Użytkownik: Hasło: Rejestracja
 Opowieść, w której mowa jest o świniach

Subselium było wypełnione, ćma szlachty droczyła się pomiędzy ławami, wywrzaskiwała postulaty, wyrażała donośne afirmatywy, negowała, zadawała kłam, kułaki wznosiły się gniewnie lub wędrowały ku pasom, ku nadziakom, obuszkom i ornamentowanym, cyzelowanym sztukmistrzowską robotą rękojeściom szabel, zatrzymywały wyzywająco na rozbłyszczanych niepokornie jelcach. Stary, zgarbiony woźny, jeszcze z faworytami, już z pożyczką na siwym czerepie, chadzał w tą i nazad, strapiony, klekocząc do siebie jakieś pomniejsze bzdury. Asesor jawnie dłubał w nosie, byłby dogrzebał się do czaszki li dalej, jeśliby Bóg dał. Gołowąs o zaszczytnym mianie torbifera, jak na torfibera przystało, milczał, kurczowo ucapiwszy rękoma tekę swojego adwokata. Sam jurysta czekał cierpliwie; tęgi, rumiany oskarżony kręcił wąs. W powietrzu wisiała kazuistyka, roznosił się odór gnijącego makiawelizmu, smród nienarodzonej jeszcze na piśmie erystyki. W dalekim Niebie chwalebnie capiący Diogenes czekał z pięściami na cynicznego malwersanta Jeana-Jacquesa Rousseau.

- Cisza, psiakrew – zakomenderował tubalnie sędzia, sarknąwszy nosem. – Alea iacta est, mości panowie, rozstrzygajmy.

- Słusznie prawi! – zakrzyczeli donośnie Sarmaci. – Słusznie! Jego racja! Jego!

- Przede wszystkim, condicto sine qua non dalsza dysputa odbyć się niepodobna – odezwał się oskarżyciel, przeraźliwie szeroko uśmiechnięty – jest fakt, iż obecny tutaj Dezyderiusz Naruszewicz wielkim jest a sławetnym we gminie ochlaptusem, tako o rzetelności zeznań jego mowy być nie może…

- Sprzeciw! – wrzasnął na całe gardło obrońca. – Potwarz! Blamaż! Argumentum ad hominem!

- Przecz?

- Ciszaaaa, kundle syny!

- Politykier!

- …zresztą ex post i kropka guzik, jednakowoż wciąż nie dobyto najmniejszych okoliczności choćby z drobna łagodzących, co znacząco wskazuje na zasadność, ba, na obiektywną pewność i bezstronną klarowność oskarżenia, dowodzi wręcz, wespół z resztą przedstawionych onegdaj świadectw, mnogich, neutralnych, niezaprzeczalnych, uczciwych…

- Demagogia! Dema…

- Łgarz! Gadacz! Zabłocki mydlant!

- Złodzieje! Bandyci! Birbanci! Utracjusze! Kabotyny!

- Na sznur! Na sznur ich wszystkich!

- Bluźni! Stos, stoooos!

 - Heretyki, lutry obmierzłe!

- Hustytyyyy!

- Papieżacy!

- Indory gęgające! Turki! Tatary! Bisurmaaaaany!

- …dlatego jedynym możliwym wyjściem okazuje się orzeczenie o pełnej winie, o całkowitej, absolutnej premedytacji, o jej bezduszności…

- Na udeptanej ziemi zaszlachtuje jako prosie!

- Jatki! Chopy, jaaaatki bendooooom!

- Nullum crimen sine lege!

- Prawda!

- Dupa tam!

- Co, gdzie, po ile?!

Szlachcic Naruszewicz wstał z miejsca, zamaszystym kopniakiem odrzucił krzesło na środek izby, powiódł wzrokiem po ludziach, splunął, pokręcił głową.

- Nie pięknie to, że sędzia nie zna prawa wcale, chociaż jaśnie wielmożnym bywa w trybunale – zadeklamował chmurnie, marszcząc nos. – Powiada poeta: patron, szczekacz obrzydły, z wyprawną paszczęką, co mu krzywoprzysięstwo każde idzie ręką, z innych wszystkich uczonych uszczypliwie szydzi, a zrobiwszy manifest nic nad się nie widzi. Łacniej? Stercum. Stercum, panowie. Merde.

- Żabojad!

- Łacinnik!

- Łajno w pończochach!

- Na pohybel!

- Job twoju mat, my kulturnyj narod! – ozwał się jakiś ruski kozak, jakiś zawszony poliglota w głąb sali, popatrzono po nim gniewnie, ktoś strzelił chama w pysk, reszta zgodnie skinęła z poklaskiem. W rozwartym szeroko oknie pojawiła się krostowata gęba wiejskiego saka, wyrostka zaledwie, w lichej koszulinie, prosto z pola, z kiszonym bukietem w skórzanym woreczku.

- Do sędziów, do jurystów, którzysz są przyczyńce, najważniejszy? Ci pono, którzy siedzą w skrzynce! – rozrechotał się szczeniak i zaraz zemknął lękliwie.

- Słusznie prawi! – zakrzyczeli opaśli Sarmaci. – Słusznie! Jego racja! Jego!

 

***           

 

- Waszmość uczyń nam zaszczyt, referuj, bez formaliny zbędnej, my się podobnie odpłacimy – zaklinał błagalnie sędzia Sulima Azulewicz, pojękując na zydlu.

