Użytkownik: Hasło: Rejestracja
 Płomienie

            Napad przyszedł nocą, niespodziewanie, ze wschodu. Łańcuch gór, wyrastający po tej stronie skutecznie bronił przed wszelkimi napaściami, tym razem jednak ktoś się tamtędy przedarł. W środku nocy mieszkańców granicznej osady zbudził dym podpalanych strzech i tupot setek stóp, schodzących ze stromego, górskiego grzbietu. Wybuchła panika, kiedy okazało się, że to Hieny. Potężne, zwaliste stwory, pokryte burym futrem, o przekrwionych, błyszczących w ciemnościach ślepiach, maszerowały czwórkami w dół zbocza, jakby przejście przez góry nie stanowiło dla nich problemu. Nie widziano ich w tej okolicy od setek lat. Zeszły z pochodniami, wydając z siebie warknięcia i urwane chichoty, nie robiąc nic poza wypalaniem sobie drogi przez osadę. Znane ze swej brutalności i nieokrzesania, trzymały się nadzwyczaj zwarcie, nie atakując, nie pokazując nawet zębów, a mimo to w kilka sekund wioska opustoszała. Prawie. Daitana również zbudziły krzyki przerażenia mieszkańców, ale zanim podszedł do okna, wszyscy zdążyli już uciec. On jednak nie zamierzał uciekać. Hieny spaliły wszystkie domy, zabrały ze sobą większość i tak skromnych zapasów i dotarły do niskiej chaty, stojącej w dość dużym oddaleniu od pozostałych. Zatrzymały się, przygotowując pochodnie do kolejnego podpalenia, kiedy ogień buchnął im prosto w pyski, aż rozbiegły się na boki, podkulając ogony ze skowytem. W krąg wokół chaty strzeliły języki ognia, odgradzając ją od armii, buchnęły wysoko pod czarne niebo, mieniąc się barwami. Hieny odstąpiły, patrząc z podziwem i strachem na niecodzienne dziwy. Opuściły pochodnie, patrząc po sobie zdziwione. Wtedy rozległ się gromki głos:

 - Nędzni barbarzyńcy, jak śmiecie atakować moją siedzibę?! – płomienie znów buchnęły prosto z ziemi. – Wynoście się albo spalę was wszystkich na popiół!

Na potwierdzenie tych słów ogień okrążył chatę płomienistym wężem i buchnął czerwonym językiem na stojące najbliżej stwory, zasypując im ślepia gorącym żarem. Tego już było dla Hien za wiele. Ich przywódca, rosły osobnik z sierścią na łbie, pomalowaną na czerwono, wzniósł swoją pochodnię, gromkim rykiem zachęcając swoich do ataku. Hieny ruszyły, choć niepewnie, do przodu, ale zatrzymały się. Ktoś jeszcze szedł z Hienami, ktoś od nich mniejszy i szczuplejszy, kto teraz je powstrzymał. Przez chwilę słychać było tylko trzask dopalających się głowni i głuche warczenie pośród armii stworów zza gór. Drobna postać szła w kierunku ognia, uciszając zaniepokojone Hieny, zbliżając się do płomienistych węży. Wizg ognia przeszył powietrze raz jeszcze i na progu, w szpalerze płomieni, ukazała się postać.

 - Wynocha z mojej ziemi, potwory! – zawołała, prężąc się w dumnej pozie. Być może to był błąd. Oczom dzikiej armii ukazał się wysoka, chuda zjawa, drgająca jak nagrzane pożogą powietrze. Spowijały ją cieniutkie smużki dymu, w czarnej twarzy, otoczonej lwią grzywą ziały wielkie zębiska. Hieny cofnęły się o pół kroku. Tylko pół kroku.

 - Co jest?! Więcej nie będę powtarzać! – grzmiała zjawa, rzucając w otaczające chatę oddziały garściami iskier, przybierających kształty rozmaitych bestii. Ktoś przepchnął się przez przednie rzędy.

 - Daitan?...

Lwia zjawa drgnęła, zawahała się, płomienie na moment przygasły.

