Użytkownik: Hasło: Rejestracja
 Święci Areoli

         Dzień chylił się już ku końcowi i zdawać by się mogło, że nic nie zdoła zakłócić jego rutyny, kiedy drzwi wejściowe trzasnęły agresywnie i do środka wpadła Gisza.

 - A nie mówiłam! – wrzasnęła od progu, spoglądając z triumfem na domowników. – A mówiłam!

 - Na Boga, Giszo… - wyszeptał gospodarz, wstając od suto wypełnionego talerza. – Przestań straszyć porządnych ludzi, wyglądasz jak sto upiorów…

 - I jeden! I jeszcze jeden! – zaskrzeczała Gisza, podkasawszy kolorowe spódnice z satysfakcjonującej ją radości. Jak na starszą kobietę miała w sobie dość życia, by obdzielić nim całą swoją wioskę. – Chata starego Armina została sprzedana!

 - Naprawdę? – teraz odezwała się kobieta, skryta dotychczas za wysokim węgłem paleniska. Światło płomieni osiadło na jej bladych policzkach i włosach koloru słomy. – Jeżeli to jakiś żart…

 - Za kogo ty mnie masz, Tridio? – oburzyła się Gisza, poprawiając zsuwającą się z głowy zapaskę. – Już stąd widać, że się w chacie pali światło, a nie powiesz mi, że nieboszczyk sam sobie świecę pali..!

 - Gisza..!– uciął ostrzegawczo mężczyzna, zerkając w kierunku końca stołu. Siedział tam drobny, niewyrośnięty blondynek, bębniąc łyżką po swoim talerzu i rozpryskując zawartość po wyszorowanym do szarości blacie. Wyglądał, jakby nie zwrócił kompletnie uwagi na pojawienie się starej, zwariowanej sąsiadki.

 - Nie mów takich rzeczy, Xawier słucha. – dorzuciła Tridia, pieszczotliwie dotykając gładkich kosmyków synka.

 - Ale kiedy to prawda! – zaperzyła się Gisza, odruchowo ściszając glos. – Poczciwa Kajura mówiła, że jak z rana zaszła, to nic nie było, a już na zmierzchu zaświecono światła w całym obejściu! No, czy nie dziw?

 - Ale żeby zaraz sprzedali… - kręcił głową mężczyzna, kompletnie zapomniawszy o swojej porcji jadła. Gisza spontanicznie opadła na krzesło obok, zacieśniając więzy chusty wokół pomarszczonej szyi żółwia.

 - Sprzedali, Joachimie, przysięgam na wszystkie świętości! – gorączkowała się, udając, że nie widzi wpatrzonych w nią, wielkich oczu Xawiera. – Nawet ten łazęga Bury przysięga, że jakąś młódkę w oknie widział..!

 - I tak nie ma się czym gorączkować. – uciął Joachim, przełykając ostatnią łyżkę strawy. – Oznacza to po prostu, że przybyło nam mieszkańców…

 - Właśnie. – przyłączyła się Tridia, podchodząc do Giszy. – Mogłabyś nie robić takiego zamieszania, w końcu to nic nadzwyczajnego. A ja zaraz sama wybiorę się do chaty Armina.

 - Jak to? – zaniepokoił się Joachim, przecierając stół jednym ruchem wielkiej dłoni. Tridia minęła go, szukając czegoś po szafkach kuchni.

 - Wypada powitać nowo przybyłych, może potrzebują pomocy w urządzeniu się, może nie mają nic do zjedzenia… - mówiła, pakując słoiki w zgrabną, płócienną torbę.

 - Jesteś za dobra. – oświadczył Joachim, przyglądając się żonie z miłością. Gisza prychnęła niczym rozjuszona kocica.

 - Ja tam bym zachowała większą ostrożność. – wyburczała, przesłaniając ściągnięte usta skrajem chusty, haftowanej w czarne róże. – Z dawien dawna powiadają, że jak po mężczyźnie wprowadza się dziewucha, w dodatku sama, nie zwiastuje to niczego dobrego…A ja wiedziałam, że tak będzie. Stary Armin żadnej rodziny nie miał i mówcie co chcecie, a tamta to na pewno czarownica..! – zakończyła z ostrzegawczym sykiem. Tridia rozładowała napięcie, wybuchając perlistym śmiechem.

 - Gisza, naprawdę. Jesteś mądrą, dojrzałą kobietą, nie powinnaś wierzyć w takie bzdury, nawet jeśli były przekazywane z pokolenia na pokolenie. Idę. – zarzuciła wypchaną torbę na ramię, pochyliła się nad mężowskim czołem, składając nań pożegnalny pocałunek. – Połóż Xawiera spać, dobrze?

 - No nie wiem… - wahał się Joachim, wpatrzony w postać Tridii, pieszczotliwie obejmującej milczącego chłopca.

 - Proszę cię. – uspokoiła go Tridia, zmierzając do drzwi. – Co mi się może stać? Chata Armina stoi niedaleko naszego domu, usłyszelibyście nawet mój szept…

 - Odprowadzę cię. – zaofiarowała się Gisza, wstając z jękiem odsuwanego krzesła. – I tak miałam już iść…mimo to nadal uważam, że to kiepski pomysł.

 - To nie mnie będziesz się później tłumaczyć, tylko naszym nowym sąsiadom. – zaśmiała się Tridia, otwierając drzwi na oścież. – Zresztą Bury mógł zauważyć tylko panią domu, a nie resztę jej rodziny, czyż nie?

Gisza skwitowała tę sugestię pogardliwym wzruszeniem ramion; każda próba najmniejszego choćby zakwestionowania prawdy, w którą święcie wierzyła, skończyć się mogła niechybną katastrofą, ze śmiertelną obrazą włącznie. Joachim także odszedł od stołu, wsparł się ramieniem o popękaną biegiem czasu framugę podwoi. Dom jego rodziny, dziedziczny z dziada pradziada, wyrastał wprost z łagodnego, porośniętego aksamitną trawą zbocza, biegnącego w dół, ku reszcie wsi, złożonej z rozsianych tu i ówdzie, drewnianych domów, krytych lekko ściętym, misternie wykończonym dachem. Teraz jednak Joachim spoglądał tylko na plecy Tridii, wstępującej na stromo biegnącą w górę, kamienistą ścieżkę, prowadzącą do najwyżej położonej chaty, czerniejącej zza zaokrąglonej skarpy. Ocknął się dopiero wtedy, gdy poczuł słabe szarpnięcie w okolicach mankietu. Obrócił głowę, napotykając roziskrzone spojrzenie swojego sześcioletniego syna.

 - Dokąd mama poszła? – spytał głośno Xawier, usiłując wyjść za próg śladem matki. Joachim uśmiechnął się, kładąc obie ręce na ramionkach blondynka.

 - Niedaleko. Zaraz wróci. – zapewnił go. – Wróci, żeby utulić cię do snu…



Tridia nie wróciła tej nocy ani dnia następnego. Do samego południa Joachim na wszelkie sposoby tłumaczył sobie, że nowo przybyła rodzina zatrzymała ją u siebie pod byle pretekstem, że sama się zasiedziała, choć nigdy wcześniej się jej to nie zdarzało. Chodził po izbie, nękany straszliwymi podejrzeniami i nieludzkim wprost niepokojem, a nie mogąc już dłużej usiedzieć w miejscu, postanowił zebrać wśród mieszkańców grupę zaufanych przyjaciół i wybrać się do chaty starego Armina. Zlecił opiekę nad Xawierem Giszy i pozostałym kobietom,  sam zaś stanął na czele uzbrojonego po zęby motłochu i ruszył gniewnie stromą ścieżką. Okazało się, że dom nieboszczyka stoi pusty, wszystkie sprzęty pokrywa kurz i pajęcze sieci. Ani śladu tajemniczych mieszkańców, oraz Tridii. Najmniejszego poruszenia pajęczyn, czy odcisku stopy w grubej warstwie kurzu. Nic. Mieszkańcy wioski byli wstrząśnięci. Gdzie wobec tego podziała się Tridia? Gruntowne przeszukanie chaty na nic się nie zdało, Joachim nie odnalazł swojej żony, matki Xawiera. Po powrocie do domów, urządzono po zmierzchu nadzwyczajne zebranie, którego głównym tematem było zniknięcie i Tridii, i obcej kobiety, którą podobno widział Bury. Joachim przez cały czas trwania wiecu nie odezwał się do nikogo ani słowem. Nie płakał, nie uronił jednej łzy, po prostu wbijał tępy wzrok w podłogę, spazmatycznie zaciskając sękate palce na kolanach. Nie zwracał uwagi na pocieszające słówka kobiet, ponure szepty przyjaciół. Wciąż miał przed oczami obraz oddalającej się Tridii, jej jasnej sylwetki, odcinającej się migotliwie od rosnącej czerni chaty Armina.

 - Joachim..? – zwiędła już, wąska ręka Giszy dotknęła nieśmiało jego ramienia. Mężczyzna wzdrygnął się na całym ciele, gdy tuż przed nim pojawił się czarny jak cień profil sąsiadki.

