Użytkownik: Hasło: Rejestracja
 Abadon

Prolog
Młody chłopak siedział w lesie. Jego długie, czarne włosy były luźnie spuszczone na plecy. Mimo iż był tu ciepło, siedział w długim, czarnym płaszczu. Przy pasie miał przyczepione dwie katany i niewielki pojemnik.
Medytował.  Nad chłopakiem zaczął latać biały gołąb. Zrobił nad nim trzy okrążenia i usiadł na jego głowie. Usłyszał w umyśle spokojny głos który mówił:
- Twój czas nastał. Pan cię wzywa. Dwa miesiące po twoim zahibernowaniu naszemu arcywrogowi udało się zebrać wystarczającą siłę, aby wedrzeć się na jeden dzień do świata żywych. Ten jeden dzień wystarczył mu, aby sprowadzić kataklizm i stworzyć swoją armię na Ziemi. Odpalił większość rakiet, które posiadały wszystkie kraje świata. Ludzie znają to wydarzenie jako bunt maszyn. Przejął kontrolę nad elektrycznymi maszynami.
Jak wiesz w 2020 roku prawie wszystko było obsługiwane za pomocą komputerów. W niedługim czasie w Ameryce maszyny stworzyły armię i przejęły całą Kanadę. Obecnie ludzie tworzą z nimi regularny front. Maszyny te są powszechnie nazywane Moloch. Na ich terenie powstało mnóstwo fabryk w których robione są co raz to lepsze maszyny bojowe. Jest też dużo o wiele gorszych miejsc. W laboratoriach wróg  bawi się ludzkimi genami, łącząc je ze zwierzętami. Próbuje ulepszyć człowieka. Istoty powstałe w wyniku tych eksperymentów określane są mianem mutantów. W niewielu miejscach nie są tępieni, a w jeszcze mniej jest takich w których są akceptowani i traktowani na równi z ludźmi. Niestety jest tylko kilka miast które po kataklizmie zorganizowały się i stworzyły małe państwa. Twoim celem jest jednak co innego. Twój stary wróg powrócił z Piekła. Gdzie się tylko pojawi, niszczy wszystko wokół i zabija jak najwięcej, jakichkolwiek żyjących istot. Na razie jest  za słaby, aby zniszczyć większe miasto, ale wkrótce może stać się bardzo potężny.
-    Mzopisajelu twój trening dobiegł końca! Nadszedł czas twego przebudzenia!
-    I tak nie mogę odmówić – powiedział bez emocji chłopiec. - Ale tę misję wykonam z wielką przyjemnością.                   
                    Rozdział I
       Minęły dwa lata od przebudzenia Mzopisajela. Dopiero miesiąc temu chłopak wpadł na trop swojego celu. Jego przeciwnik znalazł jakiegoś towarzysza. Obaj podróżowali na koniach. Doszczętnie pali każdą osadę, na którą natrafili. Zabijali wielu ludzi. Większość była spalona, ale niektórzy zginęli od ciosu mieczem. Na szczęście wrogowie nie wiedzieli o pościgu. Niszczyli wsie powoli, delektując się cierpieniem mieszkańców.
Według spostrzeżeń chłopca, cel miał jeszcze tylko pół dnia przewagi. Mzopisajel szedł przez pustynie za śladami, które zostawili wrogowie. Zauważył dym unoszący się znad jakiegoś miejsca. Coś płonęło. Wszedł na najwyższą w okolicy wydmę i dostrzegł w oddali palącą się wieś. On tam był. Wreszcie po miesiącu pościgu dopadnie swoją ofiarę i wypełni misję. -„Tylko co będę robił potem? Pożyjemy zobaczymy”- pomyślał i zaczął biec w stronę wsi.

                    *    *    *

    Mzopisajel biegł około godziny. Wieś jeszcze płonęła. Nagle rozległ się głośny krzyk, jakby komuś zadawali ogromny ból. Ktoś tu jeszcze żył. Pobiegł w stronę źródła dźwięku. Wszystko wokół płonęło, ale spostrzegł dwie walczące postaci. Jedna z wielki mieczem, a druga bez broni. Dostrzegł jeszcze dwa konie stojące z boku między płonącymi domami. Na jednym ktoś siedział. Skradając się, chłopak podszedł bliżej. Na zwierzęciu siedział młody mężczyzna ubrany w czarną sutannę i glany. To był on. Popatrzył na walkę. Obie postaci były mężczyznami. Jeden miał na sobie zbroję płytową i wielki miecz w dłoniach, a drugi był tylko w obdartych, dresowych spodniach. Na wierzchu obu dłoni i łokciach miał coś dziwnego. Wyglądało to jak metalowe kolce. Mzopisajel postanowił później rozwiązać problem pojedynku. Walka byłą wyrównana.
Podszedł przed swój cel i powiedział:
-    W końcu cię znalazłem. Lepiej zmów modlitwę do twego szefa. To twoje ostatnie chwile na tym świecie.
-    Proszę, proszę. Niebiosa w końcu się zainteresowały swoim dziełem. – Odpowiedziała postać na koniu- - Dalej na usługach trójki? Wiecznie będziesz im służysz?
-    Nie mam wyboru. Musze wypełniać te przeklęte „święte misje”. Ale na tę zgodziłem się z wielką chęcią.
-    Dalej mnie nienawidzisz? Przecież tyle lat już minęło... Dobra ja ciebie też nie lubię świętoszku. Zapewne nie uda mi się przeciągnąć cię na naszą stronę. Daj mi chwilę na przygotowanie.
Powiedziawszy to wskazał otwartą dłonią na mężczyznę bez zbroi. Z jego ręki wyleciała wielka kula ognia trafiająca cel w pierś. Odrzuciło go parę metrów w tył i przestał się ruszać. Czarownik gestęm ręki przywołał swojego pomocnika i kazał stanąć mędzy nimi, spojrzał z pogardą na chłopaka i  przemówił:
-    Twoje przybycie niszczy cały mój plan, ale jeśli szybko cię zabije to będę mógł wrócić do starego pomysłu.
-    Tym razem nie uciekniesz. Nic cię nie uratuje! Księdzu, to twoje ostatnie chwilę na tym świecie!
Skończywszy mówić dobył swych katan i pobiegł w stronę wroga. Szarżując najpierw na pomocnika, kątem oka spostrzegł kilka wgnieceń w jego zbroi. -„Tamten facet musiał być bardzo silny. Może mógłby mi się kiedyś przydać”- pomyślał. Uchylił się przed ciosem miecza i ciął przeciwnika po nogach. Ku jego zdziwieniu, bronie nie przecięły zbroi, ale się od niej odbiły. -„Ta zbroja musi być naładowana bardzo potężną magią. Jakim cudem moje katany nawet jej nie zadrasnęły, a tamten facet wgniótł ją gołymi rękami?!”- rozmyślał chłopak. Stanął za swoim przeciwnikiem i przyjął gardę. Poczekał, aż tamten się odwróci. Uskoczył przed cięciem z góry, a kiedy broń wbiła się w ziemię wbiegł po jej krawędzi. Zadał jednocześnie dwa ciosy w gardło wroga i saltem zeskoczył w tył. Odwrócił się i ruszył sprintem w stronę Księdza. Wróg uniósł dłonie i wystrzelił w Mzopisajela dziesięć ognistych pocisków. Chłopak spodziewał się tego. Odbił kule mieczami i wyskoczył w górę z katanami przygotowanymi do ścięcia głowy wroga.
        -     Księdzu, nic się nie zmieniłeś.
-    Tak ci się tylko zdaje.
Z ziemi wytrysnął strumień ognia, wyrzucając Mzopisajela w górę. Zdezorientowany chłopak schował swoje ostrza w obawie, że je wypuści. Kiedy zaczął opadać, dostał kulą ognia w twarz. Spadł parę metrów przed przeciwnikiem. Jego długie włosy szybko spłonęły, a twarz miał całą poparzoną. Gdy próbował się podnieść, usłyszał zgrzyt metalu i poczuł ogromny ból, kiedy dostał silnego kopniaka metalowym butem. -„To niemożliwe! Przecież odciąłem mu głowę! Jakim cudem jeszcze żyje? Ta zbroja jest tak potężna?”- pomyślał chłopak i zamknął oczy. Gdy je otworzył, stał w ciemności. Z mroku wyłoniła się dziwna postać. Wyglądała jak koza o ludzkiej posturze z futrem gdzieniegdzie czerwonym jakby była polana krwią.
Jej kozie ręce były skrzyżowane na piersi, a duże skrzydła pozostawały złożone na plecach.
-    Nie potrzebujesz pomocy? Wiesz, że z moją pomocą  to będzie bardzo łatwe – przemówiła istota zimnym głosem.
-    Precz demonie! Nie uwolnię cię, nawet jeśli mam sam zginąć! I tak sam sobie z nim poradzę! Idź precz demonie śmierci! Wracaj do swego więzienia!
Postać zaczęła się oddalać. Chłopak zamknął oczy ,a gdy je otworzył, zauważył przed sobą osobę w poszarpanym dresie. Mężczyzna ledwo stał na nogach, a jego prawe ramię ociekało krwią. Mzopisajel wyszeptał coś starożytnym języku. Chwilę potem zapadła nadnaturalna ciemność. Złapał rannego za lewą dłoń i ciągnąc go, zaczął biec. Zdezorientowany mężczyzna wyrwał rękę z uścisku i krzyknął z frustracją:
-    Co robisz?! Muszę z nimi walczyć! Muszę ich pomścić!
Jego twarz zalała się łzami, ale po chwilę potem przybrała groźną minę, a w oczach widać było rządzę mordu.
-    Wiem, co czujesz, ale jeśli nie uciekniemy, zabiją nas. A wtedy nikogo nie pomścisz!
Dwa konie głośno zarżały i zaczęły biec w ich stronę. Chłopak znowu wyszeptał coś w starożytnym języku, złapał rannego mężczyznę za rękę i obaj znikli.


                *    *    *

Pojawili się na pustyni. Dookoła nie było nic prócz piasku.
-    Co to było?! Gdzie jesteśmy?! Czemu to zrobiłeś?! Kim do diabła jesteś?!
-    Ech, i tak już dużo widziałeś, więc nie będę ściemniał. Był to czar teleportacji. Jesteśmy jakieś 100km na południe od tamtego miejsca, a zrobiłem to, żeby ratować twoje nędzne życie!
-    Niepotrzebnie! Poradziłbym sobie!
-    Na pewno. Biorąc pod uwagę twoje ranne ramię i to, że ledwo stoisz.
-    To tylko małe draśnięcie. Starczyłoby mi sił, aby ich zabić!
Mzopisajel dotknął palcem poparzonej piersi swojego rozmówcy. Mężczyzna jęknął z bólu i przewrócił się.
-    Widzę właśnie.
 Chłopak usiadł obok swego leżącego towarzystwa i kontynuował:
-    Jestem Raziel. Dobry szermierz i trochę zajmuje się leczeniem. Jak brzmi twoje imię?
-    Jestem Jin. Gladiator. Co to ma znaczyć, że to czar był? To tak samo jak tamten w czarnej sukience robił ogień?
-    Tak, to magia.
-    Przecież coś takiego nie istnieje!
Raziel położył się obok Jina i przeciągnął.
-    Jak nie chcesz, to nie. Ale jak chcesz wytłumaczyć to wszystko? Pozwól, że uleczę twoje rany.
Chłopak wyszeptał słowa inkantacji czaru, dotknął piersi i ramienia towarzysza. Jego poparzenia znikły, a rana zagoiła się. Tak samo zrobił ze swoją twarzą i włosami. -„Dobrze, że przynajmniej ubranie jest ognioodporne”- pomyślał Mzopisajel.
-    Wow! Jak ty to zrobiłeś? Skąd ty się w ogóle wziąłeś?
-    Skąd się wziąłem? Hmm... Trudne pytanie. – „To zależy która część mnie”- pomyślał. – Nie potrafię ci na nie jednoznacznie odpowiedzieć. Teraz ja mam do ciebie kilka pytań.
-    Dobra. Tylko najpierw powiedz mi jeszcze co to za typy przed chwilą były?
-    Tego w zbroi nie znam, a ten w tej sukience, tak zwanej sutannie, to mój stary wróg, którego nienawidzę prawie tak jak pewnego w chmurkach... W każdym razie nazywa się Ksiądz i jest magiem ognia, sługą demonów. Teraz moja kolej.
-    Kogo ci zabili? – zapytał bez oporów.
Nastała chwila ciszy. Twarz Jina przybrała smutny wyraz. Spojrzał w piękne, bezchmurne niebo.
-    Ten w zbroi zabił trzech moich przyjaciół  i jedyną kobietę jaką kiedykolwiek kochałem... – odpowiedział smutno
-    Wiem co czujesz – powiedział po chwili milczenia Razjel – Ksiądz zabił moich rodziców, brata, siostrę i mą ukochaną
-    To mamy wspólny powód do zemsty – odpowiedział mężczyzna, ale chłopak mu przerwał.
-    To było jakieś pięćdziesiąt lat temu. Już raz ich pomściłem. Teraz mam inny powód, żeby go zabić. Muszę wypełnić Świętą Misję. Ale w jednym się zgodzę. Mogę ci pomóc w rewanżu.
-    Niby jak?
-    Możemy zostać partnerami i razem trenować. Obojgu nam się przyda.
-    W sumie racja. Zgoda. Ale zaraz, skoro to było tak dawno, to ile ty, dziecko, masz lat?!
-    Jakie dziecko?! Jestem hibernatusem.
-    Aaa, to wszystko wyjaśnia. To oznacza, że Ksiądz też jest hibernatusem? Nie sądziłem, że ludzie w 2020 roku byli wyszkoleni w sztuce zabijania.
-    Bo nie byli. Tylko nieliczni.
-    A magią dużo ludzi się posługiwało?
-    Było jej mniej niż teraz. A ksiądz nie był hibernatusem.
-    To jakim cudem nie jest starym dziadkiem?!
-    Jak już mówiłem już raz pomściłem bliskich. Ale i tak nie uwierzysz w moje przypuszczenia.
-    Dziś chyba już nic mnie nie zdziwi.
-    Z tego, co mi wiadomo, parę lat temu jego Mrocznemu Panu udało się przełamać zaklęcie, które ciąży na każdym umarłym, nie pozwalające mu powrócić na ten świat.
-    Kto to jest ten Pan i od kogo masz tę Świętą Misję?
-    To Szatan, a zadanie mam od samego Boga  Stwórcy.
-    Mówisz o Starej Religii?
-    Tak.
-    A skąd ty to wszystko wiesz? I jak dostałeś misję od Boga?
-    Ech, jestem jego, powiedzmy, wysłannikiem. Moim zadaniem jest od dziecka niszczyć największe zło na Ziemi. W tej chwili muszę zniszczyć księdza.
-    Skoro jesteś Jego wysłannikiem, to znaczy, że jesteś bardzo religijny?
-    Nie. Można by rzecz, że jestem ateistą. Jestem tylko narzędziem w Jego ręku. A ty wierzysz w jakąś religię?
-    Nie.
-    Mam jeszcze dwa pytania.
-    Dawaj
-    Co masz na dłoniach i łokciach?
-    A, to. Mam jeszcze na kolanach. Są to wtopione we mnie płytki z kolcami. Parę lat temu jakiemuś świrowi udało się mnie porwać i to mi zrobił. W sumie, jest to nawet użyteczne. Nie wiem z jakiego to metalu, ale mimo kilku lat użytku nie ma nawet rysy i ani troszkę rdzy.
-„Mithril. To by częściowo wyjaśniało jak udało mu się uszkodzić tę przeklętą zbroję. Ale musi być teżna tym jakiś bardzo potężny czar”- rozmyślał Razjel.
-    A drugie pytanie?
-    Nie znasz może w okolicy kogoś, do kogo byśmy mogli się teraz udać?
Jin energetycznie wstał i wesoło krzyknął:
-    Wiem! Pójdźmy do mojej rodzinnej wsi! Dawno tam nie byłem. Tylko jest pewien problem. Chociaż nie, mówiłeś, że jesteśmy 100km na południe?
-    Tak.
-    No to nie tak daleko! Ruszajmy do Teksasu!
-    Chodźmy zatem.
Rozdział II
Przez ostatnie dwa dni towarzysze dowiedzieli się jak dojść do rodzinnej wioski Jina. Gladiator dawno tu nie był i nie pamiętał drogi. Raziel kupił mu nowe ubranie. Chłopak uważał, że w starym odzieniu nie może podróżować. Sądził, że Jinowi pasuje niebieska bluza z kapturem i trochę za duże jeansy. Jin zdawał się być zadowolony z nowego ubrania, ale czasem narzekał na rękawiczki. Raziel twierdził, że są fajne, ale przede wszystkim miały zasłonić jego metalowe płytki na dłoniach.
-    Te rękawiczki są denerwujące! Przecież nikomu nie zrobi różnicy, jakie mam ręce.
-    Może nie. Ale, wiesz, że Teksańczycy są dziwni. Jeszcze uznają cię za cyborga albo jakiegoś mutasa.
-    Przecież nie wszyscy są tacy!
-    Ale większość. Nieważne. Noś je i nie marudź.
Jin zawiedziony spuścił głowę.
-    No dobra. Daleko jeszcze do następnej wiochy?
-    To chyba ja powinienem się pytać. Ale raczej nie. Tak swoją drogą masz jeszcze jakieś drobne?
-    Nie, ale na arenie coś wygram.
-    Hmm... Dobra. I pamiętaj, że wieczorem kolejny trening.
-    Znowu?! Daj mi choć jeden dzień przerwy!
-    Nie ma mowy. Nie są na tyle ostre, aby wpływały na efektywność twoich pojedynków na arenach.
-    A jeśli nas ktoś napadnie?
-    To go załatwię. Nie masz się czym martwić.
Jego rozmówca wydał żałosny jęk niezadowolenia.
-    Nie narzekaj. Patrz już widać, jeśli dobrze idziemy, Dumm. Żeby zaoszczędzić trochę czasu pobiegnijmy.
Jin wydał kolejny żałosny jęk i pobiegł za towarzyszem

