Użytkownik: Hasło: Rejestracja
 Dżin

 

Przebudzenie było potworne. W głowie przelatywały bataliony helikopterów, warkot rotora bezustannie zbliżał się i oddalał. Ręce trzęsły się niczym galareta, wzrok wędrował między sufitem a podłogą nie mogąc zatrzymać się na jednym konkretnym obiekcie. Opuchnięty język z trudem odrywał się od podniebienia. W gardle miałem chyba dwa małe, bezustannie kopulujące jeżyki. Wody, kurrr….

- Zlituj się, nie tup tak… - rzuciłem do przechodzącego obok Mruczka, ulubionego kota mojej żony. Tenże spojrzał na mnie z niemym wyrzutem w zielonych oczach, po czym przeniósł wzrok na stertę puszek leżącą obok łóżka. “Może i masz rację, ale jestem pewien, że nic się nie ostało” – pomyślałem. Nie, znałem moich kolegów na tyle, że wiedziałem, że szanse znalezienia pełnej puszki złocistego napoju są równe szansie złapania pojedynczego neutrina w akwarium. Czyli żadne.

“Szlag by to trafił…” – gdyby żona wiedziała, jak się bawi mąż kiedy ona spędza weekend u swojej mamusi… Wystarczył jeden telefon, że w sobotę mam wolną chatę, a już zaroiło się od znajomych. Zgodnie przyjęliśmy, że impreza będzie niskoalkoholowa. Jak zawsze miało być mało, cicho i kulturalnie. I jak zawsze, skończyło się dokładnie przeciwnie.

Po kilku minutach podjąłem desperacką próbę ustawienia ciała w pozycji siedzącej. Wysiłek godny zdobywców Mount Everestu zakończył się sukcesem już za trzecim razem. Ustawiłem zbieżność wzroku oceniając szkody. Nie wydawały się duże – po podłodze nie walało się szkło, rybkom w akwarium nie towarzyszyły pływające pety, żadnych pawi też nie zauważyłem. Sprzątanie zostawiłem na wieczór, kiedy organizm trochę się zregeneruje.

Poczułem, że muszę przebyć trasę maratonu pokój – łazienka. Zadanie wydawało się trudne, jednak skoro udało mi się usiąść byłem pewien, że do łazienki też jakoś dotrę. Poruszałem się kroczek po kroczku na drżących nogach, korzystając z chłodnej uprzejmości ścian. Po dotarciu na miejsce z ulgą stwierdziłem, że również i to pomieszczenie zachowane jest w jakim takim porządku.

Strumień zimnej wody - przelatując przez gardło - zatopił w końcu drażniące mnie niemiłosiernie jeże. Z rozkoszą piłem, piłem, piłem… A potem nabrałem zimnej wody w dłonie i zanurzyłem w niej twarz. O Jezu… Co za ulga…

Podniosłem głowę spoglądając w lustro nad umywalką. Typ z naprzeciwka miał czerwoną, opuchniętą twarz, przekrwione oczy a pod nimi siwe, pomarszczone worki. Dwudniowy zarost i przetłuszczone włosy dopełniały obrazu nędzy i rozpaczy. Brakowało tylko napisu nad lustrem – “Poszukiwany – żywy lub martwy”. Zaręczam, że takiej gęby nikt by nie zapomniał.

Poczułem się znacznie lepiej, daleko jednak było mi do stanu zwanego normalnością. Postanowiłem wrócić do pokoju i położyć się spać. Z reguły pomagało. Wyszeptawszy więc po raz kolejny magiczną formułę “nigdy, kurwa, więcej” wszedłem do pokoju.

W sumie przed snem dobrze byłoby coś zażyć. Ot tak, żeby to przeklęte telepanie ustało. Lekarstwo znajdowało się w barku, o którego istnieniu na szczęście moi goście nie wiedzieli. Na butelce przeźroczystego płynu napisane było dużymi, czarnymi literami – “Gin”. Odkręciłem nakrętkę i pociągnąłem solidny, długi łyk prosto z gwinta.

