Idąc wzdłuż drogi można było coraz wyrażniej dostrzec zgubną działalność Gangu. Domy były rozwalone, nie wyglądały już jak wille bogatych mieszkańców, z których jeszcze wczoraj byli dumni. Podobnie prezentowały się monumentalne obiekty sakralne dawniej przyciągające do siebie rzesze turystów, teraz świecące dziurami poi ogromnych witrażach. Nic dziwnego, że Admiralicja postanowiła z tym skończyć.
-Co my tu właściwie robimy? Dlaczego daliśmy się wciągnąć w tę gównianą misję? Jestem sto tysięcy lat świetlnych od mojego domu!
-Morda w kubeł, chamie. Rozwalimy Gang, wrócimy do chaty, nie sprostamy mu, nasze ciała będą gniły na tej śmierdzącej glebie do końca stulecia.
-Gdzie on ma właściwie swoją siedzibę?
-Nie wiem. Pewnie gdzieś pod ziemią. Ale to nie jest problemem, sami wyjdą nam na przeciw.
-Większych szans nie mamy.
-Dlaczego? Jest nas siedmiu chłopa, wszyscy mamy laserowe spluwy, a ci gangsterzy uzbrojeni są w jakieś miecze, rzadziej mają szotgany.
-Racja. Jednak dziwna wydaje się walka z tysiącem gotowych na wszystko bandytów.
-Nie myśl tyle, bo myśliwym zostaniesz!-Sierżant podniósł głos. Kapral Jenkins natychmiast przestał narzekać.
Reszta oddziału szła w milczeniu.
Przeszli obok rozwalonego wybuchem bomby atomowej wozu strażackiego, ominęli szerokim łukiem wyrwę w asfalcie o średnicy conajmniej dwóch metrów. Przed nimi majczyła we mgle fasada ogromnego ratusza miejskiego.
-Nudzi mi się-Jenkins znów zaczął nudzić.
Dla sierżanta tego było już za wiele. Wyszarpnął miecz gwiezdny i ciął nim na odlew. Puste ciało kaprala potoczyło się po drodze.
I wtedy to się stało. Ktoś strzelił plazmą, inny oddał strzał z dwururki. W każdym bądź razie rozpoczęła się jatka. Krwawa jatka. Mimo ogromnej przewagi liczebnej przeciwnika, marinsi ze stosiedemnastki dzielnie walczyli. Położyli trupem kilkunastu gangsterów, ostatni rozerwał sobie szyję dopiero trzy godziny później.
Koniec |