Użytkownik: Hasło: Rejestracja
 Nowicjusz

 

Na cholerę mi to było. No pytam się – po kiego czorta polazłem w te krzakory. Nie mogłem sobie spokojnie przejść obok? Udać, że nie słyszę tego rzężenia? Pewnie, że mogłem. Nikt mi nie kazał udawać samarytanina. Ale ja jak ten głupi musiałem zobaczyć, kto się wśród tych badyli kończy. No i co? Patrzą na mnie kaprawe oczka, w których widać to nieme pytanie: dlaczego ja?

A skąd ja mam to do jasnej cholery wiedzieć? Zamiast pytać, lepiej te flaki, co ci się z bebzuna wylewają, przytrzymaj. Bo jak tak się walają po ziemi, to widok nie jest przedni. Jeszcze w tej czerwonej brei. Mało się nie porzygałem. A ten: ratuj mnie...

Zgłupiał, toż on żywy trup jest! Jak go ruszę, to zaraz ducha wyzionie.

Jakby czytał w moich myślach: dam radę, zabierz mnie... Wzruszyłem ramionami.

Cicho westchnął: zapłacę...

Popatrzyłem beznamiętnie. Z czego zapłacisz? Najpierw ci sakiewkę zabrali, a potem i życie. Pokręciłem głową.

Źle to zrozumiał: mam czerwieńce, dużo czerwieńców...

- W dupę se je wsadź – warknąłem. Ściągnąłem płaszcz, położyłem na ziemi. Chwyciłem go pod ramiona i najdelikatniej jak umiałem wciągnąłem ciało na ten kawałek szmaty. Zajęczał.

Chwyciłem za materiał nad jego głową. – Flaki se pozbieraj, bo jak w piachu uwalasz, to ci najlepszy medyk nie pomoże – nawet mnie ten tekst rozbawił. Jego pewnie mniej. Ale posłusznie położył na brzuchu to, co jeszcze niedawno było niewidoczne dla oka. Mimo wszystko poczułem do niego sympatię. Twardy był. Roześmiałem się bezgłośnie: sympatia do trupa, tego jeszcze nie grali.

Szarpnąłem. Odpowiedział wrzask. Też bym darł mordę, jak ktoś by mną z flakami na wierzchu szurał po wertepach. Pociągnąłem raz jeszcze. Gwałtowniej. Wrzask. I cisza.

O to chodziło. Stracił przytomność i można było go spokojnie z tych krzakorów wyciągnąć. Szło opornie, ale dałem radę. Mokry byłem, ale dałem radę. A co bardziej dziwne – on też dał radę; jeszcze żył. Rzeczywiście był twardy.

 

Przegiąłem. Zwyczajnie wczoraj przegiąłem. Nie dość, że łeb był cztery rozmiary za duży i gardło paliło pustynią, to jeszcze sakiewka pusta. Potrzebowałem cudu.

I cud się zdarzył. Na stół wjechał kufel z pianą na wierzchu. Zatrzymał się przede mną. Aromatem słodu zajechało, aż czułem, że mnie coś w środku wyżera. Próbowałem przełknąć ślinę, ale jej nie było. Skupiłem się w sobie.

- Czerwieńców nie mam, a najemnikiem nie jestem – zdołałem wycisnąć przez zaciśnięte gardło. Ale wzroku od kufla oderwać nie mogłem.

- W dupę se wsadź czerwieńce. Pij – usłyszałem jakby zza ściany.

W zasadzie mogłem dalej odgrywać włóczęgę z zasadami, ale chmiel zwyciężył. Złapałem kufel oburącz i trzema szybkimi ruchami grdyki go opróżniłem. Zanim odstawiłem naczynie, pojawiło się następne.

- Pij.

Wyjątkowo posłuszne dzisiaj ze mnie bydle było. Tym razem wypiłem dwa razy wolniej. Mogłem wreszcie swobodnie mówić. Co skwapliwie wykorzystałem.

- Nie wiem, czego chcesz, ale chyba mnie z kimś pomyliłeś – powiedziałem wciąż nie patrząc na swego dobrodzieja.

