Prolog
Kapitan Ian Vascetto szedł wolno chodnikiem na stacji gwiezdnej nad Nową Ziemią. Stacja była przystosowana do celów turystycznych, tak więc w krótkim czasie stała się centrum rozrywki i nielegalnego handlu. Idealne miejsce dla kogoś pragnącego robić interesy bez świadków. Ian był wysokim mężczyzną o długich czarnych włosach. Ubrany był w czarno-zielony mundur z wygrawerowaną nazwą statku- „Ontario”. Trzymając ręce w kieszeniach rozglądał się uważnie acz bez większego zainteresowania otoczeniu. W końcu ujrzał swój cel. Nad wejściem do jednego z budynków wisiał ogromny szyld z nazwą miejsca, w którym był umówiony. „Astra” gwarantowała dyskrecję i pełną „obsługę” klientów. Vascetto sprawdził, czy pistolet gazowy łatwo wychodzi z kabury i wolnym ruchem otworzył drzwi. Wewnątrz było gwarno. Wszędzie rozbrzmiewały rozmowy i pijackie śmiechy, kelnerki uwijały się z zamówieniami. Kapitan rozejrzał się po obszernej sali. Kilka osób grało w karty, niewielka grupa siedziała cicho przy stoliku paląc fajki, wszyscy pili alkohol- czuć było odór taniego piwa. Nigdzie jednak nie mógł dostrzec osoby, z którą miał się spotkać. Podszedł do barmana wycierającego szklanki. Ten, widząc go, szybko skinął mu głową i wskazał drzwi po lewej stronie. Ian ruszył w tamtą stronę i rozglądają się uważnie, wszedł do środka.
***
Postać w czarnym płaszczu odwróciła wzrok znad swojego kufla i patrzyła na kapitana. Wiedziała po co i do kogo przybył. Widząc, jak wchodzi do pomieszczenia za ladą, uśmiechnęła się. Wystarczyło teraz poczekać, aż kapitan załatwi to co miał załatwić i ruszyć za nim jasno oświetlonymi uliczkami stacji.
***
- Spóźniłeś się- powiedział mężczyzna siedzący na krześle. Ian mruknął cos niezrozumiale i usiadł naprzeciw niego. Oprócz dwóch krzeseł w pokoju znajdował się tylko niewielki stolik rozdzielający obu rozmówców. Siegmar, przemytnik i przestępca poszukiwany w czterech systemach słonecznych uśmiechnął się z zadowoleniem. Od dwóch lat robił interesy z kapitanem „Ontario” i nigdy jeszcze się nie zawiódł.
- Mam towar do dostarczenia na Kalathan.
- Ile?- spytał rzeczowo Vascetto.
- Dwadzieścia skrzyń. Płacimy dziesięć tysięcy kredytów z góry i kolejne pięć na miejscu.
Ian wolno pokręcił głową.
- Za mało. Patrole Sił Gwiezdnych Korporacji Handlowej wzmagają się i są coraz bardziej skrupulatne. Nie mogę narażać załogi. Poza tym, zawód kuriera nie jest tak mało opłacalnym.
- Jaka jest twoja cena?- spytał po chwili namysłu Siegmar.
- Dwadzieścia tysięcy teraz, dziesięć na miejscu.
- Ostro się targujesz. Nie zapominaj jednak, że nie jestem tu sam.
Z cienia za przemytnikiem wyszło nagle dwóch jego goryli, każdy z blasterem w ręku. Ian oparł ręce na stole i przybliżył swą twarz do twarzy rozmówcy.
- Nie zapominaj, że likwidując mnie stracisz zaufanego kuriera.
Siegmar uśmiechnął się.
- I to mi się w tobie podoba. Niech i tak będzie. Przystaję na twoje warunki- podał kapitanowi kartę pieniężną. Vascetto sprawdził ja szybko.- Nie próbuj mnie wykiwać. Wiem, gdzie cię znaleźć.
