. A teraz leż tutaj i nie patrz na mnie. Nie wstawaj, zanim nie policzysz dziesięć razy do dziesięciu. Dasz radę?

  Znowu kiwnięcie.

  Eyra ostrożnie puściła wykręconą rękę i zeszła z pleców chłopaka, po czym biegiem puściła się do sklepiku znajomego zielarza. Porzuciła jednak zamiar zakupienia szkarłatu. Teraz potrzebowała czegoś, co pozwoli jej zmusić zaklinacza do wyśpiewania wszystkiego na temat tajemniczego onyksu.



_
*          *          *

 

  „Studnia”, o tak wczesnej porze, wyglądała jak pobojowisko. Dwóch młodych parobków uwijało się przy porządkowaniu powywracanych mebli i naczyń, usuwaniu szkód i ogólnej próbie przywrócenia jako takiego ładu. Eyra, nie zważając na nich, wskoczyła za kontuar i, pomimo nieśmiałych zapewnień parobków o tym, że Havra na pewno śpi, wśliznęła się na zaplecze i bezceremonialnie załomotała w drzwi warsztatu. Nie przestawała walić, nim w małym lufciku nie odsunęła się metalowa klapka, ukazując półprzytomne oblicze zaklinacza.

  - To ty?

  Obdarzyła go szerokim uśmiechem.

  - Cześć Havra. Chyba nie przeszkadzam? – zapytała z przesadnie udawaną troską w głosie.

  - Oczywiście, że przeszkadzasz – odparł. – Czego chcesz?

  - Pytanie brzmi raczej, czy ty nadal chcesz się pozbyć pięćdziesięciu grzywien?

  Otworzył drzwi i gestem zaprosił ją do środka.

  W warsztacie, będącym zarazem salonem i sypialnią, paliła się jedynie samotna świeca. Większa część obszernego pomieszczenia tonęła w zupełnym mroku. Eyra bez zaproszenia rozsiadła się na łóżku właściciela, odgarniając pomiętą, bawełnianą pościel.

  Havra widocznie nie zamierzał tym razem proponować jakiegokolwiek poczęstunku, nawet nie usiadł, tylko stanął przed Eyrą, spoglądając z niesmakiem na zakurzone, wełniane szarawary, którymi brudziła białe prześcieradło.

  - Więc? – zawiesił głos w tonie niecierpliwego oczekiwania.

  Eyra sięgnęła do jednej z sakw, umocowanych przy pasku, po czym wyciągnęła przed siebie zaciśniętą pięść. Havra podstawił otwartą dłoń, jak tragarz domagający się zapłaty. W zaspanych oczach pojawił się błysk podniecenia, lecz gdy Eyra rozluźniła palce, Havra z sykiem cofnął rękę. Na wewnętrznej stronie dłoni, zamiast czarnego kamienia, zobaczył rosnącą kroplę krwi.

  - He... co jest... – otworzył szeroko zdumione oczy – co ty robisz?

  Eyra uśmiechęła się jeszcze szerzej, prezentując rząd zdrowych, lecz nieco zbyt dużych zębów. Płomyk jedynej świecy zadrżał, gdy spłonęła w nim upojona blaskiem ćma. Havra wciąż wytrzeszczał oczy.

  - W twoich żyłach – spokojnie zaczęła Eyra – rozprzestrzenia się właśnie śmiertelna trucizna. Nie zabija natychmiast. Pozwala cieszyć się ofierze jeszcze jednym, ostatnim dniem życia. Później delikwent umiera w niezbyt przyjemny sposób.

  - Kurwa... co ty...

  - Daj mi skończyć, Havra. Zależy od tego w końcu twoje życie.

  Zaklinacz zamarł z wyrazem niedowierzania na bladej twarzy.

  - Nie łudź się – ciągnęła dalej Eyra – nie znajdziesz odtrutki u pierwszego lepszego zielarza. Możesz mi oczywiście nie wierzyć i szukać antidotum, ale pozwól, że oszczędzę ci bezowocnego trudu. To trucizna sporządzona na specjalne zamówienie, której składu i tak nie znasz, więc żaden zielarz ci nie pomoże. Masz tylko jedną, jedyną szansę na odzyskanie tych paru nędznych lat życia, które pewnie i tak zmarnujesz, siedząc w tej zatęchłej norze. Aha... i nie licz na to, że mam odtrutkę przy sobie, więc nie fatyguj się z wzywaniem pomocy. Jestem ci potrzebna cała i zdrowa.

  Havra stał nieruchomo jak zaklęty, a przeszklone oczy raz się rozszerzały, to znów zwężały w ukośne kreski, błyskając bladym różem przekrwionych białek w drżącym blasku świecy.

  - Powiedz mi, Havra, prawdę – Eyra zmieniła ton głosu na zdecydowanie cięższy i poważniejszy – czym jest ten cholerny onyks?

  Mężczyzna zacisnął drobne pięści, wciąż nie zdejmując wzroku z kobiety, nonszalancko rozpartej na jego własnym, wygodnym łóżku.

  - Nie wierzę ci – odezwał się wreszcie.

  - To nie wierz – ucięła krótko Eyra. – Radzę ci w takim razie jak najprędzej rozliczyć się z klientami. Głupio by było, gdyby rozszarpali twoje zwłoki, wściekli za niezrealizowane zlecenia.

  Havra opadł nagle na stojący opodal kuferek, siadając ciężko z miną artysty, któremu właśnie oznajmiono, że wszystkie jego dzieła zostały zniszczone.

  Eyra czekała bez słowa. Uśmiech spełzł jej z oblicza, ustępując miejsca srogiej, zaciętej minie. Mężczyzna jęknął przeciągle i spojrzał w przepełnione groźną determinacją oczy.

  - Onyks, który mi wcześniej... he... pokazałaś – zaczął – jest jednym z pięciu Kamieni Żaru; podobno to najpotężniejszy z nich. Bractwo Konstruktorów czasem tworzy coś, co staje się... he... legendarne, jeszcze zanim ktokolwiek tego użyje. „Niebo” szybko odkupiło od Bractwa wszystkie Kamienie Żaru i szukało najlepszego zastosowania dla nich. Podobno chcieli za ich pomocą... he... stworzyć doskonałych zabójców i w ten sposób podnieść wartość kamieni, i tak już niewyobrażalnie wysoką, do niebotycznych kwot. Ale pewien robotnik gildii, pracujący przy hodowli jednego z przyszłych morderców, zdołał jakoś... he... wykraść onyks, niezbyt szczęśliwie zostawiając po sobie masę śladów. Szybko go odnaleziono, ale zanim wyjawił miejsce ukrycia przedmiotu, zginął, szarpiąc się z siepaczami gildii.

  Eyra zacisnęła palce na skrawku zmiętego prześcieradła. Bez trudu poznała, że owym nieudolnym złodziejem był Hespo, były narzeczony jej siostry.