- Tudzież bez dyzgustów? – zapytał otwarcie skrzywiony Boruta.

- Bez.

- Żadnych despektów, nieprzyzwoitości, sprośności, non vulgo, prostactwa, arogancji, bigoterii, perwersji, impertynencji i obcesowości? To się chyba nie da uczynić, proszę sądu wysokiego.

- Skosztujmy z innej beczki – gdzie waści mecenas? Zali nie aby na księżycu?

- W Ojcowie, mostów dogląda – rzekł rozeźlony nagle Boruta, wąskie, ciemne oczka zalśniły, zamrugały.

- Dlaczegoż to? – maglował go mętnym głosem asesor w zastępstwie zaharowanego na amen sędziego.

- Wolałbym mieć nareszcie z diabłem do czynienia, jak z ludźmi, Panie odpuść, prawnego sumienia! – zachłysnął się z krotochwili bies, aż mu para z uszu poszła.

Sędzia pojrzał na czorta, wytrzeszczył ślepia jakby go pierwszy raz obaczył, jakby ich samych pozostawiono tête-à-tête w tapicerowanej atłasem romansierze, zaskomlił cienko i wzniósł ręce ku niebu.

- Et tu Borute, contra me?! Pieruńscy wierszokleci! – załkał bezsilnie, wyrwał kłak włosów, wyrzucił wysoko w powietrze. – Utrapieńce! Bazgrały! Żmije! Łajzy! Kloaczne dziady! Niechaj was licho porwie! Pies z wami tańcował! Bodajby was lucyper ułapił!

Czort tłukł pulpit mównicy pięściami w łosiowych rękawicach, kwiczał pośród zadziwionej braci herbowej, rechotał i dławił go śmiech, podczas gdy Sulima zaniósł się barbarzyńskim wrzaskiem, susem dobył stołu i jął przechadzać się w obie strony jak rozpustna córa Koryntu, a cały był czerwony na gębie. Obnażył pierś, wziął się pod boki, po czym wyrzucił nogę wysoko w górę, zrobił krok i dalej maszerował właśnie tak cudacznie, niekiedy zginając łydkę wręcz ortogonalnie do uda. Do tego zrzucił czapkę i przedsięwziął krogulczy śpiew.

- Ko, ko, ko, ko, ko, ko, kooooo! – piał wniebogłosy niczym rubaszny fiksant.

Boruta otrząsnął dumnie karmazynowy żupan, pociągnął silnie pas, zmarszczył wąs, trzepnął niedbale rękojeść paradnej karabeli i ruszył szparkim krokiem ku wyjściu, pogwizdując wesoło w takt pieśni biednego Azulewicza.

- Ka spieszysz, rojber?

- Smykać, rzykać, potem śniodłać! – odkrzyknął kusy.

- Ryp… co? – zdziwił się chorowity woźny, wraziwszy palec w ucho, jakby w bezsensownym poszukiwaniu domniemanie zbereźnych słów, które go ominęły.

 

***

 

- Jakże ja tobie wiarę mogę dać?

- Prawdam, mospanie, na honor. W ciemnych lochach zamku łęczyckiego siedzi ów bogacz, przy drzazdze smolnej i duma wobec beczki muszkateli. Żupan nosi purpurowy jako jucha, pas złotolity, na rzemyku ordynka, na łbie kosmatym czapka rogatywka z siwym barankiem, po ojcu, co go Siwym Borutą wołali. Tamten też nieliche ziółko, żadna tam skartabella, ino bene nati, po mieczu i po kądzieli herbowy pełnym pyskiem plugawym, brzechacz, paliwoda i hultaj pierwszej kategorii, powiadają: od Kazimierza Piasta kasztel wraz ze złotem onym otrzymał, lecz widno łgarstwo to, pewnikiem z damascenką gwałtem na demonicę postaci sowy, co we lochach czuwała, się porwał, dawaj ładować złota przeklętego do kieszeni kapoty, po mieszkach i sakwach chowa, w ostatku do mordy nawet upchnął, umknąć zechciał, dniało już; ledwie na próg wstąpił – trzasnęło, hyc! i piętę mu za chciwość obcięły wrota.

- Wot te na! – oburzył się kozak, pokręcił głową, dysząc. – Toż to swołocz!

- Powrócił do kasztelu – kontynuował z mimowolnym uśmiechem szlachcic – lecz ostatkiem sił, do zdrowia nigdy odtąd nie wrócił, ad calendas graecas odłożył frywolne hulaki, przestękał, powiadają, żywot cały, a żył niemało. Ad extremum, końców koniec, w kłótnie o miedzę się wdał, kulawy bysior, ubił go sąsiad pierwszym zamachem. Onegdaj to było, podle dziadów atentatów moich. Mówią, wylazł z jamy czarci syn Boruta w miesiąc może temu, zrazu pokojnie było, ale migiem w spór wdał się z martwcami. Oj, zalazły mu one za skórę, razu jednego czarnoksiężnika Twardowskiego, co diabłu duszę za moce kuglarskie a prestidikatorskije zaprzedał, porwali, z biesich rąk prosto, sążeń lub dalej nade ziemią, niech skonam! A każdy upir, rzecz wiadoma, z Żyda martwego idzie, co to za życia nie dość krwiopijczył i dalej łaknie swego. Zali przekabaciły go kłami na swoją stronę, tego czarownika znaczy, nie wiadomym mi, dość, że kusy dla pomsty zbratał się z nimi ulegle, przyjaźń niecnoty z niecnotą pozorując, na co one durne poszły z miejsca, jak stały.