- Znasz mnie- odparł Ian i wyszedł z pokoju. Przemytnik zaczekał, aż drzwi się za nim zamknął i dał swoim ochroniarzom niemy sygnał ręką. Ci spojrzeli po sobie i wyszli bezszelestnie. Siegmar westchnął. Po dwóch latach współpracy wciąż nie miał do niego zaufania.
***
Postać w czarnym płaszczu spojrzała sponad swojego kufla na wychodzącego kapitana. Odczekała chwilę i zobaczyła to, czego się spodziewała- dwóch wysokich i umięśnionych mężczyzn ruszyło za celem. Wyraźnie było widać wypukłości pod kombinezonami w miejscu, gdzie schowane były blastery. Poruszali się cicho- z pewnością byli zawodowcami. Postać w płaszczu odczekała chwilę po ich wyjściu, dopiła piwo i wyszła z klubu, wtapiając się w tłum.
***
Powoli zbliżał się wieczór. Na stacji zabawa zaczynała się na dobre dopiero nocą, jednak Ian nie miał czasu na myślenie o tym. Musiał jak najszybciej dotrze na „Ontario” i ostrzec załogę przed niebezpieczeństwem. Siegmar cos podejrzewał i to napawało go niepokojem. Jutro rano, tuż po załadowaniu skrzyń na statek, zakończą tą kłopotliwą znajomość raz na zawsze. Vascetto odetchnął z ulgą na widok dużego wejścia do kosmodromu. Stamtąd czekał go już krótki spacerek do włazu „Ontario”. Na myśl o zbliżającej się rozmowie przeszły go dreszcze.
***
Ian nie mógł wiedzieć, że jest śledzony. Dwaj ochroniarze Siegmara byli zawodowcami i znali się na swoim fachu. Uchodzili za jednych z najlepszych w branży. Jednak nawet oni nie mogli wiedzieć, że są obserwowani przez człowieka w czarnym płaszczu- on był najlepszy.
***
- Witam na pokładzie, sir- powiedział Lucas, zastępca kapitana na „Ontario”.
- Zwołaj natychmiast wszystkich. Zobaczymy się w mesie- odparł krótko Ian. Lucas, nie wiedząc o co chodzi, przekazał wiadomość przez interkom. Chwilę później Vascetto patrzył na swoja załogę. Uważał, że nie mogli trafić mu się lepsi fachowcy i wielu ludzi z Konsorcjum Handlowego potwierdzało tę opinię.
- Panowie, zebrałem was wszystkich tutaj, gdyż chce z wami omówić pewną kwestię- zaczął kapitan- Dostaliśmy nowe zlecenie od Siegmara. Jutro mam zamiar zakończyć tę farsę.
Nastała chwila milczenia.
- A co jeśli dowiedzieli się o tym? Siegmar dysponuje swoją prywatną flotą, która może nas zmieść z powierzchni ziemi- rzekł Julio, mechanik.
- To niedorzeczne- odparł medyk „Ontario”, Yuan- W przestrzeni międzygwiezdnej wokół stacji szwęda się mnóstwo patroli Sił Gwiezdnych, a nawet policji z Nowej Ziemi. Siegmar nie podejmie ryzyka straty całej swej floty.
- I to zamierzam wykorzystać przeciwko niemu- rzekł Ian, uderzając pięścią w stół- Druga taka okazja może się już nigdy nie powtórzyć. Czy ktoś ma jeszcze jakieś refleksje?
- Czy zastanawiał się pan, sir, nad możliwością zagrożenia z samej stacji?- spytał Doug, nawigator.
- Co masz na myśli?
- Z tego, co pan powiedział, wywnioskowałem, że Siegmar jest zdolny do wszystkiego. Zastanawiałem się, czy mógłby wynająć przeciwko panu zabójcę.
W mesie zaległa cisza. Każdy przetrawiał to, co właśnie usłyszał.