- A gówno.

Zaintrygował mnie na tyle, że spojrzałem w jego kierunku. Stał lekko w cieniu, ale byłem pewien, że to żaden znajomek. Tym bardziej, że ja raczej nie mam znajomków.

Wysoki był, ale raczej szczupły. Ciuchy miał przeciętne, ni łachmany, ni pierwszy sort. Przy boku nosił paradny sztylet, co skwitowałem skrzywieniem lewego kącika ust. Fircyków i pajaców to ja nigdy nie trawiłem.

- To o co chodzi? – przeszedłem do konkretów.

Popatrzył na mnie przenikliwie. Długo. Wytrzymałem wzrok. W głowie zaczęło mi trochę szumieć po piwie, coś mi się tam jeszcze w żołądku dzięki niemu odkleiło dodając procentów, więc uznałem to za świetna zabawę.

- Pamiętasz, jak wlazłeś w krzaki i znalazłeś mężczyznę z flakami na wierzchu? – zdecydował się przerwać milczenie. Wytrzeźwiałem. Tamtego zdychającego wprawdzie dowlokłem do medyka, ale nie miał prawa przeżyć. A ten tutaj za cholerę nie był do niego podobny. Na wszelki wypadek sprężyłem się w sobie.

Na kacu nigdy nie miałem ochoty na skomplikowane łamigłówki, więc zdecydowałem się sprawę zakończyć szybko. Skinąłem, że pamięć mam dobrą.

- A po cholerę żeś to zrobił?

Autentycznie się wkurzyłem. Bo co to go, kurwa, obchodzi, co ja ze swoim życiem robię? Uśmiechnąłem się więc od ucha do ucha: - Bo ja dobry człowiek jestem...

Mimo że stał w cieniu, widziałem, że lekko drgnął. Takiej odpowiedzi na pewno się nie spodziewał. Na wioskowego głupka nie był gotowy.

- A co? Przeżył? – starałem się go dobić.

- Ano przeżył – niemiłosiernie przeciągał te dwa słowa. Jakby z mysiej dziury je wyciągał.

Tym razem to ja drgnąłem. Wiedziałem, że krzakowy truposz nie miał prawa chodzić po tym padole. Nie z flakami rozciągniętymi między nogami. Wszystkimi flakami, żeby była jasność.

- A to ciekawe – tylko tyle zdołałem powiedzieć.

Między nas wkradła się kłopotliwa cisza. Po dłuższej chwili ją przerwałem. - Przysłał cię tutaj?

Pytanie już ze swej natury było idiotyczne. Nieznajomy nie pojmował jednak stanu mojego ciała i ducha. Spojrzał na mnie z pogardą.

- A jak myślisz?

- A ty na kacu myślisz? – zapytałem zaczepnie. Zrozumiał. Wyciągnął coś ostrożnie zza pazuchy i położył obok kufli po piwie.

- Nowa flaszka? Aż tak mnie nie suszy...

- Eliksir.

Zatkało mnie. Bo zrozumiałem. Nieznajomy w krzakach nie był takim sobie zwykłym nieznajomym. Był czarodziejem. Musiał na siebie rzucić jakieś zaklęcie, które pozwoliło mu przeżyć. Tylko kto był na tyle durny, żeby szatkować czarodzieja i zostawić go przy życiu?

Jakby czytał w moich myślach. – On już nikogo nie zarżnie. Kąpiel w gorącej oliwie skutecznie rozmiękcza nawet najtwardszych.

Mimowolnie przełknąłem ślinę. I pożałowałem, że w pobliżu nie ma trzeciego kufla. Niezłym rzeźnikiem był ten czarodziej. Spojrzałem na flaszkę. – Co to za eliksir?

- Eliksir prawdy.