Delirka, cholera, nic innego tylko delirka. No bo jak wytłumaczyć fakt, że na moim łóżku siedział ubrany w szary garnitur i zielony krawat łysawy facet w okularkach. Na kolanach trzymał czarną, skórzaną teczkę. Wyglądał na wiecznie zabieganego urzędniczynę, taką pacynkę do wykorzystywania przez wszystkich prezesów, dyrektorów czy kierowników. Co nie zmieniało faktu, że moje łóżko to ostatnie miejsce w którym kogoś takiego mogłem spotkać.

Szare komórki w mym mózgu toczyły zacięte boje między sobą, sypiąc dookoła elektrycznymi impulsami starały się ustalić, co to za gość i skąd się wziął. Nie mogłem sobie bowiem przypomnieć, by ktoś taki znajdował się na wczorajszej popijawie, a fragment kiedy wszyscy opuszczali mieszkanie pamiętałem jeszcze dość dobrze. Moi sąsiedzi zresztą zapewne też.

- Kim pan jest i co do cholery pan tu robi? – postanowiłem w końcu wyjaśnić sytuację.

- Dżin, do usług – spojrzał na mnie beznamiętnie.

- Słucham?

- Dżin, ten z butelki. Przecież pisało.

- Mówi się: było napisane – poprawiłem odruchowo.

- A tak, rzeczywiście. No więc było napisane: “Dżin”.

- Myli się pan, pisało: “Gin” – zaprotestowałem gwałtownie.

- Było napisane – uśmiechnął się złośliwie.

- Dobra, mądralo, o co chodzi? – tym razem mnie już zdenerwował.

- Instrukcji pan nie czytał? – spojrzał na mnie zaskoczony. – Było napisane wyraźnie: “Dżin, gwarancja na trzy dubeltowe życzenia, okres spełniania: raz na tydzień, sposób użycia: otworzyć butelkę, postępować zgodnie z instrukcjami.”

- Dżin w garniturze? A gdzie turbanik, ciżmy i powłóczyste szaty?

- Takie ubranko w dwudziestym pierwszym wieku? Niech pan będzie poważny – pokręcił głową z politowaniem. – Po prostu idę z postępem.

- A te dubeltowe życzenia to niby co?

Poprawił okulary, po czym otworzył teczkę i wyjął z niej zadrukowany kawałek papieru.

- Proszę, oto regulamin, jedna podpisana kopia dla mnie, żeby mi potem nie było jakichś reklamacji. Pan rozumie, ja też mam przełożonych. W skrócie wygląda to tak, że ma pan do dyspozycji trzy życzenia, jedno na tydzień. Wystarczy wypowiedzieć w mojej obecności życzenie i klasnąć raz w dłonie, a zostanie ono spełnione.

- Tak po prostu? Hop, siup i mam chatę, brykę i pieniądze?

- No, niezupełnie – westchnął zniecierpliwiony. – Jest taki mały kruczek. Kiedy spełnię pana życzenie, ma pan tydzień, podkreślam – tydzień, na klaśnięcie w dłonie dwa razy.

- I wtedy…?

Podrapał się po łysej głowie, spojrzał na mnie i powiedział dobitnie:

- I wtedy pański najgorszy wróg otrzyma to samo co pan, tylko w dwukrotnie większej ilości.

- A jeśli nie klasnę, to co wtedy?

- Wtedy i tak pański wróg dostanie swoje, za to pan straci możliwość żądania następnych życzeń, w dodatku poprzednie też zostaną cofnięte na tyle, na ile to będzie możliwe.

Nagle zrozumiałem. Koledzy, zapewne wykorzystując moją chwilową nieobecność, zrobili mi dowcip. Ukryli gdzieś tego pajaca, a w poniedziałek w biurze będą się nabijać ze mnie i rozmowy z dżinem. Już pewnie dranie zacierają ręce, czekając na to jakie życzenie wypowiem. Porobili zakłady, paskudy jedne, i czekają z zaślinionymi mordami. Niedoczekanie wasze!

- Wszystko jasne, panie dżin. To dla mnie w takim razie skrzynkę piwa proszę.

Spojrzał na mnie zaskoczony.

- Tylko tyle?

- Dobra, dobra, dawaj waść i to już, bo rura mnie strasznie pali.

Wzruszył ramionami, wziął ode mnie podpisaną kopię regulaminu po czym zapiąwszy czarną teczkę wymamrotał coś pod nosem o “niedowierzających idiotach”. Spojrzał na mój tryumfalny uśmiech i powiedział:

- Proszę klasnąć raz w dłonie i już. I niech pan nie zapomni o dwóch skrzynkach piwa dla najgorszego wroga.