- Znaczy, wiescze one takoż prest i digitatorskiej sztuki są, nie ino bujda, nie gminny zabobon, nie majak?

- Ano, pojrzyj, bratku, tutaj, o, na karczek mój. – Szlachcic wygiął z mozołem szyję, wystawił na słońce dwie ranki jak od szpilek, głębokie, karminowe, cieniutkie, ledwie dostrzegalne.

- Jezusie Przenajświętszy! – zaskowytał zaporoski kamrat, skoczył za siebie, plasnął w trawę ze zgrozą w oszalałych ślepiach, drżące palce zatopił w srebrnym krzyżyku, zacisnął kurczowo, wydobył go spod żupana, drugą ręką wygrzebał ząbek czosnku, cisnął w tamtego, plunął, zerwał się i uciekł żwawo. Z cnotliwego, acz hałaśliwego zbrodniczo subselium wyszedł diabeł z błogą, rzekłbyś: anielską miną.

- Kuknij no, Boruta – zawołał rady Krobcza, pogryziony włodarz.

- Czego, Zbijewski? – zapytał bies.

Krobcza wysięgnął z długiej, podbitej futrem kirejki wbitą weń igłę, zamachał, zaśmiał się.

- Widzisz, czorcie? Już chyba piątego z kolei nastraszyłem rankami, tym właśnie brzeszczotem zadanymi. Durnota, jak to znajdujesz?

- Zacna durnota. Lecz bacz, panku, by się kto na dobre rozeźlił.

- Druhu piekielny – odparł wyszczerzony cudownie uczciwie Krobcza, podnosząc się niespiesznie, wciskając szpilę na powrót w materiał. – Nie helleń mi tu, inszyś ty w pomyślunku. Wszak dla obu nas to intrata: zysk dla ciebie, że duszyczka, dla mnie zaś profit taki, że szablę będę miał z kim skrzyżować, nie pordzewieje u pasa i dobrze, bo wstyd.

- A ze mną, uważaj, nie stanąłbyś?

- Towarzyszu Borut – roześmiał się jowialnie Zbijewski, pokiwał głową. – Żem ryzykant, żem utracjusz i żem awanturnik, może to i racja, ale że głupio czynię, tego nikt bez kłamu nie rzeknie.

- Jako żywo – westchnął kusy, mlasnąwszy, strzepnął palcami, zatupał bojowo. – Zatem uraczę cię finiszem mej opowieści. Tym, w którym mowa będzie o świniach.

 

***

 

Miejsce spotkania wyznaczono niewyszukane, rzekli mu do ucha lodowato kpiącym szeptem, szkaradna ruina gdzieś opodal głuchej kniei, wtłoczona między odtrącone kępy olszyn, pagórki i piargi, skrzypiąca, zalatująca odorem, przegniła, dawno martwa, poznasz, hyrny bracie, po dymie jak kir ciemnym, po świetle karbidek nocnych górniczych, nie onacz jeno, bośmy na szturmierzy wszelkich cięci. Rzekli, rozpłynęli się z chichotem strasznym w powietrzu, ledwo zamilkli. Nie z diabłem jednak takie sztuki, nie z bojaźliwych był. Poszedł nieulękle; jak brzytwa ostrą, zakrzywioną złowrogo ordynkę przypasał, albowiem strzeżonego Pan Bóg strzeże, kindżał zdobyczny za pazuchę wepchnął, po czym osiodłał karą Alekto, pogłaskał szponami fantazyjne tabenki, pogłaskał z lubością haftowane złotem bandolety, wreszcie wzuł rękawice i dosiadł wierzchowca, pogonił dawnym szatańskim zaklęciem, a później pomknął galopem wpierw duktem, a potem, przekroczywszy rubieże, przecinką, zapadając cicho w bór.