  - Czytałam list, jaki próbowałeś przekazać temu całemu Vessirowi – powiedziała z nieskrywanym wyrzutem – i domyślam się, że wydałeś tamtego mężczyznę zupełnie tak samo, jak chciałeś wydać mnie. Niech zgadnę, złodziej zgłosił się do ciebie, chcąc, byś znalazł kupca na kamień?

  Havra spuścił oczy ku ziemi.

  - Zrozum Eyra, ten prostak nie zdawał sobie sprawy z wartości przedmiotu. To znaczy... he... wiedział, że kamień jest drogi, ale nie domyślał się nawet jak bardzo. Pewnie chciał sobie kupić za niego... he... dom, a mógłby tak naprawdę wybudować pałac. Zabójca umiejący, być może, podejść i zlikwidować najwyższe głowy obcych państw lub samych nawet przywódców konkurencyjnych gildii, jest bez wątpienia wart jakiegoś... he... pałacu. A ja nie mogłem zorganizować tak znacznej transakcji bez echa. Gildia dopadłaby mnie szybciej, niż zdążyłbym wydać... he... jednego, zaprzonego miedziaka z zarobionej sumy.

  - Więc sprzedałeś złodzieja.

  - Kupiłem sobie życie – odparł wściekle. – Rando Vessir ma sakwy pełne brzęczących dowodów wdzięczności, które otrzymał od zaklinaczy takich jak ja, w zamian za... he... pozostawienie w spokoju. Wiesz... plebejusz nie dostanie licencji na zaklinanie...

  Zapadło milczenie. Przez jakiś czas patrzyli po sobie, próbując wybadać się nawzajem. Havra spoglądał na spierzchnięte usta kobiety, na których z wolna rodziło się nowe pytanie.

  - Więc co takiego robi ten onyks?

  - Powiedziałem ci przecież. Zmienia człowieka w...

  - Tak, tak – przerwała – ale co dokładnie zmienia ten kamień w człowieku?

  - Tego akurat nie wiem – odrzekł Havra – nie sądzisz chyba, że spotkałem kogoś, kto... he... miałby w sobie zaklęte coś... no... coś w tym stylu. Jedno jest pewne; zwykły przyśpieszacz to to nie jest.

  Eyra zamyśliła się.

  - Więc co z tą... he... szansą? – zapytał Havra.

  - Jaką szansą? – zdziwiła się Eyra.

  - Powiedziałaś, że mam szansę na... he... odwrócenie działania trucizny. Czy to, co ci powiedziałem, nie wystarczy? Więcej nie wiem.

  Eyra pokiwała głową w zamyśleniu. Skupione oblicze ściągnęło się, jakby walczyła z własnymi myślami, wzrok zgęstniał. Wreszcie spojrzała Havrze w oczy w taki sposób, jakby próbowała wypalić mu wzrokiem mózg.

  - Zaklnij go we mnie.

  Milczenie.

  Havra podniósł brwi, dokładnie przypatrując się nieruchomej twarzy siedzącej przed nim kobiety.

  - He... mówisz poważnie?

  Skinęła głową.

  - Nie mogę... nie! Co ty...? Nie wiesz o co prosisz...

  - Ja nie proszę – odparła. – Ja żądam.

  - Nie. Nie, nie, nie! Chyba nie wiesz, o co mnie... he... Jeżeli bym to zrobił, to... to już nie żyję. Sam mogę sobie założyć stryczek. Będzie mniej boleśnie.

  - Przypomnę ci – powiedziała z nieustępliwą miną – że ty już i tak nie żyjesz. Chyba, że – na moment zawiesiła głos – zaklniesz we mnie onyks. Wówczas ja zabiję Vessira, w czym mam własny interes, a ty dostaniesz po wszystkim odtrutkę. Inaczej umrzesz, w ten, czy inny sposób.

  Blade oblicze mężczyzny przeciął nagły skurcz, gdy uświadomił sobie wszechmiar matni, w jaką uwiązał się bez szans na ucieczkę. Wstał i podszedł do jednej z licznych, naściennych półek. Zdjął gliniany gąsior, odszpuntował i wlał do miedzianego kubka trochę mętnej, zielonkawej cieczy, po czym odsunął go od siebie i pociągnął zdrowy łyk z gąsiora. Pił przez kilka chwil. Odwróciwszy się, z zaciętą miną popatrzył kobiecie w oczy, skinął głową i wzniósł kubek, przepijając do Eyry.

  - Zróbmy to.

 

*          *          *

 


_
  Stała na rozległym polu, którego bezmiar wyglądał, jakby utkano go w szarym pyle. Pod bosymi stopami miała popiół, nad sobą zaś stalowoszare sklepienie. Nie potrafiła odgadnąć czy było to niebo, czy też zadaszenie olbrzymiej hali. Nie istniał tu horyzont, widnokrąg, jedynie ściana nieruchomej, nieprzeniknionej szarości.

  Nie była sama. Wraz z nią stali w równym szeregu inni; nadzy mężczyźni i kobiety o skórze poznaczonej licznymi bliznami i śladami poparzeń. Na wyprężonych jak struny ciałach lśnił pot. Wzrok, utkwiony w oddali, porażał wyrazem skrajnej, niemal chorej determinacji. Znała ich. Rozumiała powód, dla którego czekali wspólnie na tej popielnej pustyni z płonącymi mieczami w dłoniach, lecz zacierał się on w pamięci niemal natychmiast, gdy próbowała go świadomie przywołać.

  Po długiej, pełnej nerwowego napięcia chwili, z wolna ogarnął ją przejmujący, paraliżujący strach.

  Ruszyli.

  Kroczyli naprzód, kawałek po kawałeczku, krok po kroku, aż mięśnie nóg zmieniły się w rozgrzaną do czerwoności stal. W oczach płonęły krwawe łzy, lecz brnęli w szarym pyle bez chwili wytchnienia. Dobiegł ich, niosący się gromkim echem, jednostajny grzmot. Przystanęli na chwilę.

  Grzmot narastał miarowo, miażdżąc powietrze przed nimi.

  Wyłoniły się z szarej mgły. Tocząc swe monstrualne cielska na żelaznych gąsienicach, potworne maszyny rozpętały pandemonium. Wyrzygiwały, w kierunku maszerujących, hektolitry roztopionego, niewiarygodnie gorącego ołowiu. Wojownicy z płonącymi mieczami topili się w tych wymiocinach, płonęli w ogniu wypluwanym z rozgrzanych do białości luf, dławili się czarnym, tłustym dymem wydalanym przez odwłoki-kominy, starając się za wszelką cenę przetrwać.

  U nasady czaszki zaatakował ją pulsujący, potworny ból. Coś kazało jej przeć wraz z innymi przed siebie, nie bacząc na brodzących we krwi towarzyszy, tarzających się we własnych, zmiażdżonych trzewiach, płonących i trawionych kwasem pośród ogłuszającego ryku silników i wplecionej weń kakofonii rozedrganych, agonalnych jęków.