“Tu cię mam, gagatku” – pomyślałem i bez namysłu klasnąłem w dłonie.

Dżin zniknął. Tak po prostu, bez żadnych gwizdów, świstów tudzież innych efektów specjalnych. Spojrzałem zaskoczony na puste łóżko. Jak oni to zrobili?

Najciekawsze jednak było to, że kiedy obróciłem się ze zdziwieniem zauważyłem na stole… skrzynkę piwa. I to mojego ulubionego. W sumie domyślenie się, jakie będzie moje pierwsze życzenie, nie było specjalnie trudne dla kogoś, kto mnie zna. Brawo, chłopaki, brawo! Pierwszorzędny dowcip!

Ból głowy przypomniał mi o ochocie na drzemkę. Korzystając z uprzejmości kolegów wypiłem dwa szybkie browary, a kiedy alkohol przyjemnie rozlał się po żyłach położyłem się spać. Zachichotałem, przypomniawszy sobie wizytę dowcipnisia. Jak dobrze zrozumiałem, jeśli teraz klasnę w dłonie dwa razy, dwie skrzynki piwa trafią do mojego największego wroga. No, chłopaki, ciekawe jak się teraz spiszecie.

Jeśli chodzi o mojego największego wroga, kandydat, a w zasadzie kandydatka, była tylko jedna. A co tam. Klasnąłem dwa razy w dłonie. Masz, zołzo jedna, ciesz się. Wypij za moje zdrowie, teściowo.

* * *

- Jak się bawiłeś, kochanie, bez nas? Pewnie ci było przykro, że nie pojechałeś? – przez całą drogę z dworca PKP towarzyszył mi szczebiot ukochanej małżonki przeplatany czasem piskliwym głosikiem córki. Słodkie maleństwo nauczyło się już wykorzystywać te momenty, kiedy ukochana żona milkła na chwilę. Uczciwie przyznaję, że takich chwil było niewiele, a wstrzelić się w nie to już prawdziwy artyzm.

Kiedy dojechaliśmy do domu, krytycznym wzrokiem ogarnęła nasze skromne mieszkanko, pokiwała głową i zaczęła wyjaśniać mi, co jej zdaniem jest źle posprzątane i jak powinienem to w przyszłości zrobić, aby ona była zadowolona. Oczywiście potakiwałem, w gruncie rzeczy usiłując wyłowić z jej słowotoku interesującą mnie informację. Już prawie straciłem nadzieję, kiedy wieczorem małżonka moja kochana wchodząc do łóżka powiedziała:

- A wiesz, wczoraj rano u mamusi stało się coś dziwnego. Tak sobie siedzieliśmy przy stole rozmawiając o zakupach… A wiesz, kochanie, tam w sklepie koło mamusi pojawiły się fajne torebki, no prawie jak z krokodylej skóry, musimy tam zajrzeć za tydzień, no więc rozmawiamy i nagle, wyobraź sobie, ni stąd ni zowąd na stole pojawiają się dwie skrzynki piwa, no ucieszyłbyś się strasznie gdybyś był, zresztą chyba pojedziemy za tydzień, bo wiesz, te torebki…

Nie słuchałem już dalej rozkosznego szczebiotu. Czyżby to jednak nie był żart kolegów? Nawet oni przecież nie potrafiliby zawieźć tam dwóch skrzynek piwa i podstawić, zresztą są pewne granice dowcipów. Ale przecież, do ciężkiej kolumbryny, dżiny-urzędniczyny nie istnieją! Chyba, że to moje szczęście tokujące nieustannie w łóżku jest w cały ten dowcip zamieszane… Ale wówczas oznaczałoby to, że mój skarbuś wie o sobotniej imprezie, a to wykluczone.

Zresztą, czy moi koledzy odważyliby się zadrzeć z tak wypraną z poczucia humoru istotą jak moja teściowa? Wątpliwe.