Zatrzymał klacz wobec najeżonej kolcami gęstwiny szypszyny, ściągnął wodze, zeskoczył, niedbale zarzucił harcap na plecy, po czym wśliznął się niepostrzeżenie pomiędzy chaszcze, w iście kocich, nieludzko zwinnych ruchach omijając niebezpieczeństwo; kroczył tak dobrych kilka chwil nim wyprysnął z krzaczorów, skierowawszy się na zapuszczony dworek, który stanowił cel. Wszedł niespiesznie na ganek, czujny, nasłuchując bacznie. Domostwo prosiło w podwoje niedomkniętymi wrotami ryzalitu z frontu zniszczonej, drewnianej elewacji na kamiennej podmurówce, w okienku mansardy błyskało lusterko, puszczając mu w twarz bezczelne zajączki. Obszedł jednak przezornie cały budynek i znalazł się na omszałej nekropoli, kirkucie, pełnym walących się, poszarpanych płyt macew; kilka z bliska wyglądało na mniej zniszczone; podszedł do jednej z nich, przeczytał inskrypcję, która głosiła: „requiesacat in pace | pro publico bono”, płaskorzeźba zaś wyobrażała staruszka o fizysie skąpca. Szczerzył się nadnaturalnymi, długimi na trzy cale lub więcej kłami. Boruta odczuwał nieprzyjemne wrażenie, że nieboszczyk zawsze, nawet za życia, mógł być upiornie blady. Noc tchnęła mu chłodem w twarz, smagnął bo po plecach dreszcz, krótki, ciernisty. Zdało mu się, że coś przemknęło pośród zapuszczonych grobowców, błysnęły złowrogie oczka, szczęknęło, trzasnęły łamane gałęzie, potem kroki zamortyzował mech. Na ramieniu poczuł kredowobiałe, prześwitujące palce o długich pazurach, na karku oddech, wcale nie ciepły, lecz lodowaty, zimniejszy od powietrza. Nie odwracał się. Zjawa zaskrzeczała, później przekręciła mokrą głowę w bok i przeszła w niezrozumiały, na swój sposób czuły szept, co chwila zwierając zębiska, groźnie, ostrzegawczo. Trochę się bała. Oparła podbródek o jego ramię, zamlaskała, wiercąc się niespokojnie, przekrzywiła nieco oliwkową, nieco wapienną twarz aby móc spoglądać w jego lewe oko, dotykała miękkiej szczeciny; jedną ręką skubała jego podbrzusze, drugą oplatała szyję, oddychając szybko, z wysiłkiem, przełykając głośno ślinę. Zerknął na nią ukradkiem, spostrzegł krwiście ukarminowane usta, choć na pewno nie posoką, czarne oczy okolone roztrzepotanymi rzęsami, pociągniętymi czymś, długie i kabłąkowate nieznacznie. Twarz miała wcale niebrzydką, wdzięczną wręcz i na swój sposób ładną, chociaż wyzywającą. Ocierała się o niego skórą, zroszoną z namiętności dziewczęcym potem, tuliła się do niego wilgotnym, pachnącym jaśminem ciałem, smukłym, wypukłym, prawie całkowicie zimnym. Prawie. Zabawne.

A co mi tam, pomyślał hardo, uśmiechnął się frywolnie. A co mi tam.

Odwrócił się w ułamku sekundy, jedną dłoń wepchnął we włosy demonicy, zajęczała, niekoniecznie z bólu, drugą na drżące biodro i popchnął ją na ścianę, delikatnie, choć stanowczo, przyparł do muru, przycisnął się do lekkiej halki, musnął rozedrgane, mięsiste usta, złapał silnie, poprowadził, pokazał, pochłonął, sączył zmysłowo, topił, pławił, zażywał, chłeptał, dusił, zlepione wodą kosmyki kłuły go w policzki, zapomnienie, zatracenie, zagubienie, zmora wpijała się podniecająco w jego krocze, koronkowa suknia okazywała się cienka, cieniutka, ledwie namacalna, zlepiona ze skórą, półprzeźroczysta, przeźroczysta, przezierało przezeń wszystko, absolutnie każdy fałd, każdy napięty, twardy róż, lekko zadarte piersi, dźgające go sutka, niecierpliwie, pośpieszająco…

- Bonjour, monsieur Boruta – napłynął wstrętny głos z daleka, drwiący, chrapliwy.

Majordomus, jak na majordoma przystało, był krępy, garbaty, brzydki, odpychający, śmierdzący, wzbudzający niechęć, wstręt, nienawiść, rasizm, był złośliwy, lojalny, baczny, znał się na swojej robocie i znał Esterę. Jej ciągoty były mu bardzo nie w smak. Sam smalił do niej cholewki.

- Zapraszamy, zapraszamy – skłonił się garbus z wykwintnym, nieszczerym uśmiechem, gestem wskazując dworek.          

- Jakiegoś miana? – spytał Boruta, zostawiwszy wijącą się w mistycznych spazmach Esterę.

- Nazywam się Jean Joseph Marie Gabriel de Lattre de Tassigny.

- Juan Josif – mruknął bies, po czym weszli do środka, mijając sterczące, rzęsiste, zamuszone pajęczyny.

Wnętrze skrzypiało pod krokami, trzaskało okiennicami, roznosił się smród truchła, na parapetach rzeczywiście rozstawiono roześmiane karbidki, gdzieś zbutwiałe drzwi do skalnej piwnicy, murszejące kredensy, almarie, kantorki, wypchane po brzegi skrzynie, zakurzone, intarsjowane, okute, ciężkie matuzalemy, na podwyższeniu pożółkła Tora i Talmud, ledwo czytelne, imponujące. Na ścianach ciemne makaty, podziurawione gwałtownie kobierce, dziwne trofea, kości, których proweniencji Boruta nie chciał dociekać, za wiele już dociekał, anioły ze skrzydłami nietoperzy, błoniastymi, nieprzyjemne, o pociągłych twarzach, złych, zimnych; z sosrębu, głównej belki stropu, zwisała biała meluzyna, wykoślawiona siostra przyrodnia syrenich lar i penat okrętowych, brzydka, kusząca, świadoma, również o skrzydłach, długich, szponiastych.

Srebrny kandelabr na komodzie, menora judajska, roziskrzył się wesołymi ognikami, strzeliły, zasyczały, rozbłyszczały się w hipnotycznym tańcu. Juan Josif znikł w niewyjaśnionych okolicznościach wraz z nimi. Powiało chłodem. Boruta prychnął.

