Gdy miałem dziesięć lat, wraz z mamą przeprowadziłem się do Teksasu. Mieliśmy zacząć wszystko od nowa po tragicznej śmierci ojca. Nie znałem go, ale mama mówiła, że był wspaniały. Początek zapowiadał się dobrze. Zacząłem chodzić do nowej szkoły, a mama dostała nową pracę w barze jako kelnerka. Życie powoli się toczyło, nic nie wskazywało na nieszczęście. Jednak trzy lata później zaczęły się problemy finansowe. Często widziałem, jak mama wróciwszy z pracy płakała w łazience nad zdjęciem ojca. Coraz rzadziej rozmawialiśmy i bez powodu kłóciliśmy się, gdyż mama na wszystko reagowała nerwowo. Pewnego wieczoru wróciła zapłakana, ponieważ straciła pracę. Chciałem się dowiedzieć, jaki był powód, ale ona nie odzywając się, zamknęła się w łazience. Okazało się, że brała i była uzależniona od narkotyków. Chciała, żebym się nie wtrącał i powiedziała, że lepiej byłoby, abym się nie narodził. Poczułem ból w sercu i postanowiłem uciec z domu. Podążałem wzdłuż szosy na południe, rozglądając się, czy nie nadjeżdża żaden samochód. Było bardzo ciemno, na niebie nie było żadnych chmur, tylko księżyc rozjaśniał mi drogę. Szedłem tak godzinę albo i dwie aż dotarłem do pewnej miejscowości, która wydała mi się dziwna, ponieważ przypominała Dziki Zachód. Nad bramą do miasta widniał napis „The beginning of end” zrozumiałem to jako początek końca, ale nie wiedziałem, czego to dotyczy. Poczułem głód, więc postanowiłem znaleźć jakąś restaurację. Powoli zaczynałem się bać, ponieważ nie widziałem ani jednej żywej duszy i do tego ta przerażająca cisza, która wydawała mi się podejrzana. Zauważywszy na jednym z domów szyld restauracji, od razu wszedłem do środka, ale zdziwiłem się, że o tak późnej porze jest otwarta. W środku zobaczyłem palące się świece, których z zewnątrz nie było widać. Podążając w głąb Sali, czułem na karku czyjś wzrok, lecz dookoła mnie były tylko stoły i krzesła. Podszedłem do lady, był umieszczony na niej dzwonek do wezwania barmana. Nacisnąłem go i nagle z mroku wyłoniła mi się postać w habicie mnicha i była tak okropna, że przypominała upiora. Stary, przygarbiony człowiek, który jak się domyślam został kiedyś w przeszłości poparzony jakąś chemiczną substancją, miał dziwną twarz. Spytałem go, czy nie ma nic do jedzenia, on tylko kiwną głową na tak i zbliżywszy się do mnie wysunął rękę. Pomyślałem, że chce pieniędzy, więc wyciągnąłem pięć dolarów i kiedy chciałem mu je wręczyć, schwycił mnie za nadgarstek. Obudziłem się w szklanym pomieszczeniu ze straszliwym bólem głowy. Nie wiedziałem, w jaki sposób tu trafiłem. Pewnie ten człowiek z restauracji musiał mnie uśpić, nie miałem pojęcia, do czego jestem mu potrzebny. Pamiętam jedynie, jak przez mgłę, że ktoś robił mi operację. I miałem rację, na brzuchu widniała duża blizna, a na potylicy czułem wypalony znak. Rozglądnąłem się po pomieszczeniu, po drugiej stronie szyby zauważyłem laboratorium z nowoczesnym sprzętem. Było ono duże i ciągnęło się chyba na kilometr, ale nie miało okien ani drzwi tylko same otwory wentylacyjne. Podejrzewałem, że znajdowało się pod powierzchnią ziemi. Na początku byłem w szoku, a gdy doszedłem do siebie, próbowałem się wydostać z tego