  Ból odbierał zmysły, wypełniał każdy mięsień i gwałcił umysł, tętniąc w żyłach, jak gdyby miast krwi, wpompowano jej w żyły płynny, żywy ogień. Wokół widziała wyjące twarze, strzaskane, beznogie korpusy i strumienie krzepnącej w locie krwi. Lecz wciąż żyła, nadal parła przed siebie, nadal oddychała. W oparach, wyrzucanych przez gargantuiczne rury wydechowe, widziała bliskie sylwetki maszyn. Skoczyła do ataku.

  Unikając wirujących ostrzy, dopadła do mechanicznego serca i cięła mieczem bez opamiętania, aż płomienie jęły łapczywie pożerać stalowo mięsny organ.

  Ogłuszył ją jęk zawodzącej potwornym zgrzytem maszyny, oślepił nagły błysk.

  W ogarniających wszystko ciemnościach usłyszała ni to męski, ni kobiecy głos. Dobywał się z jej własnych trzewi, jak z żywej membrany, by rozbrzmieć wprost w popadającym w obłęd umyśle.

  „Spłoniesz we własnym ogniu. Spłoniesz i osuniesz się w otchłań.”

  W ciemności pojawił się drobny, świecący punkt. Zapatrzyła się weń, a on rósł lub zbliżał się, jak spadająca gwiazda.

  „Kiedyś.”

  Głos wirował w całym, udręczonym ciele, doprowadzając ją do graniczącego z bólem orgazmu. Świetlisty punkt eksplodował ogniem. Płomienie pochłonęły wijące się w bolesnej rozkoszy ciało, hartując je w gorącym podmuchu i w chłodzie głosu, wciąż rozbrzmiewającego wewnątrz strzępów umysłu.

  „A teraz... twoje imię to Onyks” – powiedział głos.

  Runęła w czarną czeluść.

 

*          *          *

 

  Otworzyła oczy. Z mroku wyłoniła się niezgrabna sylwetka Havry, dzierżącego w dłoni ołowianą czarkę. Zamachał jej ręką przed twarzą.

  - Jesteś już? Jak się czujesz?

  Jak się czuła? Co za pytanie... jak się czuła...

  - Ciężko powiedzieć – odparła, rozprostowując ramiona. – Długo mnie nie było?

  Siedziała na łóżku Havry i odnosiła wrażenie, że podarła mu prześcieradło.

  - Zaledwie kilka chwil – odparł. – Wygięło cię w pałąk, rzuciłaś się... he... kilka razy, jak w gorączce i otworzyłaś oczy.

  Eyra przypomniała sobie, jak Havra uruchomił aparaturę, później roztopił kamień, który nie był kamieniem, na czarną breję, a ona tę breję wypiła, podczas gdy zaklinacz w ekspresowym tempie recytował z pamięci jakieś formuły. Później położyła się, dając rozprzestrzenić się cieczy po organiźmie i wtedy chyba straciła przytomność, bo dalej pamiętała już tylko dziwne obrazy ze snu.

  Wspomnienie tego, co przed chwilą przeżyła, ogarnęło ją lękiem. Pamiętała wszystko, szczegół po szczególe, lecz, mimo wysiłku, nie potrafiła nic z tego zrozumieć. Dziwna wojna rozgrywała się w jej wyobraźni na nowo.

  „Czym były te potwory?” – zachodziła w głowę. – „Co ja tam robiłam? Po co? Przecież wszystko było tam dla mnie takie zrozumiałe... takie jasne. A co mówił ten głos? Spłoniesz we własnym ogniu... o co mogło chodzić i co to był za głos? Zaraz, mówił coś jeszcze...”

  - Eyra? – zaniepokoił się zaklinacz. – Nie odpływaj mi tutaj. Nie masz na to czasu.

  Nagle poczuła się zgwałcona. Przechyliwszy się nad krawędzią łóżka, rzygnęła żółcią wprost na zakurzone deski podłogi.

  „Twoje imię to Onyks.”

  Nie wiedziała dlaczego, ale poczuła niezrozumiałą nienawiść do samej siebie. Spojrzała na swoje dłonie.

  „Miałam to wcześniej?” – pomyślała. – „Ciekawe... nie pamiętam.”

  W miejscu, gdzie powinny widnieć linie życia, miłości i zdrowia, ciągnęły się czarne, jakby wypełnione smarem, bruzdy.

  Eyra, kompletnie ingnorując Havrę, zebrała swoje rzeczy, dopięła pas z sakwami, zarzuciła ukośnie przez ramię skórzaną torbę i wyszła bez słowa, wprost w jasne słońce letniego poranka.

 

*          *          *

 

  Winda, wciągana siłą rąk robotników, stojących na szczycie przeraźliwie wysokiego, kamiennego bloku, powoli wjeżdżała coraz wyżej i wyżej. Eyra jeszcze nigdy nie widziała miasta z tak wysoka i, choć zawsze sądziła, że wywołałoby to u niej napad lęku, spoglądała w dół bez żadnych obaw. Ludzie na ulicach wyglądali jak mrówki, a domy jak małe pudełeczka, lecz nawet z tak wysoka nie była w stanie dostrzec granic Vakkerby. Wieczne miasto rozciągało się wokół, niczym ocean kamienia, gliny i drewna. A nad domeną Zielonego Dzbana, na ogromnych, żelaznych słupach, wisiały Stalowe Ogrody, gdzie niczym nie niepokojona arystokracja bawiła się w sen na jawie. Nawet mazurbalańska okupacja nie była w stanie przerwać owego snu; arystokraci, wysoko nad miastem, przeżywali swe żywoty, sypiając w jedwabnych kwiatach i karmiąc się owocami, aż ociekającymi od czystych soków kioppa, a komnaty pałaców, w których raczyli się tym, co najlepsze, wypełniała woń najrzadszych roślin o najsłodszych aromatach, jakie tylko można sobie wyobrazić.

  Lecz tu, na dole, choć znajdowała się jakieś sto kroków nad ziemią, powietrze pachniało letnim deszczem, który łaskawie skraplał rozgrzany bruk w ciasnych, zatęchłych uliczkach. Eyra nie znała piękniejszej woni od tej, jaką przynosi ze sobą z nieba letni deszcz. Zapach ten kojarzył się jej z dzieciństwem, spędzonym na zabawie. Z poczuciem wolności, jaką dawała przestrzeń, której tak brakowało w Vakkerby. Wreszcie z czystością i pięknem, cechami niezbyt kojarzonymi z życiem, jakie toczył plebs tutaj, na dole.

  Zaciągnęła się pełną piersią, chłonąc zapach całą sobą, jakby jej ciało było tylko wielkimi płucami. Winda zatrzymała się. Ostatni haust przesiąkniętego wilgotną wonią powietrza.