- Ktoś ty? – spytał kredowego jegomościa w czarnym fraku, koszuli z szerokimi, pomiętymi rękawami, przystojnego, przeraźliwego, o wąskich, wężowych ustach.

- Znasz mnie ty, bratku – wyszczerzył się Transylwańczyk.

Boruta wytężył pamięć, podrapał się w łepetynę, dopomógł zaklęciem i rzeczywiście, przypomniał sobie.

- Mociumpanie, me uszanowanie – rzekł, nieumiejętnie maskując gniew.

- Nie turbuj się, kusy. Dusza ma drogocenna była, to prawda, chociażem na to zasłużył, to też prawda; wyście, czorty, mię chcieli skaptować, nie dziwota, lecz wąpierze widno najsampierwsze, capnęły mnie, widzisz, z grobu wyratowały, do kupy pozszywały, łeb ze Stambułu samego wiozły, jakże to: nie przystać do takich? Rozumiecie, nie głupiście przecież, Boruta, boście w końcu diabeł.

- Vlad Palownik. Draakula krwiopijca. Oj, napiszą o was kiedy, napiszą, dochrapiecie się swego. Nie okazaliście rozsądku. Trzeba było diabłu duszę zaprzedać. Co jak co, ale to jeszcze nikomu nie zaszkodziło. A krew, jak krew, mówcie zaraz. Dobra? Zali słona? Nie za słona? Juszycę lubością darzycie? A siwuchę, da się z juchy wyrobić? Smaczna będzie?

- Odstąpcie, Boruta.

- A na judę, ciekawym – zmarszczył krzaczaste brwi – przeszliście? Żydem zostaliście? Czekaj, sam, ja sam, jak to tam leciało, o mam, łeb ze Stambułu samego wiozły, jakże to: nie przystać do takich? Rozumiecie? Nie, nie rozumiem. No, mówcie. Nie przerywam.

- Idź do biesa – warknął Vlad, spąsowiał, uwydatniły się paskudnie jego szerokie pory, monstrualne, obrzydliwe, twarz stała się jak gąbka.

- Nie turbuj się, Draakula. Nie turbuj, bo i po co. Jeszcze sobie krwi napsujecie. Niedobrze takie chłeptać. Niezdrowo. Umrzeć od tego chyba nawet można. I powiedz mi jeszcze tylko, obrzezali cię, te jarmułczane bródki?

Vlad otworzył usta, chciał coś powiedzieć, zamlaskał kilkakrotnie ustami, zabełkotał, zakaszlał, spuścił oczy, poczerwieniał jeszcze bardziej, nawet w uszach.

- Patrzajcie go. Srogi Palownik, a wstydliwy jako dziewucha. Ot świat dziwny, ot nieprzewidziany. Niezbadane są wyroki Boskie, tak? Nieodgadnione. Niejasne. Niefortunne. Niekonsekwentne. Nieroztropnie na nich fundamenty stawiać. Albowiem są one niezbadane. Pan Jezus, cieśla taki, dziwny jegomość, po wodzie chadzał i kółko rybackie założył, a nuż obiło ci się o uszy, możesz się wciąż zapisać, za drobną opłatą; opowiadał, ten Jezus znaczy, o dwóch ludziach. Jeden postawił dom na piasku, drugi na skale. Woda przybrała, porwała piasek z domem. Dom na skale stał jak stał. Póki wiatr nie wysmagał skały – wtedy i on zatonął. Ale dłużej stał. Rozum wyżej głupoty stoi. Gadacz był z tego cieśli. Bo widzisz, to takie dziwne kółko, oni tam cięgiem siedzą i gadają lub śpiewają, a czasem chodzą na pielgrzymki, rozumiesz, łażą w tę i nazad, ciągle śpiewając i gadając. Dał im przykład ten Jezus, nie ma co. No, w każdym razie pewniej nawet niźli po Bożemu, bo Jezus to taki jakby Bóg, po czarciemu. Dom w piekle postawić, wielki, złoty, piękny. Rozum wyżej głupoty, ale diabeł nad rozumem stoi. Diabeł to rozum wyższej kategorii. Rozum nieobarczony sumieniem. Lub niedużo. W piekle taki dom nie zatonie. My naszych reflektantów nie topimy. My nie Bóg. My tam znamy miłosierdzie.                

- Nie kpijcie Boruta, do interesów przejdźmy – rzekł przyjemnym głosem kolejny gospodarz, imieniem Chaskiel, młody, ładny, zażywny, taki, który nie powinien był umierać, odziany w chałat, na tym długi kaftan na złote guziki; szabli nie nosił, bo i na co. Obok niego stało jeszcze dwóch, obaj w szubach, groźni, milczący, również bezbronni, pozornie.

- Ano, przejdźmy – zgodził się ukontentowany kusy. – Proponuję wam układ. Ja lubię duszyczki. Wy lubicie krew.

- Wszystko się zgadza – potwierdził Chaskiel, wodząc po nim bystrym wzrokiem.