więzienia. Moje próby rozbicia szklanej pokrywy się nie powiodły. Straciłem nadzieję, że kiedyś z niej wyjdę, gdy nagle zrobił się okrągły otwór przypominający wyjście. Bez wahania wyskoczyłem przez niego i zacząłem biec ile sił w nogach. Biegłem prosto przed siebie aż ku zdziwieniu moich oczy wróciłem do tego samego punktu, z którego zacząłem. Próbowałem w różnych kierunkach, lecz zawsze wracałem do tego samego punktu. Opuściła mnie wiara w uwolnienie się, lecz ujrzałem światełko w tunelu. W bocznej ścianie otworzyło się przejście, tam czekał na mnie ten sam człowiek, który jak się domyślam zamknął mnie tutaj. Zacząłem krzyczeć, a on odwróciwszy się w moją stronę, machnął ręką na znak ciszy. Nie mogłem wydusić ani jednego słowa, czułem jakby ktoś ścisnął moje gardło od środka. Zbliżył się do mnie, a, ja nie mogąc się ruszyć, poczułem od niego silne pole przeszywające mnie całego. Gdy stanął nade mną, padłem na kolana, a on wysunął rękę i położył mi na głowę. Przeszyło mnie ciepło, czułem je w każdej żywej komórce mojego ciała. Potem ujrzałem błysk światła i wszystko stało się jasne. W mojej głowie znalazły się odpowiedzi na nurtujące pytania. Człowiek w kapturze był genialnym naukowcem, lepszym od Einsteina. Od dzieciństwa pasjonował się nauką i kosmosem, chciał też zostać wielkim wynalazcą. Dążył do stworzenia niepowtarzalnej machiny, która miała zmieniać los ziemi. Za młodu pracował w NASA, próbował wprowadzać swoje projekty, ale nikt ich nie doceniał. Pewnego razu miał szansę, by zaistnieć i awansować, lecz współpracownik z zazdrości o jego talent oblał go kwasem solnym i ukradł pracę naukową. Po wyjściu ze szpitala i długiej rehabilitacji próbował podać go do sądu, by zapłacił za swoje czyny. Ale dzięki tej pracy delikwent wzbogacił się i przekupiwszy sędziów sprawę umorzył. Okaleczony, do końca życia planował zemstę i całe lata w izolacji od świata budował narzędzie pomsty. Wiedział, że nie istnieje takie urządzenie zasilane mocą połączenia ze sobą dwóch izotopów wodoru, gdyż właśnie podczas tej reakcji wytwarzana jest ogromna energia. Mijały lata a końca pracy nie było widać, lecz pewnej nocy przez przepadek zdarzył się cud. Człowiek w kapturze ze zmęczenia podłączył bieguny przeciwległe razem, co dało mu obwód zamknięty i opanowanie tej siły w urządzeniu. Odkrył też, że skutkiem ubocznym jest zmiana natężenia czasoprzestrzennego, co daje zmiany czasu w danym miejscu. No i właśnie do tego celu byłem mu potrzebny, miałem zabić jego wroga i pomścić krzywdy sprzed lat. Wyjaśnił mi swoją teorię, która wykazywała, że w jednym czasie nie mogą istnieć dwa takie same ciała ludzkie. W celu odnalezienia odpowiedniego kandydata do podróży stworzył na pustkowiu hologram miasta, który miał kusić do jego odwiedzenia. I właśnie to ja, zupełnie przypadkiem, zostałem wybrany do wykonania misji wymyślonej przez wynalazcę. Nie miałem wyboru, ponieważ w czasie śpiączki wmontował w moje ciało moduł sterujący moim organizmem. Mój los został z góry przesądzony. Następnego dnia zabrał mnie do sali treningowej, by przygotować do misji. Przyłożywszy mi dwa palce do czoła rozkazał, abym zaczynał każde ćwiczenia od siłowni, gdyż