Użytkownik: Hasło: Rejestracja
 Wędrowiec

Pod wieloma kryją się nazwami, Wędrowcami zali najczęściej zwiemy ich. Nieśmiertelni podróżnicy, Świadkowie dziejów, Goście… wiele zaiste mają imion. Przemierzają czasy i miejsca, szczęściem czy też pechem, zahaczając raczej o te podniosłe i ważne. Śmiało można by rzec, iż ich oczy spisują przewroty i nagłe zwroty naszej historii. Niekoniecznie z chęci swojej…

 

Anonim Gallo nie dochodził przyczyn, nie rozmyślał, z jakiej to racji, o pytaniach, dlaczego i jak nie wspominając. Nie miał nastroju, a poza tym było już późno. Może troszkę wcześniej wypił, ale to tylko z powodu, iż nie mógł zasnąć. W ogóle nie podobało my się nowe miasto. Kolejne zresztą już. Znacznie podobne do poprzedniego, do tego wcześniej też. Ale całe jakieś takie bardziej przygnębiające i ludzie nie ci. A może, dlatego że jesień zagościła już na dobre na dworze? Właściwie to po części na jego aktualny, z lekka niedzisiejszy stan, wpłynęły wszystkie te czynniki.

Po prostu pchnął te drzwi.

Furta Kościoła pod wezwaniem Świętego Ducha, która winna być solidnie zamknięta, taką nie była. Co więcej uchylające się do środka wrota nie wyraziły żadnego protestu. Nie rozległo się nawet jedne skrzypnięcie. Ciekawe.

Nieśpiesznie zamknął za sobą drzwi i oparł się o nie spoglądając w górę. Pewniakiem zobaczył niewysłowioną ciemność, a resztę dopisała jego wyobraźnia. Dawną farę miejską rozświetlało jedynie kilka mizernych świec, dając z resztą tyle samo światła. Ulokowane w okolicach prezbiterium, wskazywały jakoby drogę właśnie ku temu miejscu. Anonim wielce się nie wahał. Zwyczajnie ruszył przed siebie, mijając rząd ławek, kolumn i obrazów, na których mogło być cokolwiek - ciężko ocenić akurat, co.

Od strony światłości, znowuż nie takiej wiekuistej, wyglądał niczym ciemna plama, wcale groźna.

Ale to nie istotne. Zastanawiające, kto też zapalił świece, albo po cóż?

Straszny cień, majaczący w mroku, począł ni z tego ni z owego przyśpieszać. Rychło też zbliżając się do źródła światła zyskał kontury i zmalał. Właściwie to teraz Anonim prezentował się znacznie gorzej. Wielki to on ajuści nie był, potężny również. Ot chuderlawa, zakapturzona istota.

To tylko potwierdza teorię, iż po ciemku wszystko wydaje się straszniejsze.

Mężczyzna zajął jedną z pierwszych ławek, ukląkł zwiesiwszy głowę.

Nieoczekiwanie ciszę rozpruły ostre słowa wyrzutu.

-Za, jakie grzechy mnie karzesz? Co Ci zrobiłem? Chciałem się tylko napić. – Powiedział głosem kwaśnym niczym agrest w maju. – Karczma to takie miejsce gdzie nie jest cicho. Prawie nigdy, rozumiesz? Każdy uśmiecha się do towarzyszy i wznosząc kufel udaje, że ich słyszał, ba, nawet zrozumiał. Ale to, co mi teraz żeś wyciął przechodzi ludzkie pojęcie.

Dysząc ciężko przerwał na moment, ale bynajmniej nie skończył. Zbierał siły.

-Winieneś zapisać się do teatru. – Mówił coraz szybciej. – Takie rzeczy się w normalnym życiu nie dzieją. Cała sala jak jeden mąż milknie i tylko dwóch rębajłów szepcze. A co! Pewnie, dlatego tam nikt nie chciał usiąść gdzie ja wcześniej usiadłem. Tuż obok nich. A żem głupi, gdybym tylko wiedział. – Przerwał jakby przerzucał właśnie na kolejną stronę, wielkiej księgi wspomnień.

-Ale innych miejsc nie było. Musiałem je wziąć! Jak diabli suszyło mnie! No i co? Słyszałem jak podpisują wyrok śmierci na poborcę. Tego chciałeś?

Ruch ręki, kaptur opadł ukazując jego oblicze.

Wnioskując po delikatnym zaroście dałbyś mu może z dwie dziesiątki wiosen. Dłuższe, obcięte zgodnie z najnowszą modą włosy przytakiwały stwierdzeniu. Przyglądając się bliżej rozlicznym bliznom, dziwnym trafem wielce nieszpecącym jego oblicza, zastanowiłbyś się nad kolejną dziesiątką. Patrząc w oczy, w których dwa złote diabełki fikały właśnie zamaszystego kozła, sam byś już nie wiedział. Spozierała z nich niewysłowiona złość, ale także smutek i żal. Nie znalazłbyś tam za to wyrzutu, on tylko czaił się w słowach.

-A może Ty ciągle myślisz, że zapobiegnę tym wydarzeniom? Też coś!

Zwiesił głowę i milczał chwilę.

-Naiwniak. – Zdawałoby się, iż ciche i ulotne niczym szept słowo wcale nie padło.

-Pater noster… - Początkowe słowa modlitwy zagościły na jego ustach, prędko jednak milknąc gdzieś pomiędzy półgłosem, a myślą. Znów zapanowała spokój pański.

 

*

 

Istnieje cień prawdopodobieństwa, iż ktoś właśnie tego po nim oczekiwał. Dzieje się tak, że kiedy nic nie mówi i mało, co się rusza - to go prawie nie ma. Pomijany w planach, nawet w małym stopniu składa się na kompozycję tła. Jakoś zlewa się wówczas z pejzażem.

Prosty przykład. Sześć osób siedzi przy ognisku, wraz z Anonimem. Osoba polewająca, nalewając szósty kubek wpada w niezłe zdziwienie. Liczyła przed chwilą i jakoś za cholerę nie mogło jej wyjść więcej niż pięciu.

Anonim jest Wędrowcem, który choć dla siebie istnieje, dla innych technicznie rzecz biorąc nie. Kiedy dużo mówi, zdarza się, że jest nawet trochę dostrzegalny. Ludzie przytakują i czasem wręcz reagują. Tylko rozczarowanie przychodzi, kiedy po raz dziesiąty przypomina jak to ma na imię. A takież znowu ciężkie w wymowie nie jest.

 

*

 

Anonim ani trochę się nie zdziwił, gdy od strony zakrystii nadeszło trzech gości. Gdzieś słyszał już ich podniesiony głosy, ale nie dopuszczał tych dźwięków do siebie. Ugrzęzły gdzieś w podświadomość, prawie nie istniały. Zupełnie jak głos sumienia – niby był, niby nie. Wystarczy trochę wprawy, ćwiczeń i trach! Znika na mrugnięcie oka.

Przekleństwa i groźby coraz śmielej docierały do jego głowy, nie potrafił ich zignorować. Jednak wymęczył do końca modlitwę, zanim zdobył się by podnieść wreszcie głowę.

Dwóch zbirów, jeden mały drugi duży, a przeciw księżulek. Wypisz wymaluj scena na obraz. Potężniejszy z huncwotów przyciska zakonnika do ściany, drugi z lubością bawi się nożem. Próbują mu coś wyperswadować, lecz on jest twardy - nie daje się. Zuch. Tonsura okalająca jego głowę nasuwa konotacje świętego, który za swoje przekonania nie cofnie się by oddać własne życie.

Ale życie pokazuje inaczej.

-Zostawcie mnie! – Krzyczał potępieńczo przygrubawy ksiądz, wyrywając się z uścisku, w jakim trzymał go potężniejszy napastnik.

-Przyrzeknij, iże tak będziesz na kazaniu prawił. – Parodia dobrotliwość przelewała się z ust tego mniejszego. Tylko, że wyraz jego twarzy ewidentnie przeczył słowom. Poorana bliznami twarz nie wyrażała zgoła nic, zupełnie jakby ktoś odebrał jej całą mimikę. A oczy? Cmentarz w środku zimy wydawał się promieniować większym ciepłem niż te szare ślepia. Ewidentnie to on stanowił mózg operacji

-Już, dalej.

-Dalej! – Powtórzył zbir większy, potrząsając przy tym ostro księdzem. A ile miał z tego frajdy. Postawą swoją przywodził na myśl wyrośnięte dziecko, a głośnym, bezrozumnym rechotem potwierdzał tylko swój stan umysłowy. Zapewne wmówiono mu, że to zabawa.

-Czego ode mnie chcecie? – Głos klechy łamał się niczym opłatek. Szybko. – Mam nawoływać przeciwko Żydom, że porywają nasze dzieci dla krwi by zrobić z nich mace?

-Dokładnie. – Powiedział zupełnie chłodno ten bardziej rozgarnięty, bawiąc się przy tym nożem. – Ale nie tylko.

Nie zadrgał mu przy tym żaden mięsień twarzy, a co dopiero mówić by mrugnął. Zapewne zaliczał się do grona osób, których mrugnięcia notowano w kalendarzu.

-Mam kazać z ambony, że poganie zjadają się nawzajem i chadzają na czworakach niczym psy? – Duchowny nasuwał konotację do Świętego Szczepana.

Przytrzymujący go łotr oderwał mężczyznę od ściany i z mocą gruchnął nim o nią raz jeszcze. Rozległ się jęk przywodzący na myśl płacz rozpaczy, przeplatany groteskowo głupawym śmiechem draba.

 

*

 

A co na to nasz bohater? Ano nic, wykonując zdawkowe ruchy zdążył już usiąść. Podwinąwszy rękawy przyjrzał się swoim rękom. Musiał się jakoś oderwać od sceny, jaka rozgrywała się tuż obok.

Trochę kościste, ocenił. Od blisko półwieku chciał coś z nimi zrobić. Przez długi czas, jaki przeżył już, zdołał kilka razy je wyćwiczyć. Tak, gościły na nich mięśnie nie raz, nie dwa. Parę razy udało mu się je wyrobić, ale jakoś nie wytrzymały próby czasu.

Za to z nóg był dumny. Podwinął delikatnie nogawkę przyglądając się łydkom. Może i nie stanowiły nabite kul jak, u co poniektórych, lecz miał to w nosie. Biegać przecież biegał dość często i nie miał, na co narzekać. Wcale mu to wychodziło. Często przed czymś, co nazywamy raczej ucieczką. Choć jakby się nad tym zastanowić umykał raczej z przyzwyczajenia, nie lubił patrzeć na okrucieństwo. Gdyby lubił, wystarczyłoby nie ruszając się wytrwać jakąś tam chwilę. W bezruchu nikt nie mógł go zauważyć, to niemożliwe.

-Nie róbcie mi krzywdy. – Jęczał dalej, skomląc zastraszany. – Zrobię, co karzecie.

Anonim miewał sporadycznie poczucie humoru, tedy dorzucił swoje trzy grosze.

-Ćwok. – Powiedział nad wyraz dobitnie, w kierunku tego, który wykazywał ciągoty ku nożom. Nic, a nic się przy tym nie ruszając.

-Co, żeś powiedział Piotr? – Zwrócił się do kolegi po fachu, rzekomy ćwok.

-Idiota jesteś. – Nie ustępował Nieśmiertelny.

-Nic nie mówiłem Pawle. – Dopiero teraz nazwany Piotrem odwrócił się i bezrozumnie patrzył na… no raczej na nóż niż na tego, który obracał nim zwinnie między palcami.

-Dobrze. – Noszący imię Paweł uśmiechnął się jak obłąkany wytrącony z równowagi, czyli prawie normalnie. A jednak umiał.

-Myśleć też nie musisz, ja jestem od brudnej roboty. – Dodał szybko.

-Tak braciszku.