                *    *    *

W godzinę gladiator zdążył przejrzeć każdy zakątek wsi w poszukiwaniu areny. Ku jego zdziwieniu i nieszczęściu nie znalazł nic co nawet mogłoby ją przypominać. Towarzysze stali w środku Dumm i zastanawiali się co teraz zrobić.
-    Co za wiocha! Za co będziemy jeść?! – Krzyknął nieszczęśliwie Jin- wiem! Mam pomysł!
-    Jaki?
-    Uwaga! Uwaga! Do waszego miasta zawitał dziś sławny, wędrowny czarodziej! – Krzyczał gladiator energicznie machając przy tym rękoma. – Za kilka nędznych gambli pokaże wam swe magiczne sztuczki! Zapłata będzie przyjmowana po występie w każdej formie.
Ludzie zebrali się wokół towarzyszy i coś szeptali między sobą.
-    A jak się nazywa? – padło pytanie z tłumu.
-    Imię jego brzmi Anariel – odpowiedział bez zastanowienia nawoływacz.
Ludzie zaczęli wymieniać swe uwagi, a Raziel korzystając z chwili, szturchnął przyjaciela w żebra i cicho powiedział:
-    Co ty robisz?
-    Zarabiam na jedzenie.
-    Kto ci pozwolił używać do tego mnie? Wiesz przecież, że nie mogę używać lekkomyślnie magii.
-    Skąd miałem to wiedzieć? Nigdy nie wspominałeś.
-    To teraz mówię.
-    Trochę za późno.
Chłopak chciał powiedzieć coś jeszcze, ale tłum zaczął ciągnąć towarzyszy w stronę jakiegoś budynku, który okazał się być tutejszą karczmą. Ludzie ustawili sobie „widownie” z krzeseł i kazali stanąć Razielowi za ladą, a karczmarz zaciągnął Jina na przednie krzesła. Zdezorientowany chłopak stał chwilę za ladą i próbował coś wymyślić. Wpadł na pewien pomysł, ale wątpił, że się uda. Nie widząc innej szansy wziął butelkę wódki i przemówił do zgromadzonych:
-    Patrzcie i podziwiajcie! Za chwilę sprawię, że ta butelka zniknie! – po czym dodał dla spokoju szefa lokalu – A chwilę potem pojawi się z powrotem.
Uniósł rękę z wódką w górę i wpuścił ją do rękawa. Po chwili ściągnął płaszcz, odczekał chwilę i założył go z powrotem. Na twarzach ludzi pojawił się wyraz zdumienia i zachwytu.
       - Wódka znikła! Ale zaraz sprawię, że się pojawi z powrotem.
  Podniósł lewą rękę do góry i zaczął opuszczać. Kiedy miał ją już na dole butelka wpadła mu w dłoń. Tłum westchnął z niedowierzaniem i zaczął bić brawa. Kiedy wiwat ucichł Raziel chciał zrobić jeszcze jedną sztuczkę, ale ktoś z tłumu krzyknął:
-    Jedzenie i picie dla czarownika i jego towarzysza!
Ludzie ustawiali stoły i krzesła na ich wcześniejsze miejsca, a gospodarz poszedł do kuchni. Kiedy meble były na swoich miejscach, a jedzenie podane, Jin poprosił o butelkę wódki.
-    Ludzie! Teraz ja wam pokaże magię!
Tłum przerwał swe rozmowy i z zaciekawieniem spojrzał na nawoływacza. Gdy karczmarz przyniósł wódkę, gladiator wypił całą butelkę jednym łykiem. Większość ludzi patrzyła na niego z szacunkiem.
-    Raziel napij się ze mną. – Nalegał, podsuwając towarzyszowi kolejną butelkę.
W tym samym momencie chłopak usłyszał za sobą świst lecącego sztyletu. Wyciągnął rękę za plecy, złapał broń i wbił go tuż przed napojem oferowanym przez Jina.
-    Dzięki, nie piję. Zabija umysł, spowalnia reakcję i osłabia poczucie równowagi.
Ludzie, uznając sztylet za kolejną sztuczkę, bili brawa i gwizdali.
-    Twoja strata – powiedział zdumiony gladiator i wlał w siebie zawartość butelki.
Raziel, próbując nie zwracać uwagi na tłum, jadł to, co podał mu karczmarz. Wolał nie zastanawiać się, co to jest. Jego towarzysz pokazał swoją „magiczną sztuczkę” jeszcze trzy razy, po czym, coś mamrocząć, stoczył się z krzesła i usnął pod stołem. Kiedy chłopak skończył jeść, wyciągnął ze stołu sztylet i schowałgo za pas. Spojrzał pod stół. Jego towarzysz leżał pod stołem w dziwnej pozycji. – „Trzeba go obudzić i zacząć trening...” – pomyślał. Niezadowolony szturchał towarzysza, prosząc, aby się podniósł. Gdy to nie odniosło skutków, stanął koło śpiącego i mocno kopnął go w twarz. Ku jego radości Jin otworzył oczy.
-    Hmmm... Co jest? Gaziel, semu sie jezt pięciu? Weź zzie tak nie kręć!
-    Nie gadaj tyle tylko wstawaj i chodź na trening – odpowiedział z szerokim uśmiechem.

*    *    *

Po dwóch godzinach towarzysze byli na obrzeżach miasta. Tyle czasu Jinowi zajęło dojście tutaj. Teraz nie chwiał się tak bardzo, widział tylko podwójnie i normalnie mówił.
-    To co, jutro też jakiś pokaz zrób.
-    Nie ma mowy. Wiesz jak trudno jest stopą złapać i podrzucić butelkę wódki?
-    Wiedziałem, że to nie magia. – powiedział odkrywczo – Tylko skąd ten sztylet?
-    Trudno się było domyślić. Dobrze, że ludzie tu nie są zbyt spostrzegawczy. A sztylet wyleciał z tłumu. Dość gadania. Broń się! – powiedział Raziel, po czym dobył swych katan i ruszył biegiem na towarzysza.
 Dalej chwiejący się Jin przyjął gardę i metalowym wierzchem dłoni odbił pierwsze ciosy mieczy. Raziel odskoczył w bok, unikając uderzenia, skoczył za partnera, schował swe ostrza i łokciami uderzył go w łydki. Rzekł:
-    Gdybyś się tak nie wiercił, byłoby łatwiej.
-    Ale nie o to chodzi. Musisz umieć walczyć z każdym przeciwnikiem.
Chłopak znowu usłyszał świst lecącego w jego stronę sztyletu. Odwrócił się i złapał go tuż przed twarzą. Zauważył jakiś gwałtowny ruch w miejscu, z którego przypuszczalnie nadleciała broń. Nie słuchając leżącego towarzysza, pobiegł w tamtą stronę. Nikogo tu nie znalazł. Na ziemie nie było żadnych śladów. – „Niemożliwe żeby nie było tutaj żadnego śladu. „Jakiś wieśniak musiał tędy ostatnio przechodzić. Ktoś tu teraz był i zatarł wszystkie tropy. To pewnie ten sam, co w karczmie we mnie rzucił.” – rozmyślał Raziel wracając do towarzysza. Spojrzał na oba sztylety. Były identyczne. Bardzo dobrze wykonane z wyrytymi na rękojeściach literami F.A. To chyba oznacza Federację Appalachów. Ale co ktoś z tak dobrą bronią mógłby robić na takim odludziu i po co miałby chcieć go zabić? Te pytanie trochę męczyły chłopaka, ale nie przejął się całą sprawą zbytnio. Kiedy doszedł do Jina, schował bronie i powiedział:
-    Nic się nie dzieje. Wstawaj. Kontynuujemy trening.
Nieszczęśliwy gladiator wstał i przyjął gardę.

                    *    *    *

Okazało się, że karczmarz dał towarzyszą darmową kolację i nocleg za dzisiejsze popisy. Jin, narzekając, że wszystko go boli, zaraz po posiłku poszedł spać. Raziel sam poćwiczył jeszcze dwie godziny i medytował trochę. Przed snem postanowił przejść się nocą po wsi. Księżyc był zasłonięty przez chmury i wszędzie panowała ciemność. Nie przeszkadzało mu to. Nie zwracając uwagi na to, że ktoś próbował dziś zabić go dwa razy, zostawił całą swoją broń w pokoju. Miło było pospacerować nocą. Chłopak już prawie zapomniał  o wszystkich problemach, kiedy po raz trzeci jednego dnia usłyszał lecący w jego stronę sztylet. Obrócił się, złapał broń i szybko ją odrzucił w stronę, z której przyleciała. Raziel poczekał chwilę i kiedy uznał, że nieznajomy jest dość blisko, przełączył swoje oczy tak, aby doskonale widzieć w ciemności. Dostrzegł napastnika. Największą jego uwagę przykuł bujny biust agresora. Zdziwiony Raziel nie przyjął nawet gardy, co okazało się błędem. Ledwo udało mu się uniknąć dwóch cięć wymierzonych w jego szyję. Niestety nie odskoczył na czas i dostał mocno łokciem w nos. Trochę zirytowany tym faktem chłopak, złapał swoją przeciwniczkę za ręce uniemożliwiając jej atak sztyletami.
-    Kim jesteś i czemu uderzyłaś mnie w nos?
Przyciągnął nieznajomą do siebie i dokładniej przyjrzał się jej twarzy. Wywnioskował, że ma mniej więcej szesnaście lat. – „Czemu taka ładna i młoda dziewczyna chce mnie zabić? Nie chcę jej skrzywdzić, ale jeśli nie będę miał wyboru...” – rozmyślał. Dziewczyna, korzystając z chwili nieuwagi, uwolniła się z jego uchwytu i odskoczyła w tył.
-    Czemu chcesz mnie zabić? – powtórzył Raziel. – Naraziłem ci się jakoś?
Napastniczka nie odpowiedziała, tylko rzuciła się do kolejnego ataku. Twarz chłopaka przybrała śmiertelnie poważny wyraz. Uniknął cięć, kucając i podciął przeciwniczkę. Gdy upadała, kopnął ją mocno w brzuch. Dziewczyna zwinęła się z bólu i zaczęła szlochać. Raziel wciąż z tą samą powagą nadepnął na głowę przeciwniczki. Dziewczyna obróciła się na plecy i przesunęła jego stopę na swoją szyję.
-    Zabij mnie. – Mówiła ledwo słyszalnym głosem – I tak już wszystko stracone. Zabij mnie.
-    Nie płaczesz z bólu, prawda? – zapytał łagodnie – Czemu więc? Kim jesteś i czemu chciałaś mej śmierci? Co jest stracone?
-    Zabij mnie.
Mówiła smutno, a z jej oczu wypływało co raz więcej łez.
-    Nie mogę zabić niewinnej niewiasty. Ale też niestety nie mogę ci pomóc, z czymkolwiek masz problem. Jesteś z Appalachów, prawda?
Pokiwała twierdząco głową. Podniósł ją i wsadził do jej delikatnych rąk sztylety i pocałował ją w czoło.
-    Przepraszam za uderzenie. I proszę cię, powiedz, czemu wciąż płaczesz?
-    On porwał moją młodszą siostrzyczkę i szantażuje mego ojca. – powiedziała po chwili. – Kazał zabić ciebie, aby ją uwolnił. Proszę pomóż mi ją uwolnić.
-    Wybacz, ale niestety nie mogę.
-    On ją zabije!
-    Nie zabije. Jest mu potrzebna, aby manipulować twoją rodziną. Kim w ogóle on jesteś?
-    Nie wiem. Ma mechaniczne ręce i metalowe skrzydła. Pojawił się jakiś miesiąc temu. Ciągle ma ten sam warunek. Proszę pomóż nam. Pomóż całej Federacji.
-    Wybacz, ale teraz nie mogę. Muszę załatwić jedną sprawę.
Dziewczyna załamana padła na ziemię i płakała.
-    Obiecuję, że jak tylko będę mógł, to przybędę ci pomóc. Ale kim właściwie jesteś?
-    Jestem Marta. Córka króla Federacji.
-    To wyjaśnia dlaczego porwał twoją siostrę. Ale po co chciałby mojej śmierci... A więc Marto, wróć do swej ojczyzny i powiedz, że ledwo uszłaś z życiem z próby zabicia mnie. Spowalniaj plany wroga jak najbardziej możesz. Oczekuj mnie wraz z mym towarzyszem za dwa miesiące w stolicy.
-    Naprawdę pomożesz nam? – spojrzała na niego szczęśliwym wzrokiem – Ale za dwa miesiące będzie już za późno. – dodała smutnie.
-    Nie. Twoja siostra jest mu potrzebna do jego gry.
-    Dziękuję ci!
Szczęśliwa rzuciła się Razielowi na szyję i pocałowała go.
-    Dziękuję.
-    Pomoc ludziom należy do mojej natury. A zwłaszcza tak pięknym jak ty. – dodał z uśmiechem.
Marta przestała płakać i zarumieniła się.
-    Dziękuję ci. Żegnaj więc.
Pocałowała go jeszcze raz i pobiegła na wschód.

            *    *    *

Resztę nocy Raziel zastanawiał się, kim może być ten, kto szantażuje najważniejszą rodzinę Federacji Appalachów. I dlaczego chciał jego śmierci? Miał nadzieję, że to nie jest kolejny poplecznik Księdza. I czemu ta dziewczyna aż tak się ucieszyła na wieść, że jej pomoże?  Przez cała noc nie zmrużył oka, ale nie przeszkadzało mu to zbytnio. Kiedy obudził się Jin, zjedli darmowe śniadanie i zebrawszy swoje rzeczy, wyruszyli w dalszą podróż. Chłopak opowiedział towarzyszowi o wydarzeniach z nocy i spytał, co o tym wszystkim sądzi.
-    Sądzę, że... Szykuje się tu jakiś romans. – Odpowiedział z uśmiechem – Tylko czemu nie możemy od razu jej pomóc?
-    Muszę zrobić coś, na co potrzebuję parę dni i spokoju. Dlatego idziemy do twojej rodzinnej wsi.
-    Uhu, a co to takiego?
-    Muszę skontaktować się ze swoim szefem i zapytać o kilka spraw.
Gladiator nie skomentował tej odpowiedzi, tylko dziwnie spojrzał na towarzysza. Do rodzinnej wsi Jina nie było już daleko. Jeszcze tylko jedna mieścina i parę dni drogi. Towarzysze szli spokojnie przez pustynię prowadząc luźne rozmowy o niczym.