uważał, że osoba mojej postury nie wytrzyma przeciążenia. Potem była teoria. Pod koniec dnia zapoznawałem się z technikami szpiegowskimi, czyli wytrop i zabij. Szkoliłem się tak chyba z dwa lata. Pewnego dnia uśpił mnie i po obudzeniu miałem na ręce elektroniczny zegar, który, jak się okazało, był zabezpieczeniem przed moją zdradą. Jeśli w określonym czasie nie wykonałbym zadania, ten przyrząd sprawi, że zginę w męczarniach, a wyłączy się dopiero po ukończeniu misji. Dwadzieścia cztery godziny przed podróżą zastanawiałem się, czy warto było uciekać z domu i czy mama nie umarła z rozpaczy i czy jeszcze żyje. Z samego rana naukowiec zabrał mnie do hali, w której w centralnym miejscu stał olbrzymi pojazd przypominający ten z „Stars Trek’a”. Pierwszy raz coś takiego widziałem i nie wierzyłem w to, że jedna osoba mogła coś takiego stworzyć. Dostałem instrukcje, bym się przebrał w skafander leżący w szafce na pierwszym piętrze. W tym czasie on rozgrzewał maszynę i przygotowywał do startu. Po rozebraniu się podążyłem w stronę tunelu łączącego piętro z pokładem statku. Usiadłem za sterami i wtedy zaczęło się odliczanie od dziesięciu w dół. Gdy odliczanie się zakończyło, poczułem wszystkie plomby w zębach i tak mną zatrzęsło aż głową uderzyłem o drążek sterowniczy. Straciłem przytomność. Obudziłem się ze strasznym bólem głowy i z kilkoma dużymi siniakami. Znajdowałem się na łące pełnej trawy i wiosennych kwiatów a w dali zauważyłem duże miasto, do którego zacząłem podążać. W trakcie usłyszałem ciche cykanie, okazało się, że zegar ruszył i miałem tylko czterdzieści osiem godzin na wykonanie zadania. Dotarłem do miasta z lat siedemdziesiątych, wszedłem do baru, by spytać barmana, który mamy rok. Ten jednak przywołał policjanta, który zabrał mnie na komisariat, bym wytłumaczył, kim jestem i dlaczego mam na sobie kombinezon. Oczywiście funkcjonariusz nie uwierzył w moje bajki i kazał mnie zamknąć w celi. Nie zwracałem na niego uwagi, tylko położyłem się na pryczy i spojrzawszy na zegar mojego życia pomyślałem, że w następnym dniu wykonam zadanie, a teraz się wyśpię. Na drugi dzień mnie zwolniono. Przed odejściem spytałem się go, który mamy rok, odpowiedział że 1971. Znalezienie się w tym roku podważa teorię, że dwa ciała nie mogą istnieć w jednym czasie, gdyż właśnie wtedy miałem trzy latka. Dostałem od policjanta stare ubrania, by taka sytuacja się nie powtórzyła. Kiedy szedłem głównym chodnikiem, zadałem sobie pytanie, jak rozpoznam osobę którą mam zabić. Naukowiec w kapturze nie podał jego nazwiska. Gdy włożył mi na rękę zegar, który ma już za trzydzieści dwie godziny pozbawić mnie życia, powiedział, że to pomoże odnaleźć cel. I właśnie w tym momencie spojrzałem na wielki plakat reklamujący nową firmę technologiczną, na której widniało zdjęcie szefa. Zrobiło mi się słabo, a w umyśle pojawił się rozkaz- „ZABIJ GO”. Natychmiast zemdlałem. Odzyskałem przytomność dopiero chyba na drugi dzień z strasznym kłuciem w okolicy serca. Znajdowałem się w pokoju tylko z jednym oknem i toaletą. W rogu stał, na którym leżał pistolet i kartka z napisem-„UŻYJ TEGO”. W magazynku znajdował się tylko jeden nabój, więc musiałem wykonać zadanie