- Pojebało cię?! – gwałtownie wstałem od stołu. Raz widziałem gościa, który się tego świństwa napił – zaraz potem sprawdzał głębokość fosy rozlanej dookoła miasta. Na jednym oddechu. Miasto było spore i nie doszedł nawet do jednej ćwierci. A że zadania nie wykonał, to się nie wynurzył. Gdzieś go tam ryby obżerają. Ale były i gorsze opowieści – o wejściu bez broni do legowiska niedźwiedzicy z małymi, o własnoręcznym obdzieraniu się ze skóry, czy gorących prętach wsadzanych sobie w dupsko. Sama radość i przyjemność.

Nieznajomy wyszedł z cienia, żebym mógł zobaczyć uśmiech na jego szczurzej mordzie. – Nie.

Sięgnąłem po miecz, ale równie dobrze mógłbym zacząć wywijać koziołki. Na kacu jestem wolniejszy, zdecydowanie zbyt wolny. Klinga nie ukazała się nawet w połowie, kiedy poczułem na szyi zimą stal. Te pieprzone fircyki z paradnymi sztylecikami!

Chuchnął mi w twarz kwaśnym oddechem: - Nie radzę. To dafo.

Aż jęknąłem w duchu. Dafo. Jeszcze większe gówno. Unieruchamia w sekundę, ale mózg pracuje normalnie. Po kilku minutach pojawiają się pierwsze wrzody. Człowiek zaczyna gnić. I nic tego gnicia nie jest w stanie powstrzymać. A gnije się paskudnie. Śmierdząco i boleśnie. Ludzi po tafo wyrzuca się na śmietnik, żeby nie patrzeć. I nie czuć. Bo smród jest taki, że nawet szczury nie ruszą. Robaki – owszem, ale szczury i inne zwierzaki, które mogłyby ukrócić cierpienia – nie. Zaczyna się od kończyn, idzie przez tułów do głowy. Trwa to kilka dni, a człowiek nie wykona w tym czasie najmniejszego ruchu i może tylko patrzeć. I powoli wariować. Nikt nie wytrzyma jednocześnie bólu i widoku własnego gnijącego ciała, na dokładkę pełnego robaków. Najlepiej uciec w szaleństwo. Ale i tak dalej się gnije. Paskudne rokowania na przyszłość.

Przez chwilę miałem nadzieję, że może ktoś się zainteresuje moją sytuacją i mi pomoże, ale w karczmie na takim zadupiu nikt się nie przejmował sztyletem przyłożonym do jakiegoś gardła. Były ważniejsze sprawy.

- Pij.

Już to dzisiaj słyszałem. Ale perspektywa była tym razem mniej pociągająca. Sięgnąłem po flaszkę. Lepsza niedźwiedzica niż gnicie. Szybciej pójdzie. Jakoś nie miałem ochoty sprawdzać, czy właściciel paradnego sztylecika blefuje z tym dafo.

Pociągnąłem spory łyk. Aż mi gębę wykręciło. – Mogłeś chociaż miodu dodać, żebym się nie posrał z wrażenia – zmusiłem się do ostatniego w życiu żartu. Nawet powieką nie mrugnął. – Do dna.

Mówiłem już, że tego dnia byłem bardzo posłuszne bydle? Osuszyłem flaszkę i delikatnie odstawiłem na stół. Nie chciałem robić gwałtownych ruchów, żeby nieznajomemu nie drgnęła ręka, w której dzierżył sztylet.

Nagle poczułem w środku uderzenie gorąca. Aż mnie podrzuciło w górę, a kiedy opadałem, zaczepiłem łbem o kant stołu. Solidny był, dębowy, nic dziwnego, że mnie zemdliło. Odpłynąłem.

 

Obudziłem się w jakimś śmierdzącym barłogu. Cap był niemiłosierny.

Olśniło mnie, pamięć wróciła. Z moich trzewi wydobył się skowyt: daaaafoooo... Przerwałem zdziwiony. Słyszałem się. Ruszyłem ręką. Podniosła się. Odetchnąłem – to jednak nie trucizna. Rozejrzałem się wokół. No tak, żadne dafo, tylko się przez sen zrzygałem. Stąd ten smród.

