Użytkownik: Hasło: Rejestracja
 Góra ukradzionych wspomnień


Boże, jak mogłeś do tego dopuścić?  Jakim cudem ja, Alina Ziębicka, niespełniona modelka z miasta X, znalazła się u progu śmierci na planecie, o której nie słyszał żaden z astronomów? Zdaję sobie sprawę z faktu, że ludzki los to pasmo absurdu, ale czy to aby nie przesada? Jutro być może umrę. I  nawet nie mogę oddać się rozpuście ani zjeść przyzwoitego posiłku, bo moja twarz wygląda jak maska upośledzonego kosmity. Pomyśleć tylko, że jeszcze parę tygodni temu żyłam jak ( prawie) normalny człowiek, pojęcia nie mając, jak wygląda robot, poza tym w kuchni. Boże, czego ja bym nie dała, żeby wrócić do domu, nawet jeśli nie był niczym więcej jak iluzją! Oddałabym przynajmniej książki do biblioteki..

                                               XXX

Nie znoszę zdobyczy techniki. Przerażają mnie. Nie mogę się połapać, co jest do czego i w rezultacie wychodzę na głupią. Co dziwniejsze, nie jest to jakaś rodzinna wada genetyczna, bo mój ojciec jest wojskowym, a brata nazywają w szkole geniuszem komputerowym. A ja ledwie potrafię uruchomić film na odtwarzaczu DVD.

Jestem więc zakałą rodziny i wyrodkiem. Dobrze że ojciec po rozwodzie z matką ożenił się szybko z sobowtórem Brigitte Bardot i dorobił ukochanego synka, bo dynastię Snobialskich jak nic wzięliby diabli.

Jako się rzekło, mój drogi braciszek miał zadatki na geniusza, a ja skończywszy historię powiększyłam grono bezrobotnych z pięciu do pięciu milionów i jeden.

W wieku dwudziestu czterech lat straciłam też nadzieję, że wyjdę za gwiazdę rocka, zapadnę na anoreksję i będę się co jakiś czas leczyć z seksoholizmu w prywatnej klinice na Manhattanie. Z początku myślałam nawet o podjęciu pracy w supermarkecie czy wyjeździe na pola truskawkowe, w które obfituje Unia Europejska, niestety nie należę do fanów roboty, przy której można się co najwyżej dorobić garbka albo zwyrodnienia stawów.

No, ale musiałam się z czegoś utrzymać. Matka od kilku lat żyła na wiarę z jakimś Włochem imieniem Giordano i nie kwapiła się, by usłużyć mi pomocą i radą, a od ojca nie wzięłabym grosza, nawet gdybym konała z głodu. Na szczęście koleżanka załatwiła mi pracę w agencji specjalizującej się w zdjęciach do katalogów z bielizną. Cycki w rozmiarze D dały chleb magistrowi historii.

Mieszkałam w norze bez ogrzewania i ciepłej wody, jadałam rzeczy, na które średnio rozpuszczony pies by nie popatrzył, ale w sumie nie narzekałam. Do upadłego umawiałam się z co przystojniejszymi fotografami i uczęszczałam na kursy jogi. A co najważniejsze, żyłam z dala od dwupiętrowej willi z ogrodem, w której mieszkał mój tak zwany tatuś.

Jednym słowem, dobrze było. Ale się skończyło.

W pewne sobotnie popołudnie, gdy właśnie depilowałam sobie nogi, a mój stary Braun wył jak opętany do wtóru moim wrzaskom, ktoś załomotał do drzwi. Zaklęłam głośno. Miałam nadzieję, że to nie Andrzej, ostatni ukochany, którego poznałam kupując rybki dla koleżanki. Były brzydkie i czarne, nosiły jakąś egzotyczną nazwę i miały być prezentem urodzinowym. Niestety zapomniałam, że mam je w torbie i usiadłam na nich w trolejbusie, w drodze do domu. Dzięki temu musiałam wrócić do sklepu i wyszłam z niego uzbrojona nie tylko w świeże czarne paskudztwo, ale i nowego chłopaka.

Cholera jasna! Faceci powinni oglądać swoje bogdanki w pełnej glorii, a poza tym kto to widział, przyłazić godzinę przed ustalonym czasem! No bo jakże ja miałam zachwycać urodą, z ogoloną jedną nogą, włosami jak narąbany Mick Jagger i bez makijażu!

Na szczęście to nie był Andrzej. To był mój brat.

Na chwilę zamarłam ze zdziwienia, z depilatorem wymierzonym w jego twarz, jakbym chciała wyrwać mu wąsy, których nie miał.

-         Cześć – spojrzał na urządzenie, a potem na moje nogi – Nie przeszkadzam?

- Jasne, że przeszkadzasz – odpowiedziałam zgodnie z prawdą, usiłując sobie przypomnieć, czy schowałam opakowanie Cilestu do szafki, czy też nadal leży na stole. Do cholery z tym, i tak mają o mnie jak najgorsze mniemanie.

- Będziesz tak stała, czy dasz mi wejść? – zapytał tonem, jakim panie w przedszkolu

zwracają się zwykle do najtępszego z podopiecznych.

            Usunęłam się bez słowa, a Tomasz wlazł jak do siebie, chociaż nigdy tu nie był.

            - Czego chcesz? – zapytałam, usiłując zignorować pasję, która  mnie ogarnęła na widok pełnego politowania uśmieszku, z jakim oglądał mój dom. Cóż, Kate Moss to ja nie jestem. Wynajmuję taki apartament, na jaki mnie stać.

- Przynosisz błogosławieństwo od tatusia?

Tomasz  (zdumiewające, nikt nigdy nie nazywał mojego brata Tomkiem, nawet jako zarodek był po prostu Tomaszem) rozsiadł się w jedynym fotelu, jaki miałam i zaczął mówić.

            - Gdybyś miała telefon…

            - Odcięli, bo nie płaciłam rachunków. Tylko nie wciskaj mi kitu, że jesteś tu ze względu na pazerność Telekomunikacji Polskiej.

            - Mogłabyś zainwestować w komórkowy.

            - Mogłabym, gdybym miała co – zaczynała ogarniać mnie biała gorączka. A on kurwa co, akwizytor?

            - Myślałem, że jesteś kobietą pracującą – zadrwił.

            - Zamknij ryj i nie zgrywaj tu tatusia, bo jak mi Bóg miły, sama ci go zamknę! – warknęłam i zaczęłam szukać papilotów. Po randce z Andrzejem miałam iść do pracy, a chociaż reklamuję majtki, głowa nie jest zupełnie pozbawiona znaczenia.

            - Dobrze, że o nim mówisz, bo chce, żebyś go odwiedziła.

            Myślę, że miałam w tym momencie dość głupią minę.

            -  Czyżby umierał? – spytałam w końcu. Za diabła nie mogłam wymyślić innego powodu tej niespodziewanej łaski.

            - Nie sądzę – Tomasz nie był zdziwiony. Przez dwadzieścia lat ojciec ignorował fakt mego istnienia, więc miałam prawo oczekiwać, że przez następne dwadzieścia ów stan nie ulegnie zmianie.

            - Więc? Czego chce?

            - Nie mogę powiedzieć – wzruszył ramionami -  Jak przyjedziesz, to sam ci wszystko opowie.

            - Nic mi nie opowie, bo nie mam najmniejszego zamiaru nigdzie jeździć! – znalazłam papiloty, a przy okazji kolczyk, o którym myślałam, że się zgubił – Nie jestem jedną z jego podwładnych z kieszeniami wypchanymi wazeliną. Jak tak bardzo chce, to niech sam do mnie jeździ. A teraz nie chcę być niegrzeczna, ale muszę wydepilować drugą nogę i zaraz przyjdzie do mnie facet, więc spływaj.

            O dziwo, Tomasz jakby się przejął.

             - To chyba ważne, no i my…

            - Co, wy? Zapłacicie mi? – zadrwiłam. Nie lubię mojego brata i tak naprawdę nie ma to związku z faktem, że posiada on na własność coś, co po części i do mnie powinno należeć. Tomasz jest inteligentny, zorganizowany i odpowiedzialny, czyli posiada wszelkie zalety, których mnie brakuje.

            - Jeśli nalegasz…

            - Nalegam, żebyś się wyniósł. Mój plan dnia tego wymaga.

            Tomasz podniósł się z fotela. Nie wydawał się obrażony ani też wściekły z powodu tej, bądź co bądź, grubiańskiej odprawy.

- Alka, powinnaś…

- Nie mów mi, do cholery ciężkiej, co powinnam! Powinnam chyba ogolić tę przeklętą nogę żyletką. I na pewno nigdzie się stąd nie ruszę.

-Jak chcesz. Nikt cię nie zmusza.

Tego by tylko brakowało. Przyznaję, że przez następne parę dni zastanawiałam się, czego ojciec mógł ode mnie chcieć, ale kiedy nie dawał znaku życia, stwierdziłam, że był to jednorazowy kaprys, który nie będzie miał następstw. Okazało się, że bardzo się myliłam.

                                                                       XXX

            Już drugi tydzień byłam bez pracy, co w moim fachu nie stanowiło niczego niezwykłego, ale też nie skłaniało do przesadnej radości. Groził mi głód i nędza. Nie mogłam prosić o pomoc ojca ani matki, zapożyczyłam się więc u wszystkich koleżanek, ale  końca złej passy jakoś nie było widać. Przemyśliwałam już o wyjściu na przysłowiową ulicę, kiedy do moich drzwi zastukało przeznaczenie. Nie miało przyjemnej mordy, bo okazało się być moim rodzonym tatusiem, który najwyraźniej przypomniał sobie, że ma córkę. Jak się okazało, nie bez powodu.

            - Cóż za niespodzianka – mruknęłam, darując sobie wszystkie te „dzień dobry” i „jak się masz”, którymi zazwyczaj wita się u nas gości. Nie mogłam się zmusić do odegrania  roli kochającej córeczki. Zresztą on wcale tego nie oczekiwał.

            - Zanim zatrzaśniesz mi drzwi przed nosem, bądź łaskawa mnie wysłuchać.

            - Zawsze jestem łaskawa, tylko jeszcze nigdy nie raczyłeś do mnie przemówić – odgryzłam się. Nie mogłam ukryć narastającej złości. Cały on. Dwadzieścia lat mnie ignoruje, a potem ma jeszcze czelność …

            Wpuściłam go bez słowa, jak wcześniej Tomasza. Zaczynałam być naprawdę zaintrygowana. No, no.

            Ojciec nawet nie usiadł.

            - Chciałbym zaproponować ci pracę.

            Zatkało mnie. Bez słowa wybałuszyłam na niego oczy. A jakąż to pracę mógłby mi zaproponować? O ile wiem, wojsko nie potrzebuje modelek od damskiej bielizny. Chyba że chcą otworzyć internetowy sklepik dla kochanek generałów.

            - Nie gap się, jakbyś zobaczyła ducha. Jesteś mi potrzebna. Właśnie ty. Gdybyś nie była taką zarozumiałą oślicą, wyjaśniłbym ci wszystko w zeszłym miesiącu.

            On naprawdę nic się nie zmienił. Jak moja matka, osoba skądinąd rozsądna i zrównoważona, mogła zaślubić takiego buca? I jeszcze dać mu sobie zrobić dziecko?

            - A do czego tak pilnie jestem ci potrzebna? Nie mów, że nagle ruszyło cię sumienie i postanowiłeś mi pomóc! Zresztą ja nie potrzebuję twojej pomocy.

            - Właśnie widzę – wymamrotał – Zapłacę ci więcej niż zarobiłabyś przez pięć lat wystawiania tyłka do obiektywu. Twoja matka mogłaby wrócić do kraju i zająć się czymś przyjemniejszym niż bycie utrzymanką. Ale skoro wolisz unosić się honorem, twoja sprawa.

            Zaczął zbierać się do wyjścia. Miałam ochotę walnąć go w łeb „Słownikiem mitów i tradycji kultury” Władysława Kopalińskiego, który akurat leżał na stole, ale zdzierżyłam. Co tu kryć, na dumę mogą sobie pozwolić jeno ci, którzy mają co jeść.

            - Co niby miałabym zrobić i za ile?

            Może to i prostytucja, ale za większe pieniądze. I miałam nadzieję, że nawet mój ojciec nie zaproponuje mi seksu oralnego z ministrem obrony narodowej.

                                                           XXX

            Ten dzień na dobre zapisał się w mojej pamięci. I nie ma się co dziwić. Każdemu by się zapisał.

            - Że niby cooo? –  aż mnie zatkało. Narastała we mnie niepokojąca pewność, że ojczulek sfiksował, a ja będę jego pierwszą ofiarą.

            Siedzieliśmy w jego gabinecie, w siedzibie firmy, która oficjalnie zajmowała się komputeryzacją naszej polskiej armii, a nieoficjalnie całkiem czym innym, jak to miałam właśnie okazję usłyszeć.

            - Więc wmawiasz mi, że wynaleźliście jakiś tam tunel, którym da się podróżować z jednej strony wszechświata na drugą, nie wspominając o skokach przez wieki i ery? Że w przyszłości dziać się będą rzeczy, przy których „Dzień niepodległości” to bajka? W takim razie chcę się przelecieć do czasów Leonarda da Vinci.

            Ojciec milczał, patrząc tylko na mnie kamiennym wzrokiem.

            - Chyba nie czekasz, żebym ci uwierzyła? Już prędzej zadzwonię do czubków.

            - Wcale się nie dziwię – westchnął ciężko – Sam bym w to nie uwierzył, gdybym nie siedział w tym gównie po uszy. Rzecz w tym, że wynalazek trochę wymknął się spod kontroli.

            Nie wierzyłam w ani jedno słowo, mimo to zamiast się wynieść, słuchałam dalej. Nie mam pojęcia dlaczego. Może dostałam napadu zidiocenia, a może ciekawiło mnie, po co zadał sobie trud, by mnie tu ściągnąć. Żeby sobie ze mnie zadrwić? Bzdura, ten człowiek nie posiadał ani odrobiny poczucia humoru.

            - Po odkryciu tunelu szybko się okazało, że nie jesteśmy jedyną inteligentną rasą we wszechświecie. Wręcz przeciwnie, znalazłoby się parę mądrzejszych, i ładniejszych na dodatek. Nie było jednak takiej, która byłaby zdolna przeciwstawić się naszej militarnej sile. Ziemia utworzyła Imperium panujące nad wszystkimi. Ale wynalazek trochę się zepsuł.

            - Czyżby był dziełem naszych wielkich rodaków? – zadrwiłam, rozsiadając się wygodnie w skórzanym fotelu dla ważniaków- No i co? Koniec tanich biletów na Marsa?

            - Czy chociaż raz w życiu mogłabyś zachować się jak dorosła kobieta?

            Teraz mogłam dać upust swojej furii i zrobiłam to.

            - Ja zachowuję się jak gówniara?! A kto mnie tu ściągnął i pieprzy od rzeczy? Czego ty chcesz? Żebym uwierzyła w jakieś portalowe pierdoły, Terminatorów i Smurfy?

            Wstałam z zamiarem udania się do wyjścia.