                    Rozdział III


Po dniu wędrówki towarzysze dotarli do ostatniej miejscowości przed ich celem. Było to niewielkie miasto, ale chodziło tu wielu śmiałków, którzy chcieli zarobić coś próbując swoich sił na arenie.
-    No nareszcie będę mógł komuś przylać i na tym zarobić.
Oznajmił z zadowoleniem Jin.
-    To ty pójdź coś zarobić, a ja pójdę odzyskać równowagę umysłu.
-    A coś jest nie tak z twoim łbem?
-    Raczej z emocjami.
-    Za wesoły jesteś czy co? Aaaa rozumiem, pojawia się fajna dziewczyna i zaczynasz się wstydliwy robić.
-    Nie, aczkolwiek między innymi o nią chodzi. A zresztą, co ci tłumaczyć będę. Ten twój pusty łeb i tak nie zrozumie.
-    Ja się bynajmniej nie boję okazywać emocji.
-    Bo w twoim przypadku nie grozi to niczym wielkim.
-    A w twoim niby co? Zaczniesz zabijać kogo padnie? Chłopie czy ty przypadkiem nie masz czegoś z mózgiem?
-    Jeśli uwolnię za dużo emocji będę zbyt słaby. Zaburzę równowagę, która we mnie panuję. Z resztą wieczorem opowiem ci, czym to dokładnie grozi. Pamiętaj jedno. Pod żadnym pozorem nie przerywaj mi medytacji. Jak skończę sam, cię znajdę.
-    Nie mogę się doczekać. No to do wieczora.
-    Gdzie ci tak śpieszno? Teraz idę z tobą. Nie martw się, tylko na jedną walkę. Ale jak źle będziesz walczył...
-    A tak w ogóle od kiedy jesteś moim trenerem?
-    Od kiedy zgodziłeś się, abyśmy razem podróżowali.
-    Jak to człowiek powie, a nie pomyśli.
-    Nie narzekaj. Chodźmy.
Na arenę nie było trudno dojść. Choć nie wyglądała imponująco, stanowiła główną atrakcje w mieście. Był to po prostu zwykły dół. Mimo to walki gladiatorów były tu bardzo popularne. Wielu ludzi wchodziło na dachy swoich domów i bloków w okolicy, by oglądać pojedynki przez lornetkę.
-    Dobra, to arena jest. Trochę marna, ale zawsze coś. To teraz trzeba znaleźć jakiegoś przeciwnika.
Raziel wskazał na czterech mężczyzn w skórach siedzących na motorach.
-    Tamci gangerzy wyglądają odpowiednio.
-    Dobra, pogadam z jednym.
-    Co, jednym? Żartujesz sobie? Ej wy, leszcze w damskich kurtkach! – Zawołał głośno chłopak machając przy tym ręką.
Mężczyźni spojrzeli groźnie na chłopaka i jego towarzysza, zsiedli z motocyklów i zaczęli powoli podchodzić.
-    Mój kumpel chce wam obić pyski! Wyzywa was na arenę.
-    Przyjmuje wyzwanie. – Powiedział najwyższy motocyklista i splunął.
-    Nie tylko ty, ale wszyscy naraz. Nie bawimy się w przedszkole.
-    Tak więc za godzinę na arenie!
-    Dobra! Czekamy na twego towarzysza na arenie.
-    Ej, co ty dziecko, pogieło cię?
-    Spoko, wyglądają na słabych. Łatwo ci pójdzie i stawka będzie większa. Idę obstawiać, a ty załatw wszystko z sędzią, czy kimś tu pilnuje zasad.
Gladiator chyba chciał coś dodać, ale chłopak pobiegł robić zakłady. Po dwudziestu minutach o walce wiedziało całe miasto. Razielowi udało się dość opłacalnie obstawić na przyjaciela. Zdołał też przedrzeć się przez tłum widzów na skraj areny, by lepiej widzieć walkę. Gangerzy ustawili się po czterech stronach Jina, który stał na środku areny z rękami skrzyżowanymi na piersiach. Jego napastnicy postanowili walczyć bez broni, co Raziel uznał za oznakę ich głupoty. Chyba logiczne, że kiedy ktoś wyzywa czterech naraz, musi być pewnym wygranej. Sędzia uderzył w gong i rozpoczął się pojedynek. Gladiator stał z zamkniętymi oczami, nie ruszając się. –„Nie sądziłem, że posłucha moich rad co do występów. Chyba trzeba było nie mówić mu o zamykaniu oczu.”- chłopak uśmiechnął się do swoich myśli. Pierwszy podbiegł ganger z prawej strony Jina. Chciał uderzyć prawym sierpowym, ale Jin przeszkodził mu w tym szybkim kopnięciem w żebra. Napastnik osunął się na kolana i padł na twarz, trzymając się za bok. Reszta gangerów najwidzoczniej doszła do wniosku, że pojedynczo sobie nie poradzą i wszyscy razem zaszarżowali na gladiatora. Ten otworzył oczy, spojrzał groźnie na przeciwnika biegnącego z przodu i ruszył w jego stronę. Ganger wyprowadził proste uderzenie. Nie mógł spodziewać się tego, co zrobił Jin. Mężczyzna złapał rękę napastnika, dziwnie zgiął jego nadgarstek, wyskoczył nad wroga i kopnięciem kolana w łokieć złamał mu rękę. Kiedy opadł na ziemię obrócił swoją ofiarę i uderzył w kręgosłup. Zostało już tylko dwóch przeciwników. Gladiatorowi widocznie nie chciało się wysilać. Napastnicy biegli koło siebie, więc jednym kopnięciem powalił obu. Raziel z uśmiechem na twarzy poszedł zbierać wygrane. Bez większych problemów zdobył złoty zegarek, oryginalną zapalniczkę zippo, dziesięć dolarów, podrabiany srebrny pierścionek, trochę naboi kalibru 9mm, pistolet berretę oraz myśliwski nóż. –„Całkiem niezły zarobek za jedną prostą walkę. Razem będzie około dwustu gambli. To mała fortuna.”- policzył szybko chłopak udając się do, ponoć najlepszej, gospody w mieście.

                    *    *    *

Raziel wynajął pokój na najwyższym piętrze karczmy, zastawił łóżkiem drzwi, a okna zasłonił pościelą. Usiadł na środku pokoju, skrzyżował nogi i zamknął oczy. Rozpoczął medytację. Wszedł w głąb swego umysłu. Stał otoczony ciemnością. W nicości pojawiła się jakaś postać. Wyglądała prawie tak samo jak Raziel. Różniła się tylko tym, że miała skrzydła z czarnymi piórami.
-    Dawno nie widziałem tu kogoś o podobnych poglądach do moich.
-    Nie jestem tu, aby uświadamiać ci, jak wiele nas różni.
-    Niewiele, ale chyba po to tu przybyłeś. By zamknąć emocje od Świętoszka i jeszcze bardziej upodobnić się do mnie.
-    Częściowo. Jedyny błąd to ten, że nie staję się bardziej podobny tobie.
Raziel w mgnieniu oka znalazł się przy swym rozmówcy i złapał go za gardło.
-    Prędzej czy później zrozumiesz kim naprawdę jesteś i w końcu połączymy się na nowo – powiedziałą z trudem istota.
-    To już nigdy się nie powtórzy. Narodziłem się po twojej klęsce i już nigdy nie pozwolę wam się uwolnić.
Skończywszy to mówić, rzucił diabłem prosto do klatki, która pojawiła się znikąd. Pstryknął palcami i więzienie wraz z więźniem znikło. Nagle poczuł ból w brzuchu. Spojrzał w dół i ujrzał kawałek miecza wystającego z jego ciała. Zsunął się z ostrza i upadł na twarz. Obrócił się na plecy. Stała nad nim istota mająca trochę z kozy, trochę z humanoida oraz postać wyglądającą identycznie jak Raziel za wyjątkiem biało opierzonych skrzydeł.
Istota ze zwierzęcymi cechami stała w czarnej szacie i trzymała kosę w ręku. Drugi przybysz był w lśniącej zbroi i dzierżył wielki miecz ociekający krwią.
-    Ooo, kózka i aniołek. Nigdy nie przypuszczałem, że demon śmierci dogada się ze świętym fanatykiem. – Powiedział chłopak z ironią.
-    Okazało się, że mamy wspólne cele – odpowiedział niebianin. – Poczekaj chwilę. Zajmie nam trochę czasu reszty twoich zaklęć i przygotowanie klatki dla ciebie.
-    Wiedziałem, że ty się uwolniłeś. Ale nie sądziłem, że Ash też. W sumie nie dziwie się, że on przełamał bariery, ale ty mnie trochę zadziwiłeś. Widać nie jesteś taki głupi, jak sądziłem.
-    Milcz ścierwo! Nie mam ochoty na ciebie patrzeć.
Anioł kopnął Raziela mocno w twarz, odszedł kilka kroków i zaczął inkantację.
-    Dajesz sobą rządzić takiemu matołowi? Sam mógłbyś mnie załatwić.
Istota milcząc spoglądała groźnie na leżącego.
-    Jak mogłeś dać się zmanipulować Świętoszkowi? Przecież macie sprzeczne poglądy.
Raziel wpatrywał się w puste oczy Asha i nagle zrozumiał.
-    Aaa, więc to tak. Sprytnie. Wykorzystałeś jego chęci tępienia niewiernych do własnych celów. Użyjesz jego mocy, aby zwiększyć własną. Chyba nie chcesz się z nim połączyć?! Porąbało cię?! Przecież prawa Boga nie pozwolą ci na wiele... Ale w sumie zabijać będziesz mógł. A dusze pójdą do twojego starego mistrza. Nie jest wesoło.
Raziel przestał mówić, kiedy zobaczył, że parę metrów przed aniołem pojawia się więzienie diabła. Boży sługa otworzył klatkę i wypuścił więźnia. Nowo przybyły spojrzał na chłopaka, uśmiechając się złowieszczo.
-    W końcu nasz plan się uda.
-    Co?! Chcesz się połączyć z demonem i diabłem? Ty?! Aniołek?!
-    Nie do końca. Połączę się z Ashem i przejmiemy kontrolę nad tym ciałem, a Beliara przerzucimy do twojego przyjaciela Jina.
-    Nie jest moim przyjacielem. To tylko pomocnik.
-    I to ja jestem bezwzględny? – rzucił ironicznie diabeł – A to niby ojciec był zły, bo zabił swoich dawnych przyjaciół.
-    Ja nie skrzywdziłem swoich bliskich . – Powiedział Raziel przez zaciśnięte zęby. - A ty Mzopisajelu, zrobisz wszystko, aby ubić paru „niewiernych śmieci”?
-    Tak – odpowiedział anioł z uśmiechem.- Zrobię to ku chwale mego Pana.
-    A co ze mną zrobicie? Chyba mnie nie zamknięcie?... Jak ja was – powiedział chłopak z żartem w głosie.
-    Tobą się zajmie Beliar. My musimy już iść.
Powiedziawszy to, Mzopisajel podszedł do Asha i wtopił się w niego. Po chwili demon wyglądał trochę inaczej. Miał opierzone na czerwono skrzydła, a głowa przypominała bardziej ludzką niż kozią. Po kilku sekundach istota znikła. Beliar podszedł do leżącego chłopca i wyciągnął rękę. Raziel poczuł przypływ przygnębienia i  nieszczęścia. Chwilę później stracił przytomność.

                    *    *    *

Gdy chłopak się przebudził, był przywiązany do krzyża, który znajdował się na kawałku czarnej ziemi. Pod nim stał Beliar, a na wprost jego połączony Ash i Mzopisajel.  
-    W końcu się obudziłeś – zaczął diabeł.- Czekaliśmy na ciebie. Musisz zobaczyć dzieło zniszczenia którego jesteś częścią. Zaczynajcie.
Przed obecnymi pojawił się ekran. Pokazywał to, co widziały oczy ciała, w którym się znajdowali. Wciąż byli w wynajętym rano pokoju. Jedyne, co się zmieniło, to pora dnia. Słońce już powoli zachodziło. Ciało zaczęło iść w stronę drzwi. Hybryda jednym machnięciem ręki rzuciła łóżkiem o ścianę, a kolejnym sprawiła, że drzwi poczerniały, a po chwili rozpadły się. Wyszli na korytarz. Po schodach chwiejnym krokiem próbował wejść jakiś pijak, ale nie szło mu to zbyt dobrze. Człowiek spojrzał ze zdziwieniem na istotę. Zaczął coś mówić, ale jego skóra zaczęła usychać i pękać. Oczy zrobiły się nienaturalnie wielkie i wybuchły. Śmiertelnik wydał z siebie przerażający jęk bólu i padł martwy na schody. Hybryda zaczęła schodzić. Na żadnym z pięciu pięter istota nie spotkała ani jednego człowieka. Dopiero gdy dotarła na parter, spotkała właściciela lokalu. Stał przerażony z shotgunem w rękach.
-    Nie zbliżaj się, mutancie jeden, bo zastrzelę. – krzyknął ze strachem w głosie.
Istota, mimo ostrzeżenia, szła w stronę człowieka. Przerażony wystrzelił. Postać wyciągnęła tylko rękę i śrut spadł na ziemię. Sekundę później z jej dłoni wystrzelił duży sopel lodu, który przebił gardło śmiertelnika. Demon wyszedł na ulicę. Kilku przechodniów zaczęło uciekać, kiedy tylko zobaczyli istotę. Byli jednak i tacy, którzy postanowili pozbyć się dziwnego przybysza. Ośmiu ludzi z nożami otoczyło demona, który nie wyglądał na zmartwionego tym faktem. Wyciągnął prawą rękę i pojawiła się w jego dłoni kosa. Zdziwieni napastnicy rzucili się do ataku. Hybryda szybkim ruchem przecięła dwóch wrogów na pół. Na chwilę rozpłynęła się w powietrzu, a po chwili pojawiła się za jednym z napastników. Dwoma cięciami pozbawiła go rąk. Ranny człowiek padł na ziemię i wył z bólu. Reszta napastników zostawiła  towarzysza i rzuciła się do ucieczki. Demon zaczął kręcić się wokół własnej osi z wystawioną kosą. Przeteleportował się w pomiędzy uciekinierów i wciąż wirując, pociął ich na kawałki. Spojrzał w górę i na jednym z dachów pobliskich budynków zauważył kilku ludzi z lornetkami.
-    Nie!!! – krzyknął przerażony Raziel. – Nie rób tego! Przestań! Uciekajcie!
Niestety jego głos nie opuścił miejsca, w którym się znajdował. Chłopak przywiązany do krzyża próbował przerwać sznury. Beliar spojrzał na niego i powiedział ironicznie:
-    To jest wola Boga. Czemu ci się to nie podoba? Przecież to część twojej misji od niego.
-    Nie! Nie trzeba zabijać tylu niewinnych ludzi! Mam zabić tylko Księdza! Nie niewinnych...
-    Niewinnych? Przecież to grzesznicy. „Niewierne psy”. Komu na nich zależy?
-    To Jego wina! Pozwolił Szatanowi na nuklearną zagładę! To nie ich wina! To On ich opuścił...
-    My to wiemy. Ale Jemu to nie przeszkadza w karaniu ludzi.
-    Milczeć – odezwała się hybryda – To była próba wiary! To oni nie wierzyli wystarczająco mocno. Niech teraz giną „niewierne psy”.
Kiedy to powiedział, to kosa znikła. Uniósł ręce ku górze. W jego dłoniach powstała błękitno-biała kula, z której wystrzeliło kilka dużych sopli lodu. Każdy trafił innego człowieka między oczy.
Kula znikła. Istota opuściła ręce i gwałtownie je podniosła. Z ziemi wyrosło parę kolosalnych lodowych kolców, niszcząc budynki spod których wyrosły. Zrozpaczony Raziel zaprzestał walki i opuścił głowę. Słyszał dźwięki niszczenia wszystkiego wokół.
-    Kim jesteś i czemu niszczysz to biedne miasto?
Zabrzmiał znajomy głos. To był Jin!
-    W końcu cię znaleźliśmy. – odparła groźnym głosem hybryda. – Nie próbuj walczyć. I tak nie ma to najmniejszego sensu. Poddaj się.
-    Nigdy. Odpowiedz na moje pytania!
-    To ja, Raziel. Nie poznajesz mnie? A robię to, by ukarać grzeszników.
Na twarzy towarzysza Raziela pojawiło się przerażenie. Zrobił krok w tył, ale chwilę potem się opanował. Przyjął gardę i rzucił się do ataku.
-    Nie możesz być Razielem! On jest prawym człowiekiem!
Demon nie męczył się nawet robieniem uników. Przyjął dwa pierwsze ciosy, po czym złapał Jina za gardło i podniósł nad ziemię.
-    Sądziłeś, że dasz mi radę? Głupcze!
Istota zamachnęła się i chciała uderzyć swą ofiarę, ale powstrzymała się, gdy usłyszała głos małej dziewczynki.
-    Zostaw tego pana. Zrobił panu coś?
Demon odrzucił Jina parę metrów w tył i wyciągnął rękę ku dziecku.
-    Nie, zostaw ją! Ona jest niewinna! Też jest niewierną! Ale to tylko mała dziewczynka! – Demon mówił sam do siebie.
Małą w oka mgnieniu znalazła się w ręce hybrydy. Jin podskoczył i uderzył oprawcę z całych swych sił, przelewając w ten cios cały swój gniew. Istota dostała w żebra i odrzuciło ją w tył. Beliar wykorzystał chwilę zdziwienia wszystkich dookoła i skinieniem głowy zniszczył liny krępujące Raziela. W dłoniach chłopaka pojawiły się dwa miecze, identyczne jak te, które pojawiły się w dłoniach diabła.
-    Teraz nasza szansa! – Krzyknął do wciąż zdziwionego chłopaka. – Przyszpilmy go i rozłączmy!
Chłopak był na tyle przytomny, aby szybko wykonać ten plan. Hybryda leżała teraz z przybitymi rękami i nogami do ziemi.
-    Rozdziel ich! – Zawołał diabeł.
Raziel rzucił czar i tam, gdzie przed chwilą leżała hybryda, leżał Mzopisajel, a koło niego Ash. Powiedział jeszcze kilka słów i pojawiły się dwie klatki. Do jednej zamknął anioła, a do drugiej demona. Odesłał więzienia i z podniesionymi mieczami odwrócił się w stronę Beliara.
-    Spokojnie, nie chcę walczyć. Odeślij mnie i idź do przyjaciela.
-    Co? – wykrztusił zdziwiony Raziel.
-    Jedyne, co mnie zadowoli, to to, gdy Mzopisajel ty i ja na powrót się połączymy. Nie uszczęśliwi mnie ciało twojego przyjaciela. Szybko zrób co miałeś zrobić i idź.
-    Nie podoba mi się to, ale chyba nie mam wyboru.
Machnął ręką i Beliar znikł w klatce. Chłopiec przysiadł na chwilę, przejął kontrolę nad ciałem i przywrócił mu jego wcześniejszy wygląd. Dziewczynka straciła przytomność, ale żyła. Jin siedział przerażony i nic nie mówił.
-    Wybacz mi to wszystko. Przepraszam cię też za to, co muszę zrobić teraz.
Podniósł ręce ku niebu, wypowiedział słowa inkantacji, złączył dłonie i opuścił je. Gdy je rozłączył, wszystko wokół znikło. Poza nimi została tylko dziewczynka i sam piasek. Podszedł do towarzysza i podał mu rękę.
-    Wybacz mi. Wstań, musimy wędrować dalej.
Mężczyzna niepewnie chwycił wyciągniętą dłoń i wstał. Raziel ruszył w kierunku, w którym mieli podążać dalej. Jin spojrzał niepewnie na dziewczynkę i ruszył za towarzyszem.
-    Weź małą na plecy. Musimy się nią zaopiekować.
Na twarzy gladiatora pojawił się delikatny uśmiech. Wziął dziewczynkę na plecy i ruszył za Razielem.