 - Rada wydała decyzję. – odezwała się Gisza grobowym tonem. – Oficjalnie ogłoszą zaginięcie Tridii, ale…

 - Dobrze. – powiedział bezbarwnie Joachim.

 - Joachimie, ja nie wierzę, że ona zaginęła. – rzekła twardo Gisza, jej drapieżne zazwyczaj, pożółkłe oczy przesłoniła mglista błonka łez. – Ty też w to nie wierz. Nie pokładaj nadziei, że to wytłumaczenie pozwoli ci uspokoić serce i sumienie. Tridia wróci…

 - Dobrze. – powtórzył Joachim z tą samą, obojętną manierą. Gisza wstała bez słowa, prowadząc ku niemu sześcioletniego Xawiera, który spontanicznie objął ojca za szyję, wciskając ostrą bródkę w jego potężny bark. Dopiero wtedy Joachim rozpłakał się jak dziecko.

Rada wioski ustaliła wyraźny i surowy zakaz wstępu do nawiedzonej chaty Armina. Z biegiem kolejnych dni sprawa zniknięcia Tridii przycichła, zelżała, poszła w niepamięć, omijanie jasnej wstęgi ścieżki stało się codziennością, przestrzeganą  bardziej z obowiązku, niż rzeczywistego strachu. Co bardziej złośliwi rozprzestrzeniali nawet niechlubne plotki, że Tridia poznała kogoś w tajemnicy przed mężem i uciekła z nim przy pierwszej sposobności. Joachim nie zwracał na to uwagi, podobnie jak na większość rzeczy, jakie się wokół niego działy. Następne, niemiłosiernie mijające lata spędzał na pracy w polu, izolując się od wydarzeń, rozgrywających się w wiosce, z pełną świadomością. Nikł pośród codziennego gwaru i nawału obowiązków, praktycznie nie wychylał się z chaty. Dorastający Xawier wielokrotnie natykał się na ojca, kiedy ten siedział na progu domu, ze spojrzeniem utkwionym w czarnym dachu z przeciwka. Wiele razy wówczas zastanawiał się, co wypada mu zrobić, by odciągnąć ojca od ponurych myśli. I nigdy nie doszedł do niczego konstruktywnego. Zajął się sobą, coraz większą liczbą pracy, jaką mu zadawano, coraz mniejszą ilością wolności. Rzadko wspominał matkę, nie potrafiąc już oddzielić prawdy od wybryków swojej wyobraźni. Gdy wreszcie skończył piętnaście lat, ojciec wypuścił go z domowej klatki na rzecz zajęć w polu. Joachim szczerze martwił się o syna, wydawało mu się, że Xawier odstaje od reszty chłopców, jest cichszy, bardziej skryty, stale pogrążony w marzeniach. Przez blisko dziewięć lat na siłę trzymał chłopca blisko obejścia, byle tylko nie kusiło go rozwiązanie tajemnicy zniknięcia matki, bądź zwykłe, ciekawskie wędrówki do chaty Armina, jakich swego czasu dopuszczał się Bury.

 - Hej, kolego! – O wilku mowa. Zza węgła najbliższego domu wysunął się wysoki, chudy jak szczapa chłopak ze zmierzwioną, całkowicie szarą czupryną, od której miał swój przydomek. Xawier stłumił westchnienie, odwracając się do jedynej osoby we wsi, którą mógł z czystym sumieniem nazwać swoim przyjacielem.

 - Czyżbyś zapomniał, że miałeś mi pomóc na pastwisku..? – zagadnął Bury, przesuwając palcami po gęstej grzywie. W przerwie między pasmami mignęło łobuzersko zielone, kocie oko. – Po to wyszedłeś z domu, chłopie!

 - Przepraszam. – wymamrotał nieszczerze Xawier, wyprzedzając towarzysza i kierując się w dół szerokiego traktu, biegnącego między chatami. Bury dogonił go bez trudu.

 - Jak na mój gust, to się raczej zamyśliłeś… - mówił ze swobodą, łypiąc na kolegę z wysoka. Był wyższy od większości mężczyzn we wsi, gdyż się z niej nie wywodził. Przypałętał się w wieku czterech lat i tak już został, pomagając każdemu, kto tylko poprosił go o wsparcie.

 - Możliwe. – zgodził się dla świętego spokoju Xawier, podnosząc rękę, by pozdrowić Giszę, która wychynęła z najbliższego domku. Stara sąsiadka uśmiechnęła się do niego zgryźliwie, ściskając w kościstych dłoniach wiklinowy, wypełniony praniem, kosz. Bury skłonił się jej teatralnie, lecz Gisza odwróciła prędko ściągnięte grymasem oblicze, plując obficie na wszystkie strony. Pomimo licznych zasług Burego, nadal uważała go za bękarta Złego, podrzuconego do wsi dla złośliwego żartu.

 - A ja chyba wiem, o czym myślałeś. – podjął przerwany wątek Bury, wsuwając ręce do kieszeni połatanej kapoty. – O tym domu, prawda?

 - Nie. – odpowiedział trochę za szybko Xawier, odsuwając się od przyjaciela. Próbował zastanowić się nad słowami Burego, które dochodziły do niego z niejakim opóźnieniem, kiedy Bury chwycił go za przegub i najzwyczajniej w świecie podprowadził do wielkiej, drewnianej obory, majaczącej na końcu wsi. Xawier wyrwał rękę, brutalnie sprowadzony na ziemię i już bez słowa zajął się odwiązywaniem bydła i wyprowadzaniem go na trakt. Chwilę później dołączył do niego Bury, mamląc w ustach żółte źdźbło świeżej słomy.

 - Nie ma się co obruszać. – powiedział na głos, kiedy już obaj znaleźli się na zbryzganej letnim słońcem łące i mogli się oddać bardziej niezobowiązującym czynnościom. – Doskonale wiem, dlaczego ta chałupa aż tak cię pociąga…

 - Wcale nie chodzi o moją mamę! – zaperzył się Xawier, nie czekając, aż Bury skończy zdanie. Starszy przyjaciel uśmiechnął się tylko, kiwając z zapałem głową.

 - Pewnie, że nie.

Xawier aż się obejrzał. Bury przykucnął nad gęstą kępką trawy, wygładził ją, po czym usiadł, poklepując murawę obok siebie. Xawier skorzystał z zaproszenia, prostując kolana. Ledwo wyczuwalny wiatr przemknął nad nim, mierzwiąc ciemnozłote, sterczące na wszystkie strony włosy, zagłębiając się bezpowrotnie w lwiej grzywie Burego.

 - Chodzi o to, że nigdy tam nie byłeś. – stwierdził Bury, gryząc słomkę z zapamiętaniem godnym wyprowadzanych krów. – To wszystko.

 - A co, ty byłeś? – żachnął się Xawier, skubiąc paznokciami zielone łodyżki. Potężna jałówka przeszła obok niego, pobrzękując przytroczonym do szyi łańcuchem, na kilka sekund odcinając go od palącego, słonecznego światła.

 - Wiele razy. – mruknął Bury, kładąc się na trawie i krzyżując ramiona pod głową. Zmrużył oczy od oślepiającego blasku promieni, lejącego się z nieba, spoglądając prosto na Xawiera. – Nigdy nikogo tam nie spotkałem. Nie rozumiem, po co rada starszych utrzymuje ten bzdurny zakaz wstępu na górę…

 - Przecież pamiętasz, co stało się z tym wędrowcem, który tędy przechodził zeszłej zimy… - sprostował Xawier, również kładąc się wygodnie, przesłoniwszy lewym ramieniem powieki.

 - Tym takim ze śmieszną czapką? – upewnił się Bury, wypluwając słomkę, by zaraz wyłuskać sobie nową.

 - Tak. Mówiliśmy mu, żeby nie szedł w góry, a poszedł.

 - Fakt. Miał wrócić za tydzień, a dotąd go nie spotkaliśmy.

 - Pewnie zaszedł do tego domu i już tam został.

 - Sam? – głos Burego brzmiał szczerym rozbawieniem. – Jesteś niemożliwy, Xawier. Tobie by się chciało zachodzić do takiej zapuszczonej chałupinki..?

 - Kto wie. – rzucił wyzywająco Xawier, milknąc. Bury nie dał się zbyć, dźgając go łokciem w brzuch.

 - Co? Chyba mi nie powiesz, że tam pójdziesz! – roześmiał się Bury z niedowierzaniem. – Daj spokój, twój ojciec dostałby świra, gdyby się dowiedział…

 - Bury, ja już mam dość. – powiedział nagle Xawier, zrywając się z trawy i obsypując przy tym przyjaciela przylgniętymi do ubrania listkami. – Dlaczego wszyscy myślą, że ja koniecznie chcę odnaleźć matkę? Zostawiła nas, mnie  i ojca, a on stale jej broni i wrzeszczy na mnie, ilekroć próbuję przemówić mu do rozsądku!

 - Nie wiesz tego. – odezwał się z nadzwyczajną powagą Bury, podnosząc się jego śladem. – Nie wiesz, co się wydarzyło…

 - Miałem sześć lat! – zdenerwował się Xawier. – A ona poszła i rozpłynęła się! To już bym chyba wolał, żebyśmy ją raz na zawsze pochowali..!