- Siadaj! – syknął. Nawet nie ruszył się zza biurka, a ja usłyszałam złowieszczy

chrobot klucza w zamku. Zaczynałam się czuć jak bohaterka thrillera. „Tylko spokojnie.

Mimo wszystko to przecież twój ojciec”- pomyślałam. Tak. I właśnie opowiada o kosmitach.

            Ponownie zagłębiłam się w fotel. Co innego miałam zrobić? Pomyślałam sobie, że jeśli cierpliwie go wysłucham, robiąc mądrą minę, to może pozwoli mi odejść.

            - Kontynuuj – powiedziałam uprzejmie.

            - Dzięki temu, że tunel był przez czas jakiś nie do użycia, cześć mieszkańców Wszechświata odkryła, że ma dość rozumu, żeby rządzić się sama. Mówiąc prościej, zbuntowali się i już nas nie chcą.

            - A jeszcze prościej, coś się spieprzyło, coś zatkało i pazerni ziemianie dostali po ryju? – wtrąciłam – Więc moim zdaniem nie stało się nic, na co by sobie szczerze nie zasłużyli. Ale co to ma wspólnego z nami? Ze mną? Wszystko ma zdarzyć się za ileś tam lat, do tego czasu zjedzą mnie robaki, a ty mi każesz się tym martwić? A zresztą, wiesz co? Zróbcie tak, jak w „Terminatorze”. Ukatrupcie szalonego wynalazcę, zanim się narodzi. Albo jeszcze lepiej, zaproponujcie jego matce, żeby zażywała Cilest. Wtedy ja będę mogła spokojnie wrócić do domu, a ty będziesz mógł na dobre zapomnieć o moim istnieniu. Zgoda? – znów podniosłam się z fotela.

            - To nie takie proste – westchnął ciężko – A co do twego pytania: w każdej chwili możemy spodziewać się gości zza granicy. I obawiam się, że nie byłaby to sąsiedzka wizyta. Jesteś historykiem, wiesz co mam na myśli.

            - Nie możecie znów tego zatkać? – wbrew logice zaczynałam wczuwać się w rolę. Do cholery, nie wyglądał jak wariat!

            - Niestety nie. Musimy wspierać Imperium takimi siłami, jakimi dysponujemy.

            - To znaczy mną? – spytałam ostrożnie. Jednak był wariatem.

            - Dopóki Imperium trzyma Ligę za mordę, my jesteśmy bezpieczni – zupełnie jakby mnie nie usłyszał.

            - Jaką znowu Ligę? Czego ty ode mnie chcesz?

            - No, tak. To znaczy jesteś gotowa pomóc?

            - O nie, nie, nie. Nie dam się na to nabrać. Gadaj, o co ci chodzi, a dopiero potem będę się namyślać.

            - Większość Obcych – wybacz, nie wynaleziono jeszcze lepszej nazwy dla mieszkańców Wszechświata – byłaby bez szans, gdyby nie banda renegatów, wśród których nie brakuje ludzkiego śmiecia. Wyprodukowali doskonałą, wręcz niezawodną broń, zwaną przez nich Tytanami. To rodzaj bojowego robota, coś, o czym nie śniło się nawet konstruktorom bomby atomowej. Sprzedają je komu popadnie, bez uprzedzeń rasowych, mając na uwadze jedynie własny zysk. Dowodzi nimi niejaki Drago, skurwysyn jakich naprawdę mało rodzi się w kosmosie.

            - Rodzi się? Więc to człowiek?

            - Tak mówią.

            Nadal zastanawiałam się, co to wszystko ma wspólnego z moją skromną osobą. Gdyby cała ta zwariowana historia była prawdą, to powinnam prędziutko spisać testament. A najlepiej pogrążyć się w modlitwie. Albo w rozpuście. Szczerze mówiąc, ostatnia ewentualność najbardziej przypadła mi do gustu.

- Potrzebuję ludzi. Uczciwych, zaufanych ludzi, którzy zgodzą się razem ze mną udać do Imperium.

            Spodziewałam się czegoś takiego. Jakież to było do niego podobne! Olewać mnie dwadzieścia cztery lata, a potem pakować w coś, co wydawało się snem szajbusa, nie zapytawszy nawet o zdanie. Gdybym teraz powiedziała, żeby spierdalał na bambus i poszła do domu, to czy umiałabym spoglądać w niebo, nie zastanawiając się jednocześnie, kiedy spadnie mi na głowę?

            - Jak ty to sobie niby wyobrażasz? Nie mam zielonego pojęcia o komputerach, broni, żelaznych tytanach czy herosach i panicznie boję się latać samolotem. Niby do czego miałabym się przydać? Bo, wybacz, ale nie odczuwam ochoty by zostać czymś, co historia tak ładnie nazywa armatnim mięsem. O ile oni tam wiedzą, co to armata.

            - Wiedzą znacznie ciekawsze rzeczy. A do czego mi jesteś potrzebna, zobaczysz. Nie chodzi ani o komputery, ani o latanie. A już na pewno nie o mięso. Większość kosmitów to jarosze – zażartował. Coś takiego!

            Postanowiłam udawać, że mu wierzę. Dawało to nadzieję na wyjście z gabinetu i szybki odwrót. A chciałabym zobaczyć tego, kto by mnie skłonił, żebym tu wróciła.

            I rzeczywiście, ojciec nacisnął jakiś guzik i po chwili drzwi stanęły otworem.

            - Milion – powiedział w przestrzeń.

            - Co, milion? – spytałam głupio.

            - Milion złotych za wykonanie zadania.

            Poczułam suchość w gardle. Nie miałam pojęcia jak wygląda stan majątkowy mojego tatusia, ale nawet mówienie o takiej forsie pobudza wyobraźnię. Za tę sumę zgodziłabym się nawet na ten seks z ministrem, który przecież urodą nie grzeszy.  Nie oszukujmy się. Każdy z nas jest przekupny. Jedyną kwestią do dyskusji jest stawka. Life is life.

             Ja jestem przekupna, i jak każdy {no prawie} przekupny drań drogo zapłaciłam za swoją pazerność

Nie uciekłam, bo chciwość trzymała mnie w miejscu, a potem była winda, która zwiozła nas chyba do samego wnętrza Matki Ziemi, skąd uciec nie było już jak. Przekonałam się tam, że polska armia nie taka biedna jak obdarta, i że pieniądze zaoszczędzone na żarciu dla poborowych idą na wojnę z kosmitami. Czułam się trochę jak Will Smith, kiedy Tommy Lee Jones oprowadza go po budynku pełnym Obcych. Tyle że mnie wcale nie było do śmiechu, no i nie miałam takich ładnych przeciwsłonecznych okularów.

- Czy naprawdę wy to wszystko wymyśliliście? – spytałam z niedowierzaniem. Nie było tu wprawdzie żadnych podejrzanie wyglądających osobników, ale dekoracje naprawdę robiły wrażenie.

- Jasne, że nie my! – warknął zniecierpliwiony, wpychając mnie do dziwacznego prostopadłościanu z grubego szkła. Dziwne, ale nikt nie zwracał na nas uwagi, chociaż ja miałam na sobie t-shirt i dżinsy, a on garnitur. Personel zaś przybytku, nieliczny zresztą i małomówny aż miło, nosił gustowne białe fartuchy, rodem z „Ostrego dyżuru”.

- Tunele, podobnie jak kałasznikowa i tani spirytus rektyfikowany, zawdzięczamy Ruskom. Stój spokojnie!

- Spirytus to raczej chyba Noemu – zdążyłam zaprotestować, zanim oślepił mnie przerażający błysk. Wrzasnęłam, jakby ktoś darł ze mnie pasy i próbowałam wyskoczyć ze szklanego pudła. Co z tego, kiedy pudła nie było już na swoim miejscu.

Właściwie nie potrafię sprecyzować wrażeń z podróży. Nic dziwnego, przestraszyłam się tak, że nie wiedziałam jak się nazywam. Nie wiedziałam też, oczywiście, co się dzieje. Ale byłam pewna jednego. Milion to zdecydowanie za mało.

Lądowanie przypominało przebudzenie po wyjątkowo udanej imprezie. Brakuje ci tchu i zastanawiasz się, jak to się, kurwa, mogło stać, że nie możesz ruszyć ręką ni nogą. A na dodatek chce ci się rzygać.

A potem jest powrót do rzeczywistości.

- Who are you?! What are you doing here?!

O kurczę. Dlaczego tatuś mówi po angielsku? Nie żebym miała coś przeciwko temu, władam tym językiem całkiem dobrze, ale po jakiego grzyba, skoro Polacy nie gęsi i tak dalej?

Otworzyłam ostrożnie jedno oko. To, co ujrzałam, natychmiast postawiło mnie na nogi, a struny głosowe pobudziło do działania. Przysięgam, do dziś nie wiem jakim sposobem wydobyłam z siebie wysokie C, choć nie mam pojęcia o operze.

Byli… inni. Nie wyglądali wcale jak Predator ani też któryś tam pasażer czegoś, ani w ogóle jak bohaterowie filmów o złych kosmitach. Nie byli zieloni, nie mieli wielgachnych zębów i nie przejawiali ochoty natychmiastowego rozdarcia mnie na szmaty, co mnie nieco uspokoiło. Przestałam wrzeszczeć i zagapiłam się na osobnika, który tak pięknie przemówił do mnie w języku Szekspira i Jane Austen. Nie mam pojęcia, do czego mogłabym go przyrównać. Najbardziej chyba przypominał chińskie smoki, chociaż to brzmi idiotycznie i ja o tym wiem. Ale mam zamiar opowiadać tu jeszcze większe niedorzeczności.

- I haven’t a clue – odparłam zgodnie z prawdą, otrzepując koszulkę z dziwnego rdzawego pyłu. Za wszelką cenę usiłowałam się czymś zająć i nie poddać fali paniki, która podchodziła mi do gardła razem z resztkami śniadania. „To tylko jakiś niedorzeczny nocny koszmar” – uspokajałam się głupio – „Zaraz się obudzę i będę musiała lecieć do pracy. Zachowajmy spokój”. Jednocześnie moje biedne kości przeszywały fale bólu, wykluczające tę jedyną pożądaną ewentualność.

- Pójdziesz z nami – powiedział „Smok”. Zauważyłam, że miał przepiękne złote oczy. A nawet dwie pary złotych oczu…

Inni nie byli do niego podobni. Niektórzy wyglądali jak przypadkowe zlepki mydlanych baniek różnej wielkości i naprawdę nie byłam w stanie określić, gdzie mają głowę, a gdzie całą resztę. Inni przypominali trochę ludzi, chociaż żaden z nich nie wygrałby konkursu piękności. Tylko jedno z nich było naprawdę ładne i chyba było czymś w rodzaju kobiety, bo mówili do niej Clare. Przyznam, że w dzieciństwie tak właśnie wyobrażałam sobie syreny. Bez rybiego ogona, za to z ogromnymi ciemnymi oczami i całą masą czarnych włosów. Moje morskie dziewice nie miały jednak sześciu palców u rąk i pionowych, jadowicie czerwonych  źrenic, które sprawiały upiorne wrażenie. Poza tym Clare nosiła za paskiem coś, co do złudzenia przypominało długi nóż.

Nie miałam zamiaru się wykłócać. Błogosławiłam swoje językowe zdolności i to, że nie byłam skłonna iść za przykładem Mikołaja Reja, który moim zdaniem był niespełna rozumu. Mogłam z nimi rozmawiać. Mogłam się targować o swoje życie. No, mogłabym też posłuchać o tym, jak to wybebeszą ze mnie flaki, a z głowy zrobią karafkę do wódki, gdyby zechcieli o tym pogadać. Ale nie chcieli.

- Dokąd mnie prowadzicie? – pisnęłam cienko. Ze strachu robiło mi się ciemno w oczach i nienawidziłam się za to uczucie. Ale chyba każdy na moim miejscu by się bał.

Clare spojrzała na mnie tymi strasznymi oczami, a ja skurczyłam się jak przekłuty balonik.

- Do bazy – odparła, jakby to było zupełnie jasne.

„No to jestem trupem” – pomyślałam z rozpaczą. Mgliście przypominałam sobie informacje uzyskane od ojca. Ojca? Żaden ojciec nie zrobiłby dziecku czegoś podobnego.

Starałam się rozglądać dokoła, zapamiętać jakieś szczegóły na wypadek… No właśnie. Na wypadek czego? Nawet gdyby udało mi się prysnąć, nie miałam zielonego pojęcia, jak wrócić do domu. Mimo to zaczęłam gapić się na dziwne budowle rozsiane po dzikim, nieprzyjaznym pustkowiu. Do złudzenia przypominało to krajobraz Sahary. Może nawet dałabym się nabrać, gdyby słońce oświetlające ów uroczy pejzaż nie było jaskrawoniebieskie i, tak na oko, ze trzy razy większe od naszej ukochanej gwiazdy.

Kiedy zbliżyliśmy się do jednego z pokracznych budynków, nad naszymi głowami ( bądź innymi organami, których nazwy nie znałam) coś przeleciało ze świstem. Pewna, że to pocisk i że jesteśmy atakowani przez jakiegoś wroga moich wrogów, padłam plackiem na ziemię.

- Idiotka! – syknęła Clare jadowicie. Widać było, że ma ochotę zaserwować mi kopniaka, po którym długo nie mogłabym ustać na nogach. Na szczęście jedna z „mydlanych baniek” wydała z siebie dźwięk, który dla mnie nic nie znaczył, ale ją najwyraźniej zastopował. Natychmiast podniosłam się z piasku.

Przy wejściu powitał nas… kompletny brak wejścia. Idealnie gładka, wysoka ściana zdawała się nie posiadać żadnych szczelin zdradzających lokalizację drzwi, okien, szybów wentylacyjnych i bram do garażu. W innych okolicznościach bardzo by mnie to rozbawiło, ale w tej chwili byłam już zupełnie nieprzytomna z przerażenia. Podejrzewałam, że jak raz wejdę do wnętrza tej metalowej trumny, to już stamtąd nie wyjdę. Byłabym spróbowała ucieczki, co nie wyszłoby mi pewnie na zdrowie, gdybym zupełnie nie straciła władzy w nogach. Cóż, jestem tchórzem. Ale żywym. Lepsze to niż martwy bohater.

Tak jak przewidywałam, cześć ściany rozsunęła się bezszelestnie. Weszliśmy do wnętrza bunkra pełnego Obcych, popiskujących maszyn i wielkich monitorów pokazujących nie wiadomo co. Modliłam się, żeby to wszystko jednak okazało się snem. Póki co, postanowiłam zasłaniać się niewiedzą i udawać kompletną kretynkę, co zresztą odpowiadało prawdzie.

Nerwy puściły mi dopiero w chwili, gdy zostałam wepchnięta do sali pełnej sprzętu, najwyraźniej medycznego, gdzie królowało łóżko ze stalowymi klamrami w każdym z czterech rogów. Nawet kompletny idiota domyśliłby się ich zastosowania, a ja, choć nie Einstein, idiotką jednak nie jestem. Odwróciłam się na pięcie i runęłam do spóźnionej ucieczki, zwalając po drodze z nóg Clare, jakiegoś humanoida i dwie bańki mydlane. Jednej z nich nadepnęłam przy tym na „głowę”, która jednak nie pękła, a tylko ugięła się jak niedopompowany materac.