                    Rozdział IV

Minął dzień od masakry w East Horn. Jin nie odezwał się słowem od tamtego czasu. Raziel pomyślał, że martwiłby się tym, gdyby nie to, że zamknął większość uczuć wraz z zapieczętowaniem Mzopisajela. Zastanawiał się czy nie powinien pozostawić sobie więcej dobrych emocji. Próbował przestać rozmyślać o mało istotnych rzeczach, ale nie mógł oderwać od tego myśli. Przecież uczucia zmniejszają jego efektywność w walce i przy wykonywaniu jego misji. Niepokoiła go jeszcze jedna rzecz. Ilekroć spojrzał na dziewczynkę czuł jakieś dziwne ukłucie w sercu. Przecież nie powinien teraz mieć takich odczuć. Może źle zapieczętował anioła? Wziął dziewczynkę tylko po to, by nauczyć jej białej magii. Rozmyślania przerwał mu jego towarzysz, mówiąc niepewnym głosem.
-    Co to była za istota? Tam wtedy w mieście.
-    Byłą to hybryda dwóch moich części, ale żebyś to zrozumiał musiałbym ci wytłumaczyć kim jestem. Narodziłem się w 2005 roku. Mym ojcem jest legendarny anioł śmierci Estuleh, a matką anielica Anariel. Z tego co słyszałem, nie jestem dzieckiem z gwałtu, lecz z miłości. Podobno oboje się kochali, a ojciec chciał powrócić do Nieba, ale Bóg mu nie pozwolił. Jedyne co z tego jest dla mnie wiarygodne to to, że Pan nie chciał przyjąć anioła śmierci na powrót do swego królestwa. W każdym razie ja jako półdiabeł byłem niechciany w Królestwie Niebieskim, a jako półanioł nie zostałem przyjęty do piekła. Matka była za słaba, by sprzeciwić się Bogowi, a ojcu byłem niepotrzebny i przyniósłbym mu hańbę. Skoro nie było dla mnie miejsca w świętej krainie ani w przeklętym królestwie, zostałem strącony na Ziemię. Nagi noworodek z szarymi skrzydłami był dość dziwnym widokiem na polskiej ulicy. O dziwo zaopiekowała się mną pewna rodzina. Już wtedy mieli jednego syna, a dwa lata później urodziła się im córka. Stwarzałem wiele problemów, bowiem od kiedy uzyskałem świadomość dwie z trzech jaźni, niebianina i czarta, walczyły o dominację nad ciałem. Raz niszczyłem wszystko wokół, a czasem pomagałem wszystkim jak tylko mogłem. Tak było przez dwa lata. Rodzice bali się komuś mnie pokazać ze względu na mój zmienny charakter i skrzydła. Kiedy miałem 5 lat, zacząłem mieć sny. Widziałem w nich aniołów. Opowiedzieli mi o mojej naturze i mocy, jaka we mnie drzemie. Przychodzili do mnie w każdą noc przez tydzień. Później zastąpiła ich inna istota. Był taki sam jak ja. Pół anioł, pół diabeł. Pokazał mi jak wcielić w siebie skrzydła oraz podstawy magii. Gdy miałem 10 lat, zacząłem wypełniać misję dla Pana. Cztery lata później z Krainy Śmierci uciekł uczeń Kostuchy. Złapanie go przekraczało wtedy moje możliwości. Bóg zesłał na Ziemię kilku z niewielu aniołów, którzy bez konsekwencji mogli schodzić na Ziemię. Wysłał Mścicieli. Oddział składający się z czterech niebian. Byli jednymi z najlepszych wojowników w Pięciu Krainach. Miałem z nimi kilka razy do czynienia i nie lubiłem ich prawie tak mocno jak oni mnie. Schwytali swój cel, ale był problem co z nim zrobić. Trzeba było wymierzyć mu jakąś karę, ale odesłać go tam skąd przybył nie miało sensu. Nie mógł pójść ani do nieba, ani do Edenu, bowiem miał mrok w sercu. Wysłać go do piekła też nie było dobrym pomysłem. Tak więc aniołki postanowiły uwięzić go we mnie. Jakbym miał mało problemów z samym sobą. Od tamtej pory mam w sobie zamkniętego demona śmierci i zapieczętowane części anioła i diabła. Rozumiesz mniej więcej?
Nastała chwila ciszy.
-    Chyba tak. – Powiedział w końcu gladiator – Ale mam jeszcze kilka pytań.
-    No dobra. Dawaj.
-    Kim są aniołowie śmierci?
-    To jedni z diabłów. Chyba najgorsi. Niegdyś niektórzy z aniołów sprzeciwiających się Panu, poszli do Krainy Śmierci. Większość nie popierała ani poglądów Boga, ani Szatana, a niewielu chciało stać się uczniami Kostuchy. Jednak po pewnym czasie postanowili stanąć po stronie Lucyfera. Ponury Żniwiarz zostawił na nich swe piętno. Dzięki mocy jaką, zostawiła im Śmierć, szybko uzyskali wysokie rangi.
-    A czym się różnią w wyglądzie od zwykłych aniołów?
-    Oni mają czarne skrzydła, ich skóra jest trochę szara, a oczy mają puste.
-    Jak to puste?
-    Nie mają źrenic, tęczówek ani nic innego. Ich oczy to samo białko. Kiedy taki na ciebie patrzy, odnosisz wrażenie, że zaraz umrzesz. I jeśli szybko nie uciekniesz, to raczej tak właśnie się stanie.
-    Ty też nie masz z nimi szans?
-    No niby połowa mnie jest taka jak oni, ale raz w życiu próbowałem wygrać z aniołem śmierci. To był jedyny raz, kiedy spotkałem ojca. Nawet się nie wysilał, by mnie pokonać.
-    Ale na szczęście cię oszczędził?
-    Oszczędził. Tylko czy na szczęście?
-    Boisz się śmierci?
-    Kiedy umierasz to, co stanie się z twoją duszą, zależy od tego, jak żyłeś. Jeśli byłeś wyjątkowo dobry i żyłeś jak Pan Bóg przykazał, trafisz do nieba i będziesz szczęśliwy. Jeśli byłeś wyjątkowo zły i okrutny pójdziesz do piekła, i o ile cieszy cię zdawanie cierpienia innym, też będziesz szczęśliwy. Jeśli nie byłeś wyjątkowo dobry lub zły, twą duszą zajmie się śmierć. Trafisz do jej krainy i będziesz tułał się bez celu, z każdą chwilą tracąc część siebie, aż w końcu przestaniesz istnieć. Nie znajdziesz tam nic prócz smutku, bólu i nieszczęścia. Ja wciąż jestem niechciany w niebie i piekle, więc trafię do kostuchy. Boję się tej chwili, ale z każdym dniem coraz mniej...
Jin zamilkł na chwilę i wpatrywał się w ziemię. Po chwili spojrzał na Raziela swoim codziennym wesołym wzrokiem.
-    Niewesoła perspektywa nas czeka, ale kto by się przejął. Jakie są krainy, czy światy czy jak to się nazywa.
-    Jest pięć krain. Królestwo Niebieskie, Otchłań, Kraina Śmierci, Ziemia i Eden.
-    Eden? Co tam jest?
-    Jest to legendarny raj, gdzie zostali stworzeni pierwsi ludzie. Opiekuje się nim jeden anioł – Sovelis.
Nie ma za dużo do roboty, bo jedyne, co tam aktualnie jest, to drzewka, kwiatki i inne roślinki. Ludzie będą mogli tam wstąpić dopiero po apokalipsie.
-    Apokalipsie?
-    Kiedy Pan uzna, że z tego świata już nic nie będzie, ześle zagładę.
-    Super. Miły koleś.
-    No strasznie.
-    A tak w ogóle, co zrobiłeś z twoimi częściami diabła i anioła.,
-    Zapieczętowałem ich w sobie. Zapewne odniesiesz teraz wrażenie, że jestem jakiś inny niż kiedyś.
-    Czemu?
-    Kiedy ich uwięziłem, zabrałem część emocji należących do nich , a resztę zamknąłem wraz z nimi. Nie jestem jak zwyczajny człowiek. Niektóre emocje mam, a innych nie. Nie wnikajmy w szczegóły.
-    Hmm, dobra. Co zrobimy z tą małą?
-    Nie ma innej rady. Musimy się nią zaopiekować.
-    Chcesz jej czegoś nauczyć?
-     W sumie trochę białej magii jej nie zaszkodzi.
-    A magia nie jest niebezpieczna? Sam mówiłeś, że lekkomyślnie używana jest groźna.
-    To zależy jak i przez kogo jest używana. Rzucając zaklęcia, czerpiesz siłę ze świata, zależnie od rodzaju magii. Typów czarów jest tyle, co światów. Biała magia czerpię siłę z Królestwa Niebieskiego i jest w niej leczenie, ochrona i czary lodu. Czerwona jest z Otchłani. Opiera się na ofensywnych zaklęciach ognia i na różnych destrukcyjnych mocach. Z Krainy Śmierci pochodzi czarna magia albo zabijająca cel, albo niszcząca jego duszę. Używanie sił przyrody innych niż ogień i lód to zaklęcia natury. Czerpią one moc z Edenu. Wszystkie inne czary takie jak teleportacja, telekineza czy lewitacja biorą siłę z samego czarodzieja który ich używa. Ja mam w sobie przynajmniej część istoty z prawie każdej Krainy. Moc zaklęć musiałbym czerpać z innych moich jaźni. A im więcej korzystam z ich energii, tym bardziej stajemy się jednym. Pewnego dnia połączymy się i ja przestanę istnieć jako ja. Większość istot różnych od ludzi należy do którejś z Krain. Jest ona wtedy przywiązana do magii z jej świata i czerpię moc z samej siebie. Tylko nieliczne z nich korzystają z czarów innych niż z ich naturalnego środowiska. Człowiek jako stwór pomiędzy dobrem, a złem, może korzystać z każdej magii, ale musi podpisać pakt z istotą z planu egzystencji, magii której chce używać. Często zdarza się tak, że po śmierci trafia do Krainy, z której czerpał najwięcej siły.
-    Niewiele rozumiem, ale wnioskuję, że ona trafi do Nieba?
-    Przypuszczalnie. Dlatego chcę ją nauczyć białej magii.
-    Kiedy się obudzi?
-    Ash pokazał jej dużo cierpienia. Na szczęście tylko nic nie będzie pamiętała. Powinna spać jeszcze dwa dni. A jak się obudzi, będzie głodna i spragniona. Ale wytrzyma bez tego jeszcze trochę po przebudzeniu. Jednak najgorzej będzie jej wytłumaczyć, co się stało i co będzie dalej...
-    Nie będzie lekko, ale jakoś sobie poradzimy.
Oznajmił Jin z uśmiechem na twarzy.

                    *    *    *

Towarzysze szli dwa dni. Po drodze mijali przydrożną karczmę, w której dostali zapasy jedzenia i picia za kilka opowieści Raziela o starych czasach. Im dalej szli na południe, tym bardziej zmieniał się krajobraz. Było co raz mniej piachu. Jedynymi roślinami przestały być kaktusy. Pojawiło się sporo krzewów i gdzieniegdzie rosła trawa. Dziewczynka wciąż spała na plecach Jina.
-    Musisz uważniej obserwować przeciwnika. Nie polegaj tylko na swoich odruchach. Trzeba wprowadzić trochę logiki do twojej walki.
Gladiator wyglądał na mocno zirytowanego. W sumie nic dziwnego. Raziel przez ostatnie dwunastu godzin wędrówki nie mówił o niczym innym tylko o walce. Jednak lepsze było to niż, gdy chłopak bezskutecznie próbował wytłumaczyć towarzyszowi podstawy magii.
-    Ciekawe który raz to już powtarzasz.
-    Będę powtarzał dopóki nie zapamiętasz.
-    Nawet nie dałeś mi czasu, abym spróbował twoich porad.
-    Najpierw musisz opanować teorię.
-    Dobra! Ale ile można! Najpierw o magii, czego w ogóle nie zrozumiałem, a teraz o walce. Jakbyś nie zauważył, biję się od małego!
-    Lecz wciąż brak ci odpowiedniej techniki. Przez ten czas walczyłeś „na wyczucie”. Masz talent, ale to nie wystarczy, żebyś był niepokonany. Poza tym jak opanujesz jakąś technikę, będziesz mógł zacząć uczyć się kontrolować swoje ki.
-    Co kontrolować?
-    Energię ki – siła płynąca z wnętrza człowieka. W sensie duchowym. Ki czerpiesz ze swej duszy.
-    Aha – bąknął bez zrozumienia Jin.
Raziel chciał powiedzieć coś jeszcze, ale zauważył, że dziewczynka powoli podnosi powieki.
-    Zresztą, potem ci wytłumaczę. Patrz, mała się budzi.
Gladiator z łagodnym wyrazem twarzy zerknął na dziecko. Dziewczynka przetarła oczka i powiedziała cicho swoim dziecięcym głosem.
-    Gdzie jestem? Kim panowie są? Gdzie mama?
-    Twoja matka nie żyje – odpowiedział szorstko Raziel.
W oczach dziecka pojawiły się łzy. Zaczęły powoli spływać po jej policzkach. Mała siedziała chwilę spokojnie, po czym zaczęła machać rękami i nogami we wszystkie strony. Zaskoczony gladiator próbował utrzymać ją na plecach, ale nie udało mu się to i dziewczynka upadła na ziemię. Zwinęła się w kłębek i płacząc krzyczała.
-    Mama! Ja chce do mamy!
Chłopak podszedł do niej, chwycił za grzbiet ubrania i podniósł. Spojrzał w jej duże niebieskie oczka i powiedział bez emocji.
-    Twoją mamę zabił pewien zły pan, którego ścigamy. Zabił twoją mamę, wszystkie twoje koleżanki i wszystkich kolegów oraz zrównał z ziemią całe twoje miasto. Jeśli chcesz pomścić mamę, dołącz do nas. Przygotujemy cię do starcia z nim.
Dziecko uspokoiło się na chwilę, ale po chwili znowu zaczęło wierzgać się i płakać. Raziel opuścił dziewczynkę i powiedział ostro.
-    Albo jak wolisz, możemy zostawić cię tutaj.
Chciał się odwrócić, ale poczuł rękę na swoim ramieniu.
-    Nie możemy jej tak zostawić. Nie przeżyje tu sama. To tylko dziecko.
Przez ostatnie zdanie chłopak poczuł ukłucie w sercu. Spojrzał na zapłakaną dziewczynkę leżącą na ziemi. Przestała się wierzgać i spojrzała na niego na łzawionymi oczkami. Poczuł wielką chęć by zapłakać. Zamiast tego pogrzebał w swojej podróżnej torbie przywiązanej do pasa i wyjął butelkę wody oraz bochenek chleba. Rzucił je dziecku i z grobową miną odwrócił się. Zaczął iść dalej w stronę rodzinnej wsi Jina. Zdezorientowany gladiator spojrzał smutno na dziecko, które jadło chleb najszybciej jak mogło, i ruszył za towarzyszem. Szli tak pół godziny bez słowa.
-    Czemu? Czemu powiedziałeś jej, że to ksiądz zabił jej mamę i zniszczył miasto? Czemu ją tak po prostu zostawiłeś?!
-    Nie zostawiłem. Ciągle idzie za nami. Wystarczy spojrzeć w tył i się lepiej przyjrzeć, by zobaczyć, że ktoś podróżuje za nami.
-    To po co to wszystko?
-    Żeby nie czuła do nas nienawiści. Do mnie i tak czuje, ale tobie zaufa. Będziesz jej opiekunem.
-    Ja? Przecież ja się nie znam na dzieciach.
-    Bo na dzieciach się nie zna. Robisz, co czujesz.
-    Ale przecież mówiłeś, że chcesz nauczyć jej magii?
-    Ty będziesz jej opiekunem, a ja nauczycielem. Ciężko będzie ją do tego namówić, ale też po to powiedziałem, że to Ksiądz, by dodać jej zapału. Nie martw się. Kiedyś pozna prawdę.
-    A nie mogłeś jej do końca zwieść i wymyślić jakiegoś powodu czemu jest z nami?
-    Ma prawo wiedzieć, że już nigdy nie spotka mamy. I co można powiedzieć dziecku w takiej sytuacji?
-    W sumie racja. – Przyznał ponuro.
-    Będziemy szli jeszcze trochę. Potem się zatrzymamy i poczekamy na małą.
Zrobili według zarządzenia Raziela i po dwudziestu minutach dotarła do nich zmęczona dziewczynka. Byłą cała spocona i ledwo stała na nogach. Ciężko dysząc, przewróciła się na twarz. Jin podszedł do niej i wziął na plecy. Poczuł jej nieregularny oddech na karku. Po chwili ustabilizował się.
-    Musiała trochę biec. A teraz usnęła. Do twojej wsi już na prawdę nie daleko. Idź tak by jej nie zbudzić.
Gladiator z uśmiechem


...
   