- Wy znacie się na lataniu, szukaniu, dopadaniu po cichu, ciemną nocą, milcząco i skutecznie. Nie sposób zaprzeczyć. Skołujcie mi kilka dusz. Ja w zamian przez, powiedzmy sześć pełni będę wam dostarczał krwi. Każdy przeto wie, iż upir, żeby zachować swą niejako ludzką, a na pewno humanoidalną postać, musi popijać ludzką krew. Nie mydlcie mi oczu, że wy tylko tak. Jucha to nie gorzałka. Jucha dla was jak woda i basta, od niej nie gnijecie, to wasz napęd, konieczny i niezbędny. Inaczej puf! i już jesteście tylko wyklętym nietoperzami, ni to ssakami, ni to ptakami, jako w tej baśni. Dostarczę wam zatem krwi, co księżyc beczułka, nie mniej niż dwa tuziny kwart w jednej, daję parol. Smakowitej, rasowej.

- Ile dusz zechcesz? – spytał zamyślony Chaskiel, mrużąc oczy, postukując kościstym palcem w ścianę.

- No, powiedzmy że dziesięć. Nie, dwanaście. Musowo dwanaście. To dobra liczba dla diabła.

- Zgoda, lepsze dwanaście niźli sześćset sześćdziesiąt sześć – uśmiechnął się nieładnie Chaskiel, oblizując suche wargi.

- Gdzieżby – żachnął się bies, wyszczerzył. – My nie Bóg. My wyznajemy miłosierdzie.

- Jeno Twardowski ma się w tym zacnym gronie nie znaleźć – uprzedził wąpierz, zastrzygłszy uszami.

- Twardowski? – roześmiał się tubalnie Boruta, parsknął, machnął ręką z lekceważeniem. – A któż to taki? Toć to ledwie sztuki cyrkowe były podniebne. Nie, Twardowski zostaje z wami.

- Tako stoi. – Chaskiel wyciągnął rękę, diabeł złapał, targnął; umowa została powzięta. – Trzeba to jakoś przypieczętować?

- Krwią może? Macie jaką własną, osobistą? – zakpił kusy, tym razem wiescze zawtórowały mu. – Nie, nie trzeba. Jeszcze się juchy nawysysam od ludków.

- Tu cię mam, czorcie – rzekł tryumfująco Vlad, nabierając nieco pewności. – Kazać będziesz podpisywać te swoje cyrografy, a potem jeszcze trochę upuścisz, tak, a na koniec tradycją zawodową się zasłonisz?

Boruta uśmiechnął się dwuznacznie, skłonił, pokiwał łbem z uznaniem.

- Pieczętować możem jakimś napitkiem – powiedział. – Coby polskiej manierze oddać pokłon. Znajdzie się cosik?

- Wino ledwie – odparł Chaskiel, skinąwszy na jednego z milczących wąpierzy, tamten natychmiast poleciał do piwniczki.

- Może to i lepiej – zamyślił się diabeł, bezceremonialnie zwaliwszy cielsko na lipowy zydel. – Kaca z tego nie będzie. To i głowy nie rozsadzi. Wilk syty i owca cała.

- To czarty też bierze? – zdziwił się Draakula.

- Gdyby nie brało, Vlad, to byśmy nie pracowali. Ino pili.

 

***

 

- Łątek!

O Matko Bosko Przenajświętszo, znowu, pomyślał ze złością chłop, podniósłszy się z ławy.

- Nu, czego?

Kobieta przy skorowodzie wytarła pot z czoła ścierką, kiwnęła na niego głową, zamlaskała.

- Gościa w dom.

- A na cóż nam goście? – zadziwił się Łątek, marszcząc gęste brwi. – My ni o chlebie, ni o soli. My biedne pastuchy.

- Oj, głupiś, nie po cóż, a dlaczego – rzekła uczonym głosem. – Interes ma. Co ja będę język po próżnicy strzępić, wychodź do człowieka na zewnątrz, czeka, a mię pokój daj. Ja tu gotować chcę.

- To smacznie gotuj – mruknął, wdział kapotę, wyszedł, uszczypnąwszy ją lubieżnie w pośladek, z prostoduszną, codzienną czułością. Zawarczała w odpowiedzi i uśmiechnęła się do siebie, nie myśląc wcale.  

- Witam waszmość w mych skromnych progach – skłonił się Łątek szlachcicowi, ten odrzekł uprzejme pozdrowienie. – Czegóż wam do szczęścia potrzeba? Jakże mogę ja dopomóc?

- Chlew macie.

- Ano, mam.

- W chlewie musem świnie. Dużo?

- Nu, będzie trochę – pokiwał uniżenie głową. – Ładna gromadka, gruba a tłusta, nie lichą ja za nie biorę cenę na targach, nielichą a pokaźną.

- Dobrze, dobrze – mruknął zniecierpliwiony włodarz. – Prowadźcie, chłopie, między wieprzki, popatrzym, pomyślim, jeśli słusznie prawisz to interesu dobijemy. – Potrząsnął wypchanym trzosem, podrzucił w garści; monety szemrały smakowicie, obijając się o siebie w złotym stukocie. – Rasowe mają być. Pierwsza klasa.

- Klarowny sprawunek. Proszę, zapraszam – skłonił się Łątek, podniecony, oszołomiony, poprowadził szlachcica do chlewu. Psy zawyły jakby wilka poczuły.

- No, Żywia – rzekł, wróciwszy niedługo później do chałupy, wciąż kręcąc głową z niezrozumienia. – Teraz to nakupim chleba, sprawimy ci piękne łaszki. Spojrzyj tylko – pokazał pobrzękującą sakwę.

- O la Boga! O święci wszyscy!