Dawno, dawno temu, jeszcze w szkole średniej, chodziłam na kurs samoobrony i nagle przypomniało mi się, gdzie walić, żeby odnieść skutek. Zastępującego mi drogę „obcego” rąbnęłam pięścią w różowy grzebień wystający mu z twarzy niczym gigantyczny pryszcz, a następnego, sobowtóra Brada Pitta,. łokciem w żołądek. Panika uczyniła mnie ślepą i głuchą, nie wiedziałam dokąd biegnę ani co mi to może pomóc. W końcu stało się, co się stać musiało. Zapędziłam się w ślepy zaułek, z którego mogłabym się ulotnić tylko portalowym tunelem. A tego, jak na złość, jeszcze tu chyba nie zbudowali.

Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że głośno płaczę ze strachu, przez co wyglądam cokolwiek głupio, jak dziecko, które boi się lania. Zrobiło mi się niedobrze i pociemniało przed oczami. „Trzymaj się kretynko”, pomyślałam, po czym zemdlałam jak ostatnia oferma.

                                                       XXX

Jeśli miałam nadzieję, że zamordują mnie, jak będę nieprzytomna, to bardzo się myliłam. Bo oto otwierałam oczy i ani przez chwilę nie miałam złudzenia, iż jestem w niebie albo coś takiego. Obok mnie toczyła się ożywiona dyskusja w obrzydliwym, gulgoczącym języku, którego nijak nie można by było podłączyć do legend o anielskich chórach.

Bałam się otworzyć oczy, ale nie mogłam przecież wiecznie udawać trupa. Długą chwilę zbierałam się na odwagę, a potem zerwałam się gwałtownie.

Gulgot nagle umilkł, a ja z dużą ulgą stwierdziłam, że nie znajduję się w pokoju pełnym popiskujących aparatów i nie leżę w okropnym łóżku z klamrami. Znajdowałam się w całkiem przytulnym pomieszczeniu przypominającym nasze polskie szpitale, a nade mną pochylał się jeden z bąblowatych i ( co za miła odmiana ) ów sobowtór Brada, który usiłował mnie powstrzymać w korytarzu.

- Witamy z powrotem – chyba nie żywił urazy, bo uśmiechnął się całkiem przyjaźnie.

Nie odpowiedziałam. Chwiejnie zlazłam z łóżka i tęsknie spojrzałam na drzwi.

- Ucieczka nie ma sensu – poinformował mnie uprzejmie – Zero szans.

- Może jestem głupia, ale na to sama już wpadłam – odgryzłam się. Mimo zuchowatego tonu znów poczułam, jak ze strachu ssie mnie w żołądku.

Spojrzałam po sobie i zaklęłam pod nosem, bo byłam wystrojona w wątpliwej urody flanelowy worek. Gdzie się podziały moje ukochane wranglery?

- Czego wy ode mnie chcecie?! – wrzasnęłam, bo utrata ubrania doprowadziła mnie do szału. Bąbel cofnął się, a ten drugi popatrzył jak na wariatkę.

- My? Myślałem, to ty chcesz czegoś od nas.

Jako żywo niczego od nich nie chciałam, wystarczyło tylko przekonać o tym kogo trzeba i na pewno wrócę sobie do domu.

- Chcę rozmawiać z władzami – wyprostowałam się, przybierając pełną godności postawę człowieka, który ma prawo czegoś chcieć, a nie tylko kulić się ze strachu.

- Że co, proszę?

- Z władzami. Kimś, kto ma trochę rozumu i odeśle mnie tam, skąd przyszłam – wyjaśniłam obciągając worek, który był krótki i w dodatku się podwijał.

- Bardzo proszę. Jak tylko zechcą z tobą gadać, sam cię zaprowadzę.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o asertywną postawę.

- To może chociaż oddacie mi moje ubranie?

Skinął głową i razem z Bąblem opuścili pomieszczenie. Odetchnęłam. Dzięki niebiosom, że są tu ludzie, a nie tylko przerażające mutanty w stylu Clare i spółki. Z ludźmi zawsze umiałam sobie radzić.

Jakaś dziwaczna mieszanka ośmiornicy z galaretą przyniosła moje ubranie, które zaraz na siebie założyłam. Poczułam się odrobinkę pewniej. Jak umrzeć, to przynajmniej w majtkach, oto moje nowe motto.

Brad Pitt wrócił mniej więcej po dwóch godzinach. Do tego czasu zdążyłam się znów wprowadzić w stan bliski histerii. Na przemian modliłam się, przeklinałam ojca i płakałam ze złości. Wezwanie do szefa przyjęłam niemal z ulgą. Raz kozie śmierć.

Kiedy windą zjeżdżaliśmy chyba na samo dno piekła, zrozumiałam Dantego i jego „Porzućcie wszelka nadzieję”. Nie wyglądało to najlepiej.

- To tutaj – powiedział mój Cerber i wepchnął mnie do ogromnej sali pełnej komputerów wielkich jak domy. Wszystko to szumiało, zgrzytało i popiskiwało, a wokół uwijały się dziesiątki najróżniejszych stworzeń o kształtach, jakich nie wymyśliliby nawet producenci „Pokemonów”. Gdzieniegdzie przemknął człowiek i znajomy widok rudej czupryny czy nosa wydał mi się nagle najpiękniejszy na świecie.

Musiałam rzucać się w ( hm…) oczy, bo zaraz podpełzła do mnie jakaś gadzina i przemówiwszy najczystszą angielszczyzną, kazała iść za sobą. Zaczynało robić się naprawdę ciekawie.

Przeszliśmy przez ogromną salę i zagłębili w kolejną plątaninę korytarzy. Nie powiem, żebym się zupełnie nie bała, ale mogłam już normalnie myśleć. Zauważyłam na przykład, że ściany były wszędzie grube a drzwi nie wyłamałby chyba nawet Terminator. To był ogromny bunkier, znakomicie wyposażony i zabezpieczony na wypadek ataku. Zaczynałam podejrzewać, co się święci.

Gadzina wskazała zamknięte drzwi, które otworzyły się w momencie, gdy wyciągnęłam rękę chcąc grzecznie i po polsku zapukać.

Nie było tu sprzętu i tajemniczych machin, tylko znajomo wyglądający laptop na biurku i krzesło. Za biurkiem siedział człowiek. Odetchnęłam z ulgą. Zawsze to lepsze niż bliskie spotkanie z sobowtórem bohaterki „Gatunku”.

Przyjrzałam mu się, otwarcie się gapiąc. A co. On też się gapił.

Był młody i dość przystojny, choć ja bardzo nie lubię brunetów. Nie można powiedzieć, że spoglądał na mnie z sympatią. Szczerze mówiąc, od tego spojrzenia trochę mnie zmroziło.

- Cześć – chwyciłam byka za rogi. Co mu miałam powiedzieć, „good afternoon”?

Nie odpowiedział, tylko podniósł się z krzesła. O jejku. Słyszałam, że za parę wieków ludzie będą wzrostu siedzącego psa. To chyba durna teoria.

Ten facet miał chyba ze dwa metry wzrostu i mógłby mnie zadusić jedną ręką, drugą zawiązując sobie krawat. Gdyby, rzecz jasna, kosmici nosili krawaty.

Spojrzał na mnie z góry jak na pluskwę. Mimo woli skuliłam się ze strachu.

- Kim ty, do jasnej cholery, jesteś? – spytał z odcieniem niebotycznego zdumienia w glosie.

- Właśnie miałam spytać o to samo – wymamrotałam, nie mogąc oderwać wzroku od łapy w rozmiarze XXL, zaciśniętej na oparciu krzesła.

- Nazywam się Alina Ziębicka – wyjaśniłam pośpiesznie, dostrzegłszy wyraz jego twarzy – Jestem modelką. A jak się tu znalazłam, sama nie wiem. To jakieś nieporozumienie. I w ogóle, to nie miało być tak. Widzisz…

- Który mamy rok? – spytał znienacka.

- Co? – nie miałam pojęcia, o co mu chodzi. Kosmita, a nie wie, co to kalendarz?

- Data – powtórzył cierpliwie – Chodzi o dzisiejszą datę.

Ach, tak. Kiedy ja ostatni raz miałam kontakt z kalendarzem, był dwudziesty kwietnia 2004. Strach pomyśleć, jak było teraz.

- Nno… Nie wiem. Podejrzewam, że nie dwudziesty kwietnia 2004? – spytałam nieśmiało.

Przez chwilę wyglądał, jakby to on znalazł się naraz w kosmosie nie znając czasu ni miejsca swego pobytu.

- Cholera! – syknął w końcu. Pochylił się nad biurkiem i zaczął bębnic w klawiaturę laptopa jak jakiś oszalały haker. Miałam ogromną ochotę zajrzeć mu przez ramię, ale nie śmiałam. Facet mnie trochę zbijał z tropu, co było dla mnie całkiem nowym doświadczeniem. Zazwyczaj  nowo poznani mężczyźni zaczynali się gapić na mój biust, co psuło cały efekt i pobudzało raczej do śmiechu niż ataku nieśmiałości. Ten tutaj ledwo spojrzał mi w twarz, nie mówiąc już o reszcie. Gdybym była zakompleksiona, z pewnością by mnie to załamało.

W końcu oderwał się od pisania i zmierzył mnie nieprzyjaznym spojrzeniem. No proszę. Jeszcze tu jestem. Co za bezczelność.

- Mówisz, że kim jesteś?

Nie wytrzymałam.

- Mistrzem Jodą – wysyczałam. Nie znoszę chamstwa. Nawet kosmici powinni umieć się zdobyć na odrobinę uprzejmości wobec kogoś, kto nic im nie zawinił.

Najwyraźniej nie zrozumiał dowcipu. Boże święty.

Już w następnym momencie pożałowałam niewczesnej próbki mojego humoru. Facet był chyba bardzo drażliwy.

- Za chwilę pstryknę palcami, a za dwie przeniesiesz się do wieczności, czy w co tam chcesz. – stwierdził słodziutko. Uwierzyłam mu bez zastrzeżeń.

Owa wiara sprawiła, że natychmiast odpowiedziałam na wszystkie pytania. Nie przerywał, chwilami unosił tylko brwi jakby się czemuś dziwił. Bądźmy szczerzy, było czemu. Takiej kretynki kosmos nie oglądał pewnie od stuleci.

Jeśli mi nie uwierzył, to nie dał tego po sobie poznać.

Kiedy skończyłam, po prostu



Góra ukradzionych wspomnień

wskazał mi drzwi. Co za cham! Mimo strachu aż mnie zatrzęsło.

- Sorry, ale teraz chyba moja kolej! – warknęłam. A niech to, skoro do tej pory mnie nie zabili, to chyba już nie zabiją! Nie dam się traktować, jakbym była niedorozwinięta!

Nie wiem, może odezwała się we mnie odwaga moich przodków. A prędzej ich snobizm i bezczelność. Jak by nie było, alea iacta est.

- Kolej? Na co?

- Na zadawanie cholernych pytań.

- Słuchaj dziecino, nie mam czasu na bzdury. Idź i ciesz się życiem. Dopóki jeszcze możesz.

- Sugerujesz, że to już niedługo potrwa? Skoro tak, chcę wiedzieć, za co umrę. Ostatni posiłek skazańca!

Uniósł brwi.

- Że co, proszę?

- Taki…zwyczaj? – nagle straciłam impet. Teoretyzowanie na temat własnej śmierci to jedno, ale praktyka – zupełnie co innego. Wcale nie chciałam umierać.

- A, zwyczaj – uśmiechnął się jakoś strasznie – Mam gdzieś twoje zwyczaje, idiotko! A jeśli Imperator wyobraża sobie, że twoja twarz będzie cię chronić, to jest jeszcze większym idiotą. A teraz wynocha!

Zastosowałam się do jego uprzejmie wyrażonej prośby. W „komputerowej” sali czekał na mnie Brad Pitt, który zaprowadził mnie z powrotem do „mojego” pokoju.

- Hej, zaczekaj chwilę! – poprosiłam, gdy ruszył do wyjścia. Z całego tego garnituru tylko on okazywał mi uprzejmość. Bąble i galarety się nie liczyły.

Posłusznie zawrócił od drzwi.

- Tak?

Zawahałam się.

- Wiesz…Może mógłbyś odpowiedzieć mi na parę pytań…

- Zależy, jakie to będą pytania – uśmiechnął się. Cholera, zawsze miałam słabość do blondynów.

- Na początek – gdzie ja właściwie jestem?

Zrobił zdumioną minę.

- Nie wiesz? To Hermes, jeden z księżyców Thangaronny. Powinnaś się cieszyć, że mamy sztuczną atmosferę, inaczej zginęłabyś marnie, zanim ktokolwiek by cię odnalazł.

Może i powinnam, ale jakoś nie cieszyłam.

- Jak się tu znalazłam, to chyba nie najinteligentniejsze z pytań, aczkolwiek bardzo istotne. – wymamrotałam. – Może lepiej opowiedz mi, co to za miejsce i kim jest ten miły młodzian, który tak uprzejmie mnie powitał.

Blondynek zawahał się na moment.

- Śmiało, przyjacielu, przecież i tak nikomu o tym nie opowiem. Działania dywersyjne też odpadają. Po prostu nie chcę umrzeć nieuświadomiona, bo to bardzo żenujące – zatrzepotałam rzęsami i uśmiechnęłam się promiennie.

- Daruj sobie. To android – powiedział znajomy głos. Rozejrzałam się po pokoju, ale niczego nie zobaczyłam. Widać nowoczesne systemy monitorowania nie wymagają montażu głośników, kamer i takich tam pierdoł. Dopiero po chwili dotarł do mnie sens słów. Troszkę mnie ogłuszyło.

Moje wyobrażenia o robotach ukształtowała gwiezdna saga Lucasa, tudzież Arni paradujący po srebrnym ekranie z karabinem i wydłubanym okiem. Ten tutaj wyglądał, mówił i zachowywał się jak człowiek. Jezu.

- Skoro tak, każ mu odpowiedzieć na moje pytania, a rzeczywiście sobie daruję – zareplikowałam, otrząsnąwszy się z szoku. 

- Jedno pytanie. Wybierz to, co cię najbardziej interesuje.

- He he. Co ze mną zrobicie?

- Nic. Będziemy cię karmić, poić i od czasu do czasu przeprowadzać badania. Ot, tak, dla zabawy. A przy okazji, od dawna nie przebywał u nas tak zdrowy przedstawiciel ludzkiego rodzaju. Pozazdrościć.

 - Cieszę się. Ciekawi mnie tylko, skąd czerpiecie takie dokładne o tym wieści. Czyżby pisały o tym marsjańskie gazety?

- Obawiam się, że marsjańskie gazety mają inne rzeczy do roboty. Miało być jedno.

Głos umilkł, a ja zostałam sam na sam z robotem, który wyglądał jak prawdziwy. Hm. Ciekawość… Albo lepiej nie.