                    Rozdział V
Dotarcie do wioski zajęło im godzinę. Była to pierwsza typowo teksańska osada. Nieopodal były pola tutejszych rolników i łąki, na których wypasano bydło. Za wioską było coś, o czym Raziel sądził, że w tym świecie tego nie ma. Rósł tam prawdziwy las! Chłopakowi spodobało się tu. Okolica była ładna i żyli tu sami prości i mili ludzie. Jedynym wyjątkiem był stary przyjaciel Jina. Miał dość dziwne zainteresowania jak na taką wieś. Trudnił się  biocybernetyką. Okazało się, że dość dobrym i znanym w kilku najbliższych miastach. Dwa lat temu  został mianowany burmistrzem osady. Zmienił jej nazwę, trochę egoistycznie od swojego imienia, Edwards Ville. Prócz braku skromności był bardzo miły. Chyba, że ktoś żartował z jego wzrostu. Miał 22 lata, a ledwo sięgał Razielowi do piersi. Nadrabiał to inteligencją. Jako szef wioski po królewsku przyjął dawnego druha z jego towarzyszem i dzieckiem. Zgodził się, by chłopak ćwiczył z małą w lesie i z chęcią zaoferował pomoc w treningach Jina. W dzieciństwie często się bili. Rzadko mieli do tego powody, ale gladiator od najmłodszych lat chciał pójść w tym kierunku. Jedyne na co Edward się nie zgodził, to żeby ktokolwiek wchodził do jego pracowni. Twierdził, że panuje tam straszny bałagan i nikt nie może wchodzić. Przez ostatni dzień Raziel usiłował dowiedzieć się czegoś o dziewczynce i nakłonić ją do nauki białej magii. Jedyne co powiedziała to to, że nazywa się Sally , nienawidzi swojego nauczyciela za to, że jest okrutny oraz nic nie interesują ją czary. Po dniu użerania się z dzieckiem chłopak postanowił pokazać jej pewną rzecz. Kolejnego dnia zaciągnął ją do lasu i kazał spokojnie siedzieć. Chcąc, nie chcąc posłuchała go. Siadł na przeciw niej, złączył ręce i mówiąc coś w dziwnym języku skumulował moc z Mzopisajela osłabiając trochę czary które na niego rzucił. Po chwili otoczyła ich światłość. Otworzył oczy i zauważył, że dziewczynka jest trzymana przez jakiegoś anioła, obok którego stało dwóch innych. Dziewczynka z uśmiechem wtulała się w przybysza.
-    Szybki jesteś. – Mruknął ponuro Raziel – Mam sprawę.
-    Zaiste nie jedną. Cóż to za sprawa?
-    Spodziewałem się Świętego Gołąbka. Najpierw powiedz mi, czemu nie przybył?
-    Nie mógł, bowiem nawraca wraz z Panem.
-    Jasne. Dobra, pierwszą sprawą jest, byście wytłumaczyli tej dziewczynce, że biała magia jest dobra i dlaczego powinna nauczyć się jej używać.
-    Rozumiem. Dziewczynko, słuchaj zatem. Nasza magia istnieje po to, by nieść ulgę w cierpieniu istotą które tego potrzebują.
-    Mówiłem jej to. Nie zadziałało.
-    Bowiem ktoś, kto więzi jednego z naszych braci nie jest godzien by nauczać. Dziecko, czy chcesz pomagać ludziom w potrzebie? Bać prawą i dobrą i kiedyś stać się jedną z nas? Wskrzesić twoją mamę?
Sally spojrzała na niego z nadzieją i energicznie pokiwała głową. Raziel mocno się zdziwił, ale nie dał tego po sobie znać.
-    Żeby używać magii musisz najpierw zawrzeć pakt z jakąś istotą niebiańską. Chcesz podpisać go ze mną?
-    Tak! – Krzyknęła radosna dziewczynka.
Chłopak chciał coś zrobić, by do tego nie dopuścić, ale nie mógł się poruszyć. –„Kto to? Nigdy wcześniej go nie widziałem, a jest na tyle potężny, że sparaliżował mnie, nawet nie wiem kiedy!”- pomyślał. Anioł nakazał małej powtarzać po nim i zaczął recytować słowa przysięgi. Dziewczynka powtarzała, a gdy wypowiedziała ostatnie zdanie, zaczęła świecić rażącym światłem.
-    Tylko obiecaj, że będziesz słuchała Raziela. Będzie twoim przewodnikiem po ścieżkach magii. Przyrzekasz?
-    Przyrzekam!
-    Powróć zatem na Ziemię. Twój nauczyciel zaraz do ciebie dołączy.
-    Kiedy znów się spotkamy?
-    Zawsze będę przy tobie. Obiecuję ci to. Tymczasem żegnaj.
Radosna Sally rozpłynęła się w powietrzu.
-    A teraz przejdźmy do innych spraw.
-    Nie! – Odparł zdenerwowany Raziel – Najpierw powiedz czemu dajesz jej nadzieje złudne?!
-    Chodzi ci o jej matkę?
-    Tak! Przecież istnieją tylko dwie istoty mogące przywrócić kogoś do życia!
-    Bóg i Śmierć.
-    Właśnie! A ty jesteś tylko aniołem! Czemu ją okłamałeś?!
-    A ty tego nie zrobiłeś? Skąd w tobie tyle gniewu? Czyż to nie pochodzi od przeklętego, którego chcesz trzymać w zamknięciu do końca istnienia?
-    Zależy, o którego ci chodzi – odrzekł pogardliwie. – Beliara czy Asha.
-    Tego, który jest częścią Raziela.
-    Dość! Nie jest moją częścią! Nie po to tu przybyłem. Pytanie mam.
-    Nie uciekniesz od prawdy. W każdym razie jak brzmi twe pytanie?
-    Ta cała sprawa w Appalachach ma jakiś związek z Księdzem?
-    Tak. Ten, o którym wspomniała Marta, nazywa się Erathiel. Tak jak ty jest hibernatusem. Kiedyś był mnichem w Shaolin. Jest bardzo potężny. Miał dobre serce, lecz Ksiądz omamił go. Ma teraz mechaniczne ręce i stalowe skrzydła. Groźny z niego przeciwnik. Zakłada w Federacji sektę Szatana. Jeśli ci się poszczęści, będzie też tam i Ksiądz. Teraz wracaj.
-    Mam zamiar. Żegnam więc panów świętoszków.
Powiedziawszy, to rozpłynął się. Chwilę później pojawił się koło dziewczynki.
-    No, to w końcu możemy zacząć twoje szkolenie.
-    Noooo, dobra. Obiecałam tamtemu aniołkowi.
-    Nieważne czemu. Teraz słuchaj. Zaczniemy od prostego czaru leczącego. Spróbuj skupić swoje myśli na ranie, którą chcesz uleczyć. Wyobraź sobie, że się zasklepia. Potem wypowiedz słowa czaru. Powtórz po mnie. Eryc Nal Entan.
-    Eryc Nal Entan.
-    Dobrze. Teraz zrobimy małą symulację.
Wyciągnął nóż i rozciął sobie palec. Sally wstrzymała oddech i zakryła dłonią usta na widok krwi.
-    Nie bój się, to tylko małe skaleczenie. Kiedyś będzie gorzej.
Niezbyt zachęcona tym dziewczynka, podeszłą do Raziela. Chwyciła jego dłoń, zamknęła oczy i wypowiedziała słowa czaru. Efekt był przeciwny do zamierzonego. Rozcięcie powiększyło się.
-    Ech, długa droga przed nami. – Stwierdził z ironią.

*    *    *

Do wieczora Sally tylko raz udało się zaklęcie. Ręka Raziela byłą pocięta, ale chłopak nie przejął się tym zbytnio. Przyłożył sobie kilka liści jakiegoś zioła, które wyjął z pojemnika przy pasie.
-    Co ci się stało w dłoń? – Zapytał zdziwiony Edward, gdy tylko oboje usiedli przy stole w salonie.
-    Nic. Próbowałem nauczyć Sally leczenia.
-    Przecież ona ma dopiero jakieś 5 lat!
-    Nigdy nie jest za wcześnie na naukę.
-    No w sumie racja. Pierwszą rzecz skręciłem, gdy miałem 4 latka. To był samochodzik...
-    Dobra, dobra. Powiedz lepiej jak trening z Jinem.
-    Za dobry się zrobił. Nie nadążam za nim.
-    To trochę i dobrze. Jutro dam ci instrukcję techniki której masz go nauczyć.
-    Że niby jak?
-    Rozpiszę krok po kroku co powinien robić.
-    Trudna ta technika? Ty w ile ją opanowałeś?
-    W miesiąc. Nigdy nie miałem talentu do walki bez broni. Wierzę w Jina i daję mu maksymalnie trzy dni.
-    To ty jesteś taki słaby czy Jin taki dobry?
-    Obie opcje. A tak w ogóle, to gdzie on jest?
-    Chyba siedzi na górze z małą.
-    To dobrze. Nie masz może jakiejś nie zapisanej książki?
-    Nie, ale mogę zaraz taką zrobić.
-    Jak?
-    Patrz.
Burmistrz poszedł do pokoju obok i wrócił z grubą księgą. Położył ją przed chłopakiem i przerzucił po kolei wszystkie strony. Była cała zapisana. Wziął szklankę i postawił obok. Klasnął i położył ręce na tomie. Rozbłysło jasne światło, a po chwili znikło. Podniósł książkę nad szklankę. Po chwili zaczął spływać do niej atrament. Musiał wyciągnąć jeszcze pięć kubków, cieczy było za dużo.
-    Masz książkę i atrament. Brakuje jeszcze tylko pióra.
 Raziel, nieco zdziwiony, powiedział tylko.
-    Fajne. Co to było?
-    Alchemia. – Odrzekł zadowolony – Nie jest popularna, ale nie robi się z niej wielkiej tajemnicy. Polega na manipulowaniu materiami. Można zmienić stan skupienia, poruszyć celem, zmienić jego kształt, a co najważniejsze pozwala zmienić coś w inną substancję o podobnych właściwościach.  Fajne, nie?
-    Skąd to umiesz?
-    Kiedyś do naszej wsi zawitał alchemik. Pokazał mi podstawy, ale większość nauczyłem się z ksiąg, które mi zostawił.
-    Zdolny jesteś. Biocybernetyk, alchemik i wojownik. Ciekawe życie. Miło się gawędzi, ale późno już,
a mam dużo roboty. Daj coś do pisania i idę.
-    Dobra. Weź któreś pióro z pokoju obok. Leży kilka na biurku. Chłopak wziął księgę, kilka kubków z atramentem oraz jedno z piór i poszedł do pokoju, który został mu przydzielony. Odłożył wszystko na stół i usiadł na łóżku. Zaczął rozmyślać o dzisiejszym zdarzeniu z aniołem.
 –„Czemu uniosłem się tak gniewem? Jakim cudem aż tak bardzo Beliar zdołał się oswobodzić? Kim był ten anioł? Nie miał żadnych oznak jakiejkolwiek wyższej rangi, ale mimo to zdołał rzucić na mnie zaklęcie, nawet nie wiem kiedy. I skąd tyle wiedział o Erathielu? Tylko najwyżsi rangą mają dostęp do wiedzy prawie równej boskiej. Dlaczego tak od razu zawarł pakt z Sally? Nie jest to łatwa decyzja, a on tak po prostu, jakby od dawna na to czekał. To jedyny anioł, który nazwał mnie Razielem. Powiedział, że Beliar jest moją częścią. Jak do tej pory wszyscy niebianie mówili do mnie Mzopisajel i nie godzili się z tym, że część anioła jest zamknięta we mnie wraz z diabłem. Nigdy nie uznawali mnie, Beliara i Mzopisajela za jedność. Ale mu też nie podobało się, że więżę anioła. Kiedyś trzeba będzie to zbadać. Jak tylko skończę aktualną misję. I jak mam zachęcić dziewczynkę, żeby się przyłożyła? Cóż ,ciężko będzie. Może i mała, ale to dziewczyna. Takim gdybaniem i tak wiele nie rozwiążę. Ale może Matusaleh będzie coś wiedział o tamtym aniele. Jak tylko będę miał dzień przerwy, trzeba będzie go odwiedzić. Ech ile roboty na głowie... A teraz trzeba się zająć techniką Pięści Smoka. Ciekawe, jak szybko ją opanuje. Może mu się ona przydać w walce z Erathielem. Dobra, zabieram się do roboty”- .  Chłopak wziął księgę i zaczął opisywać każdy ruch po kolei.
           
                    *    *    *

Spisanie tej wiedzy zajęło mu całą noc. Kończył, gdy słońce zaczęło wschodzić. Postanowił, że jego towarzysz i uczennica nie mogą mieć lekko. Zbudził ich i kazał ustawić się przed domem. Wymyślił mały, poranny trening dla nich. Jin miał wziąć małą na plecy i biegać dookoła wioski. Raziel uderzył go mocno w ramię kawałkiem drewna, tak, że gladiatorowi zrobił się siniak i kazał Sally go uleczyć. Po godzinie „ćwiczeń” Jin był cały miał całe ramię sine, a dziewczynka ledwo stała na nogach. Chłopak nie był zadowolony z wyniku, więc postanowił robić tak codziennie. Koło godziny dziesiątej obudził się Edward. Ledwo zjadł śniadanie i musiał ćwiczyć z przyjacielem technikę, którą opisał Raziel. Starzy druhowie razem trenowali, a chłopak zabrał małą do lasu na dalszą naukę czarów. Koło czternastej był obiad, a pół godziny po nim cała czwórka wracała do swoich zajęć. O godzinie 20 wszyscy wracali na kolację do domu, a zaraz po niej kładli się spać. Tak wyglądał każdy ich dzień przez kolejne trzy tygodnie. Sally całkiem nieźle radziła sobie z podstawowymi zaklęciami, a Jin do perfekcji opanował Pięść Smoka. Chłopak był z nich całkiem zadowolony. Skoro gladiator nauczył się już techniki, przyszedł czas, aby opowiedzieć mu o energii ki. Dał małej jeden dzień wolny, z czego się bardzo ucieszyła. Podczas treningu przed obiadem poszedł do Jina i przerwał mu ćwiczenia.
-    Dobra, opanowałeś to do perfekcji. Teraz nadszedł czas, abyś zaczął panować nad swoim ki.
-    W końcu. A co to w ogóle mi da?
-    Dzięki temu będziesz szybszy i wytrzymalszy, a twoje ciosy staną się mocniejsze i bardziej perfekcyjne.
-    Bajer. Dawaj więc.
-    Żeby używać, ki musisz skupić swoją energię w jednym punkcie. Skoncentruj się i spróbuj skoncentrować siłę w prawej dłoni.
Gladiator podniósł rękę do góry i na nią spojrzał. Zamknął oczy i zacisnął pięść.
-    Czujesz to?
-    Chyba tak. Co teraz?
-    Uderz mnie.
Jin otworzył oczy i zaatakował Raziela. Chłopak z łatwością uniknął ciosu.
-    To nie to. Pomyśl o tych wszystkich treningach, które ci zorganizowałem. O tym, jak cię co dzień męczę. Jak mnie za to nie lubisz.
Gladiator znowu spojrzał na dłoń. Po chwili zaatakował chłopaka. Ten ledwo uskoczył i spojrzał z podziwem na towarzysza.
-    Dobrze. O to chodzi. Teraz idź poćwiczyć na jakimś murze.
-    Z taką motywacją to nie było trudne. – Zaśmiał się Jin i poszedł z Edwardem za budynek.
-„Skoro dałem dziecku wolne, to spróbuję pogadać z Matusalehem”- pomyślał chłopak i poszedł do lasu. Usiadł pośród drzew i rzucił zaklęcie teleportacji. Pojawił się w ciemnej komnacie. Podłoga, podobnie jak ściany, była z kamienia. Podszedł do małego okienka, jedynego źródła światła w pomieszczeniu. Zauważył niebieskie niebo i białe chmury powoli sunące w kierunku wiatru. Odwrócił się i spojrzał na podłogę. Leżała na niej dziwna istota przypominająca anioła, lecz miała szare skrzydła i skórę.
-    Fajnie się urządziłeś. Ładne mieszkanko – zagadał Raziel.
-    Tak, przytulnie tu. Ale raczej nie przybyłeś tu, by podziwiać mój domek.
-    W rzeczy samej. Mam pewien mały problem i pomyślałem, że ty byś mi pomógł.
-    Jeśli tylko zdołam. Co to za problem?
-    Więc, Matusalehu, jakiś miesiąc temu chciałem porozmawiać z Duchem Świętym. A tu zamiast niego przyszedł jakiś dziwny anioł. Mówił do mnie Raziel i uznał, że Beliar jest moją częścią. Nie potępił mnie za bardzo za to, że zamknąłem Mzopisajela. Najdziwniejsze jest jednak to, że zdołał mnie sparaliżować, nawet nie wiem kiedy.
-    Miał rację, że diabeł jest twoją częścią. Zaskakujące, że cię unieruchomił, ale to, że cię nie potępił nie jest takie dziwne. Co konkretnie o tym powiedział?
-    Ty, który więzisz naszego brata, nie jesteś godny, by nauczać magii. A później kazał słuchać takiej dziewczynki jednej, żebym ją nauczył czarować.
-    Mnie się wydaję, że powinieneś go posłuchać.
-    W jakim sensie?
-    To już sam powinieneś rozstrzygnąć.
-    Ech, ty i te twoje połowiczne porady. Nie mógłbyś choć raz powiedzieć, o co konkretnie ci chodzi?
-    No dobrze, tym razem zrobię wyjątek i ci powiem.
-    O jak miło. Mów zatem.
-    Chodziło mu o to, byś połączył wszystkie swoje części w jedno.
-    Co? Przecież oni się pozabijają, a ze mnie też wiele nie zostanie.
-    Ze mnie zostało wiele.
-    Ty to inna sprawa. Twoje jaźnie nigdy nie walczyły ze sobą.
-    Jeśli się połączycie w jedność, będziesz bardzo potężny. I nie będziesz inny niż teraz.
-    Wątpię. Wyjątkowo tym razem nie posłucham twojej rady. Idę już. Żegnaj.
-    Posłuchaj głosu rozsądku. Żegnaj.
Raziel przeteleportował się z powrotem do lasu. Ściemniało się już. Podróż zajęła mu więcej niż się spodziewał. Ruszył powoli do wsi. Jin całkiem nieźle radził sobie z kontrolą ki. Zdziwiło to chłopaka, ale pomyślał, że to nie jest wcale takie dziwne. Żeby nie męczyły go słowa Matusaleha poszedł spać zraz po kolacji.