Głos mu się załamał. Xawier oddychał głęboko, starając się uspokoić. I tak powiedział za dużo…Chłodna ręka na ramieniu bez słów przekazała mu całe wsparcie i zrozumienie Burego. On także nie miał matki. Nie pamiętał nawet, jak się naprawdę nazywa.

 - Więc przestań dusić to w sobie. – usłyszał Xawier. – Pokaż im wszystkim, ile cię to obchodzi…

 - Nie mogę.

 - Możesz. – wyglądało na to, że Bury podjął decyzję za niego; kocie ślepia błyszczały iskrami pobudzenia. – Jeśli zechcesz, wybierzesz się do chaty Armina. I nikt ci w tym nie przeszkodzi.

 - Ojciec? – zaniepokoił się Xawier.

 - Nie możesz czekać przez wieki, zagadka się sama nie rozstrzygnie. – podsumował Bury. – A ojciec nigdy nie powie ci prawdy, bo sam jej nie zna. Na to pozostaje tylko jeden sposób.

 - Jesteś pewien, Bury..? – cichy, przepojony zarówno ciepłem, jak i grozą szept Joachima przeciął duszne powietrze śmiertelną strzałą. Bury i Xawier poderwali się z trawy, prawie tracąc równowagę fizyczną i psychiczną. Ojciec Xawiera przyglądał się im z melancholią; niebieskie, przesłonięte jasnymi włosami tęczówki odbijały przerażone twarze obu chłopców, przyłapanych na gorącym uczynku rozmowy.

 - A…witam pana, Joachimie. – wyjąkał Bury, szczerząc zęby, długością przewyższające wilcze kły. – Cóż to sprowadza pana na pastwisko? Świetnie dajemy sobie radę…

 - Wracaj do domu.

Krótki rozkaz, wypowiedziany władczo i stanowczo, miał moc większą od armatniego wystrzału. Bury z niegasnącym uśmiechem wycofał się na bezpieczną odległość i popędził w górę wioski, aż się za nim kurzyło. Xawier został sam, skazany na pastwę rozgniewanego ojca, który wcale nie szukał z nim kontaktu wzrokowego. Jego spojrzenie, pełne żalu i nieopisanej goryczy niosło się wysoko ponad głową syna, czujnie omiatając schodzące w dół zbocze pastwisk, przesłonięte ciemniejszym odcieniem zieleni ziemie, przypominające poharatane kolcami gór grzbiety potworów, oraz same szczyty, ziejące hebanową czernią.

 - Tato… - Xawier wolał złamać milczenie, niż w nim trwać.

 - Słyszałem waszą rozmowę. – rzekł Joachim, nie poruszając się. Stał naprzeciw syna, po raz pierwszy w życiu całkowicie pewien tego, co chce mu powiedzieć. – Obiecaj mi, że nigdy nie pójdziesz do chaty Armina.

Xawier zwiesił głowę; spodziewał się, że usłyszy coś takiego. Znów zerwał się wiatr, tym razem silniejszy, szarpiąc ich ubraniami.

 - Proszę cię. – szepnął Joachim, nie potrafiąc ukryć nadchodzących łez. – Zostałeś mi tylko ty. Nie mogę cię stracić…

 - Nie stracisz…

 - Wystarczy, że zbliżysz się do tego domu, a się tak stanie.

W każdym pojedynczym słowie Joachima brzęczała zimna stal. Xawier splótł mocno ręce za plecami, powstrzymując samego siebie od haniebnej ucieczki.

 - Słyszałeś? – zapytał Joachim, drżąc z bezsilnego gniewu. Xawier przytaknął niemo, wykręcając sobie palce. – Jeżeli podejdziesz do ścieżki…jeżeli ktokolwiek cię zobaczy…

 -  A jeśli sprowadzę mamę do domu? – pytanie samo spłynęło z warg Xawiera, nim ten zorientował się, co chce powiedzieć. Twarda dłoń okazała się szybsza od słów.

 - Dość!

Joachim obrócił się na pięcie i poszedł w kierunku wioski, zostawiając syna samego pośród pasącego się bydła, osłaniającego zaczerwieniony od uderzenia policzek. Do końca dnia obaj nie odezwali się do siebie słowem, mijając się w drzwiach, jakby byli sobie obcy. Po skończonej kolacji Joachim zabrał się do zmywania, zaś Xawier zamknął się w swoim pokoju, niewielkiej klitce z jednym oknem, wychodzącym na skarpę. Usiadł na rozchełstanym łóżku, podkurczając nogi pod siebie. Potoczył obojętnym spojrzeniem po reszcie sprzętów, rozlokowanych byle jak po wnętrzu i w odruchu desperacji przysiadł blisko okna, opierając ramiona na prymitywnie ciosanym parapecie. Patrzył na skarpę, zza której z wolna toczył się srebrzysty talar księżyca, wstępujący majestatycznie na całun nieba. Xawier oparł zraniony policzek na przedramieniu, śledząc tor jego wędrówki. Przysnął, sam nie wiedząc kiedy. I miał dziwny sen. Tak dziwny, że obudził się w środku nocy z przeświadczeniem, że ojciec usiłuje skręcić mu kark. Potrzebował dosłownie chwili, by wyprostować się z chrzęstem zastałych kości i rozmasować zesztywniałą szyję, sprawiającą tyle niepotrzebnego bólu. Oczy Xawiera ześlizgnęły się z parapetu, poszukując księżycowej tarczy i gdy ją odnalazły, niemal wyszły z orbit. Xawier znieruchomiał, prawie zapominając o oddechu. Na ostro ściętej skarpie ktoś stał. Niezbyt wysoka postać, skąpana w blasku pełni tańczyła. Xawier widział wyraźnie czerń smukłych ramion, poruszających się z gracją węży, widział gnącą się do taktu, smukłą kibić, spowitą suknią, której długi, poszarpany tren wirował wokół, zamykając ją jeszcze bardziej w kręgu własnego świata. Xawier wolno przełknął ślinę, straszliwie zaschło mu w gardle. Tańcząca dziewczyna? Skąd się wzięła tak blisko chaty Armina? Xawier nie musiał długo się w nią wpatrywać, w mig skojarzył, że nie pochodzi ona z wioski. A skoro nie…Tancerka wykonała serię oszałamiających prędkością obrotów, po czym zniknęła z pola widzenia. Xawier jak oparzony wyskoczył z łóżka, przebiegając cały dom i niespecjalnie zachowując ciszę. Wyleciał na dwór, wypatrując tajemniczej nieznajomej, lecz od frontowej strony czarnej chaty Armina niczego nie mógł dostrzec. Niczego, prócz dwóch migoczących zachęcająco światełek, najprawdopodobniej bijących z okien domu. Do uszu Xawiera dobiegło zdawkowe skrzypnięcie podłogi, co oznaczało, że ojciec się zbudził. Prędko więc dopadł z powrotem swojej skromnej sypialni, nim ojciec otworzył drzwi swojej. Xawier rzucił się do okna, oddychając płytko z przejęcia, lecz nie zobaczył już żywej duszy. Księżyc nadal w skupieniu kontynuował swoją wędrówkę, opryskując świat odłamkami srebra.

Nazajutrz rano Xawier obudził się tak gwałtownie, jakby jego mózg pracował intensywnie przez całą noc. Wiedział już, że musi, po prostu musi pójść do chaty Armina, żeby odnaleźć tamtą dziewczynę. Kłębiło się w nim tyle pytań bez odpowiedzi, tyle sugestii…

 - Wstawaj już. – odezwał się zza drzwi Joachim. – Pora iść do pracy.