 

 

 

                                                           XXX

 

 

 

Zdumiewające, ale rzeczywiście nikt nie robił zakusów na moje doskonałe zdrowie. Przez jakiś czas jedynym moim zmartwieniem był brak pory, którą na Ziemi nazywamy nocą. Nie mogłam spać przy upiornym świetle gwiazdy zwanej tu Ozirisem, więc kręciłam się po bazie i zbierałam informacje. Nie szło mi łatwo, bo bąble i galarety rozmawiały przeważnie w swoim gulgocącym języku, traktując mnie jak nieistotny element wyposażenia. Na szczęście wśród personelu byli też ludzie. Prawdziwi faceci, nie podróbki z supermarketu. Od nich dowiedziałam się, że mój uprzejmy gospodarz zwie się Drago, co mnie nawet szczególnie nie zaskoczyło. Że jego drużyna beztrosko handluje śmiercionośną bronią pozwalającą ludziom i kosmitom wzajemnie się mordować. Wszystkie te informacje nie poprawiły mojej opinii na temat właściciela bajzlu, w którym omyłkowo się znalazłam. Nie widziałam go ani razu od czasu, gdy wypchnął mnie za drzwi swego chlewika. I całe szczęście.

Od androida, na którego temat snułam grzeszne myśli, a który wabił się Ikar, dowiedziałam się, że załoga Hermesa nazywa mnie Łajzarzem. Mogłam się tylko domyślać, skąd taki przydomek. I domyślałam. Dowiedziałam się też,  że angielski to urzędowy język Imperium, coś jak wspólna mowa z powieści Tolkiena, i że do tej pory portale pozwalały na poruszanie się jedynie w obrębie teraźniejszości. Uzyskałam niezbity dowód na to, że mój ojciec był cholernym łgarzem, i że Polak potrafi. Właściwie powinni byli nazwać mnie Łajką. Jestem tak samo głupia i też spełniłam zaszczytne zadanie, z tym samym poziomem świadomości i kreatywności. Jedyne, czego nie zdołałam się dowiedzieć, to dlaczego jakiś imperator liczył na cudowną moc mojej gęby. No, szpetna nie jest, ale też żadne cudo.

W cichości ducha liczyłam na to, że w końcu wszystko się wyjaśni i wrócę do domu. Niestety optymizm to durna filozofia. Wiedział o tym Wolter, a ja miałam się wkrótce przekonać, że Kandyd przy mnie to pikuś.

Któregoś (że tak powiem) dnia Drago wezwał mnie na dywanik. Szczerze mówiąc, przeleciał mi po krzyżu bardzo niemiły dreszczyk, ale cóż robić. Pan każe, sługa musi. Gdyby Drago nie był takim sukinsynem, nawet ucieszyłabym się z odmiany. Siedziałam zamknięta w pokoju jak postrzelona zakonnica, nawet do sali projektów nie wolno mi już było chodzić, nie wiem dlaczego. Jako żywo nic nie rozumiałam, więc i szpiegować nie mogłam.

Ku mojemu zaskoczeniu nie zaprowadzono mnie do jaskini lwa, a do ogromnej sali, gdzie królował równie ogromny stół, szczelnie obstawiony krzesłami. Na miejscu honorowym siedział mój wątpliwy gospodarz. Na innych - wszelkie możliwe gatunki kosmitów, od humanoidów po indywidua, jakie rzadko pojawiają się w najgorszych sennych koszmarach. Coś jak zlot najszpetniejszych poczwar w historii kina grozy.

Na mój widok zwiewna istota kojarząca się nieodparcie z historiami o duchach, wypowiedziała jedno słowo, coś jak: Nimianne.

Reszta zafalowała, wydając najróżniejsze odgłosy.

- Oto dowód – odezwał się Drago, podczas gdy ja stałam na środku jak głupia i gapiłam się na dziwacznego ludka z wielkim łbem i dwiema dziurami zamiast oczu. Jak mi Bóg miły, „Z Archiwum X”! A nie wierzyłam, jak jeden mój narzeczony twierdził, że oni ujawniają światu prawdę! Zerwałam z nim, bo któregoś dnia zeżarł mi słoiczek odżywki do włosów firmy Wella. Nie pamiętam dlaczego, ale nawet dla mnie to było za wiele. Jak widać, dziś nikt nie rozumie proroków.

- To nie Nimianne. To mistyfikacja, która nie udałaby się bez ingerencji w czas. Imperium  jest o krok przed nami, tylko patrzeć, a zacznie ściągać posiłki z innych epok, przeszłości i przyszłości. To, co tu widzicie, to ciało bez duszy. Ale żeby je odnaleźć, Imperator musiał cofnąć się w czasie. Trzeba uderzyć mocno i szybko. Inaczej was zgniotą. Niedrożność tunelu lada chwila przestanie was ochraniać. Potrzebujecie moich pupilków. Mam parę ciekawych rzeczy, za bardzo przystępną cenę.

- Skąd mamy wiedzieć, czy to nie łgarstwo obliczone na podbicie ceny? Chodzą słuchy, że Imperium Tytanów dostało od ciebie, nie od swoich inżynierów. Oni są za głupi, by w tak krótkim czasie rozwiązać tyle konstrukcyjnych zagadek!

Stałam i z masochistyczną rozkoszą wsłuchiwałam się w płynny potok angielszczyzny dobywający się z solidnie uzębionych ust stwora podobnego nieco do bohaterów komedii „Jajogłowi”. Ale oni byli zdecydowanie ładniejsi.

- Gildia Najemników, jak sama nazwa wskazuje, pracuje dla pieniędzy. Gdzieś mam waszą ideologię. Mimo to Imperium nic ode mnie nie dostanie. Z powodów czysto osobistych, których nie mam zamiaru tu wyłuszczać. Zapłacicie – Tytani są wasi. Nie – możecie iść do diabła. Jeżeli istnieje, w co osobiście śmiem wątpić.

- Mówisz, że to nie Nimianne? – spytał nieufnie jajogłowy.

- Sugerujesz, że kłamię? – Drago wzruszył ramionami – Myślałem, że Darvani mają więcej rozumu.

- No? – jajogłowy niespodziewanie zwrócił się do mnie – Coś za jedna?

- Zważywszy na to, że nie mam pojęcia, o co wam chodzi ani kim jest owa – bądź owo – Nimianne, trudno by mi było się pod nie podszywać – odpowiedziałam uprzejmie -  Nie lubię tego tutaj i nie dałabym głowy, czy nie sprzedaje swoich wynalazków komu popadnie, ale w tym przypadku jest uczciwy jak święty Aleksy.

Zdaje się, że najzwyczajniej w świecie mi nie wierzyli, ale uznałam, że to ich problem. Nie wiedziałam, o co tu biega i nie zamierzałam dłużej być Łajzarzem.

- Mogę iść? – popatrzyłam na Drago, który oczywiście mnie zignorował. Zgrzytnęłam zębami.

- Skoro ona jest z przeszłości, to po co ci ją przysłali? W charakterze szpiega? – spytało jakieś kosmate indywiduum, niepodobne do niczego, co w życiu widziałam i z tego powodu trudne do opisania.

- Jest czysta, sprawdziliśmy to. A dlaczego? Imperator nie przepuści żadnej okazji żeby dręczyć swoich wrogów.

- Drago ma rację – zabrał głos mój ulubiony ufoludek -  Chociaż nie jestem pewien, czy traciłby energię na dziecinne psikusy. To nie nasza sprawa. Skoro są zdolni przenosić się w czasie, potrzebujemy potężniejszej broni, by przeżyć. A że najemnicy ją mają, pozostaje tylko dogadać się w sprawie ceny.

- Mogę sobie iść? – zapytałam głośniej. Robiło się ciekawie, co z tego, skoro musiałam do łazienki.

- Nie! – warknął.

- Już się mną nacieszyli! – odwarknęłam.

Dyskusja ucichła i wszyscy wlepili w nas oczy, czy co tam służyło im do patrzenia.

- Zamknij się i rób co mówię, bo bardzo pożałujesz.

- To rzeczywiście nie Nimianne – odkrył jajogłowy. I mnie nazywali głupią!

- Ależ skąd – odparłam słodko – Marilyn Monroe, oto kim jestem. A teraz panowie wybaczą, ale muszę się zmyć.

Byłam przy wyjściu, kiedy zatrzymali mnie strażnicy. Jednego znałam, był sympatycznym kosmitą, ale mordę to miał przerażającą. Kompani nazywali go Tygryskiem. Ja skłaniałabym się raczej ku „Tygrysoświni”.

Nie stawiałam oporu i pozwoliłam się zaprowadzić do, jak się okazało, prywatnej kwatery Mojego Ulubionego Przywódcy Kosmicznej Fabryki Gówna. W skrócie MUPKFG.

Jeśli miałam jakieś nieprzyzwoite skojarzenia odnośnie nowej lokalizacji, przeszły mi na widok portretu zawieszonego nad bardzo staromodnym kominkiem. Boże święty, co tu jest grane? Naraz przestało być zabawnie, a zrobiło się strasznie. Portret namalowano tradycyjnym sposobem, na płótnie, a była na nim, ni mniej ni więcej, tylko moja twarz w obramowaniu masy kręconych, rudych włosów. Te, które miałam na głowie były aktualnie proste i brązowe, ale nie mogłam zaprzeczyć, że swoją odmienność zawdzięczam li i jedynie Magdzie, znajomej fryzjerce.

- Co to jest? – spytałam Drago, kiedy tylko przestąpił próg.

Byłam już wtedy nieźle przestraszona.  

- Nimianne – wyjaśnił spokojnie.

- Na to sama już wpadłam! – wysyczałam.

- W takim razie wiesz tyle, co ja – wzruszył ramionami.

- Kim jest, ta…

- Nimianne. Była. Nie żyje od pięciu lat.

Zatkało mnie. Chyba nawet tego nie zauważył.

- Należała do Ligi Pojednania. Taka sobie głupiutka organizacja, związek naiwniaków, którym się wydawało, że mogą naprawić świat. Wolność i równość dla wszystkich, bez względu na rasę, wyznanie i poglądy na temat mieszanych małżeństw. Podczas jakiegoś bzdurnego wiecu na – nomen omen – Bellonie, planetka została nagle ostrzelana przez myśliwce Imperium. Dyplomaci tłumaczyli się pomyłką. Myśleli, że to partyzantka Jakiszów. Gówno prawda.

- Komu przeszkadza coś takiego jak Liga Pojednania? – spytałam cicho.

- Dopóki kończy się na gadaniu – nikomu. Gorzej, jak pacyfiści biorą się do czynów i  próbują udowodnić, że można się obyć bez rzezi i nienawiści. Wojna to pieniądz i wpływy, a pokój? Na co komu demokracja? Żeby trzeba się było wysilać na pisanie programów wyborczych?

Znów mnie zaskoczył. Zawsze myślałam, że najemnicy lubią wojnę.

- Nie patrz tak na mnie – powiedział z irytacją. Wypadłam z transu.

- Kim ona …

- Narzeczoną. Kiedy cię zobaczyłem…szkoda gadać. Mam mnóstwo roboty. Byłoby miło, gdybyś zechciała zachowywać się bardziej spolegliwie. Nie pomagasz mi, podważając moją prawdomówność.

- Nie powiesz mi, że się pomyliłam! – uniosłam brwi. Nadal byłam wstrząśnięta, ale dochodziłam do siebie.

- Oczywiście, że nie – uśmiechnął się paskudnie – Pięć lat temu poprzysiągłem sobie, że dołożę wszelkich starań, by ludzie i inne rasy mogły się zabijać na jeszcze większą skalę. Niech się tępią, niech zdychają! Dałem światu Tytanów. Czyż to nie piękne? Niech robią to, co im sprawia największą przyjemność. Niech zapanuje chaos. Niech ich wszystkich diabli porwą!

Nie powiem, żebym go rozumiała. Gdyby chciał mścić się na ludziach, którzy zabili mu dziewczynę, byłoby to jasne, choć niezbyt zgodne z zasadą nadstawiania drugiego policzka i tak dalej. Ale co ja tam wiem o prawdziwej miłości. W moim życiu pojawiali się dotąd sami popaprańcy i faszyści. I nie zanosiło się na wielkie przemiany.

- Wyjaśnij mi jeszcze, dlaczego Imperator – kimkolwiek jest, bo myślę, że jednak nie chodzi o Napoleona Bonaparte – miałby ci robić taki kawał jak podstawianie fałszywej narzeczonej – powiedziałam, kiedy zamilkł.

- Pracowałem dla Imperium – przeczesał palcami gęstą czuprynę a la Jim Morrison – Byłem inżynierem. Dobrym. Kierowałem produkcją maszyn, będących na wyposażeniu promów kosmicznych. Bo nawet po wynalezieniu tunelu były niezbędne. Jak widzisz, każdy wykorzystuje dary bogów, jak potrafi najlepiej.

- Wątpię – powiedziałam cierpko – Mogłabym sobie wyobrazić milsze zajęcie, niż produkowanie śmiercionośnych robotów.

- Ale nawet ty nie mogłabyś sobie wyobrazić bardziej dochodowego. Przejdźmy do rzeczy, bo nie mam wiele czasu. Nie zwierzam ci się, bo nagle zapałałem do ciebie sympatią. Jesteś mi potrzebna. Przekonasz Ligę Buntowników, że moje cacka są im niezbędne, a ja zarobię na tym duże pieniądze. Potem odeślę cię, skąd przyszłaś. Umowa stoi?

Zagryzłam wargi. Byłam oportunistką, ale żeby aż tak? Niby nie musiałam ani kłamać, ani nikogo zabijać, a jednak chyba nie wszystko tu było w porządku…

- Zgoda.

Jezu, chyba tego nie powiedziałam.

 

 

 

                                               XXX

 

Liga Zbuntowanych, Liga Pojednania, jeszcze trochę a powrócą stare dobre czasy wraz z Ligą Polskich Rodzin. Mniejsza z tym, najwyżej się nawrócę na radio „Maryja” i ojca Rydzyka. Tymczasem odpowiadałam na setki pytań, żeby Drago mógł sprzedać mordercze maszyny, których nawet nie widziałam na oczy. I z dnia na dzień czułam się z tym gorzej. Nie jestem typem spod ciemnej gwiazdy. Było mi żal setek nieznajomych stworzeń, które zginą, bo przyszło im żyć w takich parszywych czasach.

Osobliwa rzecz, jak człowiek szybko się aklimatyzuje, nawet w tak ekstremalnych warunkach. Nie przeżywałam szoku kulturowo – cywilizacyjnego ani nic z tych rzeczy. Jeszcze trochę, a przyzwyczaiłabym się do życia na Hermesie. Niestety „trochę” nie zostało mi dane.

Właśnie spałam, kiedy do pokoju wpadł Ikar i kazał mi wstawać. Nie przestraszyłam się tylko dlatego, że byłam pewna, iż nocne budzenie zawdzięczam złośliwości Drago. Mój ulubiony android nie wykazywał oznak zdenerwowania, co oczywiście nie było niczym dziwnym. Dopiero by mnie zatkało, gdyby zaczął szczękać zębami i się jąkać.