Teściowa…

Często występujący w przyrodzie gatunek, znany z wielu piosenek i dowcipów, charakteryzujący się wyjątkowym wścibstwem, wybitnie inteligentny (wszystko wie najlepiej), doskonały kucharz (zawsze gotuje najlepiej), spec od czystości (zawsze znajdzie pyłek na błyszczącej podłodze), mody (mój Boże, jak ty się ubierasz), psychologii (on nigdy w życiu nic nie osiągnie, córeczko), wybitny retor (potrafi mówić o wszystkim i o niczym), doskonały lekarz (ma na wszystko lekarstwo), choć wie jak leczyć tylko innych, bo sama cierpi na wszystkie możliwe choroby. Co zresztą nie przeszkadza jej w odbywaniu w naszym domu regularnych wizytacji.

Wyobraźcie sobie niską, korpulentną kobietę o siwych, skręconych włosach, zawsze w przesadnym makijażu. Na spiczasto zakończonym nosie wdzięczyła się samotna purchla wielkości ziarenka groszku. Sino-czerwone usta tworzyły na twarzy prostą kreskę, a jej wzrok zamroziłby nawet Saharę. Słysząc jej skrzypiący głos człowiek odruchowo rozglądał się, szukając oliwiarki.

A charakter? Zaraz po ślubie, kiedy tylko z małżonką wypoczęliśmy po trudach wesela, udaliśmy się do sypialni by, jak to mówią, skonsumować małżeństwo. Nie, nawet cholera nie zapukała. Nie zdążyliśmy jeszcze rozebrać się do końca, kiedy głowa bazyliszka ukazała się w drzwiach sycząc: “A paciorek, moi kochani, zmówiliście?”

Im dłużej musieliśmy ze sobą przebywać, tym było gorzej. Odwieczne konflikty między teściową a zięciem nie są niczym nowym. W końcu, kiedy podczas kolejnej wizytacji usłyszałem, jak szanowna teściowa próbując wcisnąć mojej córeczce swój zupopodobny produkt powiedziała: “Jedz, bo przyjedzie straszliwy potwór”, nie wytrzymałem i dodałem za złośliwym błyskiem w oku: “Mamo, przecież ona lubi jak mamusia przyjeżdża”.

Od tej pory stosunki między mną a teściową zostały zamrożone na zawsze. Wizytacje były znacznie rzadsze, za to małżonka wyjeżdżała częściej do teściowej, zabierając córeczkę. Nie powiem, było mi to na rękę, odświeżyłem wiele starych znajomości, poza tym przecież lepiej jest wypić wspólnego browarka ze znajomymi niż słuchać, za kogo to wyszła ukochana córunia, jakie to nieszczęście ja spotkało, itd. Uszy bolały mnie od wysłuchiwania, jakim to fantastycznym kandydatem był Bolek od Nowaków, tych zza zakrętu, co to dziesięć hektarów mają i własnego “bizona”. Kiedy Bolek wylądował na dwa lata w kiciu za pobicie żony do nieprzytomności, niezauważalnie wręcz ideałem stał się Stasiek Kowalski, który wkrótce jednak wylądował w dołku za pędzenie bimbru. Taka świetlana przyszłość czekała kochaną córeczkę, kiedy to pojawiłem się ja, nieudacznik po studiach, potrafiący powiedzieć bez zająknięcia “dezoksyrybonukleinowy” i co gorsza wiedzący, co to jest.

Cokolwiek bym nie zrobił, w opinii teściowej byłem człowiekiem, który skrzywdził gołębie serduszko ukochanej córeczki.

* * *

Nie zdziwił mnie fakt, że moja małżonka zapomniała o owej torebce z prawie krokodylej skóry. W końcu było to tydzień temu, a jej zasięg pamięci z reguły nie przekraczał dwóch dni. Taka już była rozkosznie rozkojarzona. Na weekend zaplanowała rodzinne wyjście do kina, pozostawiając mi swobodę wybrania filmu. Przezornie wybrałem najdłuższy – w końcu trzy godziny względnego spokoju to już coś.

Zapewne ktoś mógłby się zastanowić, dlaczego tak długo jestem z moją kochaną żoną. Tajemnica tego jest prosta – kobiet nie należy rozumieć, bo żaden mężczyzna tego nie potrafi. Kobiet trzeba po prostu umieć słuchać i potrafić wczuć się w ich tok rozumowania.