Xawier westchnął ciężko, zbierając się z łóżka. Odzyskał energię, kiedy wciągnął na grzbiet jasną, lnianą koszulę i wybiegł z pokoju. Zignorował pozostawione przez ojca śniadanie, z miejsca sięgając klamki wyjściowych drzwi. Zdawał sobie sprawę, że ma niewiele czasu, zanim cała wieś wylegnie na zewnątrz, by zabrać się do codziennych obowiązków. W kilku susach przekroczył granicę, dzielącą ich dom od zarośniętej już ścieżki i obejrzał się ze strachem. W najbliższych chałupach paliło się światło, pozostałe domki ginęły w mlecznej mgle, pełznącej nisko przy progach. Xawier wstrząsnął się z zimna, poranek mimo letniej pory nie należał do ciepłych, oko słońca wyłaniało się właśnie z morza chmur, w którym spało przez całą noc. Xawier już odwracał głowę ku celowi swojej wyprawy, kiedy jego wzrok skrzyżował się ze spojrzeniem kobiety w chuście, zdobionej haftem czarnych róż. Gisza patrzyła na niego z niedowierzaniem, zdawało mu się, że cała dygoce z przejęcia. Xawier wolno pozdrowił ją ręką, tak jak czynił to co dzień, odwrócił się mechanicznie, wydłużając kroki. Nie miał pojęcia, ile ma czasu, zanim Gisza zaalarmuje ojca, wolał się nad tym nie głowić, skupił się wyłącznie na czerni chaty starego Arnina, stojącej na strażnicy całej wsi. Ścieżka zakręcała w pewnym momencie, zarastająca ją w przerwach kamieni trawa przypominała łuskę obmierzłego gada. Xawier poczuł, że serce tłucze mu się w piersi coraz mocniej, w gardle rośnie gula gorąca. Nie oglądał się za siebie, choć miał na to dziką ochotę. Spodziewał się, że będzie to dla niego zbyt trudne. Na tej wysokości wiatr zdawał się gwizdać mu w uszach ostatnie przestrogi, słońce zalewało zbliżający się cel promieniami letniej pożogi, do nozdrzy Xawiera doszedł zapach dzikich fiołków. Jeden krok, następny i Xawier zatrzymał się gwałtownie, pozostawiając za sobą wszelkie troski i sprawy doczesne. Nareszcie miał możliwość ujrzenia przeklętej chaty na własne oczy. Co dziwne, im dłużej na nią patrzył, tym ciężej szło mu skojarzenie tego domu ze zniknięciem swojej matki. Chata Armina okazała się pięknym, drewnianym domem. Szeroki płat zieleni, okolony niewysokim, sosnowym płotem stanowił podjazd, wstęp do prawdziwego arcydzieła. Dom był wysoki, piętrowy, nakryty solidnym dachem w kolorze jesiennych kasztanów. Ściany, złożone z poziomo ułożonych desek, kilka odcieni jaśniejszych, przecięte zostały szeregami okien i drzwiami wejściowymi, zachęcająco uchylonymi. Tuż przy nich piętrzyła się obłożona drewnem studnia, również nakryta prowizorycznym daszkiem. Xawier stał w bezruchu, praktycznie wrośnięty w podłoże, niezdolny do wykonania jakiegokolwiek sensownego ruchu. Słońce bez pośpiechu wspinało się po schodach krystalicznie czystego nieba, wydobywając z mroku każdy najdrobniejszy szczegół architektoniczny.

 - No dobra. – powiedział do siebie Xawier, oblizując usta. – Jestem tu. Dobra. Wchodzę.

Postał jeszcze z minutę, przestępując z nogi na nogę i podświadomie oczekując, że ktoś wyjdzie z tego domu, by zrobić mu krzywdę. Nic takiego jednak się nie wydarzyło. Xawier nabrał letniego powietrza w płuca i zaczął iść, pozostając w gotowości do obrony, bądź szybkiej ucieczki. Rozglądał się nerwowo, zaciskając pięści z taką siłą, że paznokcie wbijały mu się w ciało dłoni. Drzwi wejściowe przybliżały się nieuchronnie, wciąż kusząco otwarte, ale Xawier nie skierował się prosto na nie. W ostatniej chwili skręcił, chcąc dostać się na tyły domu. Przedarł się przez gęsto rosnące przy ścianie kamelie, co i rusz obrywając po głowie giętkimi łodygami, aż znalazł się w ukrytym ogrodzie. Leżący z tyłu chaty, osłonięty murem rozrośniętych wszerz drzew był nie od odkrycia z dołu, punktu widzenia wioski. Xawier obrócił się na pięcie, chłonąc spojrzeniem chaotycznie rozsiane kłęby dzikich róż i rozwinięte kobierce fiołków. Kątem oka wyłapał kamienne stopnie i balustrady tarasu, owinięte łańcuchami bluszczu, pnące się po wąski balkon piętra i dach. Xawier nigdy nie przypuszczał, że nawiedzony dom może być tak piękny…Piękny, a mimo to opuszczony. Ale przecież widział tu…Wziąwszy się w garść, Xawier przestał tracić czas na obserwację przyrody. Przybył tu w konkretnym celu i nie zamierzał z niego zrezygnować. Powziął w sobie decyzję dokładnej penetracji domu i właśnie ruszył agresywnie w stronę schodów, gdy pewien osobliwy dźwięk wrył go w ziemię.

 - Kim jesteś? – zapytał dziewczęcy głos i Xawier zastygł, z jedną nogą na ostatnim stopniu schodów. Na ich szczycie, zasłaniając sobą drzwi wejściowe, stała dziewczyna. Na pierwszy rzut oka wyglądała na nietutejszą; miała bardzo bladą, trójkątną twarz i przenikliwe, szare oczy w kształcie migdałów. Jej włosy, czarne, połyskujące granatem zaczynały się równą, sięgającą nadspodziewanie jasnych brwi grzywką, a kończyły niekształtnym węzłem z tyłu foremnej głowy, zza której wystawały ciasno skręcone pasma. W jasnej, sięgającej kolan koszuli, z podwiniętymi do łokci rękawami i poplamionych spodniach mogłaby wyglądać uroczo, jednak Xawierowi wydała się raczej brzydka, ze skrzywionymi, wąskimi wargami i kościstymi dłońmi, opartymi na wąskich biodrach chłopczycy. Nie wyglądała przyjaźnie, wręcz przeciwnie, lecz Xawier wcale jej za to nie winił.

 - Aa… - zająknął się teraz, zdejmując stopę ze schodka i prostując plecy. Musiała być również od niego starsza, groźnie zsunięte brwi wydobywały z porcelanowej skóry drobne, ledwo widoczne zmarszczki w kącikach oczu.

 - Pytałam, kim jesteś i lepiej, żebyś mi odpowiedział. – powtórzyła złowróżbnym tembrem, ordynarnie przeciągając sylaby.

 - Ja… - plątał się Xawier, gorączkowo szukając wyjścia z tej niezręcznej sytuacji. Spodziewał się dziewczyny, ale…nie takiej. – Ja…Czy to ty tańczyłaś wczorajszej nocy..? – wypalił z grubsza. Nieznajoma wytrzeszczyła oczy.

 - Ja? Oszalałeś? Jakbym nie miała nic innego do roboty..! – parsknęła obraźliwym śmiechem, mierząc przybysza od stóp do głowy. – Odpowiesz mi wreszcie kim jesteś i skąd się wziąłeś, czy mam te informacje wyłuskać…inaczej? – złowieszcza pauza donośnym okrzykiem powiadomiła Xawiera, że zwlekanie tylko pogarsza sprawę.

 - Je-jestem Xawier… - przedstawił się Xawier. – Przyszedłem z wioski…tej, którą widać z twojeg…tego domu. – poprawił się szybko. Dziewczyna uniosła lewą brew, prostując ramiona i schodząc do ogrodu. Była bosa.

 - Jesteś stamtąd? – zdziwiła się przeciągle. – Coś takiego…I czego chcesz?

Proste pytanie szczerze wystraszyło Xawiera. Miał wcześniej mnóstwo pytań, które teraz zwyczajowo wywietrzały mu z głowy. Zadał więc najprostsze, jakie się nasunęło.

 - Jak ci na imię?

Dziewczyna obeszła go wokół, jakby miała do czynienia z ciekawym okazem. Usłyszawszy go, zatrzymała się, odwracając wzrok w kierunku tarasu.

 - Maja. – odrzekła wreszcie. – Maja. – powiedziała raz jeszcze, tym razem świdrując Xawiera spojrzeniem.

 - A…mieszkasz tu? – spytał mało inteligentnie Xawier, żeby zyskać trochę więcej czasu. Szare oczy spoczęły na nim zimno.

 - A nie widać?

 - Przecież… - wyrwał się Xawier, kiedy minęła go, by wejść do środka chaty. – Przecież to nie twój dom…

 - Skąd to przekonanie? – zdumiała się Maja, opierając nonszalancko ramię o balustradę. Xawier wzruszył ramionami.

 - Ten dom należał przez pół wieku do Armina, samotnego staruszka. Nie powiesz mi, że należysz do jego rodziny, bo żadnej nie miał.

 - Może miał, a zwyczajnie nie chciał się przyznać? – podsunęła szyderczo Maja, niknąc w cieniu spadzistego dachu. Widząc, że Xawier śledzi jej odejście z niezbyt mądrą miną, rozciągnęła wargi w półuśmiechu, zachęcając go ruchem ręki.

 - Mieszkam tu od blisko dziewięciu lat. Skoro już tu przyszedłeś, wejdź. Nie będę cię trzymać na dworze w taki upał…

Xawier skwapliwie skorzystał z zaproszenia. Wnętrze, jak się okazało, jeszcze ginęło w ciemnościach poranka, Xawier wypatrzył jednak rząd drzwi po prawej stronie, otwartą przestrzeń pokoju po lewej, zaś na środku kręte, drewniane schody, prowadzące na piętro.

 - Chodź do kuchni. – przywołała go Maja, więc przyspieszył, żeby nie nabrała podejrzeń. W przejściu do kuchni zatrzymał się nagle, obejrzał się za siebie z dziwnym wrażeniem, że ktoś go obserwuje. Zobaczywszy swoje odbicie, uśmiechnął się z niedowierzaniem…ale uśmiech zamarł na jego twarzy. Za sobą widział w lustrze otwierającą się kuchnię, przechodzącą przez nią Maję…i przysadzistą kobietę w fioletach, podążającą tuż za nią. Serce podskoczyło mu do gardła, już chciał krzyknąć, obróciwszy głowę z powrotem, lecz krzyk uwiązł w krtani. W kuchni przy piecu krzątała się jedynie czarnowłosa gospodyni, nikogo poza nią nie było. Xawier zadrżał, nie patrząc więcej w lustro, wysokości człowieka, straszące naprzeciwko kuchni.