W bazie wrzało i była to pierwsza oznaka, że dzieje się coś niedobrego. Drugą stanowił widok strażników. Nigdy nie wchodzili na teren fabryki. Patrolowali newralgiczne punkty Hermesa, gdzie nieproszeni goście mogli próbować otworzyć dzikie tunele. Dyskretnie kopnęłam się w kostkę za moje wcześniejsze spostrzeżenia na temat aklimatyzacji. Jeśli mam brać udział w wojnie, to dziękuję bardzo. Moje doświadczenia militarne ograniczały się do „Szeregowca Ryana” i „Rambo”, co nikogo chyba nie zachęciłoby do dalszego zgłębiania tematu.

Nie uspokoił mnie widok Clare, dzierżącej jakąś wielką rurę ani Tygryska wrzeszczącego na jednego z bąbli, którzy byli de facto uważani za najinteligentniejsze istoty kosmosu. Choć ten akurat nie wyglądał teraz szczególnie inteligentnie.

- Co się dzieje? – spytałam Ikara.

- Ewakuacja – odparł. Ale mi, kurwa, wyjaśnił.

- Dokąd, dlaczego?

- Nie ględź, tylko się pośpiesz – poradził Drago, przebiegając obok nas.

Według zasady „omnia mea mecum porto”, nie miałam zbyt wiele do pakowania, więc mogłam spokojnie (akurat!) czekać na rozwój sytuacji. A nie rozwijała się chyba pomyślnie, skoro na gwałt otwierano przejścia i dawano nogę gdzieś w niezgłębione otchłanie wszechświata.

- Dlaczego się nie bronicie? – spytałam Alarika, „chińskiego smoka”, który jako pierwszy powitał mnie na Hermesie.

- Czyś ty zgłupiała? – spojrzał na mnie jak na upośledzoną – Niby dlaczego mielibyśmy walczyć z wojskiem Imperium? Żeby bardzo głupio zginąć?

Kosmita, a patrzcie jaki mądry!

W tym momencie rozległ się łoskot, od którego budowla zadrżała w posadach.

- Ale się pospieszyli – mruknął i pobiegł do swoich spraw, zostawiając mnie li i jedynie z Ikarem, który był równie miły i uprzejmy jak zwykle, i jak zwykle irytująco nudny.

- Jeszcze tu jesteś? – wrzasnął Nick, jeden z lekarzy, człowiek, a prywatnie jedyna osoba, którą mogłabym nazwać kosmicznym kumplem.

- A niby gdzie mam być? – odwarknęłam, przerażona odgłosami eksplozji, które trzęsły potężnym bunkrem jak domkiem dla lalek.

- Na miłość boską, mówiliście, że z nimi handlujecie?! – wrzasnęłam, kiedy zawyły syreny, a Nick pociągnął mnie w stronę windy. Ikar podreptał za nami jak wierny, chociaż nieco głupawy psiak.

- Handlujemy z każdym, kto płaci, ale z Imperium tylko przez pośredników, i to kilku – wyjaśniał pośpiesznie – Któryś doniósł. Imperator od dawna na nas poluje, bo gdyby udało mu się rozwalić Gildię Najemników, nie musiałby się obawiać buntowników ani płacić za maszyny. Mam nadzieję, że Drago dorwie skurwysyna, który nas wsypał!

Ja też miałam taką nadzieję, ale teraz bardziej martwił mnie mój własny tyłek. Wepchnęliśmy się do windy i zjechali na najniższy poziom. Nigdy dotychczas tu nie byłam. Okazało się, ze piwnice bazy kryją setki szklanych „kabin prysznicowych”, do których pośpiesznie ładowali się najemnicy i ich klienci. Wypatrywałam Drago, sama nie wiem, po to by mu naurągać, okazać współczucie, czy po prostu upewnić się, że ktoś jeszcze panuje nad sytuacją.

- Właź!!! – wrzasnął Nick, przemocą wpychając mnie do upiornej maszyny.

- A ten cały sprzęt? – nie mogłam uwierzyć, że naprawdę obchodzi mnie los gildii i jej wątpliwego mienia, ale tak właśnie było.

- Nie martw się, nie wzbogacą się naszą krzywdą!

Przestałam się martwic.

                                               XXX

 

Było przeraźliwie zimno. Zimno i cicho. Wiedziała, że dzieje się coś złego. Nie słyszała szumu rozmów i odgłosów kłótni pomiędzy zwolennikami autonomii, a radykałami domagającymi się rządów senatu. Zdawała sobie sprawę, że Imperator nie przystanie na żadną z tych opcji. Zbyt sobie cenił przywileje władcy absolutnego. Przypomniała sobie jego słowa, że bardzo chętnie pozwoli ludziom i kosmitom robić co im się żywnie podoba, o ile będzie się to zgadzało z jego wolą. Oto cały Aleksander.

Dlaczego jest tak cicho? I dlaczego, zamiast walczyć o boską harmonię, leży gdzieś na skraju światów? Tylko tam, w bezkresach wszechświata panuje taka cisza i lodowaty, wrogi człowiekowi ziąb.

Pomyślała o Sebastianie. Tak bardzo nie chciał, by angażowała się w działalność Ligi Pojednania. Mówił, że to jak zwykle nic nie da, a na nią ściągnie kłopoty. Śmiała się z jego ostrożności. Aleksander mógł być despotą, ale nigdy by jej nie skrzywdził. Kochał ją przecież - na swój egoistyczny, aleksandrowski sposób, ale szczerze. Nawet kiedy zrezygnowała z panowania nad światem dla Sebastiana i jego robotów, on nadal ją kochał.

„Gdzie jestem? Dlaczego nie mogę się ruszyć? I czemu na Bellonie zrobiło się nagle tak strasznie zimno?”

- …odłączmy ją, nigdy się nie obudzi…

- …kim ona jest, kimś ważnym?…

- …zabijcie ich, będzie po sprawie! Lamri nie stać na leczenie wrogów Imperium…

- …podobno Imperator płaci miliardy dolarów za informacje na temat ofiar Bellony, sprzedajcie mu ją…

- …nie muszę cię zabijać, żebyś była martwa…martwa za życia…za życia…

 

 

 

                                               XXX

 

Ależ miałam sen! Te cholerne pudełka wykończyłyby nawet Tarzana. A co śmieszniejsze, przebudzenie okazało się jeszcze gorsze.

- Wstawaj! – ryknął mi ktoś prosto do ucha. Podskoczyłam jak oparzona i wszelkie sny srebrne Salomei wywietrzały mi z głowy.

- Nareszcie się ocknęła! Zawiadom górę. Ja nie chcę się pokazywać Starlightowi, bo mam u niego dług.

- Nie powinieneś się z nim zakładać. Ten cwaniak ma zawsze więcej szczęścia, bądź jest lepiej poinformowany, co w sumie na jedno wychodzi.

O Boże, o Boże. Gdzie ja jestem? Jedno jest pewne, z pewnością nie tam, gdzie powinnam. Leżałam na łóżku, co samo w sobie nie jest niczym niezwykłym, ale jeśli się do tego dołoży niesamowity przepych otoczenia i kraty w oknach, to nawet najgorszy bałwan się zorientuje, że nie jest dobrze. Nade mną pochylał się właśnie starszy gość z bródką, odziany w biały kitel.

- Podróże tym cholernym tunelem to nic przyjemnego, nie? Mnie zawsze po tym boli głowa. Ale że ciebie Drago nie wykończył, to prawdziwe świństwo. Przegrałem dwieście dolców.

- Niezmiernie mi przykro! – wymamrotałam. Czułam się okropnie, jakbym miała kaca po dwudniowym chlaniu.

- Nnoo… - zakłopotał się. Chyba dotarło doń, że nie znajdzie u mnie zrozumienia.

- Miło cię znowu widzieć. Dobrze wyglądasz, co zważywszy na okoliczności jest dużym osiągnięciem…

„Co on pieprzy?” – pomyślałam leniwie. W głowie miałam pustkę.

- Zbieraj się! Za piętnaście minut ona ma być na górze, ubrana, uczesana i przytomna!- do pokoju wbiegł młody człowiek w pseudofaszystowskim mundurze polowym.

- No laluniu, pora wstawać! – popędził mnie łagodnie staruszek- Nasz szef to dobry człowiek, ale nie lubi niesubordynacji.

- Będziecie się gapić jak nakładam majtki? – spytałam jadowicie. Powinnam właściwie być zdziwiona, ale nie byłam. W tym porąbanym światku można się było wszystkiego spodziewać.

Okazało się, że majtki mam na sobie, jak i całą resztę, a przemowa żołnierza była jedynie wyszukaną metaforą. Niestety zarówno odzież, jak i ja nie byłyśmy w kondycji balowo – audiencyjnej. Skończyło się na tym , że musieli mnie nieomal nieść.

- Możecie mi powiedzieć, gdzie ja, u diabła, trafiłam? – spytałam, kiedy mijaliśmy kolejne zamknięte drzwi, przy których stali strażnicy – Gdzie jest Drago?

Nie odpowiedzieli, tylko wepchnęli mnie do windy. Zaczynałam tęsknic za starymi, dobrymi schodami. Ostatnio gdy tylko wsiadałam do windy, robiło się nieprzyjemnie.

Winda zatrzymywała się na każdym piętrze, po czym następowała wymiana haseł, podtykanie identyfikatorów pod skanery i zaglądanie w dziurki w celu sprawdzenia tęczówki. Tymczasem mnie chciało się rzygać. I to nie w przenośni, a zupełnie dosłownie.

- Muszę do łazienki – wyrzęziłam na kolejnym przystanku.

- Musisz wytrzymać, kotku – powiedział staruszek – Niektórzy tak reagują na środki odurzające i nie ma na to rady. A jak się zarzygasz, to nigdy nie wpuszczą nas do szefa.

- W dupie mam twojego szefa! – jęknęłam i zwymiotowałam.

Dzięki problemom z żołądkiem otrzymałam prawo do prysznica i czyste ubranie. Ubranie było trochę dziwne, jak skrzyżowanie rzymskiej togi z hinduskim sari.  Ale że było jednocześnie czyste i nowe, nie wzdragałam się zastąpić nim wymiętą koszulkę i obhaftowane dżinsy.

Kiedy w końcu doprowadzono mnie przed oblicze szefa, byłam spóźniona jak cholera. A gdybym wiedziała, co mnie czeka, chętnie spóźniłabym się jeszcze bardziej.

Na początku wszystko wyglądało niegroźnie, jeśli nie liczyć chmary robotów i uzbrojonych ludzi pilnujących korytarzy i przejść. Szef, do którego mnie w końcu doprowadzono, też był niczego sobie, chociaż znowu brunet. Ale za to miał takie ładne biuro…

- Spóźniłeś się, Lind.

Dreszcz mnie przeszedł. Ten głos… Gdybym nie zaczęła się bać już wcześniej, to teraz bym zaczęła.

- To nie jego wina! – wtrąciłam – Zdarzył się mały…

 - Słyszysz? Ona jeszcze cię broni! Dobra robota, przyjacielu.

Nie wiedziałam o co mu chodzi, w dodatku coraz mniej mi się podobał. Wyczuwało się tu coś… W każdym razie wolałabym znów przebywać w bazie renegatów i wykolejeńców na Hermesie, niż w tym wycackanym hotelu dla paranoików.

- Gdzie Drago? – spytałam niecierpliwie.

- Według moich ustaleń, gdzieś między Aioną a Układem Neptuna, razem z wojskami Ligi Buntowników. Szykują się do walki z Imperium! Słyszałeś kiedyś coś równie zabawnego, Lind?!

Moje przeczucie mnie nie zawiodło. Szklane pudło i tym razem przeniosło mnie prosto do latryny pełnej gówna.

- Ale się ubawiłam! – postanowiłam nadrabiać miną. Co innego mogłam zrobić? – A teraz może trochę konkretów?

- Zostaw nas! – czarnowłosy nagle spoważniał. Lind zmył się z wyraźną ulgą.

- Powiadasz, konkrety? Jak sobie życzysz, kochanie. Zapewne nie wiesz, kim jestem? Otóż, dziwnym zrządzeniem losu jestem Imperatorem. Innymi słowy, udzielnym władcą cyrku, który powstał po wojnie zwanej ładnie Armagedonem. Jak widzisz, mimo szumnej nazwy nie był to koniec świata. Wręcz przeciwnie. Stany Zjednoczone urosły w siłę, zajmując kolejne połacie Ziemi, aż utworzyły Imperium. Po rewolucyjnym odkryciu profesora Iwanowicza stopniowo rozszerzały swoje panowanie na kolejne planety zamieszkałe przez istoty wprawdzie inteligentne, ale pozbawione ludzkiej żądzy dominacji. Wzięliśmy ich pod nasz amerykański but. Niestety niedrożność tunelu uświadomiła tym idiotom, że mogą się doskonale obejść bez nas. Beze mnie. Bowiem, jak rzekł pewien królewski chłystek, państwo to, kurwa, ja.

Słuchałam z otwartą buzią. Co ma do tego świętej pamięci Ludwik, XXI wiek i moja osoba? Czy ten człowiek jest zupełnie normalny?

- I tu dochodzimy do sedna, czyli do ciebie – uśmiechnął się i ruchem ręki wskazał barek – Drinka?

- Dzięki, obejdzie się – odparłam machinalnie – To znaczy tak, poproszę – stwierdziłam, że może jak się napiję, to zrozumiem tego szajbusa.

- Tak naprawdę sprawa Bellony była wielką pomyłką jednego z moich dowódców. Oczywiście już opuścił ten padół, przeniósłszy się na lepszy. Albo gorszy. Zresztą, nie to jest ważne. Rzecz w tym, że co się stało, nie mogło się już odstać. Bo podróże w czasie to mrzonka, Nimianne. Możemy pokonać przestrzeń, ale nikt nigdy nie oszuka czasu, choćby był samym Imperatorem Wszechświata. Szybciej, wolniej, ale tempus semper fugit. 

O Boże, o Boże. O czym on mówi? Przecież to by oznaczało…oznaczało…

Żołądek znów podjechał mi do gardła. Poczułam gorąco. To był strach, jakiego nie doznałam od początku tej odjechanej podróży. Strach przed czymś, na co nie było żadnej rady. Pragnęłam, żeby ten wymuskany, słodko uśmiechnięty wariat zamknął gębę i niczego mi już nie wyjaśniał.

- Co ty chrzanisz? – wydusiłam rzężącym szeptem – Przecież…

- Pamiętasz swoją mamusię i tak dalej? Lind to prawdziwy geniusz. Zresztą tylko tacy tu pracują. Twój Sebastian też był taki. Jego Tytani to niepokonana broń. Wracając do twoich wspomnień, jest to wypadkowa mojej wiedzy o czasach minionych oraz mistrzostwa Linda i jego speców od prania mózgu. Myślisz, że gdybyś naprawdę przeniosła się w czasie, twój umysł by to wytrzymał? Zwariowałabyś, Nimianne. Tymczasem nawet nie byłaś bardzo zdziwiona. Przystosowałaś się do świata, którego nie potrafiłabyś sobie nawet wyobrazić, ot tak, bezboleśnie? Kochanie, to jest możliwe jedynie w kiepskich filmach, odzyskanych w drodze archeologicznych wykopalisk. Wszystko, o co musieliśmy zadbać, to odpowiednie interludium. Stąd cała heca z tatusiem. Żebyś nie przeżyła zbyt wielkiego szoku.