Różnica między sposobem myślenia kobiety a mężczyzny polega na tym, że facet myśli technicznie, analitycznie, natomiast kobieta – uczuciowo. Pojęcie “myślenie logiczne” w wykonaniu płci czasami pięknej ma taki sam sens jak “świnka morska” - bo to ani świnka, ani morska.

Przykładowo: kiedy ja idę na targ po kartofle i dostrzegam ustawionych w rzędzie dziesięciu sprzedawców, to kupię je u pierwszego, drugiego, góra trzeciego. Umysł analityczny wie, że pozostali mają taki sam towar i po tej samej cenie, wiec nie ma co tracić czasu na zbędne wędrówki, lepiej wrócić szybko do domu, wyjąć piwo z lodówki i obejrzeć mecz.

Kiedy mój klejnocik idzie na zakupy, postępuje inaczej. Zaczyna od pierwszego sprzedawcy, podchodzi do następnego i z namaszczeniem ogląda każdego kartofelka. Gdy dojdzie do końca, wraca się, powtarzając oględziny, następnie robi jeszcze jedną rundkę. Mimo, że wszyscy mają podobny towar, ona nigdy nie kupi ziemniaków u pierwszego czy drugiego sprzedawcy – to sprzeczne z kobiecą logiką. U ostatniego zresztą też nie. Nie, ona kupi zapewne u szóstego, siódmego, najdalej ósmego faceta w rzędzie. I jeśli komuś się wydaje, że to koniec zakupów, to jest w błędzie. Kiedy kobieta wychodzi z targu w jej głowie pojawia się myśl. W połowie drogi do domu ta myśl przybiera konkretne kształty, rozrasta się, mutuje, by w końcu tuż przed drzwiami eksplodować objawiając memu szczęściu prostą prawdę – “Ten obok miał na pewno lepsze ziemniaki!”. Zdenerwowana podstępnością tego świata wkracza w progi domostwa, a ponieważ dla kobiet niemożliwym do zniesienia jest fakt, że mąż ogląda mecz popijając piwo, zaczynają się wymówki. Przeważnie zaczyna się to słowami “znowu siedzisz i nic nie robisz”, a kończy płaczem i standardowym, wykorzystywanym po wielokroć “…a bo ty na pewno mnie już nie kochasz”.

A propos meczów: już wiem, dlaczego one nie lubią sportu. Dla kobiet niemożliwym do zaakceptowania jest to, że coś ma jasno określone reguły. Ośmiu biegaczy staje na starcie biegu, a wygrywa zawsze ten, który dobiegnie najszybciej. Prostota tego rozwiązania przyprawia je o ból głowy. W damskim wyobrażeniu sędzia takiego np. meczu piłkarskiego powinien mieć możliwość nieuznania bramki choćby poprzez rozmowę z napastnikiem. Wytłumaczyć mu, że przecież bramkarz też ma rodzinę, musi ją utrzymać, a jak przegrają to odpadną, więc może by tak nie uznać gola, prawda? I tu napastnik zaczyna płakać, uświadamia sobie jaką krzywdę mógł wyrządzić, podchodzi do bramkarza drużyny przeciwnej, przeprasza, po chwili padają sobie w ramiona a nad stadionem błyskają sztuczne ognie. Widownia, oglądająca to na wielkim telebimie, klaszcze i wiwatuje. No i oczywiście po każdym meczu zamiast krótkiej konferencji prasowej – godzinny talk-show z pytaniami telewidzów i audiotele. Tak, wtedy kobiet nie można byłoby odciągnąć od kanałów sportowych…

Tak sobie rozmyślając, zapakowałem się do malucha i pojechaliśmy z moim słoneczkiem do kina. Film jak film, w połowie zaczęły zamykać mi się oczy. Z reguły te trzygodzinne produkcje różniły się od półtoragodzinnych tylko stopniem rozciągnięcia poszczególnych scen. Znudzony, postanowiłem wyjść zaczerpnąć świeżego powietrza, zdawało mi się, że widziałem obok kina jakąś małą knajpkę. Dziś i tak prowadziła żona, więc skoczyłem na szybkiego browarka.