- Pieprzone majaki – mruknąłem pod nosem i otrzepawszy nieco z siana poplamiony płaszcz, wywlokłem się ze stajni. Słońce tak mi walnęło w oczy, że aż przysiadłem. Przymknąłem powieki i zobaczyłem gospodę. Krzywa była, brzydka była, ale była. Sięgnąłem do sakiewki. A ta to pusta była. Zabalowałem wczoraj. Przez mgłę pamiętałem te garnce miodu i... no tak. Pamiętałem obwisłe cycochy. Że też po pijaku człowiek zawsze połasi się na byle co. To i nic dziwnego, że sakiewka pusta. Bo nawet jak nie przepiłem, to obwisłe cycochy mi z niej wszystko zabrały. Taka kolej rzeczy. Tfu.

Wiedziony niezrozumiałą nadzieją pociągnąłem się w stronę karczmy. Łatwo nie było. W gardle pustynia pochłaniała kolejne wzgórza zamieniając je w piaszczyste diuny. Czułem się podle, ale starałem się tego po sobie nie poznać. Jak wejdę zmaltretowany do gospody, to nikt mi flaszki nie postawi. A liczyłem, że ktoś się za te wczoraj wypite dzbany miodu poczuje się zobowiązany i ugasi moje pragnienie.

Usiadłem przy najbliższym stole. Nie dość, że łeb był cztery rozmiary za duży i gardło paliło pustynią, to jeszcze sakiewka pusta. Potrzebowałem cudu.

I cud się zdarzył. Na stół wjechał kufel z pianą na wierzchu. Zatrzymał się przede mną. Aromatu nawet nie poczułem, bo aż mnie w środku zmroziło. Spojrzałem szybko w znajomym kierunku.

Stał tam. Płaszcz podbity futrem, filuternie zawinięte do góry noski butów i ten pieprzony paradny sztylecik. Gdybym miał ślinę, to bym ją przełknął.

- Pij – rozkazał.

Tylko głupi by nie posłuchał czarodzieja. Jeszcze nigdy nie wypiłem kufla dwoma ruchami grdyki. Tym razem się udało. Kiedy wjechał drugi kufel, nie potrzebowałem zachęty. Po chwili był pusty.

Wjechał trzeci. Zawahałem się. Nie flaszka z eliksirem?

Spojrzałem na czarodzieja.

- Pij, pij – powiedział z jakąś miękką nutą w głosie.

Chwyciłem naczynie w połowie, ale nie uniosłem. Wbiłem w niego wzrok. Musiał być wymowny.

Podszedł do stołu i usiadł obok. Poczułem zapach piżma zmieszany z miętą i czymś, czego nie potrafiłem rozpoznać. Ale było miłe.

Milczałem.

- Jak cię zwą? – zapytał.

- Bezpalec – uniosłem do góry lewą dłoń, w której brakowało serdecznego palca.

Skrzywił się. – Od dziś będziesz Djerit-el-Akdasz – obwieścił.

Poczułem się, jakby mnie ktoś wydupczył: ale ja nie chcę...

Chyba go rozbawiłem. – A kogo to obchodzi?

Zebrałem się w sobie: mnie...

Chwycił mnie za ramię i popatrzył w oczy. Jego źrenice były tak zimne, że poczułem płatki śniegu na twarzy. – Przeszedłeś próbę prawdy; nie ma odwrotu. Albo umrzesz, albo będziesz grał rolę, jaką wyznaczył ci Los. 

Niedźwiedzica, czy gnicie. Znów to samo.

Wybrałem życie. Wyczytał to w moich oczach i puścił ramię. Siniaki będę miał ze dwa tygodnie.

- Witaj wśród Obrońców Gildii Czarodziejów – powiedział z pełną powagą.

- Witaj wśród Obrońców Gildii Morderców – zawtórowałem mu w myślach. – Tych, którzy w dupie mają potrzeby innych, a drogę wyznaczają im czerwieńce. I jeszcze mi pewnie ten pieprzony sztylecik do pasa przyczepicie. Zaraza jedna.