- Bardzo jestem ci wdzięczna – wymamrotałam.

Nagle straciłam zdolność logicznego myślenia. Chryste, ten człowiek nie chciał mnie zabić. Gorzej, on ukradł mi tożsamość. Kim jestem, jeśli nie Aliną Ziębicką, kiepską modelką?

- Czego ty chcesz? – szepnęłam –  Dlaczego mi to robisz? Przecież ja ciebie nie znam. Nie chcę nawet przebywać w waszym zasranym świecie! Chcę…

- …do domu? Twój dom jest tutaj! Tamten w ogóle nie istnieje! A dlaczego ci to robię? Bo mogę! Mogę wszystko! – zaśmiał się pogardliwie – Za to, że wolałaś jego, i za to, że zorganizowałaś tę swoją głupią ligę! Wszyscy myśleli, że zginęłaś podczas ostrzelania Bellony. Ci, którzy ocaleli, znaleźli schronienie na okolicznych planetach. Odnalazłem każdego, ale ciebie wśród nich nie było. Wyznaczyłem nagrodę. Nikt się nie zgłosił. W tym czasie Sebastian wszczął bunt. Kazałem go zamknąć. Byliśmy w końcu przyjaciółmi, no i był mi potrzebny, pracował przecież nad nową bronią. Niestety udało mu się zbiec, i chociaż kazałem zabić wszystkich, którzy byli odpowiedzialni za pilnowane więzienia, nigdy nie dowiedziałem się prawdy. Osławiony Drago i jego maszyny stały się przekleństwem Imperium. I oto na małej, zapyziałej planetce, zamieszkałej przez wyrzutków kosmosu ktoś odnalazł kilka ofiar kataklizmu. Wszyscy byli w kiepskim stanie, ale dzięki opiece jakoś trzymali się życia. Ten ktoś nieźle zarobił na informacji. No i proszę, miałem w ręku moją nadobną Nimianne, która narobiła takiego zamieszania. Ale cóż by mi przyszło, gdybym przywrócił ją światu? Ano, zupełnie nic. Najwyżej ucieszyłbym Drago, który do tej pory zalazł mi już za skórę jak nikt inny. Mogłem ją zabić. Nie, przecież była mi droga! Obmyśliłem cos ciekawszego. Zabiłem cię Nim, chociaż nadal żyjesz. Ta dziewczyna ma twoje rysy, twoje włosy, oczy, usta i całą resztę. Ale to ktoś zupełnie inny, Alina jakaś tam. Nie pamięta swego Sebastiana. W ogóle nic nie pamięta. I nie przypomni sobie. Do końca pozostanie Aliną. Widzisz – moja zemsta jest godna Imperatora. A przy tym byłaś doskonałym szpiegiem. Kazałem ci wszczepić do mózgu implant, dzięki któremu dowiedziałem się więcej o planach buntowników, niż gdybyś była rasowym agentem na moim garnuszku. Nick był bardzo pomocny, zadbał, by nikt nie przyjrzał się bardzo wnikliwie rentgenowi twojej skołatanej głowy. Sam nie mógł snuć się po całej bazie nie wzbudzając podejrzeń, ale twoja ciekawość była zupełnie naturalna. Drago powinien cię zabić, ale nie potrafił! Sentymentalny dureń! Wiedziałem, że zaryzykuje. Może miał nadzieję, że twój debilizm to stan przejściowy, a może ufał ekspertom od implantów. Tak czy owak jest już martwy. A ty, moja droga, ciesz się, bo spełniło się twoje pragnienie. Jesteś w domu. Że wygląda troszkę inaczej, niż za czasów nadobnej Aliny?  Cóż, nie można mieć wszystkiego.- nacisnął jakiś przycisk na biurku - Aha! – zawołał, kiedy strażnicy pojawili się w drzwiach, by mnie wywlec – Nie spodziewaj się, że możesz ode mnie uciec. Gdziekolwiek się udasz, mój implant ściągnie cię z powrotem, gdy tylko znajdziesz się w tunelu. W twoim przypadku wszystkie drogi prowadzą na Ziemię.

Szarpnęłam się, chcąc skoczyć mu do gardła. W tym stanie ducha morderstwo byłoby dla mnie pestką. Niestety nie mogłam się wydrzeć dwóm rosłym gorylom, z których każdy ważył dwukrotnie więcej niż ja.

- Ty kupa amerykańskiego gówna!!! – wrzasnęłam, nadeptując na stopę jednemu z moich pogromców i waląc łokciem drugiego – Łżesz jak pies! Zabiję…

Uspokoiłam się dopiero, kiedy dostałam po buzi. Mimo to zdołałam jeszcze stłuc kopniakiem gipsową kopię Wenus z Milo, stojącą przy drzwiach.

 

 

                                               XXX

 

O Boże. Kim ja jestem? Skąd się tu wzięłam? Przecież to niemożliwe, by zaprogramować człowieka jak komputer. Niemożliwe? A skąd mam wiedzieć, co będzie możliwe za setki lat?

Kuliłam się na podłodze maleńkiego pustego pomieszczenia, które wyglądało jak cela śmierci, do której ktoś zapomniał wstawić krzesło elektryczne. Imperator nie miał widocznie zamiaru mnie rozpieszczać. Miałam to w dupie. Co znaczy odrobina niewygody? Nic.

Próbowałam sobie wmawiać, że to sen, albo że Aleksander ma powód by mnie okłamywać. Niestety mój mózg, chociaż wywrócony na nice, nie został przecież amputowany. Mogłam myśleć, ale rezultaty tego myślenia nie wprawiały mnie w zachwyt.

Jak to jest ze mną? Postanowiłam się na razie nie zastanawiać, bo groziło to potężną szajbą. Jedno jest pewne. Wystawiłam buntowników na strzał i nic nie mogłam na to poradzić.

Leżałam na lodowatej żelaznej podłodze i chciałam wrzeszczeć, kopać i szarpać zębami. Ukręcenie łba Imperatorowi było na razie niewykonalne, więc zaczęłam płakać. Nie mogłam się powstrzymać. Co ze mną będzie, jeśli to wszystko prawda? Jeśli mój świat istniał tylko w mojej głowie? Było tylko jedno logiczne rozwiązanie. Boże. Mimo wątpliwości natury egzystencjalnej, ciągle nie chciałam umierać.

Z nadmiaru wrażeń musiałam przysnąć. Przebudzenie było gorsze niż wszystko, co mnie dotychczas spotkało.

- Wstawaj! – do celi wpadło kilku uzbrojonych po zęby żołnierzy w mundurach. Dopiero teraz uświadomiłam sobie, że to, co brałam za uniform faszystów, było zmodyfikowanym wdziankiem amerykańskiej armii. Jezuniu, a zawsze tak oczerniali Rusków.

- Co…

Nie zdążyłam dokończyć. Pojęcia dotąd nie miałam, jak boli kopniak w żebra zadany wojskowym buciorem.

- Nie kop jej, idioto! – ujął się za mną inny – Chcesz ją wlec? Potem sobie ulżysz, teraz nie ma czasu na zabawę.

O kurwa. Miałam nadzieję, że oto zawodzi moja znajomość angielskiego i że ci mili chłopcy wcale nie mają na myśli tego, o czym ja myślę.

Niestety nie wyglądało to dobrze. Skulona z bólu, który rozrywał mi bok, musiałam prawie biec, by za nimi nadążyć. Raz przystanęłam dla złapania oddechu, co okazało się dużym błędem. Chyba nigdy w życiu – obojętne, tym czy tamtym – nikt mnie nie uderzył, ale teraz przechodziłam przyśpieszony kurs bycia ofiarą. Zanim dotarliśmy do miejsca przeznaczenia, dzielni chłopcy zdążyli dokładnie przefasować mi twarz. Miało to jedną dobrą stronę. W oczywisty sposób zamierzali rozwiązać za mnie konflikt osobowości.

- Kto to jest? – zaciekawił się jakiś oficer, kiedy mijaliśmy kolejny punkt kontrolny.

- Mamy rozkaz neutralizacji – wyjaśnił ten leniwy, który wolał, bym szła o własnych siłach -  Zdekonspirowany szpieg. Płotka.

Gdybym była zdolna myśleć, to może bym się bała. Na szczęście lub nieszczęście mój mózg rejestrował już tylko ból.

Mimo to zaczęłam wrzeszczeć, kiedy zrozumiałam na czym polega „neutralizacja”. To było krematorium. Ogromne piece pracowały pełną parą, a na taśmach wciąż pojawiały się nowe zwłoki, czekające na swoja kolejkę.

- Co wy mi tu, kurwa, przyprowadziliście? – rozdarła się kobieta w średnim wieku wystrojona w workowaty fartuch z napisem „ Nieświęta Inkwizycja”. – Myślisz, że mało mam roboty ze zdechlakami? Mam dla odmiany smażyć żywych? Popieprzyło cię do cna, Harry?

- Ingrid, kochanie, za dwadzieścia minut zaczyna się mecz koszykówki, a jutro wyruszam na wojnę z tymi cholernymi robotami. Nie mam pojęcia, co za dureń wymyślił sobie, że maszyny to przyszłość ludzkości. Ralf, ucisz tę sukę, zanim jej wrzask ściągnie tu kogoś nieproszonego, bo będziemy musieli wlec ją do kapitana i się spóźnię. Te papierzyska…

Ktoś walnął mnie w głowę.

 

 

                                               XXX

 

- Jak chcesz żyć, to wstawaj! – twarz Ingrid, zwariowanej baby od pieców, jawiła mi się w otoczeniu gęstej białej mgiełki. Bolała mnie głowa i nie bardzo wiedziałam, co się właściwie dzieje. Tylko na filmach akcji bohater dostaje w łeb żelaznym drągiem, a potem nawet nie ma guza. Ja guza miałam. I parę innych rzeczy też.

- Słuchaj, wykazuję mnóstwo dobrej woli i głupoty, nie każ mi ginąć na próżno!

- Co…

- Nie mamy całego dnia! Żołnierze  szybko się zorientują! Niemal słyszę wycie syren alarmowych! –  ja nie słyszałam nic, poza waleniem bębnów w mojej głowie – No, już! Wstań!

Spróbowałam, ale nie było to łatwe.

- Chodź! – Ingrid podparła mnie i jakoś stanęłam na nogi – Nie pozwolimy ci umrzeć, Nimianne, nawet jeśli została z ciebie tylko poszewka. Niestety możliwości Bractwa bardzo ostatnio spadły. Nie mogę ci zagwarantować bezpiecznej podróży ani tym bardziej miękkiego lądowania. Ale tutaj czeka cię pewna śmierć, bo Aleksander nie może znieść twojego widoku i na nic mu się już nie przydasz. Tu masz urządzenie, które zakłóci działanie implantu – wcisnęła mi w garść malutkie czarne pudełko – A tu klucz uruchamiający Tytana. Coś jak centralny zamek, od razu się zorientujesz, który jest twój. Zakłócasz będzie działał najwyżej szesnaście godzin. Potem musisz znaleźć kogoś, kto usunie implant. Byle nie Nick, bo to on cię wystawił. Aha! Tunel w bazie Imperium zaprowadzi cię na którąś z planet Ligi. Tytan jest wyposażony w GPS, nie da się zabłądzić.  Pojęcia nie mam, jakie przeszkody napotkasz, ale mam nadzieję, że Aleksander nie dał rady zabić twego niezłomnego ducha.

- O czym ty…

- Nie czas na dyskusje! Właź!

Zanim się zorientowałam, byłam wewnątrz pieca. „Dziki tunel!” – zdołałam pomyśleć, zanim otoczył mnie zimny mrok.

 To było jak lot portalem magicznym na filmach o Merlinie. Niestety w przeciwieństwie do wielkiego maga nie wiedziałam gdzie, i czy w ogóle wyląduję. No i co ja wiedziałam o prowadzeniu robota bojowego? Chłopcy z bazy wyjawili mi, iż można kierować nim za pomocą implantu wszczepionego w ciało. Ja miałam jeden, obawiałam się jednak, że zgoła nie taki, o jaki chodziło. Głowa pękała mi z bólu.

Krótki błysk i byłam w wielkiej hali pełnej ogromnych, przerażających maszyn. Zmagazynowana śmierć. Ścisnęłam skronie rękami. Boże, muszę jakoś się przemóc, inaczej za chwilę zemdleję. Zbierało mi się na wymioty, a w żyłach zamiast krwi tętnił chyba płynny strach.

- Nim! Tu jestem!

Omal nie umarłam z przerażenia. Między potężnymi „łapami” Tytana coś się poruszyło. Istota nie większa od psa, z ogromną głowa i wyłupiastymi oczami. Śmieszny, mały karzełek.

- Kim jesteś? – przed oczami latały mi czarne płatki, miałam wrażenie, że ślepnę.

Karzełek zmarszczył twarz w dziwacznym grymasie.

- Co on z tobą zrobił, Nim? Ingrid ostrzegła, ale… Naprawdę nic…?

Wolno pokręciłam głową.

- Chodź! To ten! – wskazał na olbrzymiego robota przy wejściu – Nie jest to najnowszy model, ale klucze są tak dobrze strzeżone, ze i tak zakrawa to na cud. Właź i módl się do swoich bogów, o ile jakichś znasz. Jaką lubisz muzykę?

- Co?

- Muzykę. Każdy ma ulubioną, przy której dobrze mu się pracuje.

- Nirvana. Iron Maiden. Cokolwiek.

- Załatwione. Chwilę to potrwa, ale…

- Zaczekaj! – zawołałam, kiedy zaczął się pośpiesznie oddalać – Dlaczego wy…?

- Niektórzy walczą dla pieniędzy, niektórzy z nienawiści, jeszcze inni dla idei. A niektórzy byli gotowi na wszystko dla Nimianne. Jedna rada – wybierz właściwy tunel i nie patrz za siebie. W sumie to dwie rady. Obie dobre.



Góra ukradzionych wspomnień

-. Idą. Pośpiesz się, Nim!

Wspięłam się do maleńkiej kabiny. O dziwo, panel sterowania nie był skomplikowany, w dodatku wszędzie zamieszczono objaśnienia. Zabijanie musi być proste, bo, mimo wszystko, mordercy nieczęsto są geniuszami. Wetknęłam kartę w szczelinę podpisaną „key”. Maszyna drgnęła, a ja omal nie posikałam się ze strachu. Wojna, zabijanie – to chyba mnie przerastało. Ale nawet szczur walczy, kiedy nie ma dokąd uciec.

Ujęłam drążek kierownicy i zaczęłam zabawę. Żałowałam teraz, że zawsze jak ognia unikałam wszelkich gier komputerowych.

Pchnęłam wajchę w przód i mój wielki wierzchowiec zdruzgotał ścianę jakby była z papieru. Zaryczały syreny, wokół zaroiło się od ludzi w mundurach Imperium. Dotarło do mnie, ze właśnie zapieprzyłam Tytana ze strzeżonej bazy. Teraz naprawdę nie było odwrotu. Pomyślałam o wszystkich ludziach, którzy zorganizowali mój występ. Nie obejrzą go już, nie łudziłam się, ale nie miało to znaczenia. I tak dam z siebie wszystko.