-Klecho, powtórz, co zrobisz. – Ponownie jego twarz przybrała kamienny, wyzuty z emocji wyraz. – Muszę się upewnić czy spamiętałeś.

-Zrobię wszystko, tylko nie bijcie.

-Wcześniej mówiłeś dokładnie to samo. – Bezduszny głos, sucho stwierdził fakt.

-Myślisz żeś taki mądry? – Rosłe dziecko znakomicie wczuwało się w rolę, acz potężnym ciosem w brzuch przegięło. Grubasek zgiął się, krztusząc się i dławiąc.

Mniejszy w okazaniu braku zadowolenia zwiesił głowę, a jego dłoń przylgnęła do czoła. Jeszcze tylko brakowało by kręcił ją w geście dezaprobaty, aczkolwiek się dzielnie powstrzymywał.

„No nie dziwne. Wcześniej mówił, że zrobi wszystko byle go nie bić. Bito go to wszystkiego nie zrobił. No to jesteśmy kwita”. Podsumował trzeźwo Anonim w myślach.

Wywodzący się z małej wiochy na zachodzie Gallo miał spore doświadczenie w takich chwilach. Wystarczyło siedzieć jak myszka by nie dostać po mordzie, albo jeszcze gorzej. Tedy siedział.

Szybko mu się znudziło, te same groźby, te same błagania i nieudolność komicznego doń Pawła i Piotra. Wyuczonymi, zdawkowymi ruchami zdjął but i wyciągnął z niego kamyszek. Uwierał go cały dzień, ale go wcześniej jakoś nie wyjął. Nie miał okazji. Za to teraz trzymając go w dłoni skłaniał się ku tezie, o celowości wszystkiego na tym świecie. Co prawda moskity nadal stanowiły doń nierozwiązywalną zagadkę, po cóż Stwórca powołał je do życia. Wzruszył ramionami i wyczuwając moment, kiedy nikt nie patrzy w jego stronę, szybko rzucił kamieniem.

-Aua! – Wrzasnął malec i zaczął okładać większego, który wciąż wprawiał zakonnika w stan lewitacji. Farsowy efekt, gdyż Piotr skutecznie wykorzystywał księdza, jako tarczę.

Spodziewając się czegoś nieokreślonego, Anonim słusznie odwrócił głowę. Nie on jeden musiał ją wonczas zobaczyć, gdyż wskazywał na to spokój, jaki z nagła zapanował. Nikt nikomu nie groził, nikt nie krzyczał ani nie płakał. Tylko ksiądz głucho upadł na ziemię.

„Musiała modlić się w którejś z bocznych kaplic, że też jej nie zauważyłem. Zresztą, co ona tu robi?”. Zastanawiał się Anonim.

Kobieta sama nie do końca zdawała sobie sprawę z powagi sytuacji. Przyglądając się trzem osobnikom, wcale się nie trzęsła. Co zaskoczyło Anonima, niewiasta znajdująca się kilka kroków od niego zauważyła go. Coś kazało mu tak myśleć skoro akurat jego zaszczyciła znaczącym spojrzeniem i żałosnym uśmiechem. Mógłby przysiąc na wszystkie świętości, iż tak właśnie było. Albo tylko mu się zdawało.

 

*

 

Sprawy potoczyły się, no szybko.

Nasz bohater zarwał się z miejsca pierwszy.

-Ucieka… – Księżulek zaczął krzyczeć, acz nie dokończył. Krótki, szybki, a przede wszystkim skuteczny cios zbira mniejszego w grdykę go przystopował. Następne, niepotrzebne już uderzenie w zęby musiało nastąpić pod wpływem wyuczonego odruchu.

Anonim widząc walącego ostro dryblasa, wypadł z ław i rzucił się płasko na ziemię, wprost pod nogi cwałującego waligóry.

Upadający nań ciężar odebrał mu dech w piersiach. Równocześnie miał okazję przyjrzeć się kobiecie. Widok jej sam w sobie mógł uczynić to samo, tylko łzy, jakie napłynęły mu do oczu sugerowały o lepszej sile perswazji upadającego na niego zbira.

Niewiasta jakby załapała, o co chodzi pokazała swoją lepszą stronę – tylnią. W tej sytuacji na pewno lepszą, nie ma, co polemizować. Zaraz też zniknęła z pola widzenia.

Ten mądrzejszy jakoś nie kwapił się do pogoni, niczym kołek stał i gapił się przed siebie. Drugi łotr z wolna zszedł z Anonima i z głupawą miną podrapał się po głowie.

 

*

 

Stało się to coś, co zawsze dzieje się w takich chwilach. Najbliższe towarzystwo przybrało nieobecne miny i zastygło. Tylko zakonnik zgięty w pół, pluł krwią i najpewniej liczył czy wszystkie zęby się uchowały.

Całe zajście najbardziej było krępujące dla umysłów ludzkich. Cały czas coś kazało im ignorować tego gościa. Nieistotny element tła, taki kamień czy drzewo. Jest, bo jest i nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Ani z tobą nie pogada, ani do ciebie nie podejdzie, a zaczepiony nie zrobi nic. Uznajemy, że go nie ma.

„JA JESTEM TWÓJ UMYSŁ I JA MÓWIĘ JAK MA BYĆ. JAK JA TO PRZETWORZĘ TAK PO PROSTU DLA CIEBIE JEST”.

Wszystko dobrze do czasu, kiedy zdarzy się coś, co właśnie miało miejsce. Ciężko wytłumaczyć świadomości, że to małe nieznaczące nic, rusza się i właśnie pokrzyżowało plany. Nie mogło się tak nagle znikąd pojawić. Budowanie alibi, wpisywanie je siła w najbliższe wspomnienia nie jest wcale takie łatwe. Trochę nawet boli. Wróć, wróć…

 

*



Gallo sam zdziwiony podniósł się na łokciach. Oj, dawno tego nie robił, nie interweniował.

Jedna kwestia zajmowała wówczas jego myśli – kiedy brał udział w takich wydarzeniach, dostawał po mordzie.

Jak za machnięciem czarodziejskiej różdżki powróciła normalność.

-Będziesz go bronił! – Wypalił niepewnie do leżącego na ziemi, wciąż dostrajający się ten mniejszy. – To twój konfrater, już wiem! – Uradował się jakby ktoś podsunął mu, to może nie oczywiste, lecz najwygodniejsze wyjaśnienie. – Bij go!

Nie skuliwszy się dostatecznie szybko, pierwszy cios przyjął na brzuch. Za nim posypały się następne, cały grad uderzeń, a w przewadze kopniaki.

Lecz nielicho się przygotował. Wyuczona pozycja embrionalna zapewniała, jako taki komfort mentalny. Nie mógł nic więcej na sytuację poradzić.

Plecy eksplodowały bólem. Mimo iż starał się zasłaniać głowę rękami, dostał nieźle w ucho. Cały świat zawirował, a pod czaszką zajaśniało niezdrowo. Mimo bólu, musiał przeczekać, aż znów stanie się mało znaczącym elementem wystroju… tym razem podłogi.

Ciężko ocenić czy świadomość, iż jego udział wymazał kobietę z pamięci huncwotów mu jakoś pomogła. Wnet stracił przytomność.

 

*

 

Ocucił go księżulek, od którego zalatywało postnie, czyli rybą. Pewnym, dlatego pierwsze wrażenia z ocucenia nie należały do przyjemniejszych. Całe ciało bolało go jak cholera, plecy jakoś najmocniej. Mrugając niemrawo konotował, iż coraz dokładniej widzi wnętrze kościoła. Poprawiało mu się, albo klecha zapalił więcej świec.

-Jak mnie bolą plecy! – Sarknął, kiedy klecha próbował mu pomóc wstać. Ostatecznie wspólnymi siłami udało mu się stanąć na nogach. Zawsze w takich chwilach nie widział, czy ma czuć wdzięczność do tego, że należy do Świadka dziejów, Gości czasów, czy Bóg wie jak go jeszcze zwą.

-Może ci w czymś pomóc? – Zagaił z troską w głosie zakonnik.

-Dzięki, ale nie. – Uczący się na nowo chodzić Anonim, poczęstował go niewdzięcznym grymasem na twarzy.

-Ale na pewno?

-Nie. – Sarknął w bólu, trzymając się za obite żebra..

Zrobiwszy kilka małych kółek, stwierdził, iż nie jest tak źle. Bywało gorzej.

-Może jednak? – Czekający nadal przy nim mężczyzna nie ustępował.

-W sumie, przydasz się. – Zaświtała mu pewna myśl. – Gdzie macie tu jakiś grobowiec?

-Grobowiec? – Zdziwił się w pierwszym momencie ksiądz.

Dopiero wtedy nasz bohater przyuważył, iż ma do czynienia ze świeżo wyświęconym, no chyba, że tylko tak młodo wyglądał.

-Z, którego nie śmierdzi, jak na nim stanąć.

-Aaa. Mamy taki jeden. – Nie zdziwił się wcale pytaniem. – Chodź ze mną.

„Albo wdzięczny za wczoraj, albo życie jeszcze w nim nie wyrobiło podejrzliwości”, pomyślał.

Udali się do jednej z bocznych kaplic, w której czekała na nich niemała niespodzianka. Wyposażenie, co prawda nie zostało przewalone do góry nogami, ale odsunięty na bok obraz i otwarte drzwiczki, jakie skrywał, wskazywało na jedno.

-Gdzie jest złoty krucyfiks? – Panikował zakonnik, nie mogąc ustać w jednym miejscu. – Kto widział o tej skrytce? – Na przemian gestykulował żywiołowo i łapał się za głowę.

Wędrowiec ułożył sobie resztę układanki. Najpewniej nie zauważył w nocy, ale nie dziwił się sobie. Było ciemno. Kobieta musiał w ręku trzymać zdobycz, a złapana została na gorącym uczynku.

Pomoc złodziejce skwitował tylko wzruszeniem ramion. Ale po kolei. Najbardziej palącą kwestią stanowił grób. Przyjrzał się podłodze, na której nic nie wskazywało na obecność grobowca. Obszerny, wychodzony już dywan skrzętnie skrywał, co miał skrywać.

-Możesz się odsunąć? – Delikatnie przesunął grubaska i zabrał się za zwijanie dywanu.

-Co robisz?

-Patrz. Jeśli nikomu o tym nie będziesz mówił, może i tobie się ta wiedza przyda.

Chwila pracy i ich oczom ukazała się wyglądając na ciężką płyta kamienna, z dwoma jakby kołatkami, ułatwiającym podnoszenie. Nasz bohater schwycił za jedną, a za drugą polecił księdzu.

-Na trzy ciągniemy. Raz, dwa, trzy…

Płyta okazałą się zadziwiająco lekka, tak, że w mogłaby ją podnieść jedna osoba. Aczkolwiek stan Anonima nie zaliczał się do tych lepszych.

Wspólnymi siłami odsunęli ją na bok. Nie spróchniała i wcale nieprzeżarta przez korniki drabina zdziwiła ich połowicznie. Nieśmiertelnego wcale, zakonnika bardzo.

-Czekaj i nie idź za mną. – Rzekł wesoło, schodząc na dół.

-A nie potrzebowałbyś jakiejś pochodni?

-Spieszy mi się. – Ozwał się głos już z dołu.

Po pewnym czasie rozległ się odgłos tłuczonego szkła, ale zaraz też Anonim wrócił, niosąc trzy butelki – dwie w rękach, a trzecią pod pachą. Bez słowa przystanął przy rozdziawionej buzi drugiego mężczyzny. Pas włosów okalający łysą głowę zakonnika, mający przywodzić na myśl męczenników i świętych, winien nadawać powagę. Tylko akuratnie w tym przypadku pogorszał sprawę. Wyglądał niczym błazen.

-Zrobimy tak. Zaciągnij płytę i przykryją ją tak jak była.