 - Wszystko w porządku? Wyglądasz jakbyś zobaczył ducha. – zażartowała Maja, mieszając w wysokim garnku na piecu. Xawier przytaknął, ocierając czoło. – Siadaj, siadaj. Zjesz ze mną śniadanie?

Za Xawiera odpowiedział jego żołądek, głośnym burczeniem wypełniając kuchnię. Teraz przestał żałować, że nie zjadł śniadania w domu. Maja zachichotała, porzucając gotujące się mleko i szperając po kredensie. Pokroiła chleb, trochę białego sera i zabrała się za rozlewanie mleka do misek. Wyparowała z niej cała niegościnność, z którą wcześniej Xawier miał do czynienia.

 - Jedz, zanim wystygnie.. – zachęciła go Maja, zajmując miejsce po przeciwnej stronie stołu. Po namyśle wstała jednak, rzucając się do wciąż uchylonych drzwi i otworzyła je na oścież. Blask słońca wdarł się do środka błyskawicznie, osiadając w mnogościach stłoczonych sprzętów, szafek, rzędów wypolerowanych przyborów kuchennych i misek. Xawier dosłownie rzucił się na posiłek, obracając głową we wszystkie strony. Nie chciało mu się wierzyć, że Maja sama gospodaruje w tak dużym, pustym domu. Tymczasem gospodyni zjadła już swoją, o połowę mniejszą porcję i zabrała się do obierania warzyw, poukładanych w koszu pod jej krzesłem.

 - Powiesz mi teraz, dlaczego tu przyszedłeś? – zapytała łagodnie, obracając rosłego ziemniaka w dłoniach. Xawier przełknął z wysiłkiem to, co miał w ustach i zasępił się.

 - Najpierw chciałbym się dowiedzieć, czy mieszkasz tu sama… - wyznał nieśmiało, choć właściwie przyszło mu to do głowy dopiero teraz. Maja uśmiechnęła się chłodno, wrzuciwszy obranego ziemniaka do miski.

 - Oczywiście, że nie. – odparła z prostotą. – Tu zawsze jest straszny tłok…

Xawier rozejrzał się raz jeszcze po kuchni, pewien, że coś mu umknęło.

 - Więc gdzie oni są?

 - Kto?

 - Ci, z którymi mieszkasz.

 - Masz na myśli moją rodzinę? – upewniła się Maja, nie przerywając obierania. – Są tutaj. Stale. Mówię ci, za grosz prywatności.

 - Tutaj, czyli gdzie?

 - Wszędzie.

Xawier zmarszczył brwi. Nie miał już wątpliwości, że Maja sobie z niego drwi. Dom był pusty, nie wypełniał go żaden dźwięk, żadna nowa osoba. Byli tylko oni.

 - O czym ty mówisz? – zirytował się nie na żarty Xawier, wstając. – Tu nikogo nie ma. Mieszkasz sama.

 - Mylisz się. – sprostowała Maja, a jej głos nabrał ostrzejszych tonów. – Mieszkam z tatą i mamą.

 - Może są niewidzialni? – zakpił Xawier, stając przy drzwiach ze skrzyżowanymi na piersiach rękoma. Maja obserwowała go spod oka.

 - Nie. Po prostu nie żyją.

Maja wróciła do obierania, udając, że nie widzi rumieńca wstydu, pełznącego po policzkach Xawiera.

 - Przynajmniej mama. – dorzuciła Maja, porzucając warzywa i sięgając do owoców. Podała je Xawierowi, ale ten grzecznie odmówił.

 - A co z tatą? – spytał nieśmiało Xawier, gdy Maja zatopiła zęby w czerwonym jabłku. Gospodyni potoczyła ręką po kuchni i westchnęła, opierając się o stół.

 - Gdzieś tu na pewno jest.

Z tego niezbyt normalnego dialogu Xawier zrozumiał tyle, że Maja mieszka sama i wymyśla sobie resztę rodziny na własne potrzeby. Nie skomentował nowo nabytej wiedzy w żaden sposób, gdyż zależało mu na uzyskaniu odpowiedzi na pytania, które zadawał sobie od blisko dziewięciu lat.

 - Ja też nie mam mamy. – przyznał smętnie, siadając naprzeciwko dziewczyny. – Pewnego dnia, gdy miałem sześć lat, wyszła z domu i już nie wróciła.

 - I co, nie wiadomo co się z nią stało? – spytała z ciekawością Maja, kończąc swoje jabłko. Xawier rozłożył ramiona w geście rezygnacji.

 - Wiadomo tylko tyle, że szła tutaj, by pomóc zadomowić się nowej lokatorce tego domu…

Nie sądził, że jego odpowiedź wywoła aż taką reakcję. Maja wypuściła z ręki ogryzek i zaczęła się śmiać, głośno, piskliwie. Zanosiła się śmiechem, a Xawier czuł się coraz mniej pewnie i bezpiecznie.

 - Kiedy wychodziła, miała na sobie niebieską suknię i kosz z przetworami. – powiedział jeszcze, przekrzykując jej śmiech. – Widziałaś ją może?

 - Żartujesz sobie? – Maja przestała się śmiać, oddychając łapczywie i przecierając oczy. – Ja miałabym zapomnieć Tridię?

Xawier nagle poczuł uderzenie gorąca, zamknął prędko dłonie na kolanach, nabierając w palce materiał spodni.

 - Widziałaś ją? – wydyszał, gdyż całkiem zabrakło mu tchu. – Spotkałaś moją matkę?

 - Jasne, że tak. Bardzo mi pomogła. – odparła rzeczowo Maja, zabierając się do drugiego jabłka. – Była taka miła i sympatyczna…Całkiem młoda, nie wiedziałam, że ma dzieci…

 - Miała mnie. – poprawił ją Xawier z bijącym sercem. – Ona…ona… - Chciałam, żeby została ze mną na dłużej… - westchnęła Maja, zakładając nogę na nogę i odchylając się mocno.

 - Czyli jednak stąd odeszła. – odezwał się Xawier, tracąc wszelki animusz.

 - O tak. Nikt nie chce tu zostać, jeśli zobaczy Areolę…

 - Co zobaczy? – Xawier oprzytomniał, słysząc dziwnie brzmiące, nieznane mu słowo.

 - Areolę. – powtórzyła Maja, zgrabnie balansując na jednej nóżce krzesła. – Tridia nalegała na to, żeby ją zobaczyć…

 - Co to takiego?

 - Inny świat… - rozmarzyła się Maja, z trzaskiem wracając do pozycji względnie pionowej. – Wspaniały, piękny i nieskazitelny. Prawdziwy Raj.

 - Raj…ciekawe. – Xawier nie wątpił, że nowa znajoma kłamie, nie wiedział tylko z jakiego powodu. – Czy ja też mógłbym go zobaczyć?

Maja przestała rozmyślać, posyłając mu spojrzenie świetlistych tęczówek.

 - Żeby dostąpić zaszczytu oglądania Areoli, musisz być gotowy. Jesteś gotowy?

 - Chyba tak. – odparł Xawier, który zaczął się już nieźle bawić.

 - Dobrze. – zgodziła się nadspodziewanie łatwo Maja, wstając. – Pokażę ci ją dokładnie za trzy dni, w środku nocy. Ale pamiętaj, jeśli nie jesteś gotowy, nie zobaczysz jej wcale.

 - Zrozumiałem. – Xawier wstał, szykując się do wyjścia. Maja miękkim ruchem położyła dłonie na jego ramionach.

 - Może wobec tego mógłbyś tutaj zostać, przez te trzy dni..? – zaproponowała. – Pomógłbyś mi trochę w domu, w ogrodzie…

Xawier chciał się odsunąć, ale ręce dziewczyny zakleszczyły go na amen.

 - Zostanę. – obiecał jej miękko.

Prze cały dzień chodził za Mają krok w krok, służalczo poddając się jej poleceniom. Razem zbierali mirabelki w ogrodzie, wyrywali chwasty spomiędzy wszędobylskich fiołków, przycinali zeschnięte listki bluszczu. Wraz z zapadnięciem zmroku, Maja otworzyła mu jeden z pokoi, których rząd znajdował się przy wyjściu na taras. Wyglądał dość niepozornie, trochę przypominając pokój dziecinny Xawiera.

 - Co jest w pozostałych pokojach? – zapytał Xawier, gdy siedzieli razem przy kolacji.

 - Nic wielkiego. Wszystkie urządzone są w ten sam sposób. – poinformowała go Maja zwięźle, szykując się do udania na spoczynek. – Ja śpię w tym ostatnim. – dodała, wskazując przesłoniętą materiałem alkowę przy drzwiach wyjściowych, teraz szczelnie zamkniętych. – Muszę na moment zejść do piwnicy, zaczekaj tutaj, dobrze?