 - To tylko Kot, brać go! – zabrzmiał rozkaz i Hieny ruszyły już pewnie w las ognia. Tym razem to zjawa zrobiła krok do tyłu, płomienie wokół chaty rozproszyły się w nocnym powietrzu, po czym rozległ się odgłos wystrzału. Potężna wiązka ognia strzeliła prosto w drobną postać w futrze, stojącą między Hienami, płomienie jednak zgasły, nim sięgnęły wroga. Z gardła zjawy dobył się okrzyk zawodu, ale nim zdołała zaatakować ponownie, przywódca Hien był już tuż przy niej. Jeden cios pochodnią powalił zjawę na spaloną ziemię z dziwnym trzaskiem. Hieny podeszły bliżej, zacieśniając okrąg wokół pokonanego ducha. Czarna, przerażająca twarz o wielkich zębiskach skruszyła się od ciosu, lwia grzywa okazała się kołnierzem z piór. Armia Hien zdobyła jeńca.

 

            Daitan zbudził się dużo później, z bólem głowy i dziwnym wrażeniem nieposkładania. Przez chwilę zastanawiał się, dlaczego niebo jest czarne i czemu wszystko się trzęsie. Potrzebował chwili, by zrozumieć, że potężny, kosmaty potwór niesie go na ramieniu głową w dół. Nie podobało mu się to. Ręce miał sztywne, skrępowane, podobnie nogi. Zacisnął zęby i wkrótce poszły smużki dymu, a Hiena zrzuciła jeńca z ramienia, skowycząc z bólu i próbując zgasić przypalone futro. Szyk się załamał, prędkie do użycia siły Hieny otoczyły leżącego, pokazując zęby. Daitan prychnął, przekręcając się na plecy.

 - Możecie się szczerzyć do woli, nie nastraszycie mnie – powiedział drwiąco, gotów do rozpalenia kolejnego ogniska. Hieny zaczęły się rozstępować.

 - Jak zwykle odważny, co, Daitan?

Leżący zmarszczył nos. Znał ten głos, ale nie wiedział dokładnie, skąd. Pochylił się nad nim jasnowłosy mężczyzna z przepaską na lewym oku, uśmiechając się z obszernego, futrzanego płaszcza.

 - Witaj wśród żywych, piąty generale.

 - Aizou...? – Daitan uniósł brwi, zapomniawszy póki co, że jest jeńcem. – To naprawdę ty?

 - Kopę lat – Aizou wyszczerzył w uśmiechu zęby. – Kto by pomyślał, że znajdę cię na tym odludziu za górami!

 - Gdzieś musiałem być – Daitan wracał do zwyczajowego sarkazmu, podnosząc się na łokciach. – Jestem w tej chwili jeńcem, niewolnikiem, czy ktoś mnie łaskawie rozwiąże?

 - Przecież nie potrzebujesz pomocy.

 - W sumie racja.

Wystarczył moment, by nagrzana skóra Daitana wystarczyła do przepalenia więzów. Kot siedział chwilę na ziemi, rozcierając nadgarstki. Aizou musiał zarządzić postój, Hieny wokół nich uwijały się, rozbijając namioty i zbierając chrust na ognisko. Daitan rozglądał się ciekawie, pocierając kark pod płomieniście rudymi włosami. Nie miał zielonego pojęcia, dlaczego Aizou, jeden z żołnierzy Oddziału Cienia przewodzi potężnej armii Hien, stworów, które nie uznają niczyjego zwierzchnictwa. Wstał, otrzepując chude kolana z kurzu, poprawił swój kołnierz z piór i podszedł do Aizou, który obserwował teren z niewielkiego wzniesienia.

 - Ciekawy widok, co? – zagadnął, zakładając ramiona za plecy. Aizou patrzył na pofałdowane tereny, rozpościerające się przed nimi. Zachmurzone niebo stykało się z ciemną linią lasu, od którego dzieliła ich otwarta, trawiasta przestrzeń. Było ledwo po zimie, czarne skąpe trawy kołysały się na zimnym wietrze. Daitan obrócił głowę, szukając wzrokiem ośnieżonych szczytów. Łańcuch górski lśnił swoim majestatem daleko za nimi.

 - Myślałem, że nie żyjesz – odezwał się w końcu Aizou, nie odrywając oka od horyzontu. – Wszyscy myśleli, że poległeś na wojnie. Dlaczego się ukrywałeś?

 - A jakim prawem ty mnie o to pytasz? – zdenerwował się nagle Daitan. Łatwo się denerwował. – Jesteś tylko jednostką, nie możesz się tak zwracać do generała!