Uczyniwszy to zakonnik czekał na dalsze instrukcje.

-Nikomu nie mów, że wiesz o zbiorach na czarną godzinę, chyba, że nie chcesz już z nich korzystać, jasne?

Odpowiedziało mu kiwnięcie głowy.

-Ogólnie to powiedz, że złodziej cię zaskoczył.

-Co? – Było to ostatnie słowo, jakie wypowiedział ksiądz. Butelka z impetem stłukła się na głowie mężczyzny.

Tonsura okalająca czaszkę zalała się krwią, przywodząc na myśl koronę cierniową.

 

*

 

Drzwi frontowe gospody, w której się zatrzymał pozostawały otwarte, zupełnie jak je zostawił. Dogorywający w kominku ogień okrywał całe otoczenie rozedrganą, migotliwą czerwienią. Anonim na paluszkach przeszedł całą sale, stwierdzając, iż celowe nieuporządkowanie zostawione wcześniej nigdzie się nie ruszyło. Jakim je zostawił, takim pozostało. Dorzucił do ognia jedną szczapkę drwa, kiedy to usłyszał dziwne miarowe dźwięki. Szybko je zlokalizował, dochodziły z pokoiku właściciela gospody. Rytmiczne pojękiwanie i sapania nie pozostawiały złudzeń, co też dwaj dorośli, albo i nie, wyprawiają za drzwiami.

Chcąc zając umysł czymś innym, zastanowił się jakby to dzieciom wytłumaczyć, co też dzieje się za drzwiami. Szybko jednak się poddał.

„Oberżysta mówił, że ta upośledzona młódka, która mu pomaga i sprząta to jego córka. Świnia jedna”. Na samą myśl zrobiło mu się słabo. Ta rozsądniejsza część rozumu szybko podsunęła logiczną wymówkę. A bo i przecież gdyby ten mężczyzna nie był taki wielki, coś by na pewno uczynił. Przecież raz już to dziś zrobił. Jednak, kiedy spojrzał na dwie butelki w rękach, tym chętniej postanowił się napić.

Wspinając się na schody nic sobie nie robił z dziewiątego stopnia, o którym każdy wspominał, uprzedzał. Schodek potępieńczo skrzypnął, zapewnie budząc niejednego tej nocy, a może i kogoś przestraszył? Myśląc chwilę nad tym cofnął się i jeszcze raz wszedł na schodek. Tym razem powolutku i spokojnie. Zgrzytnięcie rozciągnęło się niemiłosiernie w czasie.

„A co mi tam”, pomyślał. Zbiegł po schodach i z całą mocą kopnął w drzwi, za którymi oberżysta zapewne chciał się dobrze bawić. Drzwi okazały się w miarę zdrowe i nie spróchniałe, gdyż nie wypadły z zawiasów. Anonim nie śpiesząc się wspiął się na schody. Nikt nie wyleciał z krzykiem czy wrzaskiem.

Kiedy znalazł się w swoim pokoju, siadł na łóżku, owinął się z grubsza derką. Mocując się chwilę z butelką, ostatecznie wbił korek do środka. W trymiga przylgnął do szyjki butelki, odnajdując w niej spokój.

 

*

 

Zbudził się gwałtownie, niemal zerwał się z posłania.

-Ciii. – Uspokajający głos działał. – To tylko sen. – Nawet uderzał we właściwą nutę.

Wciąż zaspany uznał to za sen w śnie.

Był dzień, on leżał w łóżku, a obok niego na podstawionym krześle siedziała sobie niewiasta. Ta sama kobieta, której pomógł wczoraj, aczkolwiek nie wyglądała tak ślicznie jak… tamta? Właściwie może to nie ona, zaczął sobie zadawać pytanie, wpatrując się w nią. Nie przerwał ciszy, ona również.

Wiekiem jak on, znaczy się wyglądała na tyle na ile on wyglądał. No chyba nie tak stara jak Anonim. Taką miał bynajmniej nadzieję.

Włosy jasne, kręcone, upięte z tył. Brązowe oczy kontrastujące z jasną cerą.

Kiedy wpatrywał się w nią, uśmiechnęła się lekko. Właściwie to mu się podobała, sam nie wiedział, czemu wzbraniał się na początku.

Patrząc na nią czekał tego, co zwykle. Gwałtownej zmiana na twarzy, głupkowatego wyrazu, nieobecności, rozbieganych oczy. Dalej Zaskakującego wytłumaczenia, że się gdzieś śpieszy i musi iść. Albo też zapytania „Co ja miałem zrobić?”. Dalej okrutny frasunek i zachowanie jakby się nie liczył, nie istniał.

Bynajmniej nie dotyczy to tylko i wyłącznie płci nadobnej. Nie żeby zależało mu „na tym” odnośnie całej reszty. Po prostu nikt nie potrafił patrzeć mu w oczy dłużej niż pacierz, nie odrywając wzroku. Domena Nieśmiertelnych jakże łatwo pozwalała uniknąć kłopotów, gdy znalazło się w miejscu, gdzie nie powinno się przebywać. Z drugiej strony nie pozwalała z nikim porozmawiać dłużej, czy choćby sensowniej.

-Widzisz mnie? – Wciąż nie przestając leżeć, zapytał.

Kiwnęła głową.

-Długo tu już siedzisz? Zamykałem przecież drzwi…

-Wystarczająco. – Odparła krótko.

Tyle wyrazów, tyle pytań cisnęło mu się na usta. Mógłby nawet wyznać jej, że jest wyjątkowa i umiałby to wytłumaczyć nie wspominając o oszałamiającym wyglądzie. A co on zrobił?

Zamknął oczy, przewrócił się w stronę ściany i postanowił spróbować zasnąć.

To się nie mogło zdarzyć, nie chciał rozczarowania.

Jak go nagle nie szturchnęła, ale wytrwał twardo, ani drgnął.

-Auu. – Jęknął tylko cicho.

Chwilę nic się nie działo, sądził nawet, gdzieś tam na dnie serca, iż poszła sobie.

-Wstawaj! – Wyraziła się całkiem serio i obcesowo nie mniej. Poparcie miała diablo rozsądne, zdrowo szarpnęła za okrycie i ostro zerwała je z niego. Musiał zareagować, wstał i stanął przed nią. Chyba się wielce nie przestraszyła jak się do niej zbliżył. Sam się za to przestraszył, że był w stanie stanąć tak blisko kobiety. Poczuł, że to niewłaściwie, a może, co rychlej to strach mu tak wyjaśnił.

„Dobrze, że się jeszcze nie trzęsę jak osika”, podsumował sobie w głowie.

-Czego ode mnie chcesz? – Jeśli dobrze zgrać ton i nacisk poszczególnych słów można spieprzyć pytanie. Anonim właśnie sam sobie je zadał, choć nie on miał być adresatem.

-Uratował mnie czy też nie? – Raczej dla parodii sama sobie też zadała pytanie. Hardo wzięła się przy tym pod boki i podrzuciła głową.

Odruchowo cofnął się, na tyle ile pozwalało mu łóżko, czyli nadal za mało.

-Nic ci nie pożyczyłem? – Zapytał wreszcie właściwie.

-Nie. – Zaskoczył ją, że hej. Sama zaczęła się zastanawiać czy coś pożyczała w ostatnim czasie. – Nie i nie o to chodzi. – Zreflektowała się, wracając do wcześniejszej twardej pozy.

-Tedy nie musze ci nic oddawać.

-Urato…  - Nie dokończyła tylko odwróciła głowę w bok.

Pewnie dalej by brnął w to, pewnie nawet byłby zadowolony gdyby zwymyślała go od idiotów i błaznów. Nawet gdyby wyszła poczułby się trochę lepiej, a tak?

Pośpiesznie zaczął kombinować.

Jakoś z kobietami mu nigdy nie szło, ale nie dziwne, skoro zwano go Świadkiem dziejów, Gościem, Wędrowcem… Ten zawód wymagał wyrzeczeń.

Zaczął się wkurzać na siebie, musiała się odwrócić i nic nie mówiąc stać dalej w jego pokoju. Jak diabli chciał powiedzieć coś ciekawego, śmiesznego a w ostateczności nawet mądrego. Tylko jeden szkopuł. Nic nie chciało mu przyjść do głowy.

-Przy fontannie na rynku targowym, koło południa. – Rzuciła przez ramię i wyszła.

„Na szczęście nie trząsnęła drzwiami”, uśmiechnął się do siebie nasz bohater. Następne myśli należały do tych gorszych: „A co jeśli jej się nie chciało nawet trzasnąć? Może mnie w ogóle nie lubi?”.

Do południa miał trochę czasu tedy posilił się trochę, podrzemał nie mniej. Za to najwięcej zastanawiał się jak jej też zaimponować. Ułożył o sobie gotowe rozmówki, kilka ciekawych historyjek, które pokazywały, jaki to on też śmiałek.

Zanim udał się na rynek, miał też w zanadrzu kilka komplementów.

Jak nic powinna go polubić, ile czasu przecież na to poświecił. Rozumował logicznie…

 

*



Na szczęście jesień nie byłą taka straszna w tym roku. Słoneczko, co jakiś czas zaglądało zza chmurki i nie wiało.

W taki też sposób pocieszał się czekając za kobietą, a dość długo przyszło mu wystać się. Ale powiedziała, że przyjdzie, dlatego też twardo czekał. Wierzył jej, wierzył kobiecie.

Wyobraźnia podsuwała mu wizję, w co też przyjdzie ubrana. Oczywista sprawa, że lekko się spóźni, bo nie wie, co ma na siebie włożyć. Gdzie by tam nie zamierzała się zjawić.

Zapatrując się w wesoło tryskającą wodę, myślał. Co jakiś czas tylko zaszczycał wzrokiem śpieszących gdzieś ludzi, wirujących wśród rozłożonych na rynku kolorowych wozów.

-Witaj. – Zaskoczyła go głosem zza pleców, że podskoczył w przestrachu.

-Hej. – Wymamrotał. – Anonim. – I wyciągnął przed siebie rękę.

-Romania, ale mów mi Roma. – Uścisnęła energicznie jego dłoń.

Anonim nie miał w kwestii płci nadobnej większego doświadczenia, ale w głowie mu się nie mieściło to, co zobaczył.

-Ładnie wyglądasz, ale po cholerę ci te dodatki?

Przyszykowała się całkiem solidnie. Kilka monet w jego kieszeni nagle straciło na wartości, zapewne nie pójdą na piwo - to miejsce odpada. Jeszcze za bardzo nie znał tego miasta, ale nie do końca wierzył, że wpuszczą go do lokalu z liną, miniaturową kuszą, kompletem wytrychów i innych kobiecych drobiazgów.

-Jakie dodatki? – Zapytała niewinnie, ruszając z miejsca wolnym krokiem sugerując by szedł obok.

-Te, co wystają ci spod płaszcza. – Nieświadomie poszedł za nią, generalnie obok.

-Płaszczyka. – Poprawiła go. – Ja go tak nazywam, bo go trochę przerobiłam. O patrz tutaj. – I pokazała mu, gdzie dokładniej opina ciało. Nie przystanęła jednak, gdzieś zmierzali.

-Piękne. – Jakoś nie wykrzesał w tym stwierdzeniu koniecznej energii by uznać to za pochwałę. – Uczulony jestem na broń. – Wycedził przez zaciśnięte zęby.

-Jaką? – Ciągle zgrywała głupią, przecież liny i kuszy ujrzeć było nie sposób.

-Masz sznur i broń.

-Skąd wiesz? – Zrobiła wielkie oczy. Chyba po raz drugi jej zaimponował, tak bynajmniej pomyślał.

-Jak trochę odeśpię jestem spostrzegawczy. – Podsumował skromnie. – Ale byś widziała rano. Po całym pokoju szukałem własnych butów, by ostatecznie znaleźć je na własnych nogach. Najwyraźniej w nich się położyłem. – Podrapał się po głowie.