Xawier skinął głową z pełnymi ustami, a Maja wstała, zmierzając wprost na siebie, odbitą w wysokim lustrze, z którego widać było również drzwi piwnicy. Xawier łypał za nią jednym okiem, jak otwiera drzwi i schodzi w dół, trzymając oddalający się płomyk świecy w kaganku. Tuż za nią ruszyła ta sama, tęga kobieta w fioletowych suknach i krótkich, siwych włosach. Xawier znieruchomiał, z ręką wyciągniętą po kolejną pajdę chleba. Już ją widział, a wydało mu się, że to zwykłe przywidzenie...Omal nie zleciał z krzesła, podbiegł do otwartych na oścież drzwi piwnicy. Nadal widział migoczący blask kaganka, którego niosła Maja, za nią nikt jednak nie szedł. Xawier cofnął się, niemal wpadając na ukryte za nim zwierciadło. Pocił się, choć w domu było chłodno, czuł, że przechodzą go dreszcze. Nic już nie rozumiał, nic nie wiedział. Oddychał płytko, opierając się plecami o lustro, w którym kłębiły się niewyraźne kształty majaczących postaci.

 - Coś się stało? – zadźwięczał metalicznie głos Mai, twarz Xawiera owionął podszyty wilgocią zapach dzikich fiołków.

 - Nie, nic takiego… - Xawier wolał przemilczeć całą sprawę. Nie wiedział, jak Maja zacznie go traktować, kiedy dowie się, co widzi. Póki co, dziewczyna wyszła z piwnicy i zamknęła ją na klucz, który nosiła na łańcuszku na szyi.

 - Żeby nie wlazły mi żadne zwierzęta. – oświadczyła pogodnie, okręcając go na palcu. – Pora spać, dzień tu zaczyna się wcześnie.

 - Maju?

Zatrzymała się wpół kroku do kuchni, z pytającym uśmiechem na cienkich wargach.

 - Ty…już widziałaś Areolę..?

Nieśmiały uśmieszek zgasł natychmiast, jakby zabłąkany wiatr zdmuchnął go niczym światełko kaganka.

 - Nie. – odpowiedziała gniewnie, wracając do kuchni. – Wciąż nie jestem gotowa…

Coś huknęło potężnie i Xawier wpadł do kuchni, zaniepokojony. Maja siedziała na krześle, z twarzą schowaną w dłoniach. Kosz z owocami leżał na podłodze do góry dnem.

 - Maju…

 - Nie widziałam Areoli. – wyszeptała Maja z rozpaczą. – Nigdy jej nie zobaczę. Wciąż nie jestem gotowa…

 - Powinnaś stale próbować…

 - Myślisz, że to takie proste?! – wybuchnęła nagle, zrywając się z krzesła. Kopnęła wiklinowy kosz, rozgniatając zebrane w ciągu dnia mirabelki. – Odejdź. Idź już spać… - dorzuciła z wyczerpaniem, przyklękając. Xawier schylił się.

 - Pomogę ci.

 - Idź już! – nakazała ostro, a Xawier nie chciał się kłócić. Wszedł prędko do swojej sypialni i usiadł na łóżku. Oczekiwanie na Areolę usunęło się w cień, zastępując się strachem. Xawier przysnął w niewygodnej pozycji, oparłszy brodę na zgiętych palcach. Zbudził się kilka godzin później z uczuciem, jakby wcale nie odpoczął. Przez szparę w drzwiach widział drgający odblask świecy i słyszał rozmowę. A właściwie monolog.

 - …już nie mogę. – mówiła Maja zduszonym głosem. – Nie mam siły, tato. Chcę ją zobaczyć, tak bardzo tego pragnę, a wciąż się nie udaje. Powiedz mi, dlaczego, proszę. Nie daję rady tego znieść…

Xawier wstał ostrożnie, podszedł do drzwi. Maja stała nieco dalej, na stopniach tarasu, ukryta pod dachem. Mówiąc, patrzyła w górę, jakby właśnie tam widziała swego ojca, w płomieniu wiszącego pod stropem kaganka. Xawier zobaczył, że ramiona i plecy gospodyni drżą. Nie wyszedł jednak z pokoju.

Następnego dnia po wczorajszej melancholii nie było nawet śladu. Maja powitała go jak zawsze z uśmiechem, w którym był jednak cień wymuszenia.

 - Słyszałem twoją rozmowę. – zaczął niezręcznie Xawier po obfitym śniadaniu. – Niechcący, naprawdę. – dodał, widząc, że Maja blednie jeszcze bardziej.

 - Wobec tego słyszałeś moje wyrzuty. – skwitowała Maja z przekąsem. – Nie szkodzi. Rozmowa z tatą zawsze mi pomaga, uspokaja skołatane nerwy. Nie mogę zobaczyć Areoli. – jej głos zrobił się odrobinę wyższy. – Jestem jej Apostołem, prorokiem. Pewnego dnia mi się uda…

 - Jeśli ją zobaczę, opowiem ci, jak wygląda. – zaofiarował się impulsywnie Xawier. Maja odpowiedziała słabym uśmiechem, porzucając obieranie owoców. – Idę do ogrodu. Jak zjesz, przyjdź mi pomóc.

Wyszła, a Xawier powstrzymał się siłą od spojrzenia w lustro. Wolał niczego nie prowokować. Wstał, sprzątnął po śniadaniu i tuż przed wyjściem, zawahał się. Jego spojrzenie wędrowało po większości sprzętów, aż spłynęło po przesłoniętej tkaniną alkowie. W zasadzie nie oczekiwał niczego specjalnego…Oglądając się co rusz za siebie, Xawier odgarnął zasłonę. Zobaczył niskie łóżko pod ścianą, przejście do większego, nigdy nie używanego pokoju, drewnianą toaletkę z lustrem, sporej wielkości szafę. Zaintrygowany, wszedł do wnętrza, dotykając pieszczotliwie rzeźbionego, obrotowego lusterka. Jakoś nie umiał sobie wyobrazić strojącej się nieładnej gospodyni. Komódkę pokrywała warstwa kurzu, zgięcia lusterka misternie oplatały pajęczyny. Tknięty przeczuciem Xawier usiadł przy toaletce, zaglądając w lustro z pełną świadomością. Nawet się nie przestraszył, gdy tuż przy swoim policzku zobaczył obcą postać, której twarz sięgała powyżej warstwy zwierciadła. Wzdrygnął się mimowolnie, kiedy drobna dłoń uniosła się i spoczęła na ramieniu jego odbicia. Xawier obrócił prędko głowę, ale nikogo za nim nie było. Poddał się więc, licząc na więcej doznań, jednak postać nie ruszyła się więcej. Na kobiecy biust, okryty błękitną szatą opadały dwiema strugami włosy w barwie słomy, zaskakująco znajome. Xawier zmrużył oczy, usiłując położyć swoją dłoń na ręku zjawy z lustra.

 - Mama..? – wyszeptał z trwogą. Postać nie odpowiedziała w żaden sposób. Xawier trzęsącymi się rękoma ujął rzeźbione zgięcia lusterka i obrócił je lekko do tyłu. Zobaczył miękko zarysowany podbródek i pełne usta. Uśmiechnięte usta.

 - Co ty tu robisz?

Xawier puścił lusterko, zrywając się na równe nogi. Maja stała przy zasłonie, ze skrzyżowanymi nogami i ramionami, z tą samą miną, którą witała go po raz pierwszy.

 - Ja…przepraszam…ja tak tylko… - Xawier nie mógł znaleźć dobrego wytłumaczenia, dlaczego zajrzał bez pytania do jej pokoju. Maja jednak wcale nie miała nadziei, że odpowie z sensem. Ustawiła lusterko w poprzedniej pozycji, poprawiła jedno skręcone ciasno pasmo, wkładając je za odstające ucho.

 - Rozumiem, że byłeś ciekawy, czym moja sypialnia różni się od twojej, ale mogłeś przynajmniej zapytać.

 - Przepraszam. – szepnął Xawier ze skruchą. Maja pokiwała głową, biorąc go pod ramię.

 - Wspaniale. Teraz pomóż mi wreszcie, po coś tu przecież jesteś.

Xawier dał się holować, nie odpowiadając. Wciąż miał w pamięci obraz uśmiechających się warg matki, odzianej w spłowiałą, kobaltową sukienkę. Do wieczora skwapliwie użyczał swojej pomocy Mai, która uparła się na odchwaszczenie całego ogródka. Po kolacji, podczas której niewiele się odzywali, Xawier naprędce ogłosił swoje udanie się na spoczynek. Przemknął przez przedpokój, zostawiając drzwi sypialni specjalnie niedomknięte. Usiadł na łóżku i czekał. Wiedział, na co. Nie minęło wiele czasu, a Maja znów podjęła ten sam co wczoraj, rytuał.