Łatek zrobił chytrą minę, oczy mu rozbłysły, nagle cofnął kabzę.

- Nie! – krzyknął. – Kupim więcej świniaków! Ile się da! Nabył herbowy, znaczy: dochodowy to interes, zyskowna materia.

Pogadał jeszcze chwilę, zaschło mu w gardle, porwał Żywię w objęcia i okazał jej zwykłą, codzienną, prozaiczną czułość. I miłość. Nie myślał wcale.

Bo i po co.

 

***

 

- Wstydu nie masz – skwitował Krobcza.

- Mam. Tylko nie korzystam.

Krobcza wyjął gąsiorek, lecz Boruta pokręcił głową, rzekł, że na weselisko się wybiera. Na weselisko wstyd przyjść zaprawionym. Wstyd też innym wyjść, niż na amen zaprutym w bańkę.

Co kraj to obyczaj.

 

***

 

Trzeci raz już niósł beczułkę juchy Boruta na wzgórze, co je Pieskami zwano lub Kloaką. Ważyła swoje, jednak przyjemnie było czuć jej pękatą okrągłość pod ramieniem.

Verbum nobile debet esse stabile.

Wdarł się dawno poznaną ścieżką na szczyt, omijając mokre, lepiące, zdradliwe błocko, wspiął po najłagodniejszym zboczu. Na górze wirowały cudaczne trofea, nagroda, wawrzyny sukcesu i zwycięstwa: spirale ogonków, niósł się przeraźliwie ostry kwik. Pomiędzy sterczącymi mchami hasały dorodne, wściekłe, nieprzystosowane, pokraczne, groteskowe kabany, brudnoszare i różowe wieprzki o długich zębiskach. Na pyskach miały krew.

Diabeł spokojnie odstawił beczułkę, podstawił misę i odpieczętował czop. Krew sączyła się do naczynia, świnie dojrzały go, zaszarżowały nań kupą, a było ich co najmniej trzydzieści sztuk, jednak przezornie zemknął im na drzewo, wyśmiewając je bezkarnie.

- Smakowało? – pytał i łapał się za brzuch, rechocząc z uciechy. – Pijcie, pijcie na zdrowie! Inaczej nietoperze z was będą, jako z trolli głaz! No chyba, że ludzkiej krwi zaznacie! Tylko, ciekawość, jak? Ha, baby w rzece piorą wieczorem, a nuż zdążycie – pędźcie w dyrdy, bracia wąpierze, co to myśleli naiwnie, że biesa przechytrzą! Że czorta samego oszwabią, w pole wyprowadzą i w butelkę nabiją! Głupcy! Diabeł to diabeł! Nie lza z takim w piekielne konkury! Ludzi wam doić!

O dziwo, wieprze popatrzyły po sobie porozumiewawczo i pognały na krótkich nóżkach ku wsi, przebierając żwawo raciczkami, rozpryskując ziemię na boki.

Boruta, z uśmiechem od ucha do ucha, pobiegł za nimi, przyglądał się, pękając ze śmiechu, jak chłopki zmykają zestrachane do sioła, rozwrzeszczane, histeryzujące, mdlejące z lęku, jak żądne krwi kabany siedzą im na karkach, pokwikując komicznie, jak wreszcie wypadli z chałup chłopi zbrojni w cepy i siekiery, jak rozgonili niezgrabny ordynek świński, jak wypędzili napastników spomiędzy budynków. Kilka wieprzków nawet złapano – te diabeł nazajutrz wykupił i zamknął w swym zamku w klatce, drwiąc z nich kiedy tylko przyszła mu na to ochota.  

Tym też tytułem powzięto podejrzenie o jawnej współpracy świń i biesa, a wreszcie zawezwano go na przesłuchanie do sędziego Sulimy Azulewicza, jakoby maczał palce w tym niecnym występku. Z czego elegancko się wyłgał.

- Tak bardzo chcieliście się upodobnić do ludzi – zwykł mawiać do swych upiornych więźniów, kiedy nachodził go nastrój na filozofowanie – żeście pili ich krew. Niemądrzeście czynili, powiadam wam. Mądrze uczyniłem ja. Dzięki mnie mogliście wmieszać się w tłum. Znaleźliście się, koniec końców, tam, gdzie jest miejsce człowieka. O. Basta.  

Był zadowolony z siebie, że wpuścił w maliny całą tę dumną zgraję. Wypominał to im co ranka, tym w klatce.

Potem zrobił z nich własne zoo, podawał im do picia krew różnych stworzeń i oglądał na własne oczy, jak takowe wyglądają. Pewnego dnia jeden z nich, zamieniony przypadkiem w egzotycznego kolibra, uciekł mu, po czym zaprzyjaźnił się z okolicznymi mimikami, samodzielnie tworząc swoisty ich gatunek o stosunkowo długim okresie przeobrażenia. Doppelgänger Blutegel, terminologią germańską, krzyżacką.

 

***

 

U szlachcica Kaliny o milę od zamku w Łęczycy brzmiała muzyka. Weselisko córki najstarszej.

Kapela rozpoczęła chmiela.

 

Oj, chmielu, chmielu, ty bujne ziele,
Nie będzie bez cię żadne wesele,
 Oj, chmielu, oj, niebożę,
To na dół, to ku górze,
Chmielu niebożę!