Zaśmiała się, wciąż patrząc na niego. A najlepsze w tym wszystkim jest to, iż nie stało się to coś, co zawsze się dzieje podczas rozmowy z innymi. Zauważała go. Ale miał uciechę – i wcale nie chciała go natychmiast pobić.

Zanurzyli się w rynek, mijając miriadem barw i kakofonię dźwięków.

-I jak tam minął dzień? – Zapytał, prawie, że czytając z kartki. Już wcześniej postanowił zadać to pytanie.

-Jak się domyślasz to ja ukradłam krucyfiks z kościoła.

-Phi! – Parsknął. To jeszcze nie największa kradzież stulecia. Wczoraj, przy tamtych cudnych świecach i ulotnej woni kadzidła skradłaś me serce.

Kiedy mówił o tym i patrzył na nią z przejęciem, wkładając w to uczucie, ona uśmiechała się pięknie.

-Popatrz. – Wysforował kilka kroków naprzód i ze stoiska z tkaninami porwał czerwoną chustę, naprawdę śliczną. – Chcesz ją?

-Uważaj. – Wskazała mu na nadciągającą grubszą sprzedawczynię.

Anonim stojąc jak gdyby nigdy nic, patrzył na nią i śmiał się jak głupi. Naraz doleciała do niego niska przekupka i szamocąc ni to jego ni chustę, szybko skamieniała.

Wędrowiec dziejów stał sobie spokojnie, nie ruszał się i nic nie mówił. Po chwili kobieta opuściła ramiona wzdłuż tułowia.

-Co ja to miałam zrobić? – Zastanawiała się w głos.

Roma podeszła do niej i szepnęła kilka słów na ucho.

Idąc dalej, Roma owinęła szyję cudaczną i zdobyczną chustą, zadając mężczyźnie wiele pytań. Anonim czuł się świetnie. Dawno już zapomniał, jaka rozmowa może być ciekawa i przyjemna.

Za swego młodu, lepszym określeniem będzie, wkrótce po swoim urodzeniu „bywał” normalnym człowiekiem. Dopiero pewnego feralnego dnia przestał się dogadywać ze wszystkimi. Brak zrozumienia zmusił go do separacji i wpędził w depresję. Dopiero, kiedy rodzice odeszli i rówieśnicy zaczęli się szybko starzeć zrozumiał więcej. On się nie starzał i na dodatek wiele drobnostek uchodziło mu na sucho. Ale czy cieszył się z tego powodu? Coś za coś, nauczył się z tym żyć.

Przynajmniej rósł mu zarost.

 

*

 

Ani się obejrzał, a znaleźli się przed potężnym fortem. Ogromna bryła w kształcie ośmiokąta stanowiła centrum miasta. Wznosząca się na wysokość czterech pięter, niezaprzeczalnie stanowiła o rozwoju myśli technicznej swoich czasów. Jej ściany wyglądały na nie do zdobycia, kilka wież groźnie strzelających w niebo potwierdzały przypuszczenia. Budynek ten był twierdzą i to taką, w której trzymano, jeśli nie wielkie sekrety, to na pewno skrywa się nieprzebrane bogactwo.

Przyglądając się chwilę budowli, Anonim stwierdził nagle, że stoją w miejscu.

-Co tak zamilkłaś? – Zwrócił się do niej z troską. – Stało się coś?

-Nie powiedziałam ci jeszcze, czym się param.

-Ja prostuje szable i przerabiam puklerze na talerze. Rozwijające zajęcia, co nie? A jak kształtują charakter.

Uśmiechnęła się trochę wymuszenie.

-Kradnę… - Jej twarz przybrała wyraz skwaszonego jabłka, zapewne liczyła na jakieś potępienie.

I…i…i… - Anonim nachylił się i patrząc na nią spode łba bawił się dalej całą sytuacją.

Cholera, potrzebował tego!

-Nie boisz się, że pójdziesz do piekła. – Rzuciła obrażonym tonem, przeto właśnie ją wyśmiał.

-Nie wybieram się.

-Zaraza! Czy ty nic nie rozumiesz? Potrzebuje się dostać do środka tej twierdzy. Potrzebuje…

-Usiądź. – Objął ją i delikatnie zasugerował by kucnęła. – Potrzebujesz spokoju. Weź głęboki oddech. Pomogę ci. Na dwa. Raz, dwa…

-…Trzy! – Dokończyła w złości.

Anonim wstał, odszedł kilka kroków. Wystawiając do niej swoje plecy, skrzyżował ręce i stał tak w ciszy.

-Nie umiesz się bawić. – Skwitował. – Miało być na dwa.

-Czy ty nic nie rozumiesz? Porwali mi ojca i zmusili bym coś stamtąd zabrała.

Jego reakcja ją zaskoczyła. Mina stężała, rysy nabrały zdecydowania, jeszcze tylko brakowało by piąstki zacisnęły się i mściciel wyruszył w świat z vendettą.

Ale raczej nie to zdziwiło ją najbardziej.

Jak na komendę dwa złote diabełki w oczach pochowały się po kątach, zdecydowana linia ust zniknęła, a ściągnięte brwi, uniosły się w akcie bezbrzeżnego zdumienia. Odwróciwszy się na pięcie zaczął chyłkiem się oddalać.

Daleko nie uszedł. Jakieś zdecydowane ręce obróciły go i skierowały w stronę twierdzy.

-Ty, to może się zgramy. – Odzyskał kontenans, mimo że kobieta pchała go do przodu. – Ja będę wybierał kierunek i wysoko podnosił nogi, o tak. – Podniósł zamaszyście nogę. – A ty będziesz wykonywać brudną robotę i pchać, o tak, jak to robisz.

A Roma na to nie bardzo: ni be ni me. Nie zamierzała się cackać.

Kiedy zbliżyli się do wierzei, niewiasta puściła naszego bohatera z żelaznego objęcia.

-Nie puszczaj, lubię w ten sposób. – Posłał jej wymowne spojrzenie, a w głębi duszy zastanawiał się, co też w niego wstąpiło. Sam nie wiedział czy powinien być potulny, czy też dalej ją irytować. Coś mu podpowiadało, że irytować. O jak uwielbiał ten stan niby wkurzenia na jej twarzy. Jeszcze jak.

Nieco na wyrost się ucieszył, jak na niego nie łypnęła. Wyglądała naprawdę groźnie, a z oczu aż sypało snopami iskier. Potulnie przystopował, uśmiech na ustach zatrzymał się w połowie drogi i powoli znikał.

-Widzisz te drzwi. Za tobą. – Z tonu głosy można wnioskować, iż traciła powoli cierpliwość. – Za nimi jest wartownik, twoim zadaniem jest wziąć mu klucz. Użyj swoich wielkich mocy.

-Jakiś szczególny ma być? Rozumiem, że ładnie zapakować i podrzucić na adres…

„Niech stracę”, pomyślał. Poczuł, że jest jej potrzebny, a na razie nie chciał myśleć czy ta znajomość ma jakąś przyszłość.

Kiedyś w starożytnym Rzymie mawiano Carpe diem, co oznaczało łap dzień, żyj chwilą. Tak też postanowił. Choć kiedy o tym pomyślał, wybuchnął szczerym napadem śmiechu.

-Co cię tak śmieszy? – Skrzyżowała ramiona na piersi i dla podkreślenia efektu tupała zdrowo nogą.

-Carpe funghi. – Parsknął. – Łapeeej grzyba! Ha ha ha.

-Dziwny jesteś. – Efekt słów popsuł jej urywany, tłumiony śmiech.

-Sama pytałaś, co mnie rozśmieszyło. – Wciąż jeszcze dyszał od śmiechu. – To, jaki ma być? – Zadarł ręce i aż palił się do czynu.

Gdyby cały dzisiejszy dzień ktoś go obserwował, oczywiście, jeśli byłby wysoce, ale to wysoce spostrzegawczy i nie zgubił go przy pierwszym zakręcie czy tłumie, zwróciłby uwagę na jego ponadprzeciętną energię. Właściwie to Anonim znalazł wreszcie jakąś widownię, kogoś, kto śmiałby się z jego żartów, kogoś, na którego emocjach mógłby grać.

-Frontowa brama jest teoretycznie największymi wrotami, dalsze na pewno będę mniejsze… - Wahała się, kalkulowała możliwości. – Bierz największy.

-Łatwo powiedzieć. A co jeśli wartownik należy do tego typu ludzi, no wiesz, takich, którzy chyba nigdy nie byli mali, a urodzili to się chyba od razu duzi.

-Mali i duzi? Czy ty nadal traktujesz to, jako zabawę? – Włożyła w to tyle przesadnej rozpaczy, ile zdołała.

Bez słowa zbliżył się do niej, na niebezpieczną odległość mniejszą niż zasięg jej nogi i popatrzył jej w oczy. A popatrzył głęboko i bez słowa jakiego. Następnie bez jakiejkolwiek zmiany na twarzy ruszył w kierunku wierzei. Roma stała za to osłupiała, nie wiedziała już sama, co czuje.

Podszedł do drzwi i nie zastanawiając się zapukał. Naraz, prawie w tym samym momencie drzwi zareagowały. Klapa judaszowa odsunęła się z przynoszącym ciarki zgrzytem, ukazując parę wielkich, ciekawskich oczu. Ślepia te, jeśli nie należały do jakiejś starej pierdoły, to do jej potomstwa na pewno. Czaiła się w nich bezbrzeżna ciekawość.

-Czego? – Nieprzyjemny głos doleciał zza klapy, niezaprzeczalnie męski.

-Jestem kronikarzem, szukam pracy.

-Słucham? – Głos zza bramy słyszeć, słyszał na pewno. Raczej chciał przez to powiedzieć „czego”.

-Słyszałem, że urządzacie turniej na najlepszego kronikarza, któryby pozapisywał karty historii tego jakże cudnego miasta.

-A, kto to jest kronikarz? – Że tego słówka nie znał, nie oznaczało wcale, że takowego nie ma. Wartownik, jako niedouczony człowiek często spotykał nowe słówka. Mama zawsze powtarzała mu by został uczonym. Wtedy, jaka była by z niego dumna. Właściwie to mógłby. Gdyby wykazał trochę energii i zapału, codziennie mógłby odkrywać coś nowego. Niestety głównie dla siebie.

-To jest taki ktoś, kto musi orientować się w historii i rzetelnie oddawać jej realia, przelewając na papier, by ku potomności…

Zasuwa zamknęła się. Nasz erudyta zrozumiał swój błąd, niestety po fakcie. Użył zbyt wielu wyszukanych słów i nie zwrócił najwyraźniej na siebie tyle uwagi ile powinien. Z lekka zniechęcony Gallo odwrócił się w stronę Romy i wzruszył ramionami. Nie poddawał się, jednak tak prędko. Tedy przeczesał włosy, odszedł parę kroków i ponownie zapukał w wierzeje.

-Czego? – Słowa bynajmniej nie zagłuszyły zgrzytu, nienaoliwionego mechanizmu.

-Na pewno nie lubisz, gdy ktoś puka, bo od rozsuwania tej klapy nieźle ciarki przechodzą, co?

Od razu postanowił wciągnąć rozmówcę w dialog. Zaciekawić, przykuć uwagę i pokazać, iż wie, co czuje. Bycie Kronikarzem dziejów, Wędrowcem kart historii, Bezimiennym podróżnikiem wymagało niemało trudu by z kimś porozmawiać. Choć z drugiej strony po wielu latach miał już trochę wprawy.

-Nie cierpię! – Przyznał otwarcie. – Po prostu nienawidzę!

-Idę o każde pieniądze, że najgorzej jest zimą po zmroku.

-Jakbyś zgadł! – Uradowane ślepia spoglądały z zaciekawieniem na Anonima, zapewne poczuły zrozumienie. Przecież nikogo nie obchodziły ciężkie warunki pracy strażników, o ich apelach o wyższe płace nie wspominając.