                    *    *    *

Następnego dnia zbudził się koło godziny ósmej. Policzył, ile już tu dni są i wywnioskował, że za trzy będą musieli wyruszyć w dalszą podróż, do Appalachów. Robił się trochę niecierpliwy na myśl o starciu z Księdzem. Po śniadaniu wziął dziewczynkę do lasu i kontynuował trening. Jej podejście do magii nie zmieniło się wcale. Robiła to, bo obiecała tamtemu aniołowi. Dzień zapowiadał się jak każdy inny., gdy nagle zauważył pośród drzew, masę mutantów. Mieli około 2,5 metrów wzrostu i byli mocno umięśnioni. W dłoniach mieli miecze nienajlepszej roboty. Nadchodzili z każdej strony. Chłopak dobył swych mieczy i kazał dziewczynce położyć się na ziemi i nie przeszkadzać w walce. Gdy pierwsze stwory podeszły pod zasięg miecza, zaczął swój taniec śmierci. Kręcił się wokół własnej osi machając przy tym mieczami. Niestety było ich zbyt wielu. Mutanci zaczęli atakować i Raziel został zmuszony do obrony. Gdyby nie dziewczynka pod nogami, poradziłby sobie, ale teraz musiał ochraniać ją i siebie. –„Nie dam rady, broniąc tej małej. Muszę ją zostawić. Szkoda jej tracić, bo mogłaby z niej być dobra czarodziejka, ale co mi po niej, jeśli oboje zginiemy.”- rozmyślał chłopak. Po chwili postanowił ją zostawić. Już miał odejść, kiedy jego ręka nie wiedzieć czemu wyprostowała się, przyjmując cios jednego z mutantów. Miecz przebił mu rękę, ale nie zranił dziewczynki. –„Co jest? Co się stało?”- pomyślał, a chwilę potem poczuł taki sam ból w drugiej ręce. Przez chwilę nic nie widział, a gdy już odzyskał wzrok, klęczał przed Sally z rękoma rozłożonymi na boki i z mieczem w gardle. Stał przed nim jakiś wyjątkowo brzydki mutant. Szczerzył swoje zęby w triumfie. Nagle Raziel znalazł się na polanie. Poczuł, że ktoś obok niego przebiegł. Po jego prawej stronie klęczał Mzopisajel, a po lewej Beliar. Obydwie istoty wpatrywały się w coś przed nimi. Był to mały świecący punkt, który po chwili zmienił się w wielką bramę. Zdezorientowany chłopak stał i czekał, aż wrota się otworzą. Nie trwało to długo. Gdy drzwi się otworzyły, stał w nich Bóg. Raziel spojrzał kątem oka na anioła. Łzy potokami lały się po jego policzkach.
-    Witajcie, moi słudzy – Odezwał się Pan. – Co was do mnie sprowadza?
-    Chyba umarłem. – Odpowiedział beznamiętnie Raziel.
-    Nie ty, ale oni wraz z tobą. Jesteście jednością. Nie może umrzeć tylko jedna część. Wszyscy służycie dobru.
-    Nie jesteśmy jednością! Anie trochę nie jestem do nich podony!
-    Ależ jesteś. Oni są twoją częścią, a ty ich. Bez siebie nie możecie istnieć. A teraz umarliście, bowiem ty nigdy nie mogłeś zrozumieć prawdy.
-    Znam prawdę! Nie służę dobru! Nie znajdę go ani w Niebie, ani w żadnej innej Krainie prócz Ziemi. Tylko tam istnieje prawdziwe dobro!
-    Tak? A skąd możesz wiedzieć, co to znaczy, jeśli nigdy go nie posmakowałeś? Od małego uciekasz od swojej natury. Od dziecka błądzisz w ciemnościach.
-    To ty mnie nie przyjąłeś do Nieba! Zrzuciłeś mnie na Ziemię, bo nie chciałeś zaśmiecać Królestwa Niebieskiego tym diabłem.
Powiedziawszy to, wskazał na Beliara.
-    Nie. Nie strąciłem was przez niego. Zrobiłem to, bowiem takie są prawa tego świata. Tylko Istoty zrodzone z światła mogą od narodzin przebywać w niebie. Ty jesteś mieszańcem, co oznacza, że musisz przebyć drogę do odkupienia. Ziemia jest miejscem prób. A ty, sprzeniewierzając się swej naturze, oddalałeś się ode mnie. Ale ta mała dziewczynka uwolniła w tobie anioła i osłabiła więzy na diable. Nie przez niego uniosłeś się wtedy gniewem. Gniew to ludzka cecha.
Po skończonej wypowiedzi, Pan zmienił swe oblicze, na anioła z którym Sally zawarła przysięgę.
-    To ty?! To ty byłeś tym aniołem?! Dlaczego podpisałeś z nią pakt? Dlaczego wciąż tak ci zależy na tym bym połączył wszystkie moje części w jedno?
-    Sally ma czyste serce i trafiła do odpowiedniego nauczyciela. Czemu nie miałbym składać jej przysięgi. A ty powinieneś się połączyć, ponieważ taka jest twoja natura. Byłeś moi wybrańcem. Przestałeś nim być kiedy rozdzieliłeś swe jaźnie. Znów nim, będziesz gdy się połączysz.
-    Co? Wybrańcem? Jak to? Jakim wybrańcem?
-    To ty zostałeś wybrany na Abadona - Anioła Zniszczenia. Jednak twoim głównym celem jest ochrona Ziemi. Niszczysz nie światy, lecz istoty żyjące w twej Krainie.
-    Tatak? Jestem Abadonem? Jesteśmy? – spojrzał niepewnie na anioła i diabła.
Oboje klęczeli w milczeniu ze spuszczonymi głowami.
-    Tak. To wy jako jedność jesteście mym wybrańcem. Czyńcie więc swą powinność.
Raziel znowu spojrzał na swych towarzyszy obok. Powstali i wpatrywali się w niego. Pokiwał głową. Mzopisajel odpowiedział mu tym samym, a Beliar rzekł:
-    Nastał ten dzień, w którym spełni się moje marzenie. W końcu połączymy się i stworzymy niemalże idealną istotę.
Chłopak rozłożył i ręce i wypowiedział regułkę w starożytnym języku. Jakaś siłą przyciągnęła  anioła i diabła do niego. W momencie zetknięcia się postaci, z nieba spłynął oślepiający promień światła. Kiedy strumień znikł, w miejscu, w którym przed chwilą był Raziel, stała istota o szarej skórze i skrzydłach tego samego koloru.
-    To wciąż ja. – Powiedziała z zadowoleniem istota – Pozostałem Razielem. Panie, pozwól mi ponownie spróbować wypełnić misję od Ciebie.
-    Jesteś teraz inną istotą. Klątwa, która kiedyś na tobie ciążyła, już nie ma mocy. Jesteś wolny. Nie musisz już wypełniać mych misji.
-    Co to za stróż, który nie dba o swój teren? Ziemia jest mym domem i mam obowiązek jej chronić. Poza tym, życie bliskich mi osób jest zagrożone. Odeślij mnie, Panie, z powrotem.
-    Zatem idź mój posłańcze.
Raziel poczuł ogromną energię zbierającą się wokół niego. Zamknął oczy, a gdy je otworzył był w lesie. Wszędzie leżały martwe kreatury. Prawie wszystkie były porozcinane w pół. –„Co tu się stało? Ash! Zapomniałem o nim! Musiał uciec, kiedy umierałem. Chyba wolę hordy mutantów niż wolnego demona. Zrobiło się nieciekawie”- rozmyślał chłopak, lecąc do wsi. W parę chwil doleciał do skraju lasu i ujrzał osadę. Pełno w niej było potworów. Były jednak trochę inne niż te w lesie. Zamiast trzymać oręż, miały go wszczepionego za dłoń. Chłopak stanął spokojnie i zaczął powoli iść w stronę wrogów. Machnął ręką i prawie wszyscy przeciwnicy w zasięgu wzroku zapłonęli. Dobył swych mieczy i dobijał spanikowanych mutantów. Bez pośpiechu rozejrzał się w poszukiwaniu towarzyszy. Dostrzegł błysk w domku po lewej. Przeteleportował się do środka i ujrzał coś, co go zasmuciło. Rodzina rolników leżała zmasakrowana pod ścianą. Przed nimi był martwy mutant z rozbitą głową. Na środku pokoju jęczał z bólu Edward. Miał odciętą prawą rękę i lewą nogę. Spanikowana Sally próbowała czarami zatrzymać krwawienie. Jin starał się utrzymać stół przy drzwiach, tak aby nikt nie wszedł. Chłopak szybko rzucił czar leczenia. Burmistrz przestał krwawić, ale stracił przytomność.
-    Kkkkim jesteś? – Zapytała przerażona dziewczynka.
-    Twoim nauczycielem. Zamknij swe oczka i o nic się już nie martw.
-    Przecież ty umarłeś.
-    Tak, lecz Pan pozwolił mi powrócić. Lepiej się gdzieś schowaj. Już dość zła dziś widziałaś.
Sally posłuchała rady i wczołgała się pod łóżko. Chłopak podszedł do Jina i złapał go za ramię.
-    Wpuść ich, przyjacielu. Niechaj poznają potęgę Sługi Bożego.
-    Raziel?
-    Tak, to ja. Powróciłem w mej naturalnej postaci. Lepiej przypomnij sobie trening kontroli energii ki. Czeka na mała potyczka.
Powiedziawszy to, chłopak dotknął stołu. Przedmiot znikł i nic już nie blokowało drzwi.
-    Stań za mną. Nie martw się, ciebie walka też nie ominie.
Gdy skończył to mówić, do domu wpadła duża ilość mutantów. Raziel rozpoczął swój taniec śmierci i zabijał każdą kreaturę, która znalazła się nie więcej niż półtorej metru od niego. Z tymi, których nie zdołał usunąć Raziel, rozprawiał się Jin, który dość dobrze opanował kontrolę swojego ki. Po kilku minutach chłopak doszedł do wniosku, że taka walka nie ma sensu. Powoli przebijał się przez wrogów do wyjścia. Gdy znalazł się na zewnątrz wypowiedział słowa czaru. Z ziemi wyrósł wielki sopel lodu z wieloma małymi kolcami na sobie. Nadział tak dużą ilość przeciwników. Wskazał ręką na kilku biegnących na niego. Z nieba spłynął słup ognia doszczędnie spalając przeciwników. Wykonał dłońmi kilka gestów i pojawiły się przed nim trzy stwory podobne do małp. Były jednak większe, a ich sierść miała czarny kolor. Rzuciły się na resztę mutantów rozszarpując ich. Po chwili wszyscy wrogowie w pobliżu zostali wytępieni. Raziel rozkazał przywołanym stworzenią szukać we wsi reszty mutantów. Istoty posłusznie rozbiegły się. Chłopak skupił się i próbował odnaleźć energię zła emanującą od Asha. Nie poczuł nic, więc ze spokojem w sercu wszedł do domku. Ze smutkiem spojrzał na zapłakaną dziewczynkę wtulającą się w Jina.
-    Już dobrze. Pokonaliśmy wrogów. Teraz trzeba opatrzeć Edwarda.
Oboje spojrzeli na niego. W ich oczach ujrzał ogromny smutek. Chyba sądzili, że umarł.
-    Nie martwcie się. On żyję.
Żeby to potwierdzić podszedł do nieprzytomnego i machnął nad nim ręką. Burmistrz otworzył oczy.
-    Co się stało? Gdzie Sally? Co ze mną zrobiłeś?
-    Spokojnie. Zatamowałem krwawienie, ale żebym mógł przywrócić ci kończyny, musiałbym je znaleźć.
-    Szkoda zachodu. I tak nie będę mógł nimi ruszać. Gdzie dziewczynka i Jin?
-    Siedzą obok ciebie. Mógłbym za pomocą magii uleczyć twoje ręce.
-    Jak? Magią? Przecież to nie istnieje. Chyba, że alchemia, ale w niej nie można łączyć ludzkich tkanek. Zanieś mnie lepiej do mojej pracowni. Z resztą sam sobie poradzę.
-    Chcesz zrobić sobie cybernetyczne kończyny?
-    Nie mam wyboru. Nawet, jeśli jest coś takiego, jak czary to, wątpię, byś znalazł me kończyny. Zanieś mnie do pracowni.
-    Dobrze. Mam nadzieję, że wiesz co robisz.
-    Ja też – mruknął ponuro.

*    *    *

Edward zaprogramował komputery tak, by przyczepiły mu kończyny. Była to bardzo bolesna operacja, ale ledwie to okazał. Po jednym dniu umiał już sprawnie posługiwać się nowymi kończynami. Nad wioskę zleciało się dużo ptaków, więc Raziel postanowił spalić całą osadę i wszystkich starych jej mieszkańców. Nie przeżył nikt, prócz ich czwórki. Sally postanowiła z całych sił przykładać się do nauki zaklęć. Jin chciał jeszcze lepiej opanować swoje ki i prosił, by Raziel pokazał mu jeszcze jakieś techniki. Edward mógł stworzyć ze swej prawej ręki miecz, więc chciał, aby chłopak szkolił go w szermierce. Raziel nie miał wyboru, musiał przystać na wszystkie prośby. Wciąż nikt nie wiedział, skąd pojawili się mutanci, ale Edward mówił, że jest całkiem możliwe, że jakieś plemię przywędrowało do Teksasu. Chłopak twierdził, że to jakiś spisek Księdza. Gdy doszli do wniosku, że niczego się tu nie dowiedzą, wyruszyli w podróż do Federacji Appalachów. Raziel trochę się rzucał w oczy w swej naturalnej postaci. Musiał zmieniać wygląd na zwykłego człowieka. Radował się w duchu, że wszyscy mają teraz tyle zapału. Myśl, że każdą chwilą jest bliżej Księdza, dodawała mu wiele energii.