  Weszła.

  W końcu korytarza, oświetlonego blaskiem żółtych, zakratowanych lampionów, znajdowały się drzwi. Żelazne, z małą kratką, za którą odsuwało się zatrzaskiwaną klapkę, by móc spojrzeć w twarz przybyszowi.

  Eyra, z pewnym wahaniem, uniosła pięść, by zapukać, lecz zamarła, widząc na drzwiach pomarańczowy odblask, jakby jej pięść jarzyła się światłem. Rozprostowała palce i odblask na drzwiach znikł. Zacisnęła dłoń ponownie w kułak i odblask znów się pojawił. Poruszyła ręką w prawo i lewo, a pomarańczowa smuga przesuwała się po blasze w ten sam sposób. Zdumiona, znowu wyprostowała dłoń i odblask zgasł. Dotknęła drzwi w miejscu, w którym pajawiało się światło; metal okazał się gorący. Przesunęła dłonią po blasze. Czym dalej od tamtego miejsca, tym żelazo stawało się chłodniejsze.

  „Co to ma być?” – pomyślała i, złożywszy palce w pięść, uderzyła kilka razy, lekko. W drzwiach pojawiły się wyraźne, parujące wgnioty. Klapka odsunęła się, ukazując starcze oblicze odźwiernego.

  - Czego tam? – niemal wykasłał, obrzucając Eyrę krytycznym wzrokiem, na widok plebejskiego stroju.

  - Jestem umówiona z panem Vessirem – odparła.

  Wydawało się, że starzec chce coś powiedzieć, ale gdy spojrzał kobiecie w oczy, wyraźnie tego zaniechał. Zabrzęczały klucze, zamek szczęknął kilka razy i ciężkie, żelazne drzwi stanęły otworem. Eyra znalazła się w długim, surowym holu, będącym w istocie wydrążonym w skale tunelem, oświetlanym za pomocą żółtych lampionów, podwieszonych pod sufitem w zakratowanych kloszach. Drzwi zatrzasnęły się za nią.

  Eyra zaczekała, aż odźwierny pozamyka wszystkie zamki i umieści klucze na haku. Tamten, jakby unikając jej wzroku, wskazał tylko drzwi na końcu korytarza i przysiadł na zydelku.

  Eyra ruszyła więc holem, zastanawiając się, czy za kolejnymi drzwiami zastanie wielką, surową jaskinię. Usłyszała głuche echo dzwonu, dochodzące z nieznanego źródła. Odwróciwszy się odruchowo, zauważyła, że sznur, wiszący opodal zydelka, na którym siedział odźwierny, kołysze się.

  „Jakiś alarm?” – pomyślała. Bezwiednie zacisnęła pięści i ugięła kark, chowając głowę w ramionach.

  Starzec siedział przy wyjściu, udając, że nic nie słyszał.

  Dotarła do metalowych drzwi, podobnych do poprzednich, lecz bez zakratowanej klapki. Miała już nacisnąć na klamkę, gdy poczuła coś dziwnego. Przez chwilę, krótką jak uderzenie serca, wydawało jej się, że zobaczyła nad klamką jakiś mały, kłębiący się kształt. Przypominało to czarną chmurę wielkości myszy, ale trwało tak krótko, że Eyra nie miała pewności, czy widziała cokolwiek. Zdecydowała jednak szarpnąć za klamkę i już po chwili wśliznęła się do dużej, wyłożonej rudym dywanem, komnaty.

  Czekali na nią. Trzech monstrualnie umięśnionych molosów. W jednym z nich, Eyra poznała porywacza jej synka. Nosił teraz opaskę na oku, w którym utkwił odłamek zaostrzonej blaszki. Czerwoną jak burak twarz zdobiły liczne, jeszcze świeże blizny. Niewielkie, ale głębokie. Torkeh, o ile dobrze zapamiętała jego imię, postąpił kilka kroków z miną, która mogła wyrażać bezgraniczną satysfakcję, choć na zniekształconym mutacją pysku emocje grały swoją własną, obcą melodię.

  Komnata miała kształt ośmiokąta i kilka wyjść. Eyra zauważyła egzotyczne arrasy, zdobiące ściany, ale żadnego stołu, krzesła, żadnego mebla. Tylko ona, dywan, arrasy i trzy góry mięsa zaopatrzone w potężne pazury, zdolne pewnie przebić lub rozedrzeć metalowe drzwi za nią.

  - Uważajcie, chłopaki – przemówił Torkeh, wskazując na Eyrę – bije się jak wściekła suka.

  Pozostali zaczęli leniwie przemieszczać się po kole, jeden po lewej, drugi po prawej, jakby chcieli ją otoczyć. „Czerwona twarz” łypał groźnie jedynym okiem, zarzucając potęznymi barkami, gdy zbliżał się wolno do Eyry.

  - Oddaj kamyk, złociutka. Chcesz jeszcze zobaczyć bachora, tak?

  Eyra wyszczerzyła zęby ni to w uśmiechu, ni groźbie.

  - A ja mam oczywiście uwierzyć, że go zobaczę, jak tylko oddam wam kamień?

  Poczuła dziwną suchość w gardle. Przełyk zapiekł, jakby nagle dostała potwornej zgagi. Wiedziała, że już ją okrążyli, lecz o dziwo nie opuszczało jej poczucie wyjątkowej pewności siebie.

  Torkeh delikatnie kiwnął głową, spoglądając nad jej ramieniem. Wtedy uderzyła.

  Nagłe, boczne kopnięcie w kolano, powaliło molosa na dywan. Wygięła ciało jak wąż, unikając ataku z tyłu i chwyciła potężne ramię, które natarło na nią znienacka, ledwo je obejmując. Jeden ruch i zakończona pazurami ręka molosa znalazła się w nienaturalnej pozycji, by po chwili trzasnąć jak sucha kłoda. Kość o dziwnej, metalicznej barwie, rozerwała przerośnięte mięśnie i w chmurze krwi znalazła się na wierzchu. Zanim mężczyzna zrozumiał co się dzieje, Eyra wygięła ramię w drugą stronę i stercząca kość utkwiła w kaprawym oku, wnikając głęboko w mózg.

  Wtedy potworna siła wyrzuciła ją w powietrze i Eyra zatrzymała się dopiero na metalowych drzwiach, wgniatając blachę, jak maczuga wgniata żelazny hełm. W jednej chwili ustaliła, że wszystkie kości ma całe i w mgnieniu oka stanęła na równe nogi. Z lewego boku broczyła krwią, tak obficie, że już po chwili poczuła wilgoć w bucie.