-Człowiek niedosypia, mimo iż chce się tak spać na służbie, że nie wiem. – Wartownik się rozkręcał, wreszcie mógł ponarzekać, a w dodatku ktoś wydawał się go słuchać. – Może i nawet szłoby sobie trochę pospać, ale ciągle kontrolują.

Korzystając z chwili, że strażnik trzy razy pod rząd przerzucił oczami, Gall spojrzał na Romę, czekającą w pewnym oddaleniu. Zdawała się czyścić buty jakimś przypadkowym kijkiem, i nie przypadkowo będąc przy tym nieźle podirytowana. Widząc ją nasz bohater nie mógł się powstrzymać by wyszczerzyć do niej zęby.

-Kto kontroluje? – Zainteresował się.

Oczy w prostokątnej obwódce, spojrzały to w jedną to w drugą stronę. I wtedy nastąpiło, to, co prędzej czy później by i tak się stało. Ślepia zamrugały dziwnie szybko i znieruchomiały.

-Jest tam, kto? – Głos bynajmniej nie zaliczał się do tych strachliwych. – Jaja sobie robicie? Pokarzcie się!

Anonim jakby na pokaz zatańczył wczesną formę przytupańca, poskakał, pomachał rękami. Mógłby i nawet rozebrać się do naga. Nie zrobiłoby to wielkiej sensacji. Spozierające zza judaszowej klapy oczy już go nie widziały.

Zanim klapa się zamknęła, dało się jeszcze słyszeć.

-Zasrane bachory!

 

*



Jakiś czas później.

Przy bramie rozległo się ciche, miarowe pukanie. Pierwszy lepszy by nie zauważył, gdyż było zbyt ulotne, lecz wyuczone uszy wartownika słyszały wiele. Klapa rozsunęła się szybko, oj przeraźliwie szybko, ale nie zapomniała o zgrzycie. Może i krótki, acz ciarki odnalazły swoją drogę na trzech pobliskich plecach.

-Czego! – Warknął strażnik, wciąż pamiętając o dzieciach.

Roma strzepnęła zalotnie rzęsami i pokornie spuściła wzrok. Nawet udawany rumienieć wyglądał całkiem przekonująco. Nie wiedzieć jak to robiła, za to grała świetnie, jak to kobieta.

-O przepraszam jaśnie pani. – Starał się poprawić pierwsze wrażenie. – W czym mogę pomóc?

-Stało mi się coś w nogę, właśnie tu… - Na przemian podnosząc i spuszczając wzrok, zasygnalizowała, że chodzi o ten kawałek gruntu pod nią, i udała niewinność.

-Właśnie tu? – Zdziwił się strażnik.

-No tu, tu. No i każdy ruch sprawia mi ból, mógłby pan rozsunąć bramę i zobaczyć czy niezwichnięta. A może nawet i by pan złoty mi ją nastawił. – Obdarowała go nieprzyzwoicie niewinnym uśmiechem. – Jeśli trzeba oczywiście.

-Kombinuj dziewczyno nim twe wdzięki przeminą. – Szepnął jej na ucho Anonim, o którym jakby nagle świat zapomniał. Przysłuchując się zdarzeniu stał sobie spokojnie, wodząc tylko oczyma.

No nie wiem czy mogę otworzyć. – Szpony wątpliwości wbiły się w jego umysł.

-A to, dlaczego to? – Wydęła zalotnie usta.

-Dawno nie mieliśmy kontroli, wstaw sobie, oni pojawiają się znikąd. Ostatnim razem trochę mi się przysnęło. Zrozum, nie chce dwa razy mieć jakiejś notatki służbowej.

-No otwórz. – Prawie, że tupnęła nóżką, ale przypomniało jej się, że noga srodze ją boli i trochę nie bardzo powinna.

-No dobra! – Obruszył się. – Tylko mi tu nie rób scen.

Zamek szczęknął i wrota zaczęły ustępować, dając niezbity dowód, iż stanowiły bliskie kuzynostwo zardzewiałej, cmentarnej bramy. One nie skrzypiały zwyczajnie, one stanowiły orkiestrę zgrzytów, pisków i jeszcze innych okropnych dziwów, całą czeredę dźwięków, o których warto by przy pierwszej okazji zapomnieć gdzieś przy kilku kolejkach.

Przed bramę wyszedł wypisz wymaluj rasowy wartownik. Tradycyjnie niedogolony, dość wysoki, o szerokich plecach. Nawet nie brakowało mu wydatnego brzucha od nicnierobienia.

Trochę się garbił, raczej z przyzwyczajenia – klapa była na standardowej wysokości, nie jego wina, że Bozia dała za dużo wzrostu. Rozejrzał się trwożliwie czy nie widać jakiś szpicli, swój głupawy wzrok zatrzymał na moment na nieruchomym Anonimie, lecz pośpiesznie, jakby na zapas, go minął.

-To, co z tą nóżką? Pokarze panienka?

Anonim nie przejmując się wcale wartownikiem, przeszedł na teren fortecy i podparł ścianę.

Okazało się, że „panience” nic się nie stało, rozdmuchała sprawę na modłę kobiecą, robiąc z igły widły.

 

*

Było… później. Wieczór.

Nasz bohater przy wielkiej ostrożności zdjął największy klucz z pęku, jaki przy sobie nosił drzemiący właśnie strażnik. I wyszedł poza obszar twierdzy. Kiedy otwierał wrota, dziwnym trafem nie wydały jęku jednego.

 

*

 

Wyglądała zza muru, generalnie obserwując twierdzę. Uznał, że to niezły pomysł podejść.

-Czemu przyszedłeś?! – Wydarła się nań niewiasta. – Jaki mieliśmy plan? – Raczej nie zamierzała poprawić pierwszego wrażenia.

-Miałem tam zostać? – Zachichotał histerycznie. – Sam?

-Nie no gdzie, miałbyś ze sobą całą obsługę twierdzy. – Pogardliwa przesada biła z tych słów.

-Łe tam. – Miał, chociaż tyle honory by wyglądać na zakłopotanego.

-Zmiana planów. To teraz ty mi nie otworzysz ze środka, ale my otworzymy z zewnątrz. Zobaczymy czy strażnika uda się nam wziąć z zaskoczenia.

-„My” ślicznie brzmi nie uważasz? Ja będę prowadził dom, wychowywał dzieci, a ty będziesz zarabiać, co?

Doczekał się braku reakcji, całkowitego i jakiegokolwiek.

Krótki czas do zmroku trwał trochę długo. Roma milczała, Anonim bynajmniej nie. Pytał, próbował wciągnąć do rozmowy, w każdym bądź razie starał się setnie.

-Co taka osowiała jesteś?

-Stało się coś?

-Obraziłaś się na mnie?

-Opowiadałem ci, jak pewnego razu, kiedy jeszcze nie znałem do końca swoich możliwości zakradłem się do zamtuzu by…

Nadal nic nie mówiła, jak zaklęta. Oparła się o mur, tej jakże malowniczej wąskiej uliczki, przymknęła powieki i zdawała się drzemać. Choć równie dobrze mogła kalkulować ryzyko i co może się nie udać.

Anonim ubierając się trochę ładniej niż cieplej, teraz zaczynał żałować. Ściemniało się i jeszcze szybciej robiło się zimniej.

„Jakże jedna chwila, może zmieniać tysiąc następnych”, zastanawiał się. Skąd mógł wiedzieć, iż nagle dziewczynie coś odbije i we dwójkę będę szturmować twierdzę. Od myśli oderwała go jasność, która nagle oblała bruk, w odruchu spojrzał w górę.

Zza chmur wyłoniła się księżyc w pełni, który w swym majestacie wydawał się większy, czy też bliższy. Może dobrze, że nasz bohater nie spojrzał w bok.

Fizjonomia dziewczyny nie zmieniła się, co prawda wiele, acz jej całym ciałem wstrząsnął dreszcz. W mlecznej poświcie jej rysy wyostrzały, a usta wysunęły się dziwnie do przodu, zupełnie jakby nagle skrywały większe zęby, a może tak w istocie było?

-Ruszamy. – Powiedziała trochę gardłowo.

Kiedy szli do bramy, Anonim miał wrażenie, że dziewczyna porusza się nerwowo i szybko. Musiał prawie truchtać by jej dorównać. Szczęściem noc zaliczała się do tych spokojnych, ludzie jakby obawiając się pełni pochowali się w swych domostwach. Nawet plac przed twierdzą, tętniący za dnia życiem, teraz opustoszał zupełnie.

Zbliżyli się do wrót twierdzy, nasz bohater wsunął klucz do zamku i przekręcił.

-Otwarły się, znaczy dobry klucz wziąłem. – Przyznał niepotrzebnie  Gallo odsuwając się na krok.

Kobieta nie czekając pchnęła lekko drzwi, te nie rozczarowały i skrzypnęły.

-Stój! – Anonim schwycił kobietę za łokieć i odciągnął. – Przestań, ja to zrobię.

Nasz bohater pchnął drzwi, które nie wiedzieć, czemu zamilkły… grobowo. Weszli na teren zakazany, a wędrowiec dziejów zamknął za nimi drzwi.

 

*

 

Dziedziniec wewnętrzny rozświetlały pochodnie, nadając najbliższemu otoczeniu aurę tajemnicy. Cały plac częściowo zadaszony był na obrzeżach - przez krużganek strażniczy. Tylko tam istniała szansa natknąć się, na jako taki cień, schowany w niszach i po kątach.

Choć i tak rozświetlone wnętrze zdało się przytulniejszym niźli mroczne zewnątrz.

-Gdzie się podział strażnik? – Zapytała gardłowo, lecz wciąż cicho Roma, nie ukazując przy tym zębów.

Anonim zaliczając się do brzydszej części ludzkości, podobnie jak reszta mężczyzn, nie cechował się jakąś wielką spostrzegawczością. Nie zauważył wyostrzonych rysów kobiety i jej nieco śpiesznych ruchów. Za to gdzieś podświadomie instynkt przetrwania podpowiadał mu by jej nie denerwować.

-Na jego miejscu pochowałbym się w jakiejś niszy w murach, gdzie jest ciemniej i próbowałbym spać. – Odpowiedział całkowicie szczerze bez zbędnych kpiarskich komentarzy.

Jakby na zamówienie z cienia wytoczył się znajomy strażniczy typ. Zapinając spodnie był nie mniej zdziwiony niźli nasi bohaterowie. Przetarł oczy i pośpieszył kroku w stronę Romy.

-Zachciało się lofrów, co? – Splunął fachowo na ziemię.

Zignorowany Anonim będąc na jego drodze, nie chcąc zostać staranowanym uderzył go w nos. Osłupiały mężczyzna zahamował jak wryty. Co, jak co, ale nos miał cały. Fakt, że nie rozumiał, dlaczego go zabolało, jeszcze mocniej go rozeźlił. Niczym tur ruszył do ataku. Choć Anonima pewnie nie widział, stał nieruchomo, coś musiało mu mignąć, gdy uciekł mu z drogi.

Roma jakby nic sobie nie robiąc z walącego ostro na nią zakapiora zamachnęła się krótko i teraz już na pewno rozgruchotała mu nos. Kolejny cios w brzuch, umykał uwadze, następne też. Kto by pomyślał, iż tak potężna postać potrafiła się tak chyżo wyginać. Gdyby ostatecznie nie padł ciężko, jeszcze ktoś by pomyślał, że robi rozgrzewkę; dla zdrowia.

Gallo otrzepał się z kurzu i piachu, jakim się ubrudził upadając na ubitą ziemię. Zbliżył się do draba i lekko kopnął upewniając się swego.

-Zabiłaś go, prawda? – Bojaźń przemawiała wraz z nim.

-Wcale nie. – Obruszyła się.