 - Do trupa, chciałeś powiedzieć – Aizou uśmiechnął się nieprzyjemnie. – Sporo się zmieniło przez te osiem lat.

Daitan podrapał się po trójkątnym uchu.

 - To minęło już tyle czasu?... – mieszkanie na obrzeżach odciętej od świata osady sprzyjało liczeniu dni, ale Daitan nigdy tego nie robił. Podniósł wzrok na Aizou, który przyglądał mu się uważnie przez cały ten czas.

 - No co? – zaczął agresywnie Daitan, opierając ręce na biodrach. – Widzę, że masz wiele pytań, ale ja także mam kilka. Może mi powiesz, dlaczego Kot z elitarnej jednostki prowadzi armię Hien przez góry?

Aizou wskazał mu swój namiot.

 - To nie jest rozmowa na tę chwilę. Lepiej usiądźmy, na pewno jesteś głodny.

 - Tu się z tobą zgodzę – Daitan nieufnie podążył za nim. W namiocie Aizou wskazał mu posłanie ze skór do siedzenia. Sam zdjął płaszcz, odsłaniając czarny mundur, symbol swojej jednostki. U jego pasa Daitan zauważył dziwną, krótką włócznię, której wcześniej nie widział. Aizou podał mu manierkę.

 - Nie jest ci zimno?

Daitan przyjął wodę, wypił kilka łyków.

 - Nie – miał na sobie naddarte nad kolanami spodnie, krótką, rozpiętą kamizelkę i płaszcz bez rękawów, zakończony pierzastym kołnierzem. Strój ten nie chronił od zimna, ale Daitan nigdy nie czuł chłodu, nawet teraz. Aizou pokiwał głową i usiadł obok rudzielca, wzdychając ciężko.

 - Wiele się pozmieniało – powiedział w końcu, splatając palce na kolanach. – Wiele, odkąd domniemanie straciłeś życie w wielkiej bitwie.

Daitan skrzywił się na tę wzmiankę.

 - Przecież wygraliśmy, nie? – przerwał, poirytowany. – Wyparliśmy ludzi daleko od naszej ziemi, zajęliśmy ich tereny!

Aizou zaśmiał się cicho, nieprzyjemnie. Rudzielca przeszedł dreszcz.

 - Nie nazwałbym tego wygraną – odezwał się w końcu przywódca Hien, podając gościowi zawiniątko z mięsem. – Nie pokonaliśmy ludzi. Nie odnieśliśmy żadnego zwycięstwa w ciągu tych sześciu lat wojny. Król przyszedł z wysp, by zapanować nad Kotowatymi, zjednoczyć wszystkie klany pod jednym sztandarem. A potem zaczęły się bitwy.

 - No, nawet wziąłem w kilku udział – warknął zgryźliwe Daitan, rozsiadając się wygodniej na posłaniu i wgryzając w prowiant. – Powiedz mi lepiej coś, czego nie wiem. Co się stało?

 - Król poszedł z ludźmi na ugodę – głos Aizou nabrał jakby pogodniejszego tonu. – Zakończył wojnę, kiedy tylko ludzki Cesarz nawinął mu się pod ostrze. Zamiast pozbawić go życia i zwyciężyć, zaproponował pokój…

 - Oszalał! – nie krył oburzenia Daitan. – Dlaczego to zrobił?

 - Nikt nie wie. Teraz Koty żyją w bliskim sąsiedztwie ludzi i nie są w stanie nic na to poradzić. – Aizou zawiesił głos na chwilę, obserwując Daitana. Rudy Kot jakby skulił się w sobie, wpatrując się uparcie w ziemię, paznokciami skrobał brudne kolana. Wyglądało, że nowiny nie przypadły mu do gustu. Aizou położył rękę na kościstym ramieniu, uważając na nastroszony kołnierz.

 - Widzę, że odrobinę cię to zmartwiło…

 - Odrobinę, to dobre określenie – Daitan szorstko odsunął rękę Aizou. – Nie sądziłem, że Igen popełni taką głupotę…

 - Popełnił – Aizou wstał, sięgając po płaszcz. Daitan podniósł głowę. – Większość Kotów boi się go i jego popleczników. Ja zdecydowałem się działać. Zbieram tych, którym nie podoba się współpraca z ludźmi.