  Wielkolud, który ją ranił, stał z rozdziawionymi ustami i gapił się, nie wierząc, że udało jej się przeżyć cios, który powaliłby dorodne drzewo. Torkeh, wściekły, podnosił się z dywanu i, pomimo zgruchotanego kolana, stanął o własnych siłach, ciskając gromy rozszerzoną z bólu źrenicą jedynego oka. Eyra spojrzała na własną krew, wyciekającą spod kaftana. Sądziła, że ujrzy rozerwane mięso i własne trzewia na wierzchu, ale zobaczyła jedynie rozdarty kaftan i strugi czarnej jak smoła posoki, cieknącej w zatrważających ilościach. Krew, miast wnikać w dywan, rozlewała się po nim, jak gęsta kawa po obrusie.

  Zamiast zawrotów głowy, czy słabości, poczuła gniew wzbierający w żołądku gorącą falą. Jej dziecko było gdzieś tam, zniewolone, a te cuchnące samce śmiały powstrzymywać ją, wiążąc w jakiejś, pozbawionej sensu, bijatyce. Wzięła potężny wdech, nie zważając na to, że z czarnej krwi na dywanie zaczyna unosić się dym i ruszyła na tego, który ją zranił.

  Torkeh, ledwo kuśtykając, klepnął towarzysza w ramię.

  - No! Załatw tę kurwę! – wrzasnął.

  Eyra błyskawicznie zerwała się do biegu i, zanim zaskoczony przeciwnik zdołał odpowiednio zareagować, wyprowadziła potężne kopnięcie w podbrzusze. Następnie wyskoczyła w powietrze i, gdy mężczyzna zwalił się po ciosie na dywan, opadła, miażdżąc podkutymi podeszwami czaszkę molosa. Mózg wytrysnął na zewnątrz jak ślimak z rozdeptanej muszli.

  Torkeh patrzył na scenę z rozdziawionym pyskiem. Dywan, w miejscach, na które padła krew przerażającej kobiety, zwyczajnie płonął. Ogarnianą płomieniem komnatę zaczynał wypełniać tłusty dym, który wdzierał się w oczy i płuca, doprowadzając do łez i nieznośnego kaszlu. Torkeh najwyraźniej uznał, że pora się ulotnić, lecz połamane kolano nie wytrzymało monstrualnego ciężaru i wielkolud, mimo potężnych muskułów, runął na posadzkę, niczym zepsuta zabawka. Jęknął z bólu, przez chwilę oczy zaszły mu czarną mgłą.

  Po chwili coś nim szarpnęło i znalazł się na plecach. Otworzył ślepia i zobaczył przed sobą straszne oczy, wypalające siłą spojrzenia dziurę w czaszce. Rozszerzone do granic możliwości źrenice płonęły jasnym ogniem, a wąska obręcz ciemnej tęczówki tworzyła coś, co wyglądało jak zaćmienie słońc, tyle że w odwróconych barwach. Torkeh zahłysnął się dymem i, przerażony, nie potrafił wypuścić go z płuc.

  - Chciałeś onyks?! – wrzasnęła Eyra prosto w czerwoną twarz, dosiadając beczkowatego korpusu mężczyzny – To masz!

  Gorąca fala, zagotowawszy się w żołądku, wystrzeliła strumieniem ognia z gardła odurzonej gniewem kobiety. Nachyliwszy się nad leżącym na wznak mężczyzną, wyrzygała na  pół-zwierzęcy, zaklęty w masce przerażenia pysk, obfitą strugę płynnego ognia, który niczym lawa wżarł się w ciało, roztapiając skórę i mięśnie, doprowadzając oczy do wyparowania i pozostawiając czaszkę nagą i czarną.

  Opuściła płonącą komnatę ze zwęglającymi się trzema trupami i, upojona szałem i zemstą, wyważyła losowo wybrane drzwi, ruszając ciemnym korytarzem w poszukiwaniu pana domu.

  Dopiero teraz wyjęła z paska swój napiąstkowy, mały sztylet. Onyks, tętniący we krwi, sprawił, że nie czuła potrzeby zaopatrywania się w potężniejszą broń. Teraz sama stała się śmiertelnie niebezpieczną, potężną bronią.

  Zakręciło jej się w głowie i wpadła na ścianę. Krew, o dziwo, przestała uchodzić, krzepnąc wielkim strupem na boku, ale zdążyło jej wypłynąć całe mnóstwo. Obraz dwoił się przed oczami i migotał. Podparła dłonią chłodną w dotyku ścianę i, idąc w ten sposób, dotarła do kolejnych drzwi, za którymi znalazła Vessira.

  Najwyraźniej onyks, w jakiś dziwny sposób, podpowiedział jej drogę.
Spoczywał w półleżącej pozycji na czerwonej sofie, dając się karmić winogronami nagiej kobiecie o włosach żółtych jak morski piasek. Eyra zauważyła, że wszystkie trzy, usługujące Vessirowi dziewczęta wyglądały jak własne kopie, o identycznych, idealnych twarzach. Wszystkie nagie i zupełnie wydepilowane. Jedna z nich masowała mu stopy, a inna robiła coś dziwnego nad głową swego pana. Dopiero po chwili okazało się, że karmiła zieloną papką wielkiego robaka, grubego jak jej przedramię, siedzącego na łysej głowie Vessira z maleńkim, okrągłym otworem gębowym nad czołem, a przypominającym ogon węża odwłokiem kończącym się na karku. Robak lśnił białą, pokrytą niebieskimi żyłkami powłoczką i pulsował podczas trawienia.  Wyglądało na to, że jest do Vessira przyrośnięty na stałe.


_
  Eyra skrzywiła się na ten widok. Trzasnęła żelaznymi drzwiami, zamykając je za sobą. Kobiety zerwały się przerażone, ale Vessir usiadł tylko powoli. Eyra zobaczyła błękitne, półprzeźroczyste kamienie tkwiące w oczodołach, zastępujące mężczyźnie własne oczy.

  Wstał. Gestem kazał kobietom wyjść z komnaty.

  Eyra rozejrzała się. Cały pokój tonął w czerwieni. Zakratowane lampiony rzucały karmazynowy poblask na krwistoczerwone sofy i fotele, stojące na szkarłatnym dywanie. Czerwone zasłony lały się po ścianach, czerwone winogrona tkwiły w misach z czerwonego złota, wreszcie czerwone było wino w kielichu Vessira, odzianego w czerwoną, jedwabną togę. Eyra czuła się jak naćpana szkarłatem.

  Kobiety uciekły, zostawiając ich samych w pomieszczeniu. Mężczyzna wstał, jak gdyby nigdy nic, spojrzał przelotnie na zakrwawioną kobietę, opartą o jeden z foteli i podszedł do stołu pod ścianą.

  - Wina? – zapytał i, nie czekając na odpowiedź, napełnił puchar.

  Eyra z trudem przyglądała się mężczyźnie, podchodzącemu ze złotym kielichem w dłoni. Z błękitnych, kamiennych oczu nie sposób było czegokolwiek wyczytać.