-Zgadzam się z tobą. Na pewno żyje. – Pośpieszył szybko z zapewnieniami. – Jutro się obudzi z rana i wcale nic, a nic go nie będzie bolało.

Z taką groźną kobietą ciężko się nie zgodzić. A pomyśleć, że jeszcze parę chwil temu specjalnie działał jej na nerwy.

Pochodnia odpoczywająca sobie wcześniej w obejmie na murze, znalazła się w ręce Romy, która rozświetlając wszystkie mroki czegoś niezaprzeczalnie szukała.

-Może potrzymam ci pochodnię i poświecę, gdzie będziesz chciała? – Zapytał na pewno nie z przemożnej chęci pomocy, zapewne nie chciał też być miły. – Jedyne drzwi są przecież na wprost bramy, przez którą tu weszliśmy.

Roma gwałtownie odwróciła się do niego i wyszczerzyła kły. Anonim kroczący za nią krok w krok upadł aż z wrażenia na ziemię, lecz doskoczyła do niego w dwóch susach, przygniotła i jakby jeszcze wyraźniej obnażyła kły.

-Szukam drzwi. – Syknęła. – Ukrytych. Znajdź je dla mnie.

-Wiesz, że jak widzę te wcale ładne, czyste i zadbane siekacze to aż chce się zapytać czy prosisz, czy też nie? – Zdawał sobie sprawę, iż jest jej potrzebny. Pytanie tylko jak długo?

-Wolę cię takiego, a nie jak robisz z siebie ciotę. – I odstąpiła od niego, podnosząc pochodnię z klepiska.

Ponownie obeszli cały mur dookoła, nie ulegało wątpliwości, iż tam właśnie muszą znajdować się drzwi. Anonim nie wspomniał żadnej zabawnej historii, jaką słyszał o wilkołakach. Gdzieś w głębi to nawet się cieszył - wilkołaki żyją bardzo długo, on też.

-To tu. – Nasz bohater wskazał wielce opajęczone i zakurzone miejsce. Specjalnie ulokowane w cieniu, przy najmniej oświetlonej ścianie ośmiokątnej bryły murów.

Widząc, że dziwnie się przygląda, skorzystał z chwili by podsumować nastrój.

-Zobacz nie wieje tutaj, wcale ciepło. Cicho, gwiazdy i my… - Rozmarzył się.

-Powiem ci coś. Nie chciałbyś w taką noc jak ta, jestem niedelikatna. – Czuć, że wiele kosztowało ją to wyznanie. Szybko jednak jej mina stwardniała i chęć do amorów uleciała hen, hen.

-Potrzymaj. – Podała mu pochodnię. – Poświecisz…

W tym samym momencie ogień zgasł jak za dotknięciem magicznej różdżki.

-To może następną? – Uśmiechnął się żałośnie.

Z kolejną stało się to samo.

-Dobra muszę ci coś wyznać. Bo zawsze, kiedy, no wiesz.

-Rozumiem. – Roma przyniosła kolejną pochodnię, tym razem wolała już sama świecić.

-Tak? – Zdumiał się. – Serio?

-No tak. Dziwne by to wyglądało jakby sama pochodnia unosiła się w powietrzu.

-Sugerujesz, że jestem taki mało dostrzegalny i wyrazisty? – Uraziła go.

-A, co! – Wzięła się pod boki. – No i co mi zrobisz? – Zarzuciła włosami, wyglądało słodko, zapewne przez te pomarańczowe i złote refleksy igrające na jej licu. Ktoś światły nazwałby to zauroczeniem, czy też złudzeniem. Czyżby te zwroty różniły się tylko kilkoma literami czy też znaczeniem?

-Jutro. – Odpowiedział trochę za prędko. Zaskoczyła go, nie wiedział, co odparować - to pewnie stanowiło jeden z powodów. Ale gdzieś w głowie przyznał jej punkt. Przecież go zaskoczyła, a to miłe.

-To mężczyzna powinien usługiwać niewieście. – Obruszyła się, próbując odgarnąć pajęczyny i trzymając przy tym żagiew.

-W Rzymie niekoniecznie. Szczerze to raczej odwrotnie. Właściwie to skąd to wzięłaś? – Zmarszczył wyraźnie brwi. – Gdzie się tak dzieje? W bajkach?

-Nie wiem. – Zaczerwieniła się. – Chyba za dużo czytam.

-Co ty właściwie robisz?

-A gałązki zrywam. – Oświadczyła jowialnie.

Gdyż oto za sprawą jakiejś magicznej ingerencji, na miejscu pajęczyn pojawił się krzak bzu, a Roma miała już w rękach pokaźny bukiecik.

-Bo skisnę! – Poweselał Anonim. – Dla mnie?

-Dobra, nie mamy czasu, odsuń się trochę.

Posłusznie usłuchał i się przeraził. Kobieta podwinęła rękawy, włożyła pochodnię w obejmę na murze i dosłownie rzuciła się na krzak. Chwil kilka wystarczyło by cały bez został zamieniony na bezładnie porozrzucane stosy gałązek, lichych wielce. A na jego miejscu ukazały się drzwiczki, wyglądające na szczególnie ciężkie i nie do ruszenia. Na takie wyglądały tylko, pod wpływem ostrego szarpnięcia gładko ustąpiły.

-Widzisz? Zapamiętały, co stało się z krzakiem i potulnie się otwarły. – Zauważył Gallo.

-By tylko spróbowały. – Dziarsko zadarła głowę, zanurzając się w czeluściach nieprzeniknionych.

Ukryte przejście, jak się szybko okazało skrywało kręcone schody prowadzące w dół, nawiasem mówiąc niebezpiecznie strome i ciasne. Schodząc szybko nie uniknęli upaprania sobie pleców i ramion tynkiem. Im dalej się posuwali tym z murów biła większa wilgoć i zimno.

-Znajdujemy się w pieczarze. – Rzeczowo podjął.

-A to niby czemuż? – Ani trochę nie zwolniła, jako że dzierżyła pochodnie prowadziła też.

-Słyszę odległy plusk wody i na ścianach mamy mech.

Dalsza droga odbyła się w milczeniu, aż skończyły się schody. Nasi bohaterowie weszli do jakiegoś pomieszczenia.

 

*



-Jedyna droga prowadzi przed siebie. – Niewiele trywializując Roma wskazała na przejście w żywopłocie, które mieli przed sobą.

-Co to ma być? –Obrzucił ją dziwnym spojrzeniem. – Labirynt jakiś?

Kiwnęła tylko głową.

Mieli oto przed sobą wejście do labiryntu, którego strzegł bynajmniej nie sfinks, lecz karzeł. Karzełek ubrany cały na zielono pomachał im, a jak przy tym trząsł zawadiacką brodą.

-Nic nawet mi nie mów. – Uprzedziła jego słowa. – Tak to ten sam, co żyje na końcu tęczy, tyle tylko, że o złocie zapomnij.

Szczerze to chciał o tym napomknąć, teraz pozostało mu tylko wzruszyć ramionami. Cóż.

-Chciałbyś o coś jeszcze zapytać? – Zrezygnowana opuściła ramiona.

-Jaki jest właściwie cel naszej podróży? – Zerkał niespokojnie na karła, nie podobał mu się.

-To jest kwestia twojej wiary.

-Tak też myślałem. – Cedził nie słowa, lecz sylaby. – A poważnie to okłamałaś mnie z ojcem, tak?

-Tak. – Rzekła tonem bez związku, jakim ludzie mówią „hmm”. – Szczerze, absolutnie szczerze szykuje się rewolucja i czołowi jej działacze zostali zamknięci w lochu.

-Wierzę Ci. I na pewno zgrało się to tak z pełnią, że wyjątkowo nie musiałaś czekać z tą akcją. Zwykły fart. Porwali ich wczoraj, a dziś jest pełnia to, co ratujemy ich. Heja!

-No dobra, zostańmy przy wersji o ojcu. – Nachyliła się doń konspiracyjnie. – Jesteś gotowy na strażnika labiryntu?

Ewidentnie toczyli jakiś rodzaj gry, może chodzi o flirt?

-Jasne. – Zapewnił twardo, choć wątpliwości nazbierałby i cały koszyk jakby tylko trochę przesiedział w temacie.

Kiedy ponurzy zbliżyli się do karzełka, ten powitał ich gestem otwartych ramion.

-Witajcie, witajcie. Jestem Karzeł, co ma pytań sto. – Cieszył się jak dziecko, nawet zdjął przed nimi zielony kapelusik, równie dziecięcy. – Już myślałem, że nikt nie przyjdzie.

-Otóż nie, wpadliśmy i to nawet na herbatę. – Rzucił z kołtuńskim samozadowoleniem nasz bohater. – Ty stawiasz.

Skrzat po miłym i pobłażliwym powitaniu skrzywił się lekko i wycenił strój Anonima od stóp do głów.

-Ale masz zabawnego męża. – Przyznał. – Chciałbyś zagadkę. – Zwrócił się do niego, nie wiedzieć, jakim cudem znajdując się mu nagle na rękach.

-Złaź! Złaź. – Szarpiąc się omal nie zrzucił malca.

-Taki żarcik. – Zaśmiał się nerwowo. – Rozumiecie, wieje nudą. Wiecie, co wymyśliłem?

-Nie. – Oczy zwęziły się jej niezdrowo. – Chcemy tylko przejść.

-Czekaj, on musi zadać nam zagadkę by mógł nas przepuścić. – Wyjaśnił Anonim.

-Szczerze to jest skomplikowany regulamin. – Zająknął się tylko może ze dwa razy. – Opasłe tomisko, mowie wam. Ale, że nikt nie kontroluje, zmieniłem reguły.

-To nie w porządku. – Oburzył się Gallo. – Doniosę na ciebie.

-Stary, posłuchaj, będzie prościej i tak. – Jego rumiana twarz, przybrała wyraz natarczywego spokoju, który jakoś niepokoił. – Dam wam fory, i w ogóle.

-Stoi. – Weszli sobie w słowo, prawie jednocześnie.

Spojrzeli na siebie wymownie i unisono kiwnęli głowami.

-Poproszę o jakieś pytanie, na które nie znam odpowiedzi. – Na jego nalaną i brodatą twarz wylał się obleśny uśmieszek.

Roma już zaczynała się denerwować, ale Anonim nie stracił kontenansu.

-Gdzie jest moja druga połówka? – Zapytał. – Oto pytanie.

-Jakby to rzecz. – Usiadł w siadzie skrzyżnym, zwiesił głowę i trwał tak chwilę.

-Roma. – Uradował się, aż mu broda trzęsła się w podnieceniu.

Nie zdziwiło ich to. Znał ich imiona. Te stworzenia potrafiły się przebić przez cienka warstwę błahych myśli, podobno aż do wspomnień i skrytych pragnień.

-Że niby jak? – Kobieta zapomniała się chwilowo i groźnie łypnęła na Anonima.

Za to Romę zdziwił.

-To nie do końca tak. – Zaczął się tłumaczyć. – Odpowiedź brzmi w wynajętym pokoju pod łóżkiem. Zawsze tam chowam wyskokowe trunki.

Odetchnął z ulgą, kiedy się wreszcie z kimś podzielił tą informacją. Zawsze się obawiał, a co gdyby mu się coś stało? Kto by się zaopiekował drugą połówką.

-Co wam powiem. – Niziołek zagryzł wargi. – Niesprawiedliwe. Ale dobra przepuszczę was.

-Dobre sobie. – Kiwnął głową w zadumie. – Jeszcze tylko jakby to było mało niech panienka się uśmiechnie ładnie. – Gorączkowo spoglądał dookoła, jakby ktoś go śledził czy to zza murów, czy żywopłotu.

-Kontrolują? – Ni to stwierdził ni zapytał Anonim, przechodząc przez wejście.

-Niestety. – Zrobił kwaśną minę karzeł.