Coś z łoskotem uderzyło w mego rumaka. „Strzelają do mnie!” – pomyślałam. Miałam nadzieję, że zanim oprzytomnieją, zdążę dostać się do węzła komunikacyjnego i otworzyć sobie tunel na którąś ze zbuntowanych planet. Nie miałam pojęcia jak to zrobić ani czy rebelianci nie każą mnie zgładzić, ale o to postanowiłam się zatroszczyć we właściwym czasie.

Nacisnęłam guzik z napisem „RAKIETY”. Gdzieś daleko baza wybuchła ogniem. Wstrząs rzucił mną jak lalką, w głowie boleśnie chrupnęło. „Budynek z kopułą” – powtarzałam niczym jakąś zwariowaną mantrę, pomna wskazówek Ingrid.

W następnej sekundzie serce uciekło mi w pięty, kiedy zobaczyłam jak zbliżają się do mnie dwaj Tytani. Skuliłam się w oczekiwaniu ataku rakietowego, który zrobi z nas mokrą plamę. Zamiast tego w głośnikach wybuchł naraz głos Kurta Cobaina. To mały gremlin spełnił obietnicę. Równocześnie rozbłysły ekrany komputerów, dotąd martwe jak moja stara osobowość. Ujrzałam na nich mnóstwo ciekawych rzeczy, takich jak zielony napis „Centrum Komunikacji” wraz z opisem trasy, którą muszę przebyć.

Wokół mnie zagwizdały pociski. Rycząc  wraz z Kurtem „take your time, hurry up, choice is yours, don’t be late”, pchnęłam drążek maksymalnie do przodu. Zderzenie było straszne, na chwilę przestałam cokolwiek widzieć i słyszeć, ale mój przeciwnik runął z przeraźliwym hukiem a ja wciąż pędziłam do przodu. Kurt Cobain pytał swoją dziewczynę, gdzie spała poprzedniej nocy, a ja wiałam aż się kurzyło. Zaczynałam być dobrej myśli. Nagle głośniki zacharczały i muzyka umilkła. Przeraźliwy ryk bólu zmroził mi w żyłach tę resztkę krwi, która jeszcze tam była. Imperium dorwało szlachetnie głupiego buntownika.

- Moja naiwna Nimianne! Nigdy ci się nie uda! Nawet jeśli otworzysz sobie tunel, nie dotrzesz nim na żadną z planet opanowanych przez buntowników. Jest niedrożny! Najwyżej wdepniesz w gówno, o jakim ci się nie śniło. Poddaj się, to może okażemy ci łaskę…

„Wal się” -  pomyślałam. Jacyś głupcy zajechali mi drogę pojazdem przypominającym czołg.  Długą chwilę nie mogłam się zdobyć na pierwszy strzał. Nie miałam instynktu zabójcy. Niestety wyboru też nie. Nacisnęłam wyzwalacz pocisków. Tytan plunął ogniem, czołg utonął w błyskach, ale mój atak nie wyrządził mu widocznych szkód. Za to kiedy oni wypalili z działa, omal nie wybiłam sobie zębów o drążek. W tym samym momencie robot zgniótł pojazd jak pluskwę, samym tylko ciężarem. Jezu, to naprawdę była niezniszczalna broń.

Drugi Tytan następował mi na pięty, ale wciąż dzielił nas spory dystans. Dziwiłam się, czemu nie użyje rakiet i nie zakończy tej zabawy w łapanego. Czyżby Imperator żywił jeszcze jakiś sentyment dla nieboszczki Nimianne? Wątpliwe.

Zerknęłam na ekran monitora i zaklęłam. Za moimi plecami zbierała się armia. Zapomniałam, że oni nie muszą, jak ja, osobiście nadstawiać karku. O Chryste, a jak nie zdążę? Co wtedy? Autodestrukcja czy neutralizacja?

Wejście do tunelu było już w zasięgu strzału, niestety nie chodziło o to, by doń strzelać. Zbierało mi się na mdłości, zarówno od uderzenia w głowę, jak i ze strachu. Byle tylko zachować przytomność…

Mój rumak miażdżył tymczasem mniejsze pojazdy razem z uwięzionymi w środku pasażerami. Wyglądało na to, że jednak dam radę. Sterowałam Tytanem, jakbym robiła to od lat. Niestety kiedy niemal docierałam do kopulastej budowli, przede mną wyrósł mur potężnych robotów. Znalazłam się w potrzasku. Zamiast jednak mdleć ze strachu, poczułam przypływ wściekłości. Nie dam się wziąć żywcem, powiem to, co Cambronne, a potem jeszcze parę innych rzeczy! Zrobiłam nagły unik, a potem posłałam serię w najbliższego kolosa. Skutek był, rzecz jasna, żaden. Kątem oka dostrzegłam na tablicy guzik z napisem „LASER”. To było to. Wcisnęłam go bez wahania. Mój przeciwnik stanął w ogniu, a tablica rozjarzyła się czerwonym blaskiem sygnalizującym, że przeginam i niedługo mogę tego pożałować. Zaklęłam z furią. Skoro wymyślają broń, powinna być niezawodna!

- Nim, to twoja ostatnia szansa! Za chwilę każę użyć rakiet. Wypróbowałaś już do czego są zdolne, więc nie bądź głupia!

- A gówno! – ryknęłam zgodnie z wcześniejszą obietnicą – Mam nadzieję, że Drago ci dokopie, ty zasrańcu!

Tuż za moim ogonem ziemia stęknęła od wielkiej eksplozji. Kurwa, oni rzeczywiście mieli zamiar mnie zneutralizować!

W następnej sekundzie zostałam otoczona i po raz ostatni wezwana do złożenia broni. Musiałam się zatrzymać. Wyglądało na to, że mimo poświęcenia przyjaciół z poprzedniego  wcielenia, zakończę tu swoją wielką misję.

Następne sekundy należały do najdziwniejszych i najbardziej poruszających w moim życiu.

- Naprzód, dziewczyno! Ten gnój nie zasługuje na to, żeby cię pokonać!!! – krzyknął jakiś młody głos. Jednocześnie w ścianie Tytanów utworzyła się szczelina. Jedna z maszyn plunęła ogniem, torując mi drogę do węzła i wolności.

- Niech żyje Nimianne i Liga Pojednania!

- Zabijcie tego durnia! Nimianne, jeżeli wejdziesz w tunel…

Tytan zdruzgotał wrota zamykające wejście do węzła i mego zbawienia.

- Implant sprowadzi cię z powrotem na Ziemię! – ryczał Aleksander, kiedy ustawiałam się na wielkiej platformie. Nie miałam czasu się zastanawiać, skąd właściwie wiem, co robić.

Za pomocą stalowej dłoni robota pociągnęłam za wajchę wystającą ze ściany i weszłam w tunel. Głośniki umilkły, a ja mogłam pozwolić sobie na łzy.

 

 

 

                                               XXX

 

 

Cisza, która panowała w miejscu, do którego przypadkowo zaniosło mnie i mego wiernego sprzymierzeńca, niosła jakąś niesprecyzowaną groźbę. Mimo to postanowiłam opuścić bezpieczne schronienie Tytana Przez moment miałam wątpliwości co do atmosfery, wątpliwości zupełnie naturalne u istoty z XXI wieku. Gdybym była sobą, czy może właśnie nie, wiedziałabym, że wszystkie ciała niebieskie, na których istnieje życie, muszą mieć atmosferę zbliżoną do naszej. Inaczej nici z rozwoju organizmów i tak dalej. Pytanie tylko, czy trafiłam na zamieszkałą czy też „bezkosmitną” część świata.

Wszystko wskazywało na to, że planeta nadaje się do kolonizacji. Wszystko też przemawiało za tym, że owej kolonizacji tu nie przeprowadzono. Mogłabym się długo zastanawiać dlaczego, ale nie byłam w stanie. Moja głowa nadawała się w tej chwili wyłącznie do wymiany. Żołądek zresztą także.

Bojowy robot wyglądał w tym otoczeniu jak gigantyczny robal czyhający na ofiarę, ale mnie wydawał się piękny. Nic to, że niedawna potyczka trochę powgniatała go tu i ówdzie i zdarła większość farby z pancerza. Ta maszyna stała mi się nagle bliższa niż wielu ludzi.

Krajobraz przypominał nieco Hermesa, ale nad pustynią świeciło inne słońce. Jego mdły, zielonkawy blask nie dawał poczucia bezpieczeństwa, jakie ludzie bezwiednie czerpią ze słonecznych promieni. Wszystko tu zdawało się gnić, nawet piasek pod stopami.

Postanowiłam wdrapać się na wzgórze i rozejrzeć. Jak, do cholery, miałam się stąd wydostać? Czyżby Aleksander miał jednak rację?

Po paru krokach stało się jasne, że albo odpocznę dobrowolnie, albo po prostu padnę. Usiadłam na jakimś żółtawym kamieniu i zadumałam się nad swoim losem. Po chwili dały o sobie znać głód i pragnienie, dwaj wrogowie, przeciw którym nie mógł mi pomóc nawet Tytan. Nie jadłam od kilkunastu godzin. Nie robiłam też innych rzeczy zgodnych z prawami fizjologii, które pozostawały niezmienne nawet w kosmicznej przestrzeni. Ale akurat na to miałam dosyć miejsca. Całą planetę.

Wzgórze wciąż było tam, gdzie wprzódy i kiedy w końcu wdrapałam się na szczyt, ujrzałam widok radujący serce każdego kosmicznego włóczęgi – budowlę wzniesioną niewątpliwie przez istoty inteligentne. Bałam się mieć nadzieję, ale przypominało to trochę Taj Mahal. Wskazywałoby to na obecność ludzi. Pomyślałam o moim stalowym obrońcy. Bezpieczniej byłoby po niego wrócić na wypadek, gdyby ktoś wybudował ów zamek w tym samym celu, co hinduski władca. Jak wjadę tu potężnym robotem, od razu zrobię lepsze wrażenie.

Ups!

Nie słyszałam jak nadeszła, ale stała tuz za moimi plecami. Przez chwilę nie mogłam się ruszyć, gapiłam się tylko z otwartą buzią. Jakby mi było mało wstrząsów!

Naprzeciw mnie stała… stałam… ja. A jednocześnie nie ja. Z mojej twarzy spoglądały na mnie oczy istoty, której w ogóle nie znałam, mądrej, zrównoważonej, spokojnej… lepszej? Chyba tak. O niebo lepszej.

- Nimianne? – na poły stwierdziłam, na poły zapytałam. Ból głowy stał się naraz nie do zniesienia.

Skinęła głową i uśmiechnęła się przyjaźnie. Chyba też była zdumiona, ale z pewnością nie tak jak ja. Moje poprzednie wcielenie! Jak to możliwe? Gdzie ja się w ogóle znalazłam? Mogę z nią porozmawiać? O co pytać?

Jednocześnie moje oczy rejestrowały szczegóły. Powłóczystą, czerwoną suknię. Bladą cerę. Trochę za ostry makijaż, podkrążone oczy. Albo była chora, albo wypaliła przez pomyłkę nie tego papierosa co zwykle, bo zielone oczy, za które od dzieciństwa zbierałam pochwały, lśniły podejrzanym blaskiem.

- Jak ci na imię? – dziwne uczucie, kiedy ktoś mówi do ciebie twoim własnym głosem. Jakbyś rozmawiał sam ze sobą, nie wiedząc kim jesteś.

Co miałam odpowiedzieć? Byłam Aliną i nic nie mogło tego zmienić.

- Co się stało z twoją twarzą? – pytanie zabrzmiało dziwnie obojętnie, jak gdyby zadała je z czystej grzeczności. A przecież moja fizys musiała prezentować się bardzo intrygująco, cała w różach i fioletach. Coś tu było cholernie nie tak.

- Hm… Wypadek? – spróbowałam się bardzo nieszczerze uśmiechnąć, co przy stanie moich warg nie było łatwe i zerknęłam w kierunku miejsca, gdzie zostawiłam mego stalowego przyjaciela. A potem poczułam ten zapach.

- Co tak ładnie pachnie? – w jednej chwili zapomniałam o niebezpieczeństwie. Coś drgnęło…

- Andorya. Lilia z Temporis. Bardzo rzadki gatunek. To ulubiony kwiat Sebastiana.

„…siedzieli na najwyższym ze szczytów. Słynne góry Temporis, znane z najpiękniejszych widoków i bogactwa minerałów.

- Powinieneś był zabrać to wino! Z chęcią wypiłabym łyczek!

- To wino jest na wyjątkową okazję.

- Jaką? Czy to, że lazłam za tobą na przebrzydle rozgrzaną górę, przez piach i kamienie, żeby zobaczyć więcej kamieni i piachu, nie jest warte butelki wina?

- A wyjdziesz za mnie? – wyciągnął butelkę, którą chował w plecaku odkąd opuścili Ziemię. W drugiej ręce trzymał wspaniały, jaskrawoczerwony kwiat andorii.

- Ty oszuście! – rzuciła w niego nadgryzionym jabłkiem i zaczęła się śmiać – Jakim cudem ten kwiatek wygląda tak świeżo?

- Więc jak będzie?

- Do licha, jasne że tak!…”

Niemal czułam na języku smak tamtego wina.

Nie pamiętałam nic więcej i podejrzewałam, że już sobie nie przypomnę.

- Jesteś ranna – odezwała się Nimianne – I pewnie głodna. Tamto koszmarne gmaszysko to mój dom. Zapraszam cię na obiad. Opowiesz mi, co ci się przytrafiło.

- Opowiedz mi o Sebastianie.

Przysięgam, samo mi się wyrwało!

- Jeśli pozwolisz, wolałabym wejść do środka.

Teraz sobie myślę, że musiałam dostać chwilowego zaćmienia umysłu, spowodowanego bólem i strachem. Gdybym była w pełni przytomna, od razu dałabym nogę. Bo któraś z nas musiała być cholerną podróbką. Nie ja.

Nie nosiłam przy sobie żadnej broni, nic prócz zakłócacza, który zatknęłam za gumkę od majtek. Szata wspaniałomyślnie darowana mi przez Imperium nie miała bowiem kieszeni, po moich perypetiach nabrała za to szyku, jakiego nie powstydziłby się średniowieczny dziad proszalny. Nadrabiałam miną, ale byłam bezbronna niczym niemowlę. Skutki lania zaczynały się nasilać w miarę, jak ustępowało znieczulające działanie adrenaliny. Szłam coraz wolniej i czułam się coraz gorzej.

W końcu ciężko klapnęłam na piasek.

- Nie mogę! – jęknęłam – Nie dam rady!

Nimianne odwróciła się z błyskiem w oku, który zdecydowanie mi się nie spodobał.

- To źle – powiedziała miękko – Bardzo źle.

„Sama o tym wiem, durna krowo!” – chciałam wrzasnąć, ale głos uwiązł mi w gardle.

Nagle znikły kłopoty  z samoidentyfikacją. Bardzo dbam o zęby, ale aż takie mi nie wyrosły! Może i nie byłam tak seksowna jak ona, jednak preferuję kły standardowej długości.

Wydałam z ciebie cienki pisk. Ucieczka ani walka nie miały najmniejszych szans powodzenia. Jedyne, co mogłam zrobić, to umrzeć z godnością.