  - Widzę, że poradziłaś sobie z moimi psami – rzucił, ni to pytając, ni stwierdzając.

  Eyra wytrąciła mu puchar z dłoni, gdy tylko znalazł się na wyciągnięcie ręki. Wino szybko wsiąkało w dywan. Mężczyzna uśmiechnął się z politowaniem i wrócił na sofę, gdzie położył się bokiem, podpierając na łokciu.

  - Przydałby mi się ktoś taki jak ty. Nie chciałabyć u mnie pracować?

  - Oddaj... moje... dziecko... – z trudem wypowiedziała słowa, chwiejnie postępując, krok za krokiem, w kierunku Vessira.

  - Za późno przyszłaś – odparł tamten beztrosko – ale nie martw się. Twój syn ma teraz lepsze życie.

  Eyra poczuła, jak wszystkie mięśnie jej tężeją, a żołądek kurczy się i pulsuje. Vessir zauważył rysującą się wściekłość na twarzy Eyry i usiadł.

  - Nie, nie... twój chłopak żyje. Oddałem go arystokratom. Będzie się przyuczał do roli pazia, chodził w jedwabiach, jadł takie smakołyki, z których istnienia jego mamusia nawet nie zdawała sobie sprawy.

  - Do Stalowych... Ogrodów? – mówienie przychodziło jej z coraz większym trudem. Obraz zamazywał się przed oczami, jednak nie potrafiła odwrócić wzroku od obleśnego robaka na łysej czaszce Vessira.

  - A gdzieżby indziej, moja droga, jak nie do Ogrodów? Cóż takiego mogłaś zaoferować swojemu dziecku? Brudną, ciasną chatę? Czarny chleb z kamieniami? Teraz... teraz twój chłopak jest w raju.

  Zrobiło jej się niedobrze. Świat wirował i nie chciał się zatrzymać. Nie miała pojęcia, co ma o tym myśleć; czy wściec się, płakać, a może cieszyć? Vessir... co on mówi? Dlaczego jest taki spokojny?

  - A teraz, moja droga, dogadajmy się – powiedział z uśmiechem. Kamienie w oczodołach, pod odpowiednim kątem, wyglądały jak dziury w czaszce. – Oddaj mi mój onyks, a ja zapłacę ci tyle, że przez resztę życia będziesz się zastanawiała, na co to wydać.

  Eyra zdobyła się na blady uśmiech.

  - Oddam ci go... za darmo – podjęła z trudem – jak tylko... uda ci się... wycisnąć go z moich żył.

  Mięśnie na zapadłych policzkach Vessira drgnęły. Wstał z sofy, spoglądając na Eyrę z byka.

  - Co to ma znaczyć? – ton jego głosu zmienił się z łagodnego w suchy, przypominając teraz dźwięk deptanych, jesiennych liści.

  - To, że mam go w sobie... gnido.

  Mężczyzna zrobił krok do przodu, twarz ściął mu wyraz przerażenia pomieszanego z gniewrem. Przez chwilę wydawało się, że złapie się za serce i padnie omdlały z powrotem na sofę. Vessir zacisnął jednak szczęki i ruszył sztywnym krokiem w kierunku chwiejącej się Eyry.

  - Jak mogłaś... jak mogłaś go zbrukać, zbezcześcić – mówił zaczynając z pozoru spokojnie, lecz unosząc głos do coraz bardziej gniewnych tonów. – Onyks nie był dla ciebie. Nikt cię do niego nie przygotował. Nie jesteś godna...

  - Możesz go sobie wziąć – zadrwiła Eyra – poczekaj tylko... wsadzę sobie palce do ust... i wyrzygam ci go całego na twarz...

  Próbowała stać o własnych siłach i czuła jak onyks pomaga jej w tym, burząc krew w żyłach. Vessir nagle rzucił się na nią, chwytając za klapy kaftana. Mimo słabości, Eyra bez trudu wykręciła chude palce, które zacisnęły się na jej kołnierzu, sprawiając, że mężczyzna ukląkł przed nią. Vessir uniósł wściekłą twarz i wówczas robak na jego głowie nadął się jak balon i chlusnął kobiecie w twarz strumieniem gęstego jadu.

  Jeszcze nigdy nie czuła takiego bólu. Miała wrażenie, że twarz po prostu odpada jej po kawałeczku, zmieniając się w zżeraną jadem papkę. Nic nie widząc, zatoczyła się na ścianę, zrywając szkarłatną zasłonę w poszukiwaniu oparcia. Usta chyba stopiły się w jedno, bo nie potrafiła ich otworzyć. Ledwo udawało jej się nabierać powietrza nosem, a krzyk cierpienia i strachu uwiązł w zaciśnietym bólem gardle.

  Vessir doskoczył do leżącej pod ścianą, wijącej się w smazmach Eyry. Złapawszy za klapy, zaczął potrząsać sparaliżowaną bólem kobietę i wrzeszczeć oszalałym głosem.

  - Myślałaś, że onyks zmieni cię w supermordercę?! Sądziłaś, że to tylko głupi przekształcacz?! Nie był dla ciebie! Uważasz, że ten idiota zdołałby go ukraść? NAM ukraść? Gdybym mu na to nie pozwolił, nie dałby rady. Wystarczyło go potem odzyskać, a gildia o niczym nie musiałaby wiedzieć. Ukradli go. Przepadł i tyle... Ale ten skunks go ukrył. A teraz ty mi go przynosisz i co? Sprofanowany! Miał być mój. Mój! Słyszysz?

  Wciąż potrząsał Eyrą, która słyszała Vessira, jakby zza grubej kurtyny. Ból powoli przechodził, pozostawiając po sobie brzemię potwornego zmęczenia. Chciała otworzyć oczy, ale zaczęło ją ogarniać przerażające przekonanie, że straciła je, wypalone jadem. Z trudem rozchyliła lepiące się wargi.

  - Po co ci on? – wykrztusiła.

  Vessir zbliżył twarz, przyglądając się z chorą fascynacją poparzonemu obliczu Eyry. Poczuła odór soków żołądkowych, ziejący z ust mężczyzny, co upewniło ją, że wzrok był jedynym zmysłem, jakiego jej pozbawiono.

  - Po co? – powtórzył jej pytanie. – Nosisz go we własnym ciele, zmieszał się z twoją krwią i pytasz, po co mi on? Nadal tego nie rozumiesz? Onyks daje więcej, zdecydowanie więcej, niż jakieś tam, bojowe hokus-pokus. Naprawdę tego nie pojmujesz? To tylko dowód na to, że jesteś nieprzygotowana, nieodpowiednia, niegodna, by go w sobie nosić!

  Eyra zaczęła błądzić dłonią, szukając twarzy Vessira. Ten siedział jej na brzuchu i zaciskał dłonie na klapach brunatnego kaftana z taką siłą, że zbielały mu kłykcie.