 

*

 

Wkraczając w labirynt zanurzyli się w inną bajkę. Zawijasy przejść otoczone wysokim na dwa sążnie żywopłotem, emanowały jakimś cudownym blaskiem. Pewnie, dlatego żagiew sama zgasła.

-Mogłaś się ładnie uśmiechnąć, chociaż. – Szturchnął ją pod żebra i zganił się od razu.

-A jak zrobiłam? – Jej brwi uniosły się niemożliwie wysoko.

-Szczerze. – Uśmiechnął się półgębkiem, zawadiacko by nie powiedzieć.

-A to na jedno nie wychodzi?

-Niby. – Poparł się gestem dłoni wskazującym, iż połowicznie ma rację.

Szli chwilę w milczeniu. Na obecnym etapie szli ślepo przed siebie, nie wspominając o tym, iż mają przeczucie o możliwym zabłądzeniu.

-To nie jest zwyczajne więzienie, prawda? – Zapytał, kiedy pod nogami przeleciał mu jakiś kolorowy, zaśmiewający się do rozpuku kurczak. – Zaczyna mnie to irytować, że stale pytam, to ty winnaś sama z siebie tłumaczyć.

Doszli do kolejnego rozstaju dróg.

- No to powiem tak. Ten labirynt jest i tak do picu. Prędzej czy później i tak się z niego wychodzi, obojętnie którędy by nie iść.

-Jesteś pewna?

-Niby. A teraz musimy się rozdzielić. – Skręciła w lewo i tyle jej było widać.

Anonim przemierzając labirynt myślał, a robił to diabelnie intensywnie. Zastanawiał się, co też czuje do Romy, lub też, co nie. Niektóre chwile wspominał z uśmiechem, przy innych odruchowo patrzył w ziemię. W międzyczasie znalazł jakieś ognisko i kilka innych równie dziwnych rzeczy.

Było wesoło.

 

*

 

Snop iskier wystrzelił w górę, kiedy Anonim dorzucił do ogniska kolejną obgryzioną do czysta kostkę. Kiedy wstawał, stwierdził, że magiczny kogut sycił tak samo jak zwyczajny. Choć może i był to zwyczajny kurczak? Pewnie tak, gdyby nie chichotał się bez przerwy. Nie potrafił nie śmiać się wraz nawet, kiedy go łapał. Później za to zrobiło mu się strasznie przykro.

Wędrując bez celu, bardziej interesowało go poukładanie sobie pewnych spraw w głowie niż konkretny cel. Teraz miał już inne nastawienie. Zmierzał wyjść z tego labiryntu i tyle. Po części, dlatego że uświadomił sobie nic na siłę, a po drugie niewiele ruszających się żyjątek z tej poplątaniny korytarzy nadawało się jeszcze do zjedzenia. Już samo usmażenie kurczaka wymagało od niego sporej inwencji i wyrzutów sumienia.

Nawet się nie zdziwił, gdy za pierwszym zakrętem odnalazł drzwi. Piękne magiczne drzwi, które aż ociekały słodką magią. Właściwie to całe wydawały się cukierkowe. Bo i jakie drzwi przypominają placek, a sama klamka jakby zrobiona z lukru świeci się podejrzanie. Mógłby polizać, zapewne poczułby smak, pewnie zjadłby nawet trochę.

Ale tego nie uczynił.

Nacisnął klamkę, delikatnie, ostrożnie by nie zniszczyć, a potem drzwi same się otworzyły.

Loch nie zawiódł. Najpierw uderzył go zapach działającego od lat grzyba. W pierwszej chwili mało, co widział gdyż ściemniło się diametralnie – kilka zatkanych na ścianach pochodni tworzyło odpowiedni nastrój. Przyzwyczaiwszy się do mroku spostrzegł półkoliste sklepienie, które tworzyło mrowie cegieł. Z kilku ciekła woda. Po obu stronach dosyć szerokiego korytarza znalazłoby się i trzy pary celi. Nie wątpił, ktoś musiał w nich być.

Dopiero po chwili dotarło do niego, że pośrodku śpią słodko dwaj strażnicy. Malowniczo oparci o siebie plecami drzemali sobie dwaj tyle, co wielcy, zapewne także głupi wojacy. Czemu tak sądził? Jeden trzymał kciuk w ustach, a drugiemu ślina ściekała już na kołnierz.

Podszedł do pierwszej z brzegu celi, celi o nienaturalnie drobnej kratce.

Potępieńczo blada postać w długim aż do ziemi czarnym płaszczu bawiła się swoją brodą i spoglądała w sufit.

-Spodziewałem się, że przyjdziesz. – Tajemnicza istota przerwała własne obserwacje by spojrzeć na niego. – Wędrowiec czasów i miejsc, ho, ho. Rzeczywiście miała rację. Mam na imię Roland. Trochę się guzdrałeś, dlatego zdążyła nam, co nieco opowiedzieć. Przywitaj się z resztą załogi.

Po wyniosłym tonie i karnacji nieznajomego stwierdził, że przez tak drobną kratkowaną cele nie przeleci nawet nietoperz. Po co to, komu?

Anonim podchodząc do przeciwległej klatki nie omieszkał rzucić okiem na zbrojnych śpiochów. Ich groźne uzbrojenie znakomicie odnajdowało się w kontraście do otwartych ust, z których leciała ślina. Zapewne śniło im się coś przyjemnego.

W drugiej komorze znajdował się mężczyzna na oko mając coś koło czterdziestki. Wyglądał całkiem normalnie, nawet dobrze ogolony jak na warunki więzienne. Garbiąc się nad kartką coś na niej skrobał piórkiem.

-Abaris. – Przedstawił się nawet nie podnosząc wzroku. – A pióro i papier przemyciłem, nie pytaj nawet jak.

Chociaż jego pręty zaliczały się do zwyczajnych.

W następnej izbie znalazł Romę, która jednak ręką wskazał by podszedł do tej naprzeciwko. W ostatniej okupowanej celi znajdowała się dość młoda kobieta, blondynka.

-Asmea. – Przedstawiła się. – Czarodziejka wody. Roma nam już o tobie mówiła.

-Aha. Bardzo miło. – Podsumował. – Pewno, dlatego masz dziwne połyskujące i gorące kraty.

-Niby.

Jakoś to słowo stało się nagle nad wyraz popularne.

Ponownie zbliżył się do celi Romy.

-Jak? – Jego twarz przybrała obraz misterium boleści.

-Zaskoczyli mnie. – Przyznała niechętnie. – W dziesięciu doskoczyli, a osikowe kołki mieli wszyscy. Wiesz jesteśmy nieśmiertelni, ale siedząc całe życie przed kominkiem i nie robiąc żadnych głupstw.

-Masz na myśli my dwaj nieśmiertelni?

-Poznałeś już Czarnego, Uczonego i Jędzę.

-Właściwie to już wiem, dlaczego mnie widzicie.

 

*



Drzwi na końcu korytarza rozwarły się nagle i huknęły o ścianę. Ukazały schody, z których zszedł rozgniewany wielce czarodziej. Od razu wskazywała na to magiczna tiara na jego głowie i niebieski płaszcz, w którego głębi odbijał się widok nieba nocą.

No i nie zapominając o wyrazie twarzy z piekła rodem, który należałoby podać przed opisem stroju. Czarodzieja pozna każde dziecko, ale że wściekły, to już inna bajka, a raczej koszmar.

Anonim zamarł, w przeciwieństwie do strażników, którzy właśnie zrozumieli swój błąd i gorączkowo wstawali. Lecz nie zaznali wielu wyrzutów. Nie zdążyli się nawet całkowicie rozbudzić, na ich nieszczęście.

Ruch różdżki, strumień energii i dwa ptasie móżdżki zmieniły się w żółte, małe kurczaki, które przestraszyły się siebie wzajemnie i umknęły w przeciwnych kierunkach. Dziko przy tym chichocząc.

Anonimowi zrobiło się niedobrze.

Czarodziej wyrzucił głową do góry i zaśmiał się z własnego żartu. To nie rokowało dobrze. Nasz bohater zamarł, obawiał się, że nawet najdrobniejszy ruch może zwrócić na niego uwagę.

Czarodziej podszedł do celi czarodziejki i niedbałym ruchem ręki spowodował odsuniecie się krat.

-Wstawaj! – Huknął. – Będziemy się pojedynkować.

Nazwana Jędzą blondynka została zapewne przez konotacje do Baby Jagi, lepszych wyjaśnień Anonim nie znalazł. Siłą zmusił ją by wyszła z celi. Lekko się garbiąc wkroczyła na środek korytarza

-Nauczyłaś się czarów, o których ci wczoraj powiedziałem?

-Trochę. – Struganie bohatera najwyraźniej nie należało do jej mocnych stron.

Czarodziej wyjął z kieszeni drugą różdżkę i rzucił ją.

-Się okaże. – Jego nalane policzki ukazały dziwnie nie na miejscu dołki. – Zaczynaj.

Czarodziejka podwinęła jeden rękaw, już miała się zabierać za drugi, lecz zaatakowała. Dziko, szybko i prawie skutecznie. Strumień wody w połowie drogi do czarodzieja zmienił się w sopel lodu. Może i trafiłby w cel, gdyby nie wirująca kula ognia, która rozgorzała wokół maga. Płomienie zdawały się toczyć z zawrotną prędkością.

Czarodziejka widząc, co się świeci poczęła wokół siebie tworzyć również aurę z wody, zaraz też sama zniknęła w odmętach toczącej się masy wody.

Anonim przylegając do krat chciał znaleźć się jak najdalej od tej gorejącego piekła.

Magowi najwyraźniej w końcu skończyła się cierpliwość.

Ognista kula poruszyła się wolna, by zaraz nabrać prędkości, turlając się w stronę swego przeciwieństwa. W chwili zderzenia cały świat zadrżał, eksplodował strumieniem pary, który odbierał dech. Głównych winowajców odrzuciło. Mężczyzna w niebieskim wylądował w miarę sprawnie, natomiast kobieta gruchnęła o ścianę.

Lecz Asmea nie zamierzała się poddawać, ciężko, bo ciężko, ale wstała.

-Zrób coś! – Głos Romy, który usłyszał Gallo równie dobrze mógłby być wewnętrznym ja, acz nie był. Cegła, jaka znalazła się niespodzianie w jego dłoni stanowiła zbyt duże wyzwanie dla wewnętrznego ja.

Mag rozkoszował się widokiem podpierającej się czarodziejki. Nie mogła nawet ustać prosto, a co dopiero mówiąc już o skupieniu się na czarach.

To go zgubiło.

Anonim zdzielił mu w potylicę z pasją i wielkim zaangażowaniem. Zanim zemdlał, oj wielce się zdziwił.

-Klucze. – Powiedział cicho i spokojnie wampir, którego wiekowe życie nauczyło już chyba by się nie dziwić.

 

*

 

Anonim zanim otworzył ostatnią celę nieźle nasłuchał się o pośpiechu. Każdy poganiał, a zbędna zwłoka mogła wiele kosztować. Tedy otwarłszy ostatnią cele, pognał w kierunku drzwi, którymi przyszedł z labiryntu. Reszta stojąc przy drzwiach, z których przyszedł mag dziwnie na niego patrzyła.

-Nie chcecie tych? – Zdziwił się. – Przecież są lepsze? Ja już je znam.

-Prowadzą tylko tutaj, otwórz je. – Stwierdził Uczony. – Rozpisałem to sobie, chcesz zobaczyć prostą matematyczną roszadę, jaką zastosowałem?

Anonim otworzył drzwi i zobaczył za nimi taka sama ścianę, która je otaczała.

Rzucili się na kręte schody jakby te przeskoczone stopnie miały się zaraz zapalić, albo, co gorsza runąć w nicość.

Że pośpiech nie popłaca przekonali się dość szybko.