 

Wtem pośród krewniaków, pośród beczek z miodem, piwem i gorzałką zjawił się Boruta, strojny, zbrojny, w czapce z barankiem siwym, w butach z wywijaną cholewą i ogromnymi ostrogami. Kiwnął głową i szedł dalej.

Muzyka zamilkła.

- Pić – rzekł od niechcenia.

Podano gąsior z miodem i czarę, lecz diabeł prychnął na naczynie, przytknął gąsior do ust i wyżłopał wszystek nektaru.

- Nasz brat! – zawołali zebrani, klaszcząc. – Nasz brat!

Rozochocił się na taki obrót sprawy, uśmiechnął wesoło, pokręcił wąs, po czym porwał całą beczkę miodu, rozwarł paszczę i, wyrzuciwszy czop, jął łykać strumień tryskający otworem. Wzbudzał podziw swą niestrudzonością; skończył, beknął donośnie, a później porwał pannę młodą do tańca. Wrzasnęła zlęknięta, lecz nie baczył na jej dziewczęce kaprysy.

Nagle pan młody wyzwał go na szable, trzasnąwszy kusego siarczyście w policzek. Zdało się diabłu, że skądś tamtego zna, lecz za nic nie mógł sobie przypomnieć.

Wyszli na podwórze, w słońce i szum, dobyli szabel, skoczyli gwałtownie, jak pantery, zwarli się, krzesząc gniewne iskry, chlastali z mocą i błyskawicznie, składali coraz to zmyślniejsze ciosy, skacząc, tupiąc, napierając, to znów cofając, niemal pierś w pierś; pan młody kord do lewej ręki przerzucił, zmylił, siekł zamaszyście, Boruta zaskowytał dziko, straciwszy dwa palce, spadła rękawica, upuścił z zalanej krwią ręki szablę.

Kur zapiał w głos.

Bies stęknął i znikł z ciżby szlachty, zajechało siarką, gryząco, ostro. Kalina podniósł rękawicę, wyleciały dwa palce zbrojne w pazury jak krogulcze, ktoś sięgnął szabli, poniósł się szmer, że pogańska, miast krzyża księżyc bisurmański.

Pan młody popatrzył za umykającym w bólach Borutą, zaśmiał się.

- Twoje zdrowie, diable! – zawołał za nim. – Jam jest imć Twardowski! Felczer od niedawna! Co upuszczę dla zdrowotności człowieka, to wypije! Nie marnuje się! Kłami ludków nie tykam! Abstynencja nikomu jeszcze nie zaszkodziła, biesie!

Boruta wpełzł do zamku i podał wieprzkom swą własną krew. Nocą nadeszła kula księżyca, srebrzysta, lśniąca pełnia. Zszywał się przy kaganku, popatrując w swe własne odbicia jak w zwierciadło.

- Com sobie poprzysiągł, uczyniłem. Verbum nobile esse stabile – rzekł Twardowski. – Amen.

 Autor: Jacek Wiaderny
 Data publikacji: 2010-04-19
 Ocena redakcji:   

 Zobacz inne utwory autora »
 Skomentuj »


 KOMENTARZE
Ułóż od najnowszych ↑

 Oceniłem to jako 4 opowiadanie w konkursie
o wampirach - chociaż ostatecznie nie zajęło tak wysokiej pozycji.

Językowo obłędne, genialne. Jakby pisał kto żywcem z epoki staropolskiej; rzecz o pakcie diabła Boruty z wampirami i Panem Twardowskim.

Niestety potok złotego słownictwa i łacińskie wstawki przesłaniają fabułę. Zdecydowawszy się na takie archaizowanie, jednocześnie autor odciął się od sztuczek nowoczesnych, a przecież jakże efektownych: suspensu, budowania charakteru postaci, wątków emocjonalnych między bohaterami. A tak, mamy raczej zaginiony apokryf o Twardowskim.

- Dałem 2 punkty, za język. Niektórzy próbowali archaizować, poetyzować, bawić się językiem na wszelkie sposoby. Chwała za to, przecież bez języka żadnej historii opowiedzieć się nie da. Przed tym, co z naszą polską mową wyczyniał pan Jacek, czapki z głów!
Autor: Whitefire Data: 22:24 19.04.10


« Powrót



Nasi użytkownicy napisali 77122 wiadomości na forum oraz dodali 442 publikacji.
Zapisało się nas już 1998

Ostatnio do paczki dołączył Mosqiew

 
Po stronie kręci się 5 osób: 0 zarejestrowany, 0 ukrytych, 5 gości.
 


       Dział Literatury:

   •   Recenzje Fantastyki
   •   Autorzy Fantastyki
   •   Artykuły
   •   Poczytaj fantasy
   •   Poczytaj SF
   •   Poczytaj różne
   •   Cała proza
   •   Poezja
   •   Fan fiction
   •   Publikuj własne dzieło »

Myśl

Sztuka pisania jest sztuką skreślania.

  - Julian Przyboś
  
Strona główna | Mapa serwisu | Wersja tekstowa | O stronie | Podziękowania
Sponsoruj mythai.info | Informacje o prawach autorskich | Kontakt

© 2004 - 2016 Mariusz Moryl

Ten serwis wykorzystuje pliki cookie w celu ułatwienia identyfikacji użytkownika.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia.
 
zamknij
Masz nowych listów.