  - Dowiedz się więc – zachrypiał Vessir – że onyks otwiera wrota do świata, do którego zwykli śmiertelnicy mają wstęp tylko, jako skazańcy. Do świata, z którego normalnie nie ma powrotu. Onyks jest kluczem do piekła, rozumiesz? A tajemnice stamtąd wydarte, mogłyby zmienić oblicze świata! Tylko, że oni tego nie rozumieją. Nikt nie rozumie... a teraz... jest za późno. Wszystkie znalazły swoich nosicieli. Odebrałaś mi skarb, którego wielkości nie umiesz nawet ogarnąć.

  Eyra zachichotała bezgłośnie. Onyks buntował się, burzył krew, łomotał w podstawę czaszki, próbując wybudzić Eyrę z marazmu, poderwać do walki.

  - Chciałeś go dla siebie – wyszeptała, trzęsąc się ze śmiechu. – Biedny Rando chciał do piekła...

  - Zdychaj! – zajęczał Vessir.

  Zacisnął chude dłonie na gardle kobiety jak kleszcze. Eyra odruchowo wywaliła język i po chwili świat zaczął cichnąć, odpływać, jak kończąca się melodia.

  Wydawało jej się, że widzi Grevo, bawiącego się glinianą figurką. Poźniej zniekształcone oblicze Aksy. Leżała na klepisku w domu, który do niedawna był również domem Eyry. Rzeczy odchodzą, wspomnienia blakną. Dom zmienił się po chwili w kupkę popiołu. Trzy kupki popiołu, jak zwęglone ciała.

  „Czym teraz jestem? Czym ja się stałam? W co się przemieniłam? Czy mój syn by mnie rozpoznał? Czy nie bał by się takiej matki? Muszę go odzyskać, zobaczyć, dowiedzieć się... niech zobaczę to w jego oczach. Czy jeszcze jestem człowiekiem, czy już demonem?”

  Poczuła pod palcami, wykrzywioną grymasem szaleństwa, twarz. Wrażenie, jakby po dłuższej chwili pod wodą, wydostała się w końcu na powierzchnię.

  Vessir jęknął, gdy płonące palce zaczęły miażdżyć mu kości policzkowe. Teraz to on znalazł się w potrzasku. Gdy poczuł swąd palącego się ciała, wpadł w panikę i począł szarpać się, jak schwytane w sidła zwierzę.

  Eyra stanęła teraz nad nim, ująwszy łysą głowę w obie dłonie.

  - Chciałeś go dla siebie – zasyczała. – Chciałeś do piekła... to idź!

  Gwałtownie szarpnęła dłońmi. Coś trzasnęło, jak sucha gałązka i Eyra poluzowała chwyt. Vessir padł na dywan, niczym szmaciana lalka. Uświadomiła sobie, że w prawej pięści wciąż zaciska sztylet. Uklękła nad trupem i wykorzystała ostrze do wyłuskania półprzeźroczystych kamieni z martwych oczodołów. Po kilku chwilach błękitny skarb kołysał się w jednej z sakiewek przy pasie.

  Eyra wyszła z komnaty i, kierując się przeczuciem, napędzanym mocą onyksu, znalazła bez trudu drogę do wyjścia. Starego odźwiernego, drzemiącego na swym zydelku, obudził dopiero huk wysadzanych kopnięciem drzwi. Zamarł w przestrachu, widząc, jak wygięty kawał żelaza zwisa na jednym zawiasie. Później uciekł w głąb domostwa.

  Eyra stanęła na zewnętrznej platformie i, energicznym pociągnięciem sznura, wezwała windę. Powietrze pachniało wonią letniego deszczu. Pomyślała sobie, że jest to chyba jedyny zapach, jaki był w stanie przypomnieć jej, że wciąż jest człowiekiem, przynajmniej po części. Tęsknota do dziecka i żal po siostrze nagle rozdarły jej serce i, płacząc, stała tak w lekkich, orzeźwiających kroplach delikatnego deszczu, mieszając je ze łzami, cieknącymi z niewidzących oczu.

  Naszła ją ochota, by rzucić się z platformy. Miałaby dość czasu, by się rozpędzić i roztrzaskać o bruk na krwawą miazgę. Lecz coś ją powstrzymało. Pomyślała, że to być może nadzieja na odzyskanie dziecka...

  ...a być może Onyks.

 

*          *          *

 

  Havra śpieszył się jak umiał, lękając się upływu cennego czasu, od którego zależało jego życie, lecz operacja zamiany wytopionych oczu na nowe, kamienne, najwyraźniej się udała. Eyra odzyskała przytomność zaraz po tym, jak zaklinacz podstawił jej pod nos sole trzeźwiące.

  - I jak? – zapytał drżącym głosem. Na widok poparzonej, zniekształconej osobliwymi bliznami, twarzy, robiło mu się słabo.

  Eyra widziała oblicze Havry w zasadzie normalnie, choć wszystko miało teraz błękitnawy odcień. Rozejrzała się po warsztacie. Szybkie spojrzenie, to na świecę, to w najciemniejszy kąt pokoju, uświadomiło jej, że kryształy regulują światło, rozjaśniając lub przyciemniając je w miarę potrzeby.

  - Mogło być gorzej – odparła.

  - I co teraz zrobisz? Ktoś może cię... he... szukać.

  Eyra usiadła na łóżku, podciągając kolana pod brodę.

  - To niech szuka. A jak znajdzie, to jego pech. Ja zamierzam odzyskać Grevo.

  - Jak? – żachnął się Havra. – Do Stalowych Ogrodów nie można ot tak sobie wejść.

  - Nie muszę tam wchodzić. Gram przecież w Królobójcę i jestem, to znaczy byłam, całkiem niezła. Teraz będę nie do zatrzymania. Czarna liga stoi przede mną otworem, a arystokracja uwielbia graczy do tego stopnia, że spełnia przeróżne ich zachcianki. Dla plebejusza nie istnieje inna możliwość, by chociaż pomówić z arystokratą, niż wsławić się dobrą grą w czarnej lidze.

  - Jest to jakiś pomysł – jęknął zaklinacz – a co z moją... he... odtrutką? Czuję już, jak trucizna chwyta mnie za serce. Długo nie wytrzymam.

  Kobieta uśmiechnęła się, jakby coś niezwykle ją ucieszyło.

  - Eyra! – wystraszył się Havra. – Obiecałaś! Dotrzymałem umowy, ty dotrzymaj swojej.

  Kobieta wstała z łóżka i podniosła z podłogi pas z torebkami i sakiewkami. Z jednej z nich wydobyła skórzany pokrowiec, a z niego, małą fiolkę z różowym płynem. Rzuciła ją zaklinaczowi. Drżące dłonie mało nie upuściły drobnego naczynia.