Atmosfera, jaką lubię, i jakiej próżno szukać w dzisiejszych nowoczesnych lokalach. Kilka stolików, zarośnięta po uszy klientela wionąca aromatem ostatnich dni, widoczność w zadymionym powietrzu ograniczona do najbliższego stolika. Wiecznie przepici spece od polityki i sportu, słuchając ich zachrypniętych głosów można odnieść wrażenie, że gdyby dać im władzę to w przerwach miedzy piciem a kacem zamieniliby to państwo w krainę tanim winem i piwem płynącą.

Nieco schludniejszy i mniej zarośnięty facet w poplamionym, białym niegdyś fartuchu podał mi niedomytą szklankę z piwem. Przysiadłem w kąciku, przysłuchując się monologom wygłaszanym przez ekspertów. Nagle obok mnie pojawił się cień.

- Można? – zapytał raczej dla pozoru, po czym przysiadł się bezceremonialnie, stawiając swój kufel obok mojej szklanki.

- Proszę, proszę, nasz dowcipniś – odrzekłem na widok dżina. – Jak tam, uśmialiście się? A może dowcip nie wyszedł? Spodziewaliście się czegoś innego?

- Nie wiem, dlaczego mówi pan do mnie w liczbie mnogiej, działam sam – odrzekł. – Poza tym nadszedł właśnie czas wypowiedzenia drugiego życzenia.

- No to, cwaniaczku, sto milionów dolarów na koncie w banku szwajcarskim. Dasz radę?

- Proszę klasnąć w dłonie, a tak się stanie.

Klasnąłem. Kilku nieco mniej zamroczonych autochtonów spojrzało w naszą stronę, jednak już po chwili wróciło do swoich dyskusji.

- No i gdzie pieniążki, cwaniaczku? – spytałem spoglądając na niego z uśmiechem.

- Ma pan tydzień na klaśnięcie dwa razy w dłonie, w przeciwnym razie konto zniknie – spojrzał na mnie obojętnym wzrokiem, po czym dopił piwo, beknął głośno wzbudzając aplauz tubylców i zniknął niczym duch we mgle… to jest w papierosowym dymie.

Może to i głupie, ale przeszukałem kieszenie w poszukiwaniu choćby jednego banknotu. Oczywiście nic nie znalazłem, tylko piątaka żeby zapłacić za piwo. Dopiwszy złocisty napój przypomniałem sobie o żonie, zapewne już rozglądającej się z niecierpliwością. Wróciłem do kina, tłumacząc ukochanej, że kolejka, że prawo natury i tak dalej. Na szczęście film tak ją wciągnął, że odłożyła dalsze dyskusje na ten temat na później.

Po powrocie do domu wysłuchałem litanii o standardowej długości. Godzinę później, korzystając z faktu iż najukochańsza postanowiła porozmawiać z córką a następnie przygotować się do snu, zasiadłem przed komputerem i odpaliłem internet. Mogłem liczyć na jakieś dwie godziny wolności. Jak zawsze, zacząłem od sprawdzenia zawartości skrzynki pocztowej. Oczywiście pełna była korzystnych ofert, począwszy od kupna Rolexów zaledwie za jedną dziesiątą ceny oryginału aż do jedynej, cudownej i niepowtarzalnej metody powiększania penisa. Nawet syn byłego nigeryjskiego ministra napisał do mnie, bym pomógł mu odzyskać majątek ojca, w zamian za co otrzymam prowizję, jakieś tam pięć milionów dolarów.

Kiedy już wykasowałem część spamu, zauważyłem niepozorną wiadomość od Eurobanku. Po otwarciu okazało się, że jest tam nazwa użytkownika – czyli moje imię i nazwisko – oraz hasło do nowo utworzonego konta z zawartością… stu milionów dolarów! Jeśli to miała być kolejna część dowcipu, to grubo przesadzili.

Postanowiłem sprawdzić, czy rzeczywiście mogę dysponować tymi pieniędzmi. Kupiłem na różnych portalach telewizor plazmowy, samochód, komputer i parę innych drobiazgów, w ostatniej chwili rezygnując z awionetki i jachtu. Wszystkie płatności zostały bezproblemowo zaakceptowane. Cholera, byłem bogaty!

No tak, ale skoro ja byłem milionerem, to zostanie nim wkrótce to cholerne monstrum… Prezent od ukochanego zięcia, dwieście milionów dolarów… Jasny szlag by to trafił! Przecież musi być jakieś wyjście z tej paranoicznej sytuacji!