                    Rozdział VI
Dotarcie do Federacji zajęło im trzy tygodnie. Sally była już dość dobrą uzdrowicielką, Jin panował nad swoim ki prawie doskonale. Jedynym błędem było duże jej zużycie w jednym ciosie. Nauczył się też kilku nowych technik. Jednak miało to swoje zalety. Edward radził sobie w walce mieczem. Raziel był z nich zadowolony. Ale nie to podobało mu się najbardziej. Najlepsze dla niego było to, że sam zwiększył swoją moc kilkukrotnie. Był teraz z dziesięć razy silniejszy niż na początku wędrówki. Czuł, ze ostateczne starcie jest już blisko. Dawno nie czuł takiej niecierpliwości. Od dwóch dni byli na teranie Appalachów. Okolica nie była zbyt zachęcająca. Wszędzie panował brud, a w powietrzu unosił się czarny dym. Na szczęście nie było daleko do stolicy. Gdy w końcu dotarli do tego miasta, Raziel pomyślał, że plotki, które kiedyś o nim słyszał, nie były przesadzone. Stolica była otoczona wielkim murem. Na terenie miasta mieszkało kilka najbogatszych rodów Federacji. Nic dziwnego więc, że wszystko było bogato zdobione i zachowywane w czystości. Odnaleźć dom głównego rodu nie było trudnym zadaniem. Stał pośrodku miasta i był najwyższym budynkiem. Strażnicy nie chcieli wpuścić czwórki przyjaciół, więc Raziel postanowił zakraść się do niego. Nie trudno było mu się dostać do wewnątrz. Więcej problemu sprawiło mu odnalezienie odpowiedniej osoby. Dom był duży jak połowa Edwards Ville. Chodziło w nim dużo służby. Po godzinie skradania się w końcu znalazł Martę. Siedziała za biurkiem chyba w swoim pokoju. Chłopak nie bardzo wiedział czy to jej sypialnia, czy tak sobie tu siedzi. Był już w kilku podobnych. Cicho podszedł do księżniczki i podstawił jej nóż do gardła.
-    To chyba twoje? – Zapytał spokojnym głosem.
-    Jak to miło z twojej strony, Razielu. – Odpowiedziała bez emocji.
Odwróciła się do niego twarzą. Miała wielki uśmiech na twarzy. Wesoła podskoczyła na krześle i przytuliła się do chłopaka.
-    W końcu jesteś! – Krzyknęła uradowana - Czekaliśmy na ciebie. Miałeś rację, moja siostra wciąż żyje. Chodź, zaprowadzę cię do dziadka.
-    A nie jest trochę dziwny sam fakt, że tu jestem?
-    Czemu?
-    Strażnicy nie byli skłonni do wpuszczania nieznajomych.
-    To na pewno nie zdziwi dziadka.
-    A pod bramą stoją moi towarzysze.
-    No to chodźmy po nich, a potem do dziadka.
Nie czekając na odpowiedź, złapała go za rękę i zaczęła iść ku wyjściu. Raziel nie opierał się i szedł za dziewczyną. Po 5 minutach zdał sobie sprawę, że sam by nie trafił do wyjścia. Droga byłą długa i kręta. W końcu jednak dotarli do bramy. Marta kazała otworzyć wrota. Przed nimi siedział Jin z Sally na karku, a obok stał Edward.
-    Ile można?! – Odezwał się nieco zdenerwowany gladiator. – Od co najmniej godziny tu siedzimy!
-    Gdybyś wiedział jak trudno się połapać w tym domu, to byś nie marudził.
-    Jak trudno? Ja tam nie widzę nigdy problemu. – Wtrąciła nieco zmieszana księżniczka.
-    Bo ty tu mieszkasz. Ja jakoś nie przywykłem do takich budynków. Potem pogawędzimy. Teraz prowadź do dziadka.
Dziewczyna bez słowa odwróciła się i poszła. Wszyscy szli jej śladem i próbowali go nie stracić. Droga do komnat króla byłą jeszcze bardziej skomplikowana. Po 15 minutach marszu dotarli do odpowiedniej sali. Pomieszczenie było duże. Naprzeciwko przybyszy siedział stary człowiek na tronie. Mimo wieku nie miał zarostu, a jego włosy wciąż były złote. Upływ lat, był widoczny na starcu, jednak Raziel poznał go.
-    Tytus! To naprawdę ty?
-    Jak widać stary przyjacielu. – Odpowiedział król z uśmiechem.
Chłopak podbiegł do starca i serdecznie go uściskał.
-    Nic się nie zmieniłeś. – Stwierdził Tytus.
-    A ty owszem. I to dość sporo. Ale włosy masz wciąż te same.
-    Sie dba.
-    Nie rozumiem tylko jednego. Jak szajbnięty pirotechnik z obsesją na punkcie swoich włosów stał się jednym z najważniejszych polityków w postapokaliptycznym kraju?
-    Zawsze umiałem kombinować. – Odparł z uśmiechem.
-    Jednak powspominamy innym razem. Najpierw przedstaw, jak wygląda sytuacja.
-    A może na początek przedstawisz mi swoich towarzyszy? – mówiąc to, wskazał na przyjaciół Raziela.
Chłopak nie spoglądał na nich ani razu, od kiedy tu weszli. Cicho się zaśmiał, widząc zdziwione miny towarzyszy.
-    Tak więc, podejdźcie tu.
Wszyscy usłuchali, prócz Marty, która, śmiejąc się, starała się nie przewrócić.
-    Ta najmniejsza to Sally. Szkolę ją w magii leczenia.
-    Dzień dobry. – Powiedziała trochę zestresowana dziewczynka.
-    Ten wysoki to Jin. Gladiator. Pokazuję mu, na czym polega energia ki.
-    Cześć dziadku. – przywitał się gladiator poklepując króla lekko w ramię.
-    A ten co ledwo wystaje ponad trawę to Edward.
-    Nie jesteś wiele wyższy to się nie mądrz!
-    Właśnie. Jest biocybernetykiem, alchemikiem i trochę wojownikiem.
-    Do usług. – Skwitował.
-    Wesołą gromadkę żeś zebrał. Widzę, że nie nudzi ci się w podróży.
-    Nie, mam kogo gnębić. Przejdźmy do ważniejszych spraw.
-    Sprawa jest prosta. Pewien człowiek przybył jakiś czas temu do naszego miasta, pobił całą ochronę mojej najmłodszej córki i ją porwał. Chciałbym, żebyście ją odbili i najlepiej przy okazji dali nauczkę tamtemu kolesiowi.
-    To tyle?
-    Pięknie by było. Założył swoją bazę kilka kilometrów za miastem i zbiera tam dużo ludzi w czarnych szatach. Jakąś sektę robi czy coś. Najgorszy jest jednak inny problem. Jakiś czas temu moi szpiedzy donieśli mi, że do ich siedziby przyjechał jakiś dziwny koleś ubrany w sutannę. Wraz z nim przybył mężczyzna zakuty w zbroi. Obawiam się, że ten pierwszy to Ksiądz.
-    A ja na to liczę. W końcu skończę moją misję. Tak więc, wyruszamy jutro wieczorem.
-    Jak zwykle szybki i zdecydowany. Dobrze zatem. Jutro pójdziecie na akcję. Lecz dziś zapraszam was wszystkich do kolacji z moją rodziną.
-    To wielki zaszczyt móc zjeść z tobą kolację. – Odrzekł chłopak z żartem w głosie. – Kiedyś to inaczej się załatwiało.
-    Ale czasy, jak wszystko, się zmieniają. Nie marudź. Chodźta na kolację. Zaczniemy o 19. Lokaje pokażą wam wasze pokoje i zaprowadzą was do jadalni.
Klasnął raz i przyszło trzech lokajów. Każdy odprowadził jednego towarzysza Raziela, a on sam został odprowadzony przez Martę.
-    Dziadek nigdy nie mówił tak swojsko. Zawsze tak dostojnie się wyrażał. A przy tobie obudził się on za młodu.
-    Tak samo jest ze mną. Dawno się nie widzieliśmy. Ale nigdy bym nie przypuszczał, że osiągnie aż tyle. A raczej, że będzie mu się chciało osiągnąć aż tyle.
Marta nie powiedziała już ani słowa podczas pokazywania mu jego pokoju. Zaraz po tym, jak skończyła pokazywać pokój, poszła do siebie, obiecując, że przyjdzie po niego pół godziny przed kolacją.

                *    *    *

Przez następne dwie godziny chłopak nie ruszył się nawet z łóżka. Obmyślał plan działania. Było to trudne, gdy nie miało się pojęcia o planie budynku, w którym była zamknięta wnuczka jego przyjaciela i nie znając liczby przeciwników. Doszedł do wniosku, że on będzie szukał Księdza. Jeszcze tylko dzisiejsza kolacja i jutrzejszy dzień. Raziel uśmiechnął się z myślą, że już wkrótce będzie mógł zmierzyć się z jego dawnym wrogiem. Marta przyszła, tak jak obiecała. Była ubrana w piękną, niebieską suknię balową. Chłopakowi było trochę głupio. Jedynym strojem jaki miał był ten w którym teraz stał. Powiedział, że idzie na chwilę do łazienki. Zmienił w niej swój strój na czarny garnitur. Nie lubił tego ubioru, ale takie okazję tego wymagały. Radosna dziewczyna zaprowadziła go do jadalni. Było to ogromne pomieszczenie, z trzema wielkimi stołami stojącymi po środku. Z sufitu zwisały zdobione żyrandole. Na razie sala była pusta. Marta pokazała chłopakowi jego miejsce i usiadła po jego prawej stronie. Po jego lewej miał siedzieć Jin, a dalej Sally i Edward. Reszta miejsc była przeznaczona dla członków rodziny. Po chwili wszyscy zaczęli przybywać na kolację. Na szczęście każdy członek rodziny był ubrany jak na jakąś ważną uroczystość. Nawet Jin dostał garnitur. Jedynym, który nie był szczególnie wystrojony, okazał się Tytus. –„No tak, cały on. Nie lubi takich strojów. Ja w sumie też, ale ja jestem przecież gościem.”- rozmyślał. Jego stary przyjaciel zajął honorowe miejsce na szycie stołu. Gdy wszyscy zaproszeni przybyli, Tytus wstał i przemówił.
-    Dziś mamy wielki zaszczyt gościć mojego starego przyjaciela i jego towarzyszy. Jedzcie zatem ze smakiem, bowiem to jest za ich zdrowie.
Reszta kolacji minęła na wspominaniu i rozmawianiu o różnych sprawach tego świata. Kiedy wszyscy wychodzili, Marta poprosiła Raziela, żeby został z nią jeszcze chwilkę. Chłopak nie miał nic przeciw. Gdy zostali sami, poprosiła go do tańca.
-    Nie umiem tańczyć.
-    To cię nauczę. To nie jest takie trudne.
-    Jest. Strasznie to skomplikowane.
-    Jesteś świetnym szermierzem i magiem, a boisz się zwykłego tańca?
-    Nie boję, tylko nie umiem i tyle.
-    No chodź. Chociaż spróbuj.
-    Ech, no dobra. Ale nie długo.
Dziewczyna położyła mu rękę na ramieniu i złapała drugą. Kazała położyć jego drugą kończynę na jej tali. Później zaczęła prowadzić. Razielowi szło całkiem nieźle. Nawet mu się to spodobało. Tak się zatańczyli, że nawet nie zauważył, kiedy minęła północ. W końcu zmęczona Marta postanowiła pójść do siebie spać. Chłopak protestował, mówiąc, że sam nie trafi do swojego pokoju. Dziewczyna nie martwiła się tym. Powiedziała tylko, że może spać dziś u niej. Z jednej strony chłopakowi podobała się ta propozycja. Z drugiej, nie mógł się niczym rozkojarzyć. Cały dzień miał medytować i nie mógł się rozpraszać. Postanowił, że sam znajdzie przydzielony mu apartament. Ku niezadowoleniu Marty poszedł go szukać. Znalezienie pokoju zajęło mu tylko pół godziny. Gdy w końcu do niego dotarł, od razu poszedł spać. Rano obudziło go walenie do drzwi. Gdy je otworzył, ujrzał wesołą twarz Jina.
-    Śniadanie!
-    Dobra, nie drzyj się tak.
-    Szybko!
-    Widzę, że się wyspałeś.
-    Na takim wyrku to się nie da nie wyspać.
-    W sumie racja. Ale nie musisz się drzeć od rana. Lepiej oszczędzaj siły na wieczór.
-    Potem odpocznę. Jeszcze trening dziś zamierzam.
-    Byś skupił swoje ki i duchowo poćwiczył.
-    Eee, tak jasne.
-    A tak w ogóle jak tu trafiłeś?
-    Poprosiłem lokaja, żeby mnie przyprowadził. Dał mi nawet mapę, jak na stołówkę trafić.
-    O super. Przyda się. Pokaż ją.
Jin wyciągnął zza pasa kartkę papieru z krzywym rysunkiem.
-    Może trochę mało profesjonalna, ale zawszę coś.
-    Niby racja.
-    Dobra, chodźmy zatem na śniadanko!
-    Prowadź.
Ku zaskoczeniu Raziela na stołówkę dotarli w nie całe 5 minut. Śniadanie zjedli tylko z Sally, Edwardem i Tytusem. Chłopak zaraz po śniadaniu poszedł do swojego pokoju, pytając każdą napotkaną osobę o drogę. Gdy tylko dotarł na miejsce, usiadł na podłodze i zaczął medytować.
       