 - Dobry wieczór, tato. – napłynął z tarasu jej głos. – Wybacz, że musiałeś czekać tak długo. Miałam dużo zajęć tego dnia…

Xawier pozwolił jej wylewać wszystkie swoje żale do zawieszonego nad kamieniami płomyka, sam zaś po cichu wykradł się z pokoju za jej plecami, by spojrzeć w duże lustro, w którym odbijała się kuchnia i piwniczne drzwi. Ujrzał tam te same rzesze postaci nie do końca rozpoznawalnych, w wyblakłych ubraniach, odwrócone tyłem do zwierciadła, przechadzające się flegmatycznie po wielkiej kuchni. Xawier powstrzymał się od drgnięcia, gdy przeszła za nim przysadzista kobieta w fioletach i jego matka, blondynka z niebieską suknią. Obie stanęły przed drzwiami piwnicy, pchnęły je i zeszły na dół, w kompletnych ciemnościach. Xawiera doszedł upajający zapach fiołków, lecz gdy się odwrócił, drzwi pozostały zamknięte na klucz. Maja nadal wyliczała ojcu swoje dzisiejsze czynności, kiedy Xawier zamknął się z powrotem w swoim pokoju. Już wiedział, co miał zrobić. Trzeba tylko poczekać do rana…

Mama starała się coś mu przekazać, tego Xawier był pewien. Dlatego pozostawał milczący na szczebioczącą tego dnia Maję, która z rozkoszą dawała upust swojemu podekscytowaniu.

 - To już dzisiaj! – powiedziała do niego, przesypując obrane mirabelki do potężnego kociołka. – Dziś być może dostąpisz zaszczytu i chwały oglądania Areoli. Nie cieszy cię to?

 - Cieszy, tylko… - Xawier ugryzł się w język, zanim padło pytanie o zjawę jego matki. – Nie wiem…

 - Czy jesteś gotowy? – odgadła Maja, zerkając na niego przez ramię. – Jesteś. Widać to po twoich oczach.

Xawier prędko odwrócił wzrok. Obawiał się przez cały czas, że Maja dojrzy w nich fałsz i spisek, więc starał się schodzić jej z drogi. Tego dnia jednak gospodyni nie nalegała tak na jego udział w przygotowaniach. Pozwalała mu snuć się po domu bez zajęcia, sama zaś biegała na piętro i z powrotem, znosząc jakieś paczki i pakunki.

 - Po co to wszystko? – zatrzymał ją Xawier, gdy tylko jej czarna głowa wychynęła z pachnącej fiołkami czeluści piwnicy.

 - Nie udawaj! – zawołała przyjaźnie, klepiąc go po plecach. – Dziś jest wielki dzień. Jeżeli tym razem uda mi się zobaczyć Areolę, odejdę z tego domu. Na zawsze.

 - I dokąd wtedy pójdziesz?

Maja odstawiła ciężki kosz z przetworami, który wytargała z piwnicy i położyła Xawierowi dłonie na ramionach, tak jak wówczas, gdy prosiła go, by został.

 - To nie będzie miało najmniejszego znaczenia.

 - Czemu?

 - Bo będę już w Raju.

Pozostawiła go z tą tajemniczą wypowiedzią samego, chwyciła przetwory i zaniosła do kuchni. Chwilę później minęła go znowu, wbiegając ze stukotem po schodach na piętro. Xawier obejrzał się za nią i kątem oka dostrzegł w lustrze sylwetkę matki, schodzącą powoli do piwnicy. Dopiero teraz zorientował się, że Maja zostawiła otwarte drzwi. Uważając, by nie nadeszła zbyt szybko, ruszył schodami w dół, zabrawszy uprzednio kaganek ze swojej sypialni. Osłaniając chybocący się płomyk dłonią, schodził stopień po stopniu, niepewny, co przyjdzie mu zobaczyć. Im niżej się znajdował, tym wiało większym chłodem i intensywniejszym zapachem kwiatów. Przystanął, usłyszawszy z góry niepokojący stukot i przyspieszył, mając świadomość ograniczonego czasu. Jeżeli jego matka tu zeszła, znaczy to, że coś musi się dziać niedobrego właśnie w tym miejscu. Zszedł całkiem na dół i rozejrzał się. Na wprost siebie miał heblowany regał i szereg szafek z przetworami, do których kursowała Maja, a z boku wąski korytarzyk, wiejący zimnem, wilgocią i wonią fiołków, zmieszaną z jeszcze innym, nierozpoznawalnym zapachem. Pełen złych przeczuć, Xawier poszedł tym korytarzem, prawie zamykając pięść wokół płomyka. Przejście z litego kamienia, cuchnącego pleśnią w pewnym momencie rozszerzało się na obszerną, okrągłą  salę. Z początku Xawierowi wydało się, że nic w niej nie ma. Nachylił się, kierując płomień świecy na posadzkę, która w bitej ciemności wydawała się kilka odcieni jaśniejsza. To, co zobaczył, przerosło jego najśmielsze podejrzenia. Kamienną posadzkę pokrywały fiołki. Dzikie, fioletowe kwiaty rozrastały się prawdziwym dywanem po całej szerokości i długości posadzki, wypełniając piwnicę ciężkim, słodkawym zapachem. Xawier powoli zrobił krok naprzód, wciąż przyświecając sobie kagankiem. Potknął się nagle, z trudem utrzymując równowagę. Poświecił kagankiem i stłumił okrzyk przerażenia. Potknął się o dłoń. Ludzką rękę, wystającą z kwiecistego dywanu, rękę szarą, przegnitą, o palcach sklejonych śluzem rozkładającego się ciała. Xawier przytknął wolną dłoń do ust, powstrzymując odruch wymiotny. Trzepoczącymi się palcami odgarnął trochę kwiatów i cofnął się w niemej panice. Posadzkę piwnicy pokrywały ciała. Setki istnień poległych na kamiennych płytach, których odór mieszał się z zapachem rosnących weń fiołków. Xawier widział twarze, rozdęte i pozieleniałe, obrzydliwie miękką tkankę, przetykaną niemiłosiernymi korzonkami kwiatów, przeplatane łodygami roślin, rosnących na ścierwie. Xawier cofnął się pod samą ścianę, nie odejmując ręki od ust. Spłoszony, z zimnym potem, spływającym po kręgosłupie, nerwowymi ruchami rąk zrywał świeże fiołki, odrzucając je na bok. Jęknął, odkrywając pod nimi postać kobiety w zszarzałej, fioletowej sukni, pozbawionej już włosów i skóry twarzy, z której wyzierały wyżarte oczodoły i połamana szczęka. Zdusił w sobie płacz, natrafiając na śliską od rozkładającego się mięsa czapkę, należącą do przypadkowego wędrowca. Krztusząc się i dławiąc wymiocinami pobiegł z powrotem na górę, gdy musnął opuszkami palców napuchnięte oblicze matki, z której szeroko otwartych ust wyrastały pęki fiołków. Nie mógł znieść więcej, nie potrafił. Nie dbał o to, czy Maja zauważyła jego eskapadę, wbiegł do swojej sypialni i zatrzasnął za sobą drzwi. Rzucił się na łóżko i zaczął płakać. Głośno, rozpaczliwie, wgryzając się w poduszkę i bijąc w nią pięściami, wył z żalu tak długo, aż oczy zamknęły mu się same i Xawier zasnął, zmorzony odrętwiałym, apatycznym snem, który nie przyniósł ukojenia. Obudziło go delikatne pukanie do drzwi.

- Xawier, nie śpij! – dobiegło go wesołe wołanie Mai. – Zaraz wychodzimy, przygotuj się!

Xawierem targnęła nieopisana złość. Porzucił przemoczoną całkowicie poduszkę i wypadł z pokoju jak burza, gotów rzucić się na gospodynię i wszystko jej wygarnąć, ale nie było jej w przedpokoju. Musiała pójść do siebie. Może to jedyna okazja..? Xawier wcale nie chciał kończyć tak, jak ci wszyscy ludzie, nie zamierzał oglądać takiego raju, jak oni. Przekradł się do kuchni, odchylił lekko rąbek zasłony. Maja siedziała przy swojej toaletce, jej czarne włosy były rozpuszczone i opadały kurtyną na odkryte plecy. Miała na sobie suknię, błyszczącą, zieloną z długim trenem, wlokącym się po podłodze. Odłożyła szczotkę, której włosiem gładziła swoją prostą grzywkę i przyjrzała się sobie w lustrze. Pod tym kątem Xawier mógł widzieć towarzyszące jej odbicie postawnej, fioletowej damy, której ciało gniło właśnie w piwnicznej krypcie. Maja uśmiechnęła się do siebie, gdy widmowa dłoń odbicia pogładziła ją po skręconych włosach.

 - Dziękuję, mamo. – powiedziała. Xawier miał dość. Odsunął się jak oparzony, rozważając drogi ucieczki. Słońce już zaszło, spał zbyt długo, przedpokój zawalony był paczkami i koszami, co oznaczało, że mała morderczyni jest już gotowa. Xawier podbiegł do drzwi na taras i już sięgał do klamki…

 - To jeszcze nie pora. – odezwała się Maja z progu kuchni. Wyglądała oszałamiająco nieprawdziwie w nieco podartej u dołu zielonej sukni, przydeptując okazały tren bosymi stopami. – Pokażę ci Areolę.

 - Wcale nie chcę jej zobaczyć! – nie wytrzymał Xawier, przeczuwając napływające do oczu łzy. – Zabiłaś ich wszystkich! Widziałem! Morderca!

Maja obserwowała go ze średnim zainteresowaniem.

 - Tak myślałam, że zostawiłam niedomkniętą piwnicę. – odezwała się niespodziewanie. – To ciebie nie dotyczy…

 - Jak to nie?! – Xawier postawił wszystko na jedną kartę, cofając się na dwór. Coś skrzypnęło w okolicach dachu. – Tam była moja matka! I twoja! Zabiłaś tych wszystkich ludzi, których teraz maltretują jakieś pieprzone fiołki!