  - Właściwie – powiedziała Eyra – to mieliśmy umowę na to, że dam ci antidotum przeciwko truciźnie, która była na szpili... pamiętasz, tej, którą wbiłam ci w dłoń...

  - No – potwierdził Havra z wyraźną ulgą, widniejącą na twarzy. Osuszył fiolkę do dna i wreszcie poczuł się bezpiecznie.

  - Problem w tym – kontynuowała Eyra – że troszkę cię okłamałam i szpila wcale nie była zatruta. Prawdę mówiąc, nie znam takiej trucizny, która działałaby dopiero po calutkim dniu.

  - Co? – zaklinacz wybałuszył oczy. – Nie byłem otruty? Zdajesz sobie... he... sprawę, że z nerwów mało nie wysiadło mi serce?

  - Należałoby ci się. Jak by na to nie patrzeć, jesteś w mniejszym lub większym stopniu winien śmierci mojej siostry, jej narzeczonego, porwania mojego dziecka, a także oszpecenia mnie samej.

  W ostatnim zdaniu Havra wyczuł, ukrytą pod maską beztroskiego tonu, budzącą strach groźbę. Udał więc, że tego nie słyszał. Niezwykle interesująca wydała mu się natomiast pusta fiolka, którą wciąż trzymał w palcach.

  - He... Eyra – zagadnął nieśmiało – a co ja w takim razie wypiłem?

  Kobieta zebrała swoje rzeczy, zapięła pas, wsunęła na głowę kaptur i, wychodząc z warsztatu, rzuciła jakby od niechcenia.

  - A... to? ...To już naprawdę była trucizna.


K O N I E C

 Autor: Dabliu
 Data publikacji: 2006-12-23
 Ocena redakcji:   
 Ocena użytkowników:

 Zobacz inne utwory autora »
 Skomentuj »


 KOMENTARZE
Ułóż od najnowszych ↑

 TRZECIE MIEJSCE W KONKURSIE
Ten utwór zajął trzecie miejsce w ogólnopolskim konkursie literatury fantastycznej "Ze słów - światy" organizowanym przez www.mythai.info w roku 2006.
Autor: Whitefire
 Więcej o konkursie
Utwory w konkursie "Ze słów - światy" były oceniane przez 3 jurorów i akurat w moim własnym rankingu to opowiadanie byłoby drugie. Moje notatki po nim wyglądały mniej więcej tak:

- Czytelnik jest odrobinę zagubiony w tym świecie, trochę jakby była to tylko część dłuższej opowieści.
- Nie dla młodych - czyli trochę zawęża się grupa odbiorców.
+ Postać bohaterki niebanalna
+ Dobre, oryginalne pomysły, dobrze sie czyta, spójne, dobre proporcje.
+ Minimum błędów, dobry styl.
+ Dobre zakończenie
Świat został stworzony...

Powyższe uwagi są jednocześnie uzasadnieniem przyznania dwóch kałamarzy.


Teraz dodam jeszcze, że największym problemem z punktu widzenia redakcji jest właśnie ten drugi "minus". Nie dla młodych... i często nie dla kobiet, jak się przekonałem na przykładzie własnej żony, która była o wiele mniej ode mnie zachwycona właśnie ze względu na wulgaryzmy i brutalność.

Nie jest to w zasadzie wada, lecz kwestia stylu i tego dla kogo się pisze - niemniej, powtórzę, z punktu widzenia redakcji... Redakcji zawsze zależy na tym, żeby utwór mógł przyciągnąć jak największą liczbę czytelników.

Poza tym zdecydowanie gratuluję!
Autor: Whitefire
 TNX
A ja dziękuję i zapraszam do lektury oraz bezstresowego komentowania tejże. Piszcie, co myślicie o tekście. I nie musicie owijać w bawełnę, jeśli się nie podobało. Ja nie jestem z porcelany, wytrzymam ciosy ;)))
Pozdrawiam wszystkich czytelników :D
Autor: Dabliu
 Boskie
Jedno z lepszych opowiadanek jakie widziałem. Pozdro!
Autor: Zappy
 Dobre...
Podoba mi się.
Autor: Saure
 Plagiat
Toż to plagiat! Nawet nie chciało Ci się pozmieniać nazw i imion. Są to fragmenty z książki Rafała W. Orkana, noszącej tytuł "Głową w mur". To przykre, że ta praca otrzymała nagrodę. :/
Autor: Rotheran Data: 16:22 15.11.12
 .
Chyba, że jesteś Orkanem. Jeśli tak, przepraszam za niesprawiedliwe oskarżenia, strasznie mi się to rzuciło w oczy. ^^"
Autor: Rotheran Data: 16:25 15.11.12
 Najwyraźniej jest ;)
W przeciwnym razie kolega Rafał mógłby mieć proces o plagiat, gdyż jego książka ukazała się 3 lata (albo lepiej) po tym opowiadaniu. Ale to by chyba jednak było oskarżanie samego siebie ;)

A zatem, jeśli komuś się spodobało, zapraszam na stronę wydawnictwa i zachęcam do kupienia książki.
Autor: Whitefire Data: 10:43 17.03.13
 Świetne
Zarąbiste, świetnie się czyta aż szkoda że tak szybko.A koniec bardzo zabawny :)
Autor: kero Data: 11:00 19.04.13
 Super ;D
Świetne ^^
Szczerze mówiąc, pierwsza z cech uznanych przez komisję za minus jest dla mnie plusem. Osobiście lubię opowiadania, w których czytelnik jest nieco zagubiony i nie wszystko jest do końca jasne.
Jestem dziewczyną i to do tego zdecydowanie młodą, a jednak naprawdę bardzo mi się podobało
Autor: Lee Data: 22:40 26.08.13


« Powrót



Nasi użytkownicy napisali 77005 wiadomości na forum oraz dodali 442 publikacji.
Zapisało się nas już 1957

Ostatnio do paczki dołączył dramat_

 
Po stronie kręci się 2 osób: 0 zarejestrowany, 0 ukrytych, 2 gości.
 


       Dział Literatury:

   •   Recenzje Fantastyki
   •   Autorzy Fantastyki
   •   Artykuły
   •   Poczytaj fantasy
   •   Poczytaj SF
   •   Poczytaj różne
   •   Cała proza
   •   Poezja
   •   Fan fiction
   •   Publikuj własne dzieło »

Myśl

Same słowa nie będą święte, jeśli choć trochę nie będą święte usta, które je głoszą.

  - Mikołaj Wasiljewicz Gogol
  
Strona główna | Mapa serwisu | Wersja tekstowa | O stronie | Podziękowania
Sponsoruj mythai.info | Informacje o prawach autorskich | Kontakt

© 2004 - 2016 Mariusz Moryl

Ten serwis wykorzystuje pliki cookie w celu ułatwienia identyfikacji użytkownika.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia.
 
zamknij
Masz nowych listów.