                                                                                             *    *    *    

Raziel skończył medytować dopiero, gdy słońce chyliło się ku zachodowi. Chłopak powiedział lokajowi, aby przekazał Jinowi i Edowi wiadomość o spotkaniu w sali tronowej koło osiemnastej. Miał jeszcze około godziny wolnego czasu. Doszedł do wniosku, że nie opłaca się nawet zaczynać ćwiczeń, mając tylko godzinę czasu. Poza tym, bał się czegoś nie zniszczyć. W końcu to dom jego starego przyjaciela. Nie wypadało popsuć cokolwiek, nawet jeśli naprawiłby to po chwili. Położył się na łóżku i zaczął rozmyślać na planem działania misji mającej na celu, prócz uratowania wnuczki Tytusa, zabicie księdza i jego poplecznika Erathiela. Po kilku minutach jego rozważań, ktoś zapukał do jego pokoju.
-    Wejść.
-    Jak miło, że się zgadasz. – Usłyszał znajomy głos zza drzwi – I wybacz, że wczoraj przy kolacji nie przedstawiłem ci mojej rodziny. Tak się życie ułożyło, że mam sporo dzieci, a one maja swoje. Miałem kilka żon i widać tego efekt. – Zaśmiał się Tytus wchodząc, do pokoju.
-    Nie ma sprawy. – Odparł z uśmiechem Raziel. – Co cię sprowadza do mnie?
-    Znasz już Martę, chciałem, abyś teraz poznał jej starszego brata. Chodź Marcin.
Do pokoju wszedł wysoki mężczyzna. Miał około dwudziestu pięciu lat i był dość szczupły. Raziel ocenił, że mimo wzrostu musi być bardzo zręczny.
-    Cześć, jestem Marcin.
-    A ja Raziel. – Odrzekł życzliwie chłopak i powiedział, zwracając się do przyjaciela – Przypuszczam, że w czymś jest wyjątkowy.
-    Powiedzmy. Od małego uczyłem go sztuki skradania i ukrywania się. Chciałby jakoś pomóc w misji.
-    Rozumiem. Jesteś tego pewien?
-    Tak. – Odparł bez namysłu młodzieniec.
-    Tylko najpierw powiedz, co umiesz?
-    Specjalizuję się we wchodzeniu na zamknięte terytoria, ukrywaniu się przed strażnikami oraz dobrze strzelam z pistoletów.
-    Całkiem ładne umiejętności. Jak dobrze strzelasz?
-    Nie spudłowałem od dwóch lat.
-    Możesz się przydać. Tylko nie próbuj walczyć z kimkolwiek w zbroi. A nie też z kimś, kto ma mechaniczne ręce. No i z Księdzem, ale go raczej rozpoznasz. Zgadzasz się?
-    Oczywiście!
-    I weź się trochę wyluzuj. Nie zachowuj się, jak syn szlachcica, tylko jak wnuk Tytusa.
-    Czy ty coś sugerujesz? – Zapytał ze śmiechem dziadek.
-    Nie no, co ty... Tylko jakiś, dziwny jak na kogoś z twoją krwią. Sądziłem, że będzie trochę dziki i nieokrzesany.
-    Dwadzieścia lat temu bym ci nakopał!
-    Wiem, ale teraz jesteś za stary, to mogę cię gnębić dowoli.
-    Młody, nawet mnie nie denerwuj. Pamiętaj, że w tym domu są MOI ludzie.
-    Tak, wiem. Jakoś mnie to nie martwi. Dobra, powspominamy sobie stare dzieje po udanej akcji.
-    Zgadzam się. Zostawię u ciebie Marcina. Poznajcie się lepiej. I ktoś musi cię zaprowadzić do sali tronowej.
-    Idź już lepiej dziadku, bo zaraz nie będziesz w stanie! – Żartobliwie odgryzł się Raziel.
Tytus poszedł i zostawił chłopaka samego z wnukiem. Przez pierwsze kilka minut młody włamywacz prawie się nie odzywał. Potem udało się Razielowi przełamać jego sztywne wychowanie. Prowadzili wesołą rozmowę o życiu w szlacheckiej rodzinie, kiedy chłopak zdał sobie sprawę, że za pięć minut jest umówione spotkanie. Wraz z wnukiem swego przyjaciela, pobiegł do sali tronowej. Ed i Jin już na nich czekali. Poza nimi przyszli Tytus, Marta i Sally.
-    A wy dwie co tu robicie? – Zapytał zdziwiony.
-    Chciałyśmy przydać się podczas waszej misji.
-    To dobrze. Jak wrócimy, zapewne będziemy głodni. Zróbcie kolację.
-    Bardzo śmieszne. – Odpowiedziała ze złością dziewczyna.
-    Tylko tak możecie się przydać.
-    A to niby dlaczego?
-    Sally jest za mała. Może się jej coś stać.
-    Ale ja sobie poradzę! Nie jestem bezbronna!
-    Właśnie! Ja też dam sobie radę! – Wtrąciła się mała.
-    Ty na pewno nie wytrzymasz. Drugim naszym celem jest zabicie Księdza i jego popleczników. Zapewne zginie przy tym wielu sekciarzy. Ty wciąż nie przepadasz za krwią, a będzie jej wiele.
-    Ale jestem dobrą uzdrowicielką! Przydam się!
-    Nie. Zostaniesz i koniec.
-    To niesprawiedliwe! – Krzyknęła i płacząc, odeszła.
-    Ty też zostajesz.
-    Nie jestem małą dziewczynką. Nie będziesz mi mówił, co mogę, a czego nie.
-    W tej sprawie akurat będę. Ilu ludzi zabiłaś w swoim życiu?
-    No żadnego, ale...
-    Nie ma „ale”. Jak już dotrę do małej, zacznie się rzeź. Nie będzie chwili na wahanie się. Ty też zostajesz.
Marta powiedziała coś pod nosem i poszła śladem dziewczynki.
-    Ech, te kobiety...
-    Może i masz rację, ale trochę w perfidny sposób je spławiłeś. – Skomentował Jin.
-    Może, ale co mogłem zrobić. Zgodzisz się ze mną Tytusie?
-    W pełni. A teraz przejdźmy do ważniejszych spraw. Nie martw się. Ja się nimi zajmę. Wejdźmy do sali.
-    Tak. Plan jest prosty. – Zaczął Raziel, wchodząc do pomieszczenia. – Ja z Marcinem zakradniemy się do bazy wroga i odnajdziemy dziewczynkę. Jak on się w ogóle nazywa?
-    Iza.
-    Tak więc, zakradniemy się do ich siedziby i odnajdziemy Izę. Jeśli znalazłbyś ją pierwszy, zostań przy niej i zabij każdego, kto chciałby zrobić jej krzywdę. Gdybym to ją pierwszy znalazł, dam ci mentalnie znać. Wychodź wtedy jak najszybciej na zewnątrz. Może zrobić się niebezpiecznie. W każdym razie, gdy dotrę, do małej przeteleprtuję się z nią na zewnątrz, w miejsce, w którym wy będziecie czekać. – Spojrzał wymownie na Jina i Edwarda. – Później pójdzie już z górki. Jeśli moje przypuszczenia się sprawdzą, Księdzu wyczuje mój czar i będzie chciał mnie zabić. Zostawię mu wiadomość na ziemi przed budynkiem, że czekam na niego przed wzgórzem. Przypuszczalnie wyjdzie z watahą swoich podwładnych. Oni stworzą mały problem. Sądzę, że nie będą zbyt potężni. Ich liczebność może sprawić małe kłopoty, ale wierzę w was. Najgorzej będzie, jeśli przyjdzie z nim Erathiel i jego rycerzyk w zbroi.
-    Ja biorę puszkę! – Krzyknął ze złością w głosie Jin.
-    Tak, jasne. W każdym razie uważajcie na tych dwóch. O ile Księdzu nie załatwił sobie więcej popleczników. Wtedy byłoby trochę źle, ale wciąż wierzę w was. Dobra chłopaki. Damy radę! Idziemy!
Wszyscy zebrani poparli go i poszli w miejsce założenia siedziby ich wrogów. Budynek nie wyglądał na wielki. Nie prezentował się zbyt dumnie. Był podobny do zwykłego bloku, tyle, że miał tylko dwa piętra. Raziel przypuszczał, że podziemia będą bardzo rozbudowane. Edward i Jin schowali się za najbliższym wzgórzem, a Abbadon i Marcin poszli do środka. Chłopak wszedł po prostu przez otwarte okno na drugim piętrze. Wbiegł trochę po ścianie i już był. Ten drugi otworzył sobie tylne drzwi. Raziel miał nadzieję, że to wnuk Tytusa pierwszy znajdzie małą Izę. Chłopak, skradając się, zszedł na parter, a następnie poziom niżej. Do tej pory nikogo nie spotkał. W podziemiach chodziło dużo akolitów. Wszyscy mieli jednakowe stroje. Długą czarną szatę z kapturem zasłaniającym twarz. Znając Księdza, zrobił tradycyjne lochy. Dziewczynka prawdopodobnie znajdowała się w najniższym pomieszczeniu. Schodził więc co raz niżej, unikając kogokolwiek. Gdy był na trzecim poziomie lochów, wychylił się zza rogu i zauważył Księdza. Rozmawiał z mężczyzną o mechanicznych rękach i stalowych skrzydłach. To musiał być Erathiel. Obok niego stał człowiek w zbroi. Raziel powstrzymał chęć walki ze swym wrogiem i wszedł do jakiegoś pomieszczenia obok. Był to wielki pokój z dużą ilością łóżek. Spało tu kilku akolitów, a kilku rozmawiało o czymś. Chłopak usłyszał kroki zmierzające w kierunku, z którego on przyszedł. Gdy dźwięk ucichł, wyszedł z sypialni i wędrował dalej. Spokojnie doszedł do czwartego poziomu, który okazał się małym więzieniem. Było tu kilka klatek, pilnowanych przez trzech akolitów. Tylko w jednej celi ktoś był. W ostatniej po prawej stronie siedziała mała dziewczynka. To ona. Chłopak dobył swych broni i wyskoczył zza rogu. Chyba chcieli rzucać jakiś zaklęcia, ale nie zdążyli. W kilku skokach Raziel był przy wrogach. Skoczył pomiędzy niech i odciął im głowy. Pośpiesznie podbiegł do klatki dziewczynki i urwał kłódkę. Iza byłą skulona w kącie. Strach i rozpacz emanowały od niej.
-    Nie bój się. Przybyłem cię uwolnić. Jesteś Iza, prawda?
-    Tak, a ty kim?
-    Starym przyjacielem dziadka. Chodź, uwolnię cię z tego miejsca.
Dziewczynka posłusznie podeszła. Dał telepatycznie sygnał Marcinowi i przeteloptował się z małą na zewnątrz, do Jina i Eda. Rzucił jeszcze jakiś prosty czar i odezwał się do przyjaciół.
-    Nudziło wam się? To poczekajcie jeszcze chwilę. Lecę odstawić małą do dziadka. Nie zaczynajcie rzezi beze mnie.
-    Zobaczymy. – Odrzekł żartobliwie Jin.
Chłopak wziął dziewczynkę i znikli, po chwili pojawiając się w sali tronowej.
-    Poszukaj rodziców albo dziadka. Już nic ci nie grozi. Na razie.
Raziel znowu przeniósł się do gladiatora i alchemika. Ten drugi miał już zrobiony miecz z prawej ręki.
-    I co wyszedł już ktoś?
-    Jeszcze nie, ale zaraz powinni być.
Jakby na życzenie, usłyszeli kilka osób wychodzących z budynku.
-    Dobra, to ja zacznę.
-    Czemu ty? My też chcemy trochę powalczyć.
-    Idę im tylko powiedzieć, żeby przyprowadzili Księdza.
-    Dobra. Wracaj szybko.
Chłopak wyskoczył zza góry z szerokim uśmiechem na twarzy. Przed siedzibą sekty stało dwudziestu jej członków.
-    Czołem chłopaki! – Krzyknął wesoło. – Niech któryś skoczy po szefa. To jest po Księdza. Sprawę mam.
-    A ktoś ty? – Zapytał jeden.
-    Nie wiem, to zależy jak na to patrzeć. A wyście co, wybrańcy śmierci? Magowie zagłady? Pokaż któryś, jak czarować umiecie.
Na jego życzenie wszyscy zebrani zaczęli recytować regułkę tego samego czaru. W stronę Raziela wyleciało czarnych promieni tyle, ilu było tu sekciarzy. Machnął tylko ręką i zniszczył wszystkie pociski.
-    Czego oni was tu uczą? – Zapytał z irytacją. – Sądziłem, że więcej was nauczy. Znowu mnie zawiódł.. Niech lepiej któryś skoczy po szefa, zanim będę zły.
Akolici, nie słuchając, zaczęli ponownie rzucać ten sam czar.
-    Mama nie uczyła, żeby nie powtarzać tego samego błędu dwa razy? – powiedział dobitnie.
Nie czekając, aż tamci skończą zaklęcia, machnął ręką. W stronę jego przeciwników poleciała spora ilość małych sopli lodu. Kilku akolitów zdołało uniknąć kolców. Resztę ich ziomków spotkał niemiły koniec. Sople poprzebijały im głowy. Kilku straciło oczy.
-    Nie róbcie tutaj przedszkola, tylko marsz po szefa. Już!
Przestraszeni wrogowie popędzili do środka. Po chwili wyszło ich trzy razy więcej niż na początku. Przybył też Ksiądz.
-    No w końcu jesteś! Doczekać się nie mogłem! Kogo ty tu trzymasz? Jak już robisz sektę, to porządnie! Stawaj do walki!
-    Hahaha, chcesz sam walczyć z całą mą potężną sektą i mną? Nie żartuj sobie.
-    Nie no, sam nie. Dwóch kumpli przyszło. Powiedzieli, że chcieli na kaczki polować, ale to jest nudne. Tutaj mogą obić kilkadziesiąt żałośnie słabych „magów”. Dużą masz tą sektę?
-    Będzie koło tysiąca osób, a co? – Odrzekł z dumą Ksiądz.
-    Patrz, ilu idiotów można znaleźć. Myślę, ile nam to zajmie. Chyba zdążymy na podwieczorek. Dobra, szkoda czasu. Szybko was zabijemy i będzie po sprawie.
Akolitów wciąż przybywało. Raziela to nie martwiło. Ucieszył się, gdy nie zauważył Erathiela, albo zakutego w zbroję. Zaczął przygotowania do starcia. Zrzucił czar maskujący i odsłonił swoją prawdziwą postać. Ksiądz nie pozostał dłużny i też zmienił swój wygląd. Urosły mu kozie rogi i bródka. Ręce i nogi się wydłużyły. Zamiast zwykłych paznokci miał wielkie szpony, a z pleców wyrosły mu wielkie, nietoperze skrzydła. W dłoni pojawiła się kosa.
-    To już wiem, gdzie mi kózka nawiała. Ruszać chłopaki. Na akolitów!
Gdy to powiedział Jin i Ed pobiegli w stronę wroga. Szybko rzucił na nich czar ochronny, dobył broni i wzbił się w górę. Ksiądz zrobił to samo i zaczęli walczyć w powietrzu. Sługa piekła zrobił wielki zamach i uderzył, ale Raziel sparował to swymi mieczami. Odlecieli trochę w tył. Chłopak wyprowadził dwa szybkie cięcia od dołu. Przeciwnik zbił je kosą. Wybraniec Pana postanowił nie bawić się i atakował najszybciej jak umiał. Wróg z wielkim trudem bronił się przed ciosami. Nagle znikł. Raziel automatycznie zwinął skrzydła i spadł kilka metrów w dół, unikając przecięcia w pół. Usłyszał głośny huk i spojrzał w dół. Na polu bitwy leżało wielu martwych akolitów. Ich czary były teraz bezużyteczne na Jina i Eda. Tamci dwaj stali w środku i zmniejszali liczebność wroga. Dostrzegł też Marcina na dachu budynku. Rozsądnie zachował odległość i strzelał dwoma beretami. Niestety Erathiel i ochroniarz Księdza też się pojawili. Przedzierali się przez wciąż liczny tłum wyznawców. Przestał interesować się tym, co się dzieje na dole i rozwinął swe skrzydła. Wzbił się w górę. Zaatakował wroga jednym mieczem z prawej, a drugim z prawej. Tamten obrócił się nogami do góry i zaczął spadać w dół z wystawioną kosą. Chłopakowi ledwo udało się uniknąć cięcia, które przecięłoby go na dwie części. Ksiądz znowu znikł. Raziel wystawił miecz nad tył głowy i sparował cięcie z góry. Gdy się odwrócił, wroga tam nie było. Odruchowo wystawił miecz w bok. Trafił na kosę wroga, lecz nigdzie go nie widział. Sparował w ten sposób kilka kolejnych uderzeń z co raz większym trudem. Szepnął dwa słowa i otoczyła go szara bariera. Przeciwnik pojawił się znikąd i odbił od niej. Chłopak zakręcił się wokół własnej osi i zadał kilka ciosów niemalże jednocześnie. Wróg z wielkim trudem odbił jego prawie wszystkie uderzenia, lecz ostatniego nie zdołał. Miecz Raziela wbił mu się w ramię. Tą samą ręką złapał za ostrze drugiego i zamachnął się jedną ręką. Chłopak został zmuszony do wypuszczenia mieczy, by uniknąć cięcia. Odleciał w tył i wypuścił z rąk wielki sopel lodu. Zniknął i pojawił się za wrogiem, który właśnie zbijał sopel. Złapał go za głowę i chciał ją wysadzić, ale Ksiądz powiedział coś przez co stracił uwagę.
-    Zabij mnie, ale pamiętaj, że stracisz drugą dziewczynę którą, pokochałeś.
Chłopak spojrzał w dół. Zobaczył, że Erathiel trzymał w jednej ręce Edwarda, bez mechanicznej ręki i nogi, a w drugiej półprzytomną Martę. Przez tą nieuwagę dostał mieczem w brzuch. Wyciągnął drugi z ramienia Księdza i złapał za ten. Przeteleportował się na dach budynku, obok Marcina. Wyciągnął miecz z brzucha i zasklepił swą ranę. Popatrzył na młodego włamywacza i dał do zrozumienia, żeby sobie nie przerywał. Spojrzał na pole walki i szukał Jina. Zauważył go stojącego nad leżącym zbrojnym. Podniósł go jedną ręką i uderzeniem drugiej, urwał głowę. Telepatycznie dał znać, by zajął się teraz Erathielem. Raziel pojawił się koło niego wyrywając mu z ręki Martę i znikając. Wrócił na dach i ułożył ją wygodnie. Rzucił czar leczący i po chwili dziewczyna się zbudziła.
-    Głupiaś, mówiłem żebyś nie przychodziła!
-    Raziel? Ja musiałam. Martwiłam się o was. O ciebie.
-    Wiem, ale tutaj robisz tylko problemów.
-    Przepraszam cię. – Zaczęła płakać i wtuliła się w pierś Raziela.
-    Później pogadamy, teraz muszę zając się Księdzem. Marcin, zajmij się siostrą.
Gdy spojrzał w górę, zobaczył Księdza tworzącego ogromną kulę ognia w ręce. Chłopak wzleciał trochę w górę i zaczął tworzyć magiczne bariery. Jego wróg wyrzucił swój pocisk. Tarcze Raziela pękały po kolei. Gdy znikęła ostatnia bariera, chłopak złapał kulę ognia w swe ręce. Próbował wymyślić jakiś czar, który pomógłby mu z tym. Kątem oka dostrzegł, że Ksiądz zaczyna pikować z kosą na Martę i jej brata.
-    Panie! Pomóż! Daj mi siłę Abadona! Daj mi siłę, bym mógł uratować ważne mi osoby! Daj mi siłę, bym mógł dokończyć mą misję! Błagam!
W jego głowie pojawiły się słowa modlitwy. Przypomniał sobie, skąd ją zna. Poznał ją, od Matusaleha, gdy był małym dzieckiem. Wymówił po kolei każdy wyraz. Gdy skończył, poczuł przypływ mocy. Jedną ręką odrzucił kulę, a pstryknięciem palców sprawił, że znikła, nie robiąc nikomu krzywdy. Ksiądz był już prawie przy dziewczynie. Przeteleportował się tuż przed nią i jednym mieczem sparował szarżę. Spojrzał z gniewem na swego wroga.
-    Nie pozwolę, abyś ją zabił. Nie zabijesz już nikogo! Poczuj pełną moją moc.
Uderzył drugim mieczem w kosę, przecinając ją. Przerażony Ksiądz próbował uciekać, ale chłopak schował broni i chwycił go za skrzydło. Szybkim ruchem ręki urwał mu je. Ciągnąc za drugie, obrócił go do siebie.
-    Tym razem nie będzie tak dobrze. Nie zabiję cię, byś mógł trafić do swego pana.
Złapał go za rękę i złamał łokieć. Po chwili zrobił to samo z drugą. Bezbronny przeciwnik jęczał z bólu.
Chwycił jego głowę i spojrzał mu prosto w oczy. Rzucił zaklęcie i dwie dusze wyszły z Księdza, i weszły w Raziela. Wypowiedział słowa czaru – klątwy. Od tej pory wróg stał się sługą. Jego misja się zakończyła. Już nie miał celu na tym świecie. Nie miał celu w jakiejkolwiek Krainie. Spojrzał na pole bitwy. Nie zauważył nikogo. Wzrokiem odnalazł resztki ciała Edwarda. Został z niego sam korpus i głowa. Obok niego leżał Erathiel. Jin go nie oszczędził. Urwał mu ręce i skrzydła. Jednak samego gladiatora, nie odnalazł. Spojrzał ze smutkiem na Martę i Marcina. Brat próbował uspokoić siostrę, ale wciąż była przerażona.
-    Mówiłem, że to nie jest miejsce dla ciebie. Teraz się już nie bój. Już koniec. Niestety, poległ nasz towarzysz Edward. Jin gdzieś zniknął. Wy udajcie się do dziadka i opowiedzcie, co się tu wydarzyło. Ma misja się zakończyła. Odejdę teraz na pewien czas.
-    Nie odchodź! – rzuciła mu się w ramiona dziewczyna. – Nie musisz! Nie odchodź!
-    Muszę. Jeśli wciąż będziesz chciała mnie zobaczyć, powrócę za rok w to miejsce. Wyczekuj mnie o świcie i bądź sama.
-    Tak zrobię.
-    Pozdrów Tytusa i poproś go, aby nauczał Sally anatomii człowieka. Gdy powrócę, kontynuujemy stary zamysł. Wybacz, że odchodzę, ale zrozumiałem na czym polega moje zadanie, cel mojego bytu. Żegnaj. –  Powiedział Raziel i zaczął rozpływać się w powietrzu.
-    Żegnaj. – Szepnęła za nim Marta.
Po tym wydarzeniu w Federacji Appalachów odbyło się wiele obrzędów ku czci tym, którzy nie wrócili. Raziel już tego nie widział. Czuł, że musi lepiej poznać świat, którego miał strzec. Miał jednak nadzieję, że już nigdy nic nie zagrozi tej Krainie.
 Autor: Paweł Olczyk
 Data publikacji: 2006-12-29
 Ocena redakcji:   
 Ocena użytkowników:

 Zobacz inne utwory autora »
 Skomentuj »


 KOMENTARZE
Ułóż od najnowszych ↑

 Wrażenia
Wrażenia po przeczytaniu w ramach sędziowania konkursu "Ze słów - światy" były mniej więcej takie:

. fantastyka "anielicka"
- Drobne błędy językowe, m.in. czasem zły dobór słów i stylu
- Niektórym kwestiom poświęcono za mało uwagi, organizacja wydarzeń fabuły też pozostawia troche do życzenia (np. uzyskanie potężniejszej mocy gdzieś w środku utworu).
+/- Trochę dobrych pomysłów, chociaż ogólnie zbyt ciężka mieszanka (świat postnuklearny, magia, mutanci, anioły i demony, shaolin, energia wewnętrzna ki, raj...).
+/- Postać głównego bohatera miałaby nie być taka prosta i płytka, ale jej wypowiedzi często tego nie oddają.
+ Utwór tworzy zrozumiałą, zamkniętą całość.
+ Niektóre sceny ciekawe, rysują się relacje pomiędzy bohaterami.
Autor: Whitefire


« Powrót



Nasi użytkownicy napisali 77016 wiadomości na forum oraz dodali 443 publikacji.
Zapisało się nas już 1966

Ostatnio do paczki dołączył AlussEk

 
Po stronie kręci się 20 osób: 0 zarejestrowany, 0 ukrytych, 20 gości.
 


       Dział Literatury:

   •   Recenzje Fantastyki
   •   Autorzy Fantastyki
   •   Artykuły
   •   Poczytaj fantasy
   •   Poczytaj SF
   •   Poczytaj różne
   •   Cała proza
   •   Poezja
   •   Fan fiction
   •   Publikuj własne dzieło »

Myśl

Talent to strach przed porażką.

  - Andre Gide
  
Strona główna | Mapa serwisu | Wersja tekstowa | O stronie | Podziękowania
Sponsoruj mythai.info | Informacje o prawach autorskich | Kontakt

© 2004 - 2016 Mariusz Moryl

Ten serwis wykorzystuje pliki cookie w celu ułatwienia identyfikacji użytkownika.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia.
 
zamknij
Masz nowych listów.