- Łaaa!!! – wrzasnęłam przeraźliwie, kiedy zrobiła krok w moją stronę.

Przystanęła.

- Niedługo moim śladem przybędzie armia! – zdawałam sobie sprawę, że zabrzmiało to przeraźliwie głupio.

- Niejedna armia już tu gościła – rozmarzyła się – Ha! Łatwo przyszło, łatwo poszło.

- Stój! – ryknęłam, kiedy zrobiła następny krok. Jeszcze kilka i znajdzie się tuz obok, co nie wróżyło mi szczęśliwej przyszłości.

- Jestem przyjaciółką Sebastiana!

Źle. Twarz wampirzycy wykrzywił okropny grymas.

- To znaczy…

- Będziesz walczyć, czy od razu się poddasz?

Jeszcze czego!

- On na ciebie czeka, na planecie zwanej Aiona, czy jakoś podobnie! – w miarę jak się zbliżała, podnosiłam głos – Przysłał mnie tutaj. Patrz, mam twoją twarz! Twój głos! – dodałam na wypadek, gdyby moja obita gęba nie spełniała standardów.

Zawahała się.

- Mam cię ze sobą zabrać – kłamałam w żywe ( ? ) oczy.

- Jak chcesz to zrobić?

No właśnie? Jak?

- Mam Tytana – natchnęło mnie – Wystarczy, że otworzysz przejście!

Wampirzyca wahała się. Wyglądała w tej chwili jakoś bezradnie, jak dziecko, które chciałoby wziąć zabawkę należącą do dorosłego, ale boi się kary.

- Przecież go kochasz! – kusiłam – Chodź ze mną!

Kiedy skinęła głową, omal nie zemdlałam z ulgi.

 

                                  

                                               XXX

 

 

Dojście do maszyny wyzuło mnie z reszty sił, ale nie mogłam sobie pozwolić na słabość. Obok mnie kroczyła bowiem córa hrabiego Draculi z dziwnie oderwanym wyrazem twarzy. Dziwne, straciła impet. Musiałam powtarzać proste polecenia po kilka razy, jakby była niespełna rozumu.

Przestała też odpowiadać na pytania.

Zastanawiałam się, kim, czy też czym, jest moja Nimianne. Bo przecież nie mną. Zapach kosmicznej lilii zwrócił mi jedno króciutkie wspomnienie, ale wystarczyło, by się upewnić, że to drugie życie jednak miało miejsce. Gdzieś, kiedyś żyła sobie kobieta, której ciało opanowała Alina Ziębicka. Niby obrzydliwy pasożyt zapełniła jej mózg swoimi marnymi, pospolitymi wspomnieniami.

Dotarłyśmy w końcu do Tytana. Cierpliwy, kochany brzydal. Jak już uratuję Ligę Buntowników i cały wszechświat, to oddam go do międzygalaktycznego muzeum. A co! Zasłużył sobie.

Nimianne usiadła obok mnie i w sterówce zrobiło się naprawdę ciasno. Właściwie mogłam ją zniszczyć, kiedy znalazłam się wewnątrz maszyny. Szczerze mówiąc, miałam na to olbrzymią ochotę, ale kto by mi wtedy otworzył tunel?

Skierowałam robota w stronę kosmicznego Taj Mahal i w tym momencie zdałam sobie sprawę z dwóch rzeczy. Jako chyba jedyna osoba w kosmosie używałam Tytana bardziej jako taksówki niż broni. I bardzo piekły mnie twarz i ramiona. Spojrzawszy na dłoń stwierdziłam z przestrachem, że jest czerwona jak buraczek.

- To słońce – wyjaśniła Nimianne – Przybysze zawsze tak reagują. Jest silnie rakotwórcze. I psuje smak.

Nie odważyłam się skomentować.

Manewrowałam robotem, starając się zmieścić w bramie pałacu, co wcale nie było łatwe, ale nie wiedziałam, jak moja ostra przyjaciółka  zareaguje na burzenie ścian. Była blisko, wystarczyłoby się schylić. I po zawodach.

A potem zaczęło się dziać mnóstwo rzeczy.

Kiedy tylko przekroczyłyśmy bramy tego wątpliwego raju, zobaczyłam hałdy kości spoczywające we wszystkich kątach. Poza śladami uczt nie było tu nic, co mogło kojarzyć się z tradycyjnym, ziemskim pałacem. Ogromna, pusta przestrzeń.

Nimianne w końcu zrobiła to, czego się po niej spodziewałam. Skoczyła mi do gardła.

Paniczny strach dodał mi sił. Od dłuższej chwili ściskałam w ręce jedyną broń, jaką udało mi się tu znaleźć – spory kamień. Zrobiłam potężny zamach i walnęłam prosto w wyszczerzone kły. To ją na chwilę zamroczyło. Starczyło czasu akurat na wypchniecie dziwki na zewnątrz.

A potem wdusiłam guzik „RAKIETY” z taką siłą, że złamałam paznokieć.       

  

 

  

                                               XXX

 

 

Twarz i głowa nadal bolały jak cholera a na ramionach miałam czarno – fioletowe siniaki, ale nie było ani śladu oparzelizny. Może i zastanawiałabym się nad tym nieco dłużej, ale jak zwykle lądowanie okazało się twarde.

Pierwszy raz widziałam kosmiczna bitwę i zaiste, było na co popatrzeć.

Armie robotów ścierały się na ogromnej, pustej przestrzeni, walcząc zaciekle o każdy skrawek ziemi, jakby to były co najmniej złotonośne działki.  W pewnej odległości od rozszalałych kolosów kłębiły się jednostki opancerzone, prowadząc intensywną wymianę ognia. Jakim sposobem odróżniali swoich od wrogów, pozostawało dla mnie tajemnicą. Kto go tam zresztą wie, czy odróżniali.

Postanowiłam natychmiast dokonać taktycznego odwrotu. Ostatnie wydarzenia „osłabiły mojego ducha”, tak że miał już tylko ochotę spieprzać gdzie kosmici zimują. Niestety w tej chwili zapiszczał mój zakłócacz. Czas zabawy się kończył. Według elektronicznego czasomierza zostało mi jeszcze piętnaście minut. Wprawdzie bohaterom filmów sensacyjnych zawsze udaje się ocalić świat w ostatniej sekundzie, ale miałam małe szanse, by powielić ten schemat. Najprędzej zostanę zabita w czasie potyczki, nie wiedząc kto i o co tu walczy. Już taki, kurwa, mój los.

W następnej chwili, jakby na potwierdzenie tej tezy, mój żelazny przyjaciel zatrzeszczał w szwach od wybuchu pocisku. Byłam już wprawiona, wiedziałam, że to nic takiego. Ale tym razem srodze się omyliłam. Chociaż wydawało się to niemożliwe, Tytan stanął w płomieniach. Mając do wyboru – krematorium czy Aleksander – zdecydowanie wolałam tego ostatniego. Ewakuowałam się jak mogłam najprędzej, ale i tak poparzyłam ramiona i stopy.

Mimo że wprost wyłam z bólu, próbowałam odpełznąć w mrok, poza zasięg ognia. Nie zdążyłam. Obok płonącej maszyny z wizgiem zatrzymał się szeroki, pokraczny pojazd. Znów dałam się złapać jak głupia.

 

 

 

                                               XXX

 

 

Przez dwadzieścia cztery lata żyłam nie wiedząc, co to prawdziwy ból. Niektórzy szczęściarze dociągają do setki i umierają, nic nie wiedząc o fizycznym cierpieniu. Ale, oczywiście, nie ja.

Kilka dni byłam chyba wyłączona  z gry i o mały włos odpadłabym na dobre, ale to by było zbyt proste. Zgadnijcie kogo zobaczyłam, kiedy odzyskałam świadomość? Mojego kochanego, złotego, najśliczniejszego androida, jaki kiedykolwiek zaszczycił swoją obecnością kosmiczne przestrzenie.

- To naprawdę ty? – upewniłam się słabym głosem.

- Naprawdę on! – ten głos też poznałam. I nie mogę powiedzieć, że brzmiał niemile. Wręcz przeciwnie.

- Omal nie przeniosłaś się na czyjeś tam łono – Drago pojawił się w polu widzenia – Ku naszemu niewymownemu żalowi, rzecz jasna.

- Więc jak to się stało, że dotąd jestem z wami na waszym…hm… łonie? – wysiliłam się na sarkazm, chociaż nie miałam na to dość energii . Gdybym była w formie, pewnie dłużej porozmawialibyśmy w tym duchu.

- Szczerze mówiąc zawdzięczasz to majtkom, uszytym na specjalne zamówienie, by mogły udawać te produkowane w XX wieku. Były tak mocne, że jakimś cudem nie zgubiłaś nadajnika, który Ingrid wmontowała w zakłócacz.

- Ale to nie tłumaczy wcale, skąd się tu wzięłam. Majtki mnie tu nie przeniosły.

- Było wielce prawdopodobne, że gdy wejdziesz w tunel w jednej z baz Imperium, w końcu trafisz za wojskiem na Aionę, bądź do której z siedzib buntowników. To znaczy na pole bitwy. Pozostawało  mieć nadzieję, że nie zginiesz, zanim cię zlokalizujemy. Wyobraź sobie, że przebyliśmy tunel w ostatniej sekundzie działania zakłócacza.

No tak.

- A… - z wysiłkiem poprawiłam się na kosmicznie twardej poduszce – te wszystkie dziwne przygody?

- Masz na myśli Morannę? To dziecko Aleksandra. Program komputerowy. Miała być niezawodną bronią, ale wymknęła się spod kontroli i teraz jest wrzodem na dupach wszystkich ras. Niektóre z tuneli prowadzą donikąd, prosto w wirtualną rzeczywistość. Moranna jest piekielnie skuteczna. Żaden mężczyzna i większość kosmitów nie potrafi się jej oprzeć. Miałaś sporo szczęścia.

- Wybacz, ale nie całuję mego odbicia za każdym razem kiedy zaglądam w lustro! – Zirytowałam się. Za kogo on mnie uważa? Tak się składa, że oglądałam „Matrixa” i dzięki temu nie musiałam pytać, co to jest „wirtualna rzeczywistość” i czym różni się od tej zwykłej.

- Nick był zdrajcą – przypomniałam sobie rewelacje Ingrid – A tak skurwiela lubiłam.

- Ja też – nie wydawał się poruszony informacją, która była, moim zdaniem, dość istotna.

- I co?

- Nic. Już go nie ma.

Znaczy, rewelacja się przeterminowała.

- Wiesz co? Naprawdę cię polubiłem – wyznał z odcieniem zdumienia – Nie jesteś moją narzeczoną i nic mi jej już nie zwróci. Ale …

- Jeśli masz coś niemiłego do powiedzenia, to mów – chciałam wzruszyć ramionami, ale było to niewykonalne. Dobrze, że chociaż nie czułam bólu. Właściwie to nic nie czułam.

- Chodzi o implant – wyjaśnił krótko. Zerknęłam na Ikara, ale gapił się w ścianę z głupkowatą miną, jak zawsze, kiedy nie zwracano się bezpośrednio do niego.

- On…

- Nie kręć! – ostatnie przeżycia dobrze zrobiły mi na odwagę.

- Dobrze, powiem ci wszystko. Jest genialny. Rejestruje wszystko co widzisz i słyszysz i wysyła do komputerów Imperium. Siedzi  głęboko. Bardzo.

Pojęłam w mig. Albo mnie zabiją, albo spróbują go wyciągnąć, albo wsadzą w tunel i poślą do Aleksandra. Rzeczywiście, genialny mat.

- Po co przyszedłeś? Spytać, czy mam ochotę wrócić na Ziemię, planetę…no właśnie, czyją? Bo trudno ich nazwać ludźmi. Kim właściwie jest ten Aleksander? I jakim sposobem dochrapał się takiego tytułu?

- Tytuł jest dla Obcych. Oficjalnie jest prezydentem Imperium. Mają senat, sądy i cały cyrk egzystuje jak za dawnych, dobrych czasów. A Aleks pociąga za sznurki.

- Nie wrócę tam – zdecydowałam – Nie dam mu satysfakcji.

Drago skinął głową.

- Jakie mam szanse? Tylko szczerze, proszę.

- Jedną na sto.

- Marnie, prawda? – zbierało mi się na płacz – Powiedz chociaż, że wojna idzie dobrze.

- Mamy mniej więcej takie szanse, jak ty. Chyba że Darvani, Skergowie i…

- Wybacz, w tej chwili mam to gdzieś.

- Wybaczam. Może…

Zachichotałam, chociaż łzy ciekły mi po skroniach i wsiąkały we włosy.

- Chcesz mi jednak zaproponować ostatni posiłek skazańca? Musiałbyś przynieść rurkę. A teraz idźcie już, chcę zostać sama.

 

 

XXX

 

 

I jestem sama. A niedługo, o świcie – o ile można w tym piekle liczyć na jakiś świt – „znajdę się w bezkresach ponad wami i poza wami”. Nigdy bym nie podejrzewała, że profesor Lind czytuje „Wichrowe Wzgórza”.

 

 

                       

                                              

 

 

  

                                  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

           

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 Autor: Carlin Leander
 Data publikacji: 2007-02-14
 Ocena redakcji:   
 Ocena użytkowników:

 Zobacz inne utwory autora »
 Skomentuj »


 KOMENTARZE
Ułóż od najnowszych ↑

 Czyta się bardzo dobrze
Trochę raptowny koniec. W ogóle miejscami fabuła jest jakoś tak po macoszemu potraktowana. Opowiadanie zasługuje chyba na nieco większą długość, głębię i parę dodatkowych detali.

Co do stylu - bardzo ciekawy. Dość niewiele błędów (chociaż osobiście nie przepadam za wulgaryzmami). Czyta się doskonale, z zaciekawieniem. Ciekawy pomysł ze zmianą perspektywy - na początku to jest zupełnie inne opowiadanie niż na końcu. Fajne. Ale informacji jakoś za mało, trochę za płytki i za mało logiczny ten świat.

No i ta końcówka... Może coś jeszcze dopiszesz?
Autor: Whitefire


« Powrót



Nasi użytkownicy napisali 76935 wiadomości na forum oraz dodali 441 publikacji.
Zapisało się nas już 1930

Ostatnio do paczki dołączył Tregis-kowal

 
Po stronie kręci się 3 osób: 0 zarejestrowany, 0 ukrytych, 3 gości.
 


       Dział Literatury:

   •   Recenzje Fantastyki
   •   Autorzy Fantastyki
   •   Artykuły
   •   Poczytaj fantasy
   •   Poczytaj SF
   •   Poczytaj różne
   •   Cała proza
   •   Poezja
   •   Fan fiction
   •   Publikuj własne dzieło »

Myśl

Słowo życzliwe zawsze znajdzie dobrą glebę.

  - Jeremias Gotthelf
  
Strona główna | Mapa serwisu | Wersja tekstowa | O stronie | Podziękowania
Sponsoruj mythai.info | Informacje o prawach autorskich | Kontakt

© 2004 - 2016 Mariusz Moryl

Ten serwis wykorzystuje pliki cookie w celu ułatwienia identyfikacji użytkownika.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia.
 
zamknij
Masz nowych listów.