Spokojnie. Nie może, no nie może tak być żeby ten koczkodan był szczęśliwy dzięki mnie. Grunt to uspokoić myśli, zrelaksować się, wytłumić emocje. W końcu co mnie to obchodzi, że ona dostała prezent od losu, skoro ja też nie mam co narzekać. Trzeba się cieszyć. Jeszcze niedawno byłem szarym, przeciętnym obywatelem, teraz stać mnie na prawie wszystko. Powinienem być szczęśliwy, że mogę spełnić większość marzeń. Ba, mogę sobie kupić jakąś wysepkę na Karaibach i nigdy więcej jędzy nie oglądać!

Tak, tylko że maszkaron też ma marzenia, i to nawet wiem jakie. Oczyma duszy widzę, jak kupuje śmigłowiec z demobilu i parę beczek napalmu jako prezent dla ukochanego zięcia, w promocji dostając dwa wygłodniałe sępy gratis. Już słyszę “Cwałujące Walkirie” Wagnera, a za drążkiem helikoptera siedzi kochana mamusia z palcem delikatnie ułożonym na czerwonym przycisku z napisem “FIRE”, a jej wiecznie zaciśnięte usta skrzywiają się w czymś, co przypomina uśmiech tyranozaura. Niedoczekanie…

Należało zastosować plan WC.

Toaleta to jedyne miejsce w domu, gdzie można spokojnie pomyśleć, przeanalizować i wyciągnąć wnioski. Zaopatrzony w najnowszy numer “Przeglądu Sportowego”, z miną pełną skupienia dostojnie wkroczyłem w progi Świątyni Dumania. Umysł ma taką fajną cechę, że wystarczy go zaprogramować na rozwiązanie problemu, po czym zająć się czymś neutralnym, jak choćby lekturą gazety. Kiedy tylko szare komórki przemielą problem, same podadzą rozwiązanie jak na tacy.

Właśnie siedząc na tronie czytałem relację z towarzyskiego meczu naszych orłów, kiedy pojawił się impuls. Impuls delikatnie rozświetlił mój umysł, przedstawiając PLAN. Było wyjście, było jedno proste wyjście. Złożyłem gazetę, wciągnąłem gacie i wyszedłem z radosnymi ognikami w oczach.

No, mamusiu, naciesz się milionami.

Klap-klap.

* * *

Ból brzucha był straszliwy. Skręcał kiszki, kłuł, przybierał na sile i słabł. Kochanie moje spoglądało na mnie z litością. Niechętnie, bardzo niechętnie musiałem zrezygnować z wycieczki. Widząc wzrok mamuśki odruchowo spojrzałem na rękę, czy aby nie zamienia się w kamień. Chciałem, naprawdę, no ale na ból brzucha nie poradzisz.

Mamusia nasza, otrzymawszy swoje miliony, wspaniałomyślnie zaprosiła nas na wycieczkę. Nie na Karaiby, nie na Dominikanę, o nie… Polska to też piękny kraj. Byłem tak dobry, że zaplanowałem całą trasę. Zająłem się wszelkimi formalnościami, rezerwacjami i innymi pierdółkami. I nagle ten poniedziałkowy ból…

Żona i córka z żalem, teściowa z satysfakcją, ruszyły w końcu same. Krzywiąc się niemiłosiernie pomachałem im na pożegnanie. Dwie małe i jedna korpulentna sylwetka powoli zniknęły za zakrętem. Nie przejmowałem się tym, wiedziałem, że wkrótce je zobaczę ponownie. W końcu musiałem być pewien, że PLAN się uda.

Postałem jeszcze przez chwilkę na progu, po czym podśpiewując radośnie otworzyłem oszronioną puszkę. Ból oczywiście minął jak ręką odjął. Wystawiłem leżak na taras, włączyłem radyjko i pociągnąłem długi, konkretny łyk zimnego piwa. Jak obliczyłem, miałem jeszcze jakieś dwie godziny czasu. Książeczka, browarek, pełny luz…

Jakieś trzy puszki później stwierdziłem, że nadszedł już chyba czas. Spojrzałem przez lornetkę – faktycznie, jeszcze jakieś dziesięć minut i trzy sylwetki osiągną cel. Pospieszyłem do lodówki, dla odmiany wyciągając szampana. Korek wystrzelił w górę, a ja delektując się musującym Dom Perignon wspominałem ostatnią wizytę dżina.