Czarodziej patrzył na mnie ze zdziwieniem, a jednocześnie z odrobiną ciekawości. – Potrafię czytać myśli – rzucił od niechcenia. Zbladłem. Wyraźnie zbladłem. Czułem to. Liczyłem w tym momencie tylko na dług wdzięczności. Za to, że go z tych krzakorów wytargałem. Ale po co? Widział kto czarodzieja, który czuł wdzięczność?

Ten był chyba inny, bo roześmiał się w głos, aż wszyscy w karczmie spojrzeli w naszym kierunku. – Będzie z ciebie niezły ubaw. Rzadko kiedy eliksir prawdy budzi bezczelność. Nasi rycerze są przy czarodziejach jak potulne pieski, a ty już zaczynasz szczekać. No, pij to piwo i się zwijamy. Długa droga przed nami.

Podniosłem kufel. I tak z włóczęgi Bezpalca stałem się rycerzem Djerit-el-Akdaszem. Furtka wolności zatrzaśnięta z wielkim hukiem. Tylko dlatego, że zachciało mi się w krzaczory wejść i trupy oglądać. Tfu.



Brunon Sas
 Autor: Brunon Sas
 Data publikacji: 2009-10-01
 Ocena redakcji:   
 Ocena użytkowników:

 Zobacz inne utwory autora »
 Skomentuj »


 KOMENTARZE
Ułóż od najnowszych ↑

 Czy jest sens wracać do pisania?
Ajaj, sensu to w zasadzie nie sposób wmówić (albo wyperswadować), moim zdaniem autor musi sam albo go widzieć, albo nie.

Ale opowiadanie podobało się, rozbawiło, takie spostrzeżenia miałem:

+ zgrabny styl, żywo napisane
+ historia z sensem, fajna, spójna, źdźbło humoru.
- język trochę za wulgarny, choć na miejscu.

I ogólnie fajne są te Twoje szorciki, Brunon, nawet jeśli z racji swojej szortowatości nie wytrzymują trochę konkurencji w konkursach takich jak ten o Nagrodę Mythai.

4 miejsce w konkursie o Nagrodę Mythai 2009.
Autor: Whitefire Data: 09:46 3.02.10
 powrót
człowiek niewiele ma do gadania, kiedy zaczyna się jego powrót do pisania. skrobie i tyle. ładnie piszesz, ale jak dla mnie trochę miękko, akcja nie dość wyrazista
Autor: Krzysztof P Nowak Data: 14:44 7.06.10
 powrót 2
tamtego komentarza poważnie nie traktuj, ładnie z twojej strony, że trupy obdarzasz sympatią
Autor: Krzysztof P Nowak Data: 14:50 7.06.10
 Świetne
Fajnie napisane, spodobał mi się sposób w jaki przedstawiono tą historię, ciężkie jest życie na kacu a tu jeszcze coś tak niespodziewanego haha.
Autor: kero Data: 22:55 13.04.13


« Powrót



Nasi użytkownicy napisali 76985 wiadomości na forum oraz dodali 442 publikacji.
Zapisało się nas już 1953

Ostatnio do paczki dołączył Luciad59

 
Po stronie kręci się 6 osób: 0 zarejestrowany, 0 ukrytych, 6 gości.
 


       Dział Literatury:

   •   Recenzje Fantastyki
   •   Autorzy Fantastyki
   •   Artykuły
   •   Poczytaj fantasy
   •   Poczytaj SF
   •   Poczytaj różne
   •   Cała proza
   •   Poezja
   •   Fan fiction
   •   Publikuj własne dzieło »

Myśl

Kariera artysty podobna jest karierze kurtyzany, najpierw dla własnej przyjemności, później dla przyjemności innych, a w końcu dla pieniędzy.

  - Marcel Achard
  
Strona główna | Mapa serwisu | Wersja tekstowa | O stronie | Podziękowania
Sponsoruj mythai.info | Informacje o prawach autorskich | Kontakt

© 2004 - 2016 Mariusz Moryl

Ten serwis wykorzystuje pliki cookie w celu ułatwienia identyfikacji użytkownika.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia.
 
zamknij
Masz nowych listów.