- Nie chce mi się w to wierzyć- powiedział w końcu Lucas- Na stacji nie brakuje typów spod ciemnej gwiazdy, ale czy jest tu ktoś, kto mógłby podołać zadaniu? Na „Ontario” nie dostanie się nikt obcy, nie, jeżeli na to nie pozwolimy. Poza tym strażnicy portowi nieprzychylnie patrzą na każdego wchodzącego na teren kosmodromu i samego lotniska.
Ian patrzył na niego przez długą chwilę. W końcu westchnął i osunął się ciężko na krzesło. Wodził wzrokiem po twarzach każdego z członków załogi.
- Zastanawiałem się, czy wam o tym powiedzieć- zaczął- Zamierzam spędzić noc poza statkiem.
Podniosły się krzyki. Gwar niósł się po całym statku.
- To nie wchodzi w rachubę- zdołał przekrzyczeć innych Yuan- Nie może pan, kapitanie. Z tego, co pan mówił jasno wynika, że Siegmar będzie dybał na pana życie. Nie może pan tego zrobić. Podejrzewam, że cała załoga się ze mną zgodzi.
Odpowiedział mu zgodny pomruk. Vascetto westchnął.
- Dobrze, zastanowię się nad tym. Miałem pewne plany, ale najwidoczniej nic z nich nie wyjdzie.
Ian wyszedł z mesy i skierował się ku swojej kabinie. Załoga patrzyła za nim przez chwilę po czym rozeszła się i powróciła do swoich obowiązków. Kapitan położył się na koi. Musiał dzisiaj w nocy opuścić statek. Nie powiedział załodze wszystkiego i nie miał zamiaru tego robić. W trakcie powrotu na statek zauważył, że jest śledzony przez człowieka w czarnym płaszczu. Uśmiechnął się na wspomnienie tego wydarzenia. Ten amator nawet nie starał się ukrywać. W tym mogło czaić się coś o wiele grubszego, jednak nie mógł narażać swojej załogi. Poza tym intuicja podpowiadała mu, że z łatwością poradzi sobie z tym człowiekiem. Tej nocy i tak wyjdzie ze statku. W końcu jest kapitanem.
***
Mężczyzna odziany w czarny płaszcz dostrzegł zbliżającego się do niego drugiego mężczyznę w podobnym płaszczu.
- Dobra, szedłem za nim przez całą drogę, tak jak chciałeś. A teraz dawaj kasę. Chcę się już pozbyć tego okropnego płaszcza- powiedział przybyły.
- Dobrze się spisałeś. Oto twoja zapłata- postać wręczyła mu kartę pieniężną z tysiącem kredytów. Przybyły wziął pieniądze i zdjąwszy z siebie odzienie uciekł w tłum. Człowiek w czarnym płaszczu uśmiechnął się. Pan kapitan złapał przynętę. Polowanie się rozpoczęło.
***
Jeden z ochroniarzy Siegmara cały czas obserwował wejście na „Ontario”. Razem z towarzyszem ukrywali się w najpodlejszej części kosmodromu, do której nikt o zdrowych zmysłach nie poszedłby z własnej woli.
- Na co czekamy?- spytał drugi z goryli.
- Na kapitana Iana Vascetto. Naszą nową zdobycz.
Pierwszy ochroniarz uśmiechnął się. Wyciągnął blaster i sprawdził stan generatora broni, jak i osobistego ekranu ochronnego. Taak, kapitan „Ontario” powinien się bać. Polowanie na jego skórę właśnie się rozpoczęło.