-Uwaga! – Ryknęła Roma podskakując, o włos mijając szybko turlającą się kłodę, która jakimś magicznym sposobem nie potrafiła się zatrzymać.

Roland będąc tuż przed Uczonym w mig odwrócił się i zamaszystym ruchem płaszcza objął siebie i jego. Zniknęli momentalnie. Pędzący bal rozpruła samo powietrze.

Anonim na szczęście zamykając pochód miał przed sobą czarodziejkę, która pociągnęła go na dół, tworząc nad nimi tarczę z wody. Dzika kłoda odbiła się od niej i pomknęła dalej w dół, niknąc z milknącym stukotem.

-Wiecie. – Z trudem łapał oddech podczas tej galopady. – Że nieśmiertelni jesteśmy tylko do czasu?

Zebrało mu się na filozofię. Pech chciał, że zaraz po tych słowach wpadł na coś. Zatrzymał się jak wryty, kiedy to jego oczom ukazał się płaszcz, który jednak szybko opadł ukazując dwójkę drużyny.

-Chcesz długo żyć? – Zagadnął go uczony. – To nie wychodź poza róg, bo przecież wiadomo, że za każdym czai się niebezpieczeństwo.

Biegli.

-Mam dziwne uczucie. – Oznajmił wampir, jakby w ogóle nie złapał zadyszki. – Ja poprowadzę teraz. – I wyminął Romę, ruchem, który raczej nazywał się teleportacją niż czymkolwiek innym.

Zaraz też trzy bełty odnalazły drogę ku jego piersi. Szybko na jasnej koszuli wykwitła karminowa plama.

Wszyscy zatrzymali się przerażeni, wstrzymując oddech, ale Roland nie tracił poczucia humoru.

-Sosnowe! – Skrzywił się. – Partacze jedne. – Nawet nie trudził się wielce by je wyjąć, zwyczajnie przemienił się w nietoperza, który trochę za mocno skręcał w lewo, gdy leciał. Dopiero wówczas wysforował naprzód.

-Nic mu nie będzie? – Zapytał Anonim z troską, wspinającej się przed nim Asmei.

-Popisuje się, bo jesteś nowy. – Zaświergotała słodko, dziewczęco.

 

*

 

Ale czas bynajmniej nie zwalniał, a ciekawe wydarzenia nie zamierzały ominąć Anonima.

Ciemny punkt niczym pocisk samopału przeleciał im nad głowami.

-Szykować się drużyna! – Krzyknęła zbiegająca Roma, ciągnąć Anonima i Asmę na dół.

-Co jest? – Zdziwiła się czarodziejka.

-Po zapachu czterech mężczyzn. Po hałasie, jaki czynią. Oj jurne chłopy.

-To, co zabawa. – Czarodziejka wyciągnęła rękę i niemalże dotknęła ściany. Niebieskie iskierki przeskakiwały z pomurszałych cegieł wprost na jej palce. Łączyły się w języki ognia, które oplatały dłoń by dalej pozakręcać się dookoła przedramienia.

-A mama mówiła nie biegać po schodach. – Roześmiała się złowieszczo, zupełnie nie pasowało to do słodkiej buzi i małych usteczek.

-Andra cëb ÿlisia!

Z wycelowanej w schody różdżki powiało chłodem. Zaraz też stopnie oszroniły się i czarodziejka zmuszona była zbiegać niżej, fala magii nie zamroziła i jej.

Uczony, który do tej pory nie zabłysnął jakoś, nagryzmolił na ścianie kilka znaków runicznych ołówkiem, który zapewne również jakoś przemycił.

-Czekamy. – Powiedział, kreśląc kilka drobnych poprawek.

Mocne wejście czterech zbrojnych wyglądało następująco.

Pierwszy kusznik poślizgnął się jak wiadomo, kiedy. Pewnie wspomagając się rękami zatrzymałby się na ścianie bez większych obrażeń, lecz tak się nie stało. Kiedy podpierał się łokciami by złapać równowagę, jedna z cegieł wyskoczyła ze swojego miejsca, przydźwoniła mu w zęby i się schowała. Następny wojak wpadł na tego wcześniejszego, ale runiczne symbole zajaśniały i jedna z cegieł spadła mu na głowę, okrywając cały jego świat ciemnością.

Następni już bardziej ostrożni, zaczęli powitalnie strzelać na oślep i zrobił się niezły rejwach. Posłali dwie salwy, ale szybko wyciągnęli morgenszterny.

Dosyć, że miniaturowe wersje Gwiazd zarannych i tak nie stanowiły najlepszej broni na ciasne schody - wymagały wielkich zamachów.

Anonim jakoś się nie czuł najlepiej w tym wszystkim tedy trzymał się z tył kibicując Romie, która co rusz podlatywała i wywijała pochodnią. Nawet nieźle jej szło dopóki jeden nie zgruchotał jej ręki.

Aaaa. – Warknęła, zupełnie tracąc postać człowieczą. Na mrugniecie oka na całym jej ciele wyrosła brązowa sierść, a twarz zmieniła się nie do poznania. To jest fakt, kobiety potrafią się diametralnie zmieniać i to cholernie szybko. Kobieta zmienną jest.

Wojownicy na chwilę się zawahali. I to już wystarczyło.

Mimo zgruchotanej ręki, Roma nadal miała sprawną drugą. Wbiła się klinem między nich, kąsając i bijąc na oślep.

Nieporadni prędko padli bez czucia.

-Jesteś cudna! – Blondyneczka nie uszanowała chwili ciszy dla poległych, paradowała klaskając i chichocząc.

-A ty gdzie się podziewałeś Roland? – Roma zupełnie ją zignorowała. – A co jeśli bym nie dała rady? – Jej fizjonomia odzyskiwała kobiece kształty, acz nadal miała lekki zarost.

-Stałem tuż obok. – Wampierz nonszalancko poprawił kołnierz, równie czarny jak cała reszta ubioru. Nie zapominając o białym kołnierzu, który wystawał z pod spodu. Może i modniś z niego był, lecz jego poczucie smaku zatrzymało się jakieś trzy wieki temu.

-Nic ci nie groziło. Mogłem w każdej chwili wkroczyć.

 

*

 

Dalsza droga nie przyniosła niespodzianek, a zakończona była drzwiami. Anonim pamiętał te drzwi, te same, które prowadziły do labiryntu.

-Ja chce! – Odtrącił wszystkich. – Ja chce otworzyć.

Kompani dziwnie po sobie spojrzeli, najwyraźniej trochę o nim zapomnieli. Taki mały, szary i biegnący z tył. Nic dziwnego.

-A proszę. – Zachęcił Uczony, chyba przeczuwał coś złego.

Anonim wziął głęboki oddech i pociągnął je do siebie. Wypadli na dziedziniec.

-Hola, hola gdzie my są? – Zdziwiła się Roma.

-Racja to nie ta sama twierdza. – Potwierdził Roland, omiatając mniejszy placyk wzrokiem.

-Ale ten sam krzaczek bzu i pajęczyny. – Nasz bohater wskazał na identyczne wejście, którym dostał się do wnętrz twierdzy wraz z Romą.

-To ty nacisnąłeś klamkę prawda? – Stwierdził, nie zapytał Uczony.

-Ja! – Nasz bohater zaczynał tracić cierpliwość. Nie traktowano go serio.

Asme klepnęła go po plecach i odtańczyła taniec deszczu.

Uczony uściskał mu dłoń.

Roma podeszła do niego z wolna i spojrzawszy w oczy rzekła cicho.

-Spodziewaliśmy się komitetu powitalnego, musieli się dowidzieć, że uciekamy. Powinna nas wyczekiwać grupa uderzeniowa. Wiesz. Łucznicy, kilku rębajłów i w ogóle cyrk.

-Plan byłby taki. My byśmy udali zaskoczenie. – Rzeczowo wyjaśnił Roland.

-Bylibyśmy zaskoczeni, uwierz mi. – Wtrącił się Uczony. – Ich zawsze jest za dużo.

-Ty byś cichaczem obszedł wszystkich i dowódcę zdzielił od tył. – Uśmiechnęła się wcale szczerze Roma. – Twój popisowy numer.

-A potem korzystając z zamieszania jakoś byśmy się wykaraskali. – Stwierdził ktoś.

-Jak zawsze zresztą. – Przytaknął ktoś.

Ale Anonim wpadł w odmienny stan świadomości, nie słyszał już ich. Po chwili, napiętej jak struna podenerwowanego łuku, uśmiechnął się przebiegle. Błysk w oku świadczył o czymś głębszym. Ale.

-Trochę żal mi moich ulubionych butów. – Zasmucił się nagle.

-Co? – Krzyknęli unisono.

-Zostały w tamtym mieście.

 Autor: Zbigniew Stanisławski
 Data publikacji: 2008-12-20
 Ocena użytkowników:

 Zobacz inne utwory autora »
 Skomentuj »


 KOMENTARZE
Ułóż od najnowszych ↑

 Stryczek dla poety
Skończyłem i namęczyłem się przy tym setnie.
Dalej fantazja moja nie nadąży.
Komentować mi tu
Autor: Zbigniew Stanisławski Data: 22:41 20.12.08
 50/100
Trochę błędów, pijana interpunkcja, nieco chwiejny styl. Pomimo tego czyta się dość dobrze, znacznie lepsze to od tego tam… „Motyw Drogi”, czy jak… Ma w sobie iskrę. Humor czasem lepszy, czasem gorszy, ale jest. Postacie – wreszcie – są postacie z charakterem. Gorzej z konsekwencją wydarzeń, mimo wszystko konkluzja jest jakaś niepełna. Świat jakiś nie wiadomo jaki. Poprawiać trzeba, jak już się coś popełni!
Autor: Whitefire Data: 17:37 10.02.09
 To co? Męćzymy sie dalej:D
Komentarz trafny w 100 procentach, dziękuje. Interpunkcja to moja bolączka i nie mam na nią pomysłów. Nawet gimnazjalna-siostra nie jest w stanie moich tekstów dobrze przeredagować. Sam czasem się martwię, że na chybił-trafił przekłada moje wyrazy w zdaniu:D
Humor jest właśnie powodem, dla którego pisze. Na nim opieram pomysł na fabułę i dziwne zakończenia. Stąd chaotyczność w konsekwencji wydarzeń. Ale z góry zakładam że moja fantastyka to bliżej Pratchetta niż Tolkiena.
Świat to średniowieczny nasz, tyle tylko bardziej "rzeczywisty", niż oddają nam starodruki;)
A zakończenie, nie lubię zakończeń w stylu bitwa:ktoś ginie:ktoś wygrywa i jest fajnie. To jest schemat przed którym uciekam.
Dziękuje jeszcze raz za komentarz:)
Autor: Zbigniew Stanisławski Data: 19:13 10.02.09


« Powrót



Nasi użytkownicy napisali 76987 wiadomości na forum oraz dodali 442 publikacji.
Zapisało się nas już 1953

Ostatnio do paczki dołączył Luciad59

 
Po stronie kręci się 5 osób: 0 zarejestrowany, 0 ukrytych, 5 gości.
 


       Dział Literatury:

   •   Recenzje Fantastyki
   •   Autorzy Fantastyki
   •   Artykuły
   •   Poczytaj fantasy
   •   Poczytaj SF
   •   Poczytaj różne
   •   Cała proza
   •   Poezja
   •   Fan fiction
   •   Publikuj własne dzieło »

Myśl

Boże, nie pozwól mi tylko napisać książki o książkach.

  - G. C. Lichtenberg
  
Strona główna | Mapa serwisu | Wersja tekstowa | O stronie | Podziękowania
Sponsoruj mythai.info | Informacje o prawach autorskich | Kontakt

© 2004 - 2016 Mariusz Moryl

Ten serwis wykorzystuje pliki cookie w celu ułatwienia identyfikacji użytkownika.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia.
 
zamknij
Masz nowych listów.