z bliskiej odległości i nie spudłować. Instrukcja informowała, że dzisiaj o 16:23 odbędzie napad na sklep, w którym obiekt mojej misji będzie nadzorował sprzedaż towaru. Wszystko byłoby oczywiste, gdyby nie fakt, że była godzina 15:47. Było także polecenie przebrania się w strój znajdujący się w szafie za łóżkiem, gdyż identycznie będą ubrani przestępcy. Po przeczytaniu dokładnie kartki podszedłem do okna i zobaczyłem, że sklep znajdował się naprzeciwko mojego mieszkania. Spojrzałem na zegarek życia i okazało się ze mam godzinę na wykonanie zadania, więc ubrałem się w zalecany kostium i zacząłem się duchowo przygotowywać, ponieważ nigdy tego nie robiłem. Wybił mój czas. Podążywszy w stronę sklepu, czekałem na złodziei, zacząłem się denerwować, ale punktualnie zjawili się i w mgnieniu oka wtarli do środka. Znalazłem drzwi do gabinetu dyrektora, stał przy biurku i wzywał policje przez telefon. Zobaczywszy go, znowu poczułem coś nieprzyjemnego. Wyciągnąłem pistolet i wycelowałem w niego, odruchowo padł na ziemię i schował się od biurko. Zmieniłem pozycje i znowu miałem go na celowniku. Kazałem wyjść i uklęknąć plecami do ściany, a on błagał mnie o litość. Mówił, że ma żonę i dziecko i żeby go nie zabijać. Powtórzyłem rozkaz i przyłożyłem mu lufę do czoła i miałem nacisnąć spust, lecz się zawahałem. W jednej chwili zaczął dzwonić zegarek, spojrzawszy na niego zauważyłem, że została mi minuta. Wtedy naukowiec rzucił się na mnie i zaczęliśmy się szarpać, wiedziałem, że ćwiczenia w laboratorium nie poszły na marne, wiec miałem nad nim przewagę. Gdy walczyliśmy padł strzał i okazało się, że jednak wykonałem misję, naukowiec - dyrektor sklepu nie żył. Zostawiwszy ciało w gabinecie, dyskretnie uciekłem do mieszkania. Zegar został wyzerowany a ja dziwnym sposobem zasnąłem na łóżku w pokoju. Następnego dnia obudził mnie zegarek na mojej ręce, który wskazywał jakieś cyfry. Poczułem skruchę i nieodpartą chęć zadośćuczynienia. Pewnie sumienie mnie dręczyło i nie dawało spokoju. Na stole leżała kartka, że dziś w samo południe w katedrze, a wieniec jest pod łóżkiem. Zdziwiłem się, bo ten list trafiał w sedno sprawy mojego zadośćuczynienia. W szafie znalazłem czarny garnitur. Około jedenastej podążyłem na pogrzeb mojej ofiary i to był błąd. Na cmentarzu w tłumie ludzi zobaczyłem matkę z dzieckiem stojącą nad grobem, była to zapewne żona naukowca wraz ze synem. Gdy zakopano grób, osoby uczestniczące w ceremonii zaczęły składać kondolencje rodzinie. Podszedłem i ja, ujrzawszy twarz kobiety zamarłem z przerażenia. Rozpoznałem w niej swoją matkę, którą zastawiłem dawno temu i teraz stoję przednią w innym czasie. Zacząłem płakać, wziąłem ją za rękę i powiedziałem przepraszam. Uciekłem do mieszkania padłem na podłogę i już wszystko wiedziałem, zemsta szalonego naukowca w kapturze była straszna. Zabity przez własnego syna. Nie wiedziałem, co czynić dalej, chwyciłem za nóż leżący obok mnie i jednym ruchem wbiłem w serce. Ujrzałem białe światło i nagle znalazłem się w swoim pokoju, stojąc w futrynie okna, jak bym wrócił z jakieś wyprawy. Jednoczenie do pokoju weszła mama ze łzami w oczach, podeszła do mnie i powiedziała przepraszam. |