Kiedy kazałem mu wykonać ostatnie życzenie, był zaskoczony. Ba, był bardzo zdumiony i kazał sobie powtórzyć dwa razy, że na pewno tego chcę. A ja, stojąc na środku pokoju powtórzyłem dobitnie:

- Tak, masz kopnąć mnie z całej siły w tyłek tak, żebym roztrzaskał się na tej ścianie.

Po czym klasnąłem w dłonie. Nagle ściana z impetem uderzyła mnie w twarz, zobaczyłem miliony galaktyk w opętańczym tańcu dookoła centrum wszechświata. O dziwo, opadając na ziemię uśmiechałem się.

A teraz leżąc wygodnie na leżaku obserwowałem trzy małe punkciki. Jeden z nich, nieco grubszy, wyróżniał się idiotyczną, pomarańczową czapeczką. Właśnie dotarły do celu – przepięknego punktu widokowego, tuż nad kilkudziesięciometrową przepaścią. Skalisty taras był na tyle duży, że nie było tam barierki zabezpieczającej. Zobaczyłem, jak korpulentny punkcik podchodzi pod samą krawędź skały, machając komuś radośnie. Tak mnie naszła myśl, że kochana mamusia jest wdową, a jej córeczka – jedyną spadkobierczynią. Uśmiechnąłem się, również machając.

I klasnąłem dwa razy w dłonie.

 
 Autor: Don Centauro
 Data publikacji: 2008-12-27
 Ocena redakcji:   
 Ocena użytkowników:

 Zobacz inne utwory autora »
 Skomentuj »


 KOMENTARZE
Ułóż od najnowszych ↑

 Hehehe :D
Bardzo zabawne opowiadanko. Uśmiałam się, mimo że (a może dlatego, że?) jestem kobietą, innymi słowy istotą pozbawioną umiejętności logicznego myślenia, nie mówiąc już o braku uwielbienia dla piłki nożnej (no, to fakt :P). Co więcej nigdy już nie zostawię mojej drugiej połowy samej w domu. A przynajmniej nie bez uprzedniego sprawdzenia, co chowa w barku :P
Autor: ~Carlin Leander Data: 16:49 12.01.09
 Rewelacja
Prawdę mówiąc, to opowiadanie ogromnie przypadło mi do gustu; jedno z najlepszych w minionym roku. Szkoda, że element fantastyczny jest tu dość znikomy, w każdym razie historia ma mało wspólnego z fantasy czy SF. Z punktu widzenia założeń konkursu Nagroda Mythai 2008 – to niestety wada. Nie przeszkadza ona jednak polecać „Dżina” – nie tylko teściowym...
Autor: Whitefire Data: 17:31 10.02.09
 Zmyślne
|Może to nie fantasy ani s-f, ale za to bardzo dobrze napisane, zabawne i przede wszystkim zmyślnie wymyślone zakończenie. Lubię takie czary mary.
Autor: ~Martha Data: 23:21 14.02.09


« Powrót



Nasi użytkownicy napisali 77112 wiadomości na forum oraz dodali 442 publikacji.
Zapisało się nas już 1996

Ostatnio do paczki dołączył TheTarzan

 
Po stronie kręci się 2 osób: 0 zarejestrowany, 0 ukrytych, 2 gości.
 


       Dział Literatury:

   •   Recenzje Fantastyki
   •   Autorzy Fantastyki
   •   Artykuły
   •   Poczytaj fantasy
   •   Poczytaj SF
   •   Poczytaj różne
   •   Cała proza
   •   Poezja
   •   Fan fiction
   •   Publikuj własne dzieło »

Myśl

Nic bardziej nie tamuje postępu wiedzy niż zła książka sławnego autora.

  - Monteskiusz
  
Strona główna | Mapa serwisu | Wersja tekstowa | O stronie | Podziękowania
Sponsoruj mythai.info | Informacje o prawach autorskich | Kontakt

© 2004 - 2016 Mariusz Moryl

Ten serwis wykorzystuje pliki cookie w celu ułatwienia identyfikacji użytkownika.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia.
 
zamknij
Masz nowych listów.