***
Ian spojrzał na zegarek. Dochodziła północ czasu lokalnego. Na stacji przy Nowej Ziemi doba wynosiła trzydzieści sześć godzin i dla każdego turysty ciężko było się przyzwyczaić do zmiany czasu. Kapitan spojrzał na mapę galaktyki zawieszona na ścianie w jego kabinie. Doskonale widział potężne Konsorcjum Handlowe trzymające we władaniu całą centralną część galaktyki. Na peryferiach wciąż powstawały i upadały niewielkie księstewka, jednak zdecydowanie najbardziej stabilnym księstwem wiodącym prym na obrzeżach było księstwo Kalathanu. Od kiedy na tron wstąpił Vak III, jego poddanym żyło się dobrze. Mimo, iż Kalathan był księstwem nastawionym pokojowo do otaczających go państewek i Konsorcjum a większość planet była typowo rolnicza, to utrzymywał silną flotę zdolną do obrony przed każdą agresją. Ian westchnął. Jego rodzinną planetą był Aksferd, jednak odwiedził kiedyś państwo Vaka III. Z tamtym wydarzeniem wiązały się przykre wspomnienia. Na planecie poznał miłość swego życia. Zakochał się w pięknej dziewczynie, prostej wieśniaczce bez wykształcenia. Vascetto poczuł ukłucie bólu na myśl o niej. Zginęła na jego oczach. Po kolejnej udanej obronie przed natarciem barbarzyńców, jak nazywano mieszkańców pogranicza, przebywali razem nad jeziorem. Było wspaniale, aż do chwili, kiedy zza chmur wyłonił się zbłąkany myśliwiec. Oddał salwę w ich kierunku i zniknął w oddali. Ian zamknął oczy. Jego ukochana straciła życie, a on sam ciężko ranny został przewieziony do szpitala wojskowego. Przeżył, ale żałował, że nie zginął tamtego dnia. Jakże byłoby o wiele prościej. Kapitan westchnął ponownie i wolno wstał z łóżka. Chwycił kartkę leżącą na stole i zaczął wypisywać na niej rzeczy potrzebne do nocnego wypadu. Odprężało go to, a jednocześnie pozwalało się skupić na danej rzeczy a nie na powodzie, dla którego ją brał. Po chwili lista była gotowa. Ian ruszył do zbrojowni- jedynego miejsca na statku do którego dostęp miał tylko kapitan. Przyłożył dłoń do czytnika linii papilarnych. Chwilę później był już w środku. Wewnątrz w gablotach schowana była pospolita broń, jednak po wciśnięciu odpowiednio ukrytego przycisku pojawiał się arsenał, którego nie powstydziłby się oficer Oddziału Specjalnego ds. terroryzmu. Vascetto wyjął kilka drobiazgów, przede wszystkim generator osobistego pola ochronnego oraz wytrychy- tak na wszelki wypadek. W końcu zatrzymał się przy trzech gablotach z najbardziej śmiercionośną bronią w tej części galaktyki. Po dłuższej chwili zastanowienia wybrał blaster kieszonkowy oraz ręczną „kosiarę”- broń, która wystrzeliwując tysiąc pocisków na sekundę potrafiła dosłownie ściąć każdego, kto stanął na drodze jej strzału. Tak obładowany Ian wyszedł z pomieszczenia i skierował się ku mesie. Miał stamtąd doskonały widok na właz. Tak jak przypuszczał, stał tam na straży Yuan, który w chwili obecnej nie miał zbytnio naglących obowiązków. Spojrzał na drzwi do ładowni- były otwarte. Kapitan wszedł do niej i uśmiechnął się. Nikt nie pilnował bocznego włazu. Wciąż uśmiechnięty Vascetto ruszył spokojnie przez jasno oświetlone ulice stacji.
***
Pierwszy z ochroniarzy Siegmara przez dłuższy czas obserwował spacerującego kapitana.
- Ofiara wyszła z ukrycia- rzekł.
- Do rana daleko. Nie musimy się spieszyć- odparł drugi z ochroniarzy.
Pierwszy uśmiechnął się. „Nie musimy się spieszyć”- ten zwrot oznaczał, że śmierć Iana może być powolna i przynosząca dużo uciechy. Taak, lubił takie sytuacje. I choć w swojej karierze nie miał ich wiele, to nie bez powodu nazywany był przez towarzystwo z branży „Rzeźnikiem”.