 - Sporo ich zebrałeś – Daitan potrzebował paru chwil, żeby opanować emocje. Aizou nie powinien o nich wiedzieć. – Ale widziałem same Hieny. Tylko na nich nas stać?

 - Żeby przekonać pozostałych, potrzeba większej ilości argumentów – Aizou ubrał się ponownie, zasłaniając krótką włócznię przed natarczywym spojrzeniem Daitana. – Nawet tych barbarzyńskich i krwiożerczych.

 - Rozumiem – Daitan też się podniósł, najwyraźniej audiencja dobiegła końca, podobnie jak skromny posiłek. Aizou obrócił się do niego, nikłe światełko rozbłysło w jego zielonkawym oku.

 - A ty? – zapytał. – Dlaczego uciekłeś?

 - Nie uciekłem – odparł buńczucznie Daitan, zaplatając ramiona na piersi. – Po prostu zmęczyła mnie służba. Zrobiłem swoje i postanowiłem odpocząć.

 - Ach tak… - nie wyglądało na to, żeby Aizou mu uwierzył. – A co zamierzasz teraz? – pierwszy opuścił namiot. Daitan ruszył za nim.

 - Wygląda na to, że jestem więźniem. Czy może nie?

 - Nie zmuszę cię, żebyś został – na zewnątrz Aizou przywołał do siebie Hienę z czerwonym czubem i powiedział jej coś w warczącym, przechodzącym w chichot języku. Potwór zmierzył Daitana wrogim spojrzeniem, rudzielec odpłacił mu tym samym.

 - Ale bardzo byś mi się przydał – dokończył Aizou, kiedy przywódca Hien został już odprawiony. – Nie mam wśród przyjaciół wielu Kotowatych…

 - Nazywasz Hieny swoimi przyjaciółmi? – Daitan parsknął śmiechem. – Dobre!

 - Na wojnie trzeba uważać na swoich sprzymierzeńców – Aizou nie było do śmiechu. – Wszystkich traktuję jak przyjaciół. To nie będzie łatwa bitwa, ale możemy ją wygrać. Pytanie, czy w to wchodzisz?

Zapadła cisza. Daitan żuł język, przyglądając się, jak Hieny siedzą wokół ognisk, warczą do siebie przyjacielsko i pożerają resztki mięsa, jakie zdołały zdobyć po drodze.

 - Dobra – powiedział w końcu. – Wyruszamy przeciwko Igenowi, tak?

 - Jestem za dyplomacją – powiedział łagodnie Aizou. – Jeśli Igenowi wróci rozum, wycofam się i wspólnie ruszymy na ludzi. Jeśli nie...

 - Chcesz go zabić – zgadywał Daitan. Aizou pokręcił głową.

 - To nic osobistego. Po prostu potrzeba nam wrócić na właściwą ścieżkę.

 - Ludzie to ścierwa tego świata – westchnął z irytacją Daitan, poprawiając brzęczące na przegubach dłoni, złote bransolety. – Dlaczego jednak wypłoszyliście mieszkańców, zamiast ich zarżnąć? Myślałem, że Hieny lubią ludzkie mięso…

 - A jak myślisz, co teraz jedzą?

Aizou odszedł, żeby zebrać wojsko i przekazać im kierunek, gdzie się następnie udadzą, zostawiając Daitana w nieprzyjemnej świadomości. Nigdy więcej rudzielec nie przyglądał się ucztowaniu Hien.

 

            Szara armia, dobrze widoczna na bladych łąkach, przemieszczała się szybko, zaskakująco szybko. Daitan odzwyczaił się od maszerowania, więc trzymał się nieco z tyłu, wciąż mając w obrębie wzroku Aizou. Ten wydawał się o nim zapomnieć na jakiś czas, idąc przodem, piaskowe włosy pojawiały się i znikały między burymi karkami i zrudziałymi grzywami. Daitan splunął z gniewem, strosząc pióra w swoim kołnierzu. Aizou zaproponował mu mundur i uzbrojenie, jak na wojnę przystało, ale odmówił. Najlepiej czuł się w swoim własnym stroju. Teraz rzucał na boki ostrzegawcze spojrzenia, Hieny jednak nie zamierzały go zaczepiać, pamiętając jaką posiada moc. Daitan szedł więc spokojnie, ostrzegawczo położywszy po sobie uszy