 - To nieprawda. – powiedziała twardo Maja, podchodząc bliżej z wyciągniętymi do niego bladymi ramionami. Xawier cofnął się jeszcze krok. – Oni wszyscy zetknęli się z Areolą, pragnęli ją zobaczyć. Nie byli na to gotowi, nie wszyscy, chociaż ja ostrzegałam, że potem nie będzie odwrotu…Stali się jej Świętymi, wysłannikami milczenia, takimi jak ja, niedoskonała, która nigdy nie mogła jej dojrzeć..!

Spokojne słowa zamieniły się w potok wyrzutów. Xawier spojrzał w szare tęczówki i zobaczył w nich łzy, które spłynęły po ostro zarysowanych kościach policzkowych.

 - Nawet nie wiesz, jak ci zazdroszczę… - wyszeptała zjadliwie, dźgając go palcem wskazującym w pierś. – Ty masz możliwość jej ujrzenia, dostania się do Raju, ja nie.

 - Jakiego Raju..? – wydyszał Xawier, wciąż dymiący od gniewu. – Oni nie żyją!

 - Żyją i wiesz o tym. – przerwała mu Maja, ściągając jasne brwi. – Sam ich widziałeś, moją mamę, swoją, innych. Są szczęśliwi, bo kto by nie był, mając do dyspozycji wieczność w Areoli…

 - Przestań bredzić! – krzyknął Xawier, cofając się jeszcze jeden krok. Noga natrafiła na pustkę, Xawier zamachał ramionami jak wiatrak, widząc, że obraz Mai ucieka gdzieś do góry. Przechylił się mocno, jakby miał robić mostek z miejsca i stoczył się boleśnie po wszystkich, kamiennych stopniach tarasu. Zatrzymawszy się wreszcie na miękkiej, upstrzonej wyrośniętymi ze śmierci fiołkami trawie, przesunął dłonią po głowie, starając się powstrzymać nieprzyjemne odczucie wirowania.

 - Nadszedł czas, tato. – usłyszał jeszcze nabrzmiały od płaczu głos Mai. – Pokaż mu Areolę.

Xawier opadł na plecy i stracił dech. Z tej pozycji miał przed sobą taras domu, na którym stała ukryta pod dachem Maja, w swojej zielonej sukni, wzdymanej podmuchami wiatru, zaś na dachu siedziało monstrum. Olbrzymie, wydłużone cielsko, porośnięte czarnym, lśniącym w blasku wschodzącego księżyca futrem, długie łapy, z ostrymi pazurami wbitymi w dach, ogon, skręcony z obmierzłego włosia, chłoszczący przesycone fiołkami powietrze. Potwór otworzył szeroką paszczę, wypełnioną równymi, szpilkowatymi zębami i zasyczał niczym wąż, kładąc po sobie trójkątne uszy. Przypominałby wilka, gdyby nie paszcza, rozciągnięta w diabelskim uśmiechu, płaski nos i ślepia, w które zapatrzył się Xawier. Dwa okrągłe księżyce, wypełnione kołującym, złotym światłem, przelewającym się przez siebie blaskiem, jaki może wydawać tylko tysiąc umierających gwiazd. Areola. Zapowiedź Raju. Xawier zamarł, skamieniał, poczuł, że jego dusza odrywa się od mięśni i ścięgien, że płynie prosto ku obietnicy wiecznego życia, świetle zrodzonym z chaosu i pozostającym w nim. Nie usłyszał furkotu hebanowej sierści, nie poczuł ostrych jak brzytwy zębisk. A Maja tańczyła, skąpana w promieniach wschodzącej pełni.

Wioska z czasem zapomniała o niefortunnej wyprawie Xawiera. Joachim nie dał rady tego znieść, któregoś wieczoru znaleziono go w oborze dla bydła, wiszącego za szyję na powrozie dla krów. Gisza zmarła niedługo po nim, osamotniona i nieszczęśliwa. Rada wioski ponownie udała się, uzbrojona we wszystko, co nadawało się do obrony, do chaty starego Armina. I ta znów okazała się pusta i nigdy nie ruszana, przesłonięta grobowymi sieciami pajęczyn i kurzu, pogrzebana dziko rosnącymi fiołkami. Minęło może z pięć lat, może więcej. Mieszkańcy wioski całkowicie odcięli się od nawiedzonego domu, pozwalając, by czas pozbawiony litości ukrył ścieżkę, prowadzącą do chaty i obrósł ją  chaszczami nie do przebycia. Nikt nie miał głowy do zajmowania się zagadkami sprzed lat, każdy skupiał się na swoich pracach, monotonnych czynnościach, z których składało się ich życie. Jeden Bury nie zapomniał swojego młodego przyjaciela. W pięć lat po zaginięciu Xawiera, Bury wracał późną, letnią nocą do chaty Joachima, w której teraz mieszkał. Przy samych drzwiach wejściowych przystanął, oglądając się na chatę Armina, jak czynił to zawsze. Nikły uśmiech rozświetlił mu usta, gdy wszedł do swojego domu, zamknął szczelnie drzwi i udał się do sypialni, która dawniej należała do Xawiera. Opadł na łóżko, nawet nie zdejmując ubrania i prawie od razu zasnął. A w oknie, wychodzącym na chatę, zamajaczyły setki cieni, trzymających się za ręce w świetle księżyca. W tanecznym kręgu uważny obserwator dostrzegłby dziewczynę w sukni z długim trenem i towarzyszącego jej chłopaka, zatopionych w wiecznym tańcu. Tej nocy jednak nikt na nich nie patrzył.

 

KONIEC

 

 Autor: velveten
 Data publikacji: 2008-12-15
 Ocena redakcji:   
 Ocena użytkowników:

 Zobacz inne utwory autora »
 Skomentuj »


 KOMENTARZE
Ułóż od najnowszych ↑

 Halo!
Zdaję sobie sprawę, że czytelnicy mają mnóstwo ciekawszych opowiadań do przeczytania, ale może ktoś jednak rzuci okiem na moje wypociny?:( zależy mi na komentarzach i ocenach, bo chcę znać opinię innych na temat mojego pisadła...
Autor: velveten Data: 09:36 14.01.09
 Dobre!
Porządne, praktycznie bezbłędne opowiadanie. Nienajgorszy pomysł, odpowiednie, równe tempo i napięcie. Końcówka ponura, ale dobra. Szkoda, że nie wstrzeliwuję się w ideał odbiorcy. Opowiastki z pogranicza horroru bawią mnie nieco mniej niż klasyczne fantasy czy SF. Kwestia gustu; nie ma co z tym dyskutować, ponieważ jednak reguły konkursu dość jasno promują właśnie fantasy i SF, opowiadanie musiało wylecieć na jakąś dalsza pozycję, i nic nie pomogło tu drugie miejsce w moim własnym rankingu.

Co do komentarzy, przepraszam - ostatni miesiąc lub dwa były niestety bardzo pechowe, bo system komentarzy przestał działać poprawnie w związku ze zmianą zabezpieczeń na serwerze.
Autor: Whitefire Data: 17:35 10.02.09
 Dziękuję
Kto czeka cierpliwie zostanie nagrodzony:)
Bardzo dziękuję za komentarz i cztery punkty w osobistym rankingu, naprawdę wiele to dla mnie znaczy:)
Autor: velveten Data: 10:39 11.02.09
 Horror
Początek zachęcający, bardzo mnie zaciekawił,ale końcówka przeszła moje najśmielsze oczekiwania. Całkowicie nie spodziewałam się tak horrorystycznego obrotu sprawy. Niestety, przez to właśnie opowiadanie to straciło dla mnie na odbiorze.
Autor: ~Martha Data: 23:25 14.02.09
 Fajne
Fajne naprawdę fajne i ta groza czająca się w opowiadaniu sprawia że skóra trochę cierpnie ;)
Autor: kero Data: 17:39 13.10.13


« Powrót



Nasi użytkownicy napisali 76935 wiadomości na forum oraz dodali 441 publikacji.
Zapisało się nas już 1930

Ostatnio do paczki dołączył Tregis-kowal

 
Po stronie kręci się 3 osób: 0 zarejestrowany, 0 ukrytych, 3 gości.
 


       Dział Literatury:

   •   Recenzje Fantastyki
   •   Autorzy Fantastyki
   •   Artykuły
   •   Poczytaj fantasy
   •   Poczytaj SF
   •   Poczytaj różne
   •   Cała proza
   •   Poezja
   •   Fan fiction
   •   Publikuj własne dzieło »

Myśl

Słowo nie wróbel: jak ucieknie, to go już nie schwytasz.

  - Przysłowie rosyjskie
  
Strona główna | Mapa serwisu | Wersja tekstowa | O stronie | Podziękowania
Sponsoruj mythai.info | Informacje o prawach autorskich | Kontakt

© 2004 - 2016 Mariusz Moryl

Ten serwis wykorzystuje pliki cookie w celu ułatwienia identyfikacji użytkownika.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia.
 
zamknij
Masz nowych listów.