- Tylko tym razem zostaw coś dla mnie- zażartował drugi.
- Spokojnie. Podzielimy się- mruknął pierwszy.
Polowanie się rozpoczęło.
***
Postać odziana w czarny płaszcz stała spokojnie przy wystawie kombinezonów dla turystów i obserwowała dwóch goryli Siegmara. Nie mogła sobie pozwolić, aby weszli jej w drogę. Należało ich wyeliminować.
***
Obydwaj ochroniarze zobaczyli naraz, że zbliża się do nich człowiek w płaszczu.
- Czego tu chcesz?- zapytał drugi, gdy przybysz podszedł bliżej.
- Zostawcie kapitan Iana Vascetto w spokoju. To mój cel- odparła postać.
- Nie ma mowy. Nie przepuścimy tak okazałej zdobyczy- powiedział „Rzeźnik”.
- Ostrzegam was. Dla waszego dobra nie wchodźcie mi w drogę.
Ochroniarze roześmiali się.
- A kimże ty jesteś, żeby nam rozkazywać?- spytał pierwszy.
- To nie jest istotne. Więc jak będzie?
Drugi ze strażników Siegmara pokręcił głową.
- Nic z tego- powiedział.
- W takim razie trzeba będzie się was pozbyć.
Człowiek w płaszczu odskoczył gwałtownie w tył jednocześnie sięgając do pasa. Ochroniarze zgodnie wyciągnęli blastery z kabury i oddali po dwa strzały. Te odbiły się od ekranu ochronnego.
- Ty sukinsynu…- zaczął pierwszy z goryli. Nie dokończył. Człowiek w płaszczu szybko wyciągnął z pochwy długi nóż i tnąc w górę przeciął krtań „Rzeźnika”, kończąc jego żywot.
Drugi był bardziej i ostrożny i teraz dzierżył znalezioną gdzieś metalową rurę.
- Kto ci zapłacił?- krzyknął.
- Nie twój interes- odparł nieznajomy i ruszył do ataku. Pozostały przy życiu strażnik Siegmara zaczął wywijać rurą, starając się utrzymać przeciwnika na odległość. Człowiek w płaszczu wykonał zręczny unik. Rura, uderzywszy o latarnię, wyskoczyła z rąk ochroniarza. Celne uderzenie w splot słoneczny pozbawiło go tchu i podcięty runął na ziemię.
- Kto was wynajął?- zapytał nieznajomy.
- Nic ci nie powiem- odparł strażnik.
Cios pięścią złamał mu nos.
- Jeszcze raz. Kto was wynajął?
- Nie straszny mi ból.
Tym razem stracił dwa zęby. Miał rozciętą wargę.
- Dobra powiem ci, tylko nie bij mnie więcej!- krzyknął lekko ogłuszony strażnik.
- No to nawijaj, doktorku.
- Jesteśmy strażnikami Siegmara. Na jego rozkaz mieliśmy się pozbyć Vascetto.
Postać w płaszczu zamyśliła się.
- Czemu akurat jego?
- Siegmar robił z nim interesy.
- I?
- I nie ma do niego zaufania. Mógł zdradzić.
- Miał na to dowody?
- Nie wiem. My tylko odwalaliśmy brudną robotę.
- Dobra, dzięki za informacje.
- Poczekaj!- krzyknął ochroniarz- Zanim mnie zabijesz powiedz mi kim jesteś.
Postać pochyliła się nad nim wolno.
- Valyrian- rzekł tylko. Oczy strażnika rozszerzyły się z przerażenia. Po chwili zabójca zatopił nóż w jego ciele.
***
Olśnienie przyszło nagle. Ale było już za późno. Yuan rzucił się ku drzwiom kabiny kapitana i otworzył je zamaszystym ruchem. Wewnątrz nie było nikogo. Lekarz szybko wdusił przycisk alarmu znajdujący się na korytarzu i pobiegł do mesy. Po chwili znajdowali się tam wszyscy członkowie załogi.
- Co to za alarm?- spytał Lucas.
- Kapitana nie ma w jego kabinie ani w innych ogólnodostępnych miejscach- odparł Yuan.
- Może zaszył się gdzieś potrzebując samotności- podsunął Doug.
Lekarz potrząsnął energicznie głową.
- Zbrojownia została otwarta. Ktoś tam myszkował.
Lukas zbladł, lecz nie dał tego po sobie poznać.
- Przeszukać statek. To rozkaz!
Nie trzeba było drugi raz powtarzać.
***
Kapitan stał w blasku latarni. Patrzył na tłumy mijających go ludzi. Czekał na mężczyznę w płaszczu, a kiedy go zobaczy, wyjaśnią sobie parę rzeczy.
***
- Czy komuś udało się go znaleźć?- spytał Lucas.
Każdy pokręcił przecząco głową.
- Jakieś pomysły, gdzie może być?
- Może wyszedł ze statku. Na stacji życie towarzyskie rozpoczyna się dopiero nocą- rzekł Marco, mechanik.
- To do niego nie podobne. Wieczorami zawsze lubił zaszywać się w swojej kabinie- odparł Lucas.
- Kapitan wspominał coś o tym, że chce spędzić noc poza statkiem- powiedział po chwili namysłu Yuan.
Lucasa ciarki przeszły po plecach.
- Trzeba go znaleźć za wszelką cenę.
- Od teraz pan tu dowodzi, szefie.
- Dobra. Ja, Doug i Yuan idziemy go szukać. Reszta ma zostać na statku i oczekiwać naszego powrotu. Julio, pod moją nieobecność ty tu dowodzisz.
- Tak jest, sir.
***
- Przygotować flotę do startu. Niech czeka na „Ontario” w pobliżu księżyców Yeaowi- powiedział Siegmar.
- Jak rozkażesz, panie- odparł człowiek ukryty w cieniu.
Przemytnik uśmiechnął się. Jego plan nabierał coraz większego rozpędu.
***
Valyrian, człowiek w czarnym płaszczu, najlepszy zabójca w tej części galaktyki przypatrywał się z ukrycia kapitanowi. Wyraźnie na niego czekał. Pójdzie jeszcze łatwiej niż przypuszczał.
***
Ian dostrzegł człowieka, na którego czekał dopiero gdy ten był parę metrów od niego. Nie patyczkując się zbytnio złapał go za ramię i wciągnął w krzaki, aby nikt nie mógł dostrzec ich cichej rozmowy. Kapitan wyjął z kabury blaster, ustawiony wcześniej na maksymalną siłę rażenia, i przyłożył do głowy nieznajomego.
- Dlaczego mnie śledzisz?- warknął.
Valyrian uśmiechnął się.
- Zapłacono mi za twoją głowę- odparł szczerze.
- Znam połowę najemnych zabójców, a ty wydajesz się być z nich najsłabszy. Z przyjemnością uwolnię galaktykę od kogoś takiego jak ty. A teraz gadaj, jak się nazywasz.
- Valyrian- wyszeptał zabójca. Ian zbladł. Miał przed sobą najlepszego z najlepszych, przynajmniej w tej części galaktyki. Zawahał się na moment, ale to wystarczyło. Skrytobójca wyrwał się z uścisku Vascetto i kopniakiem wytrącił mu broń z ręki. Kapitan szybko sięgnął po „kosiarę”, ale ostrze noża rozorało mu rękę od łokcia w dół. Ian krzyknął z bólu i wypadł z krzaków. Przechodzący obok ludzie na widok broni zaczęli krzyczeć i uciekać, siejąc panikę. Valyrian wyszedł z krzaków, podniósł „kosiarę” i wystrzelił. Kule oderwały kawałki betonu koło głowy kapitana.
- To nie mój styl, tak zabijać- rzekł zabójca i szybkim ruchem poderżnął Ianowi gardło. Wytarł ostrze i wtopił się w rozhisteryzowany tłum.
***
Na odgłos strzałów ekipa poszukiwawcza z „Ontario” pobiegła w tamtym kierunku. Lucas zobaczył postać w czarnym płaszczu podnoszącą się znad leżącego ciała i pobiegł za nią. Zabójca szybko znikł mu z oczu, wtapiając się w tłum. Nowy kapitan przebiegł jeszcze kilka kroków, ale stwierdziwszy, że to bez sensu, wrócił do towarzyszy.
- Co z nim?- spytał.
- Nie żyje… kapitanie- odparł po chwili Yuan.
Lucas zaklął.
- Nie wiecie, kto mógł to zrobić? Nie znam nikogo zabijającego w ten sposób.
Lekarz przecząco pokręcił głową, ale dotąd nie odzywający się Doug głośno przełknął ślinę.
- To… to był Valyrian- rzekł w końcu.
Yuan spojrzał na niego z niedowierzaniem.
- Skąd wiesz?
- Tylko on spośród zabójców używa noża. To jego znak rozpoznawczy.
Lucas przez dłuższą chwilę wpatrywał się w ciało.
- Trzeba je przenieść na statek.
Doug i kapitan chwycili byłego kapitana „Ontario” za nogi i ręce i ruszyli za prowadzącym Yuanem. Po krótkim spacerze zobaczyli główne wejście do kosmodromu. Odetchnęli z ulgą. Każdy z nich myślał w duchu, że zabójca mógł wrócić po członków grupy. Teraz musieli przekazać przykrą wiadomość o śmierci Iana reszcie załogi, która pozostała na statku. Lekarz od razu wezwał wszystkich przez interkom, aby spotkali się w mesie. Wszyscy zajęli miejsca przy długim stole obrad i z napięciem oczekiwali na wiadomości od powracającej grupy poszukiwawczej. W końcu do sali wkroczyli Lucas z Dougiem. Wszystkie spojrzenia obróciły się na tę parę.
- Co się stało? Gdzie Yuan?- zapytał Julio.
- Konserwuje zwłoki- odparł krótko Lucas.
- Konserwuje… co?! Jakie zwłoki?- krzyknął kucharz.
- Niestety, nasz kapitan nie żyje. Został zamordowany. Uczcijmy jego pamięć.
Na statku na minutę zapanował całkowita cisza.
- Od teraz ja jestem kapitanem- rzekł Lucas- I mam zamiar doprowadzić do końca to, co zaczął mój poprzednik. Wszyscy na stanowiska. Julio, uruchom silniki. Doug, dostarcz mi mapę układu słonecznego z kabiny Iana. Ruszać się.
***
Lucas przyglądał się przez dłuższą chwilę mapie. Vascetto umieścił gdzieś na niej miejsce spotkania z Siłami Gwiezdnymi Korporacji Handlowej. Tylko on wiedział, gdzie to jest, a teraz nowy kapitan „Ontario” miał zostać kolejnym wtajemniczonym. W obserwacji pomagał mu nawigator Doug.
- Jakieś pomysły?- spytał Lucas.
- Na razie żadnych. Obszar możemy zawęzić do układu słonecznego Nowej Ziemi. Każdy dalej położony teren grozi ryzykiem nieprzybycia o umówionej porze.
- Musimy się pospieszyć- kapitan wcisnął przycisk uruchamiający interkom- Przyślijcie tu Yuana.
Lekarz przybył po chwili.
- Wzywał mnie pan?
- Potrzebujemy twojej pomocy przy mapie- rzekł tylko Lucas i wskazał na stół.
Po godzinie skrupulatnego szukania Doug wydał z siebie okrzyk triumfu.
- Mam! Znalazłem!- krzyczał cały czas.
- Doug!- wrzasnął kapitan, przywracając go do porządku.
- Przepraszam, sir.
- Dobra, dobra. A teraz mów, gdzie to jest.
- No cóż, z moich obserwacji wynika, że są to księżyce Yeaowi.
- Dlaczego tak sądzisz?
- Jeżeli dobrze się przyjrzeć, to na mapie drobnym drukiem jest napisane „Kalathan”. Jak wiemy, to miejsce ma… miało dużą wartość sentymentalną dla Iana.
- Wiesz co masz robić. Weź kurs na te księżyce i postaw załogę w stan gotowości.
***
- Kapitanie, proszę spojrzeć- krzyknął Doug.
- O co chodzi?- spytał Lucas, podchodząc do stanowiska nawigatora.
- Niech pan spojrzy na radar.
Na okrągłej tarczy migało mnóstwo punkcików. Mógł to być pas meteorytów, jak i również flota kosmiczna.
- Wyślijcie prośbę o kontakt- krzyknął Lucas, już przy stanowisku dowodzenia- Przygotować działa z pociskami nuklearnymi. Tarcze ochronne na sto procent możliwości.
Na mostku zaczęła się krzątanina. Każdy wykonywał rozkazy kapitana.
- Sir, mamy kontakt.
- Daj mi go na ekran.
Na dużym ekranie na mostku pojawiła się nagle twarz starego już, siwowłosego mężczyzny.
- Podajcie znak rozpoznawczy- powiedział tonem przyzwyczajonym do wydawania rozkazów.
- HSS „Ontario”, kod identyfikacyjny 00-238-KK5- odpowiedział Lucas.
- „Ontario”. Hmmm… czy rozmawiam z kapitanem Ianem Vascetto?
Lucas spuścił głowę.
- Niestety nie żyje. Został zamordowany.
- Przykro mi z tego powodu. Przyjmijcie moje kondolencje. Na pewno się spieszycie, więc nie będę przeszkadzał. Wyłączam się. Powodzenia w podróży.
Ekran zgasł.
- Sir, dwa niezidentyfikowane obiekty lecą w naszą stronę- krzyknął nagle Doug.
- Co do…- wybuchy wstrząsnęły statkiem, zagłuszając odpowiedź.
- Zaatakowano nas.
- Przygotować się do kontr salwy- krzyknął Lucas.
- Rakiety gotowe!
- Ognia ze wszystkich dział!
Kolejne pociski wybuchły na tarczach „Ontario”.
- Sir, straciliśmy osłony.
- Kapitanie, mamy zniszczone silniki- dobiegł Lucasa głos z maszynowni.
- Odpalić salwę!
Pociski ruszyły ku swym celom daleko w przestrzeni. Kapitan spojrzał na swą załogę.
- To już koniec- powiedział tylko.
Następne rakiety dosięgły statek. „Ontario” spłonął w wybuchu, a wraz z nim wszyscy, którzy wiedzieli o powiązaniach Iana Vascetto z Siegmarem.
***
Siwowłosy mężczyzna z przyjemnością patrzył na wrak „Ontario”.
- Sir, co rozkażesz?
- Obrać kurs na Kalathan. To jest nasz nowy cel.
- Sir?
- Słyszeliście rozkaz. Wykonać!
- Tak jest, kapitanie.
Po chwili statki leciały już obranym kursem.
- Wchodzimy w podprzestrzeń!- krzyknął kapitan.
Cała flotę zniknęła nagle w krótkim niebieskim błysku. Na miejscu zdarzenia nie pozostał po nich najmniejszy ślad.
***
- Nie żyje- rzekł tylko Valyrian.
Siegmar uśmiechnął się.
- Jak zawsze niezawodny, co?
Zabójca spojrzał na niego zimno. Nawet jeżeli cieszył się z dobrze wykonanej roboty, to nie okazywał tego po sobie.
- Gdzie moja zapłata?
- Spokojnie, oto i ona- Val szybko sprawdził podaną kartę pieniężną. Czterdzieści tysięcy kredytów. Zabójca schował kartę do kieszeni płaszcza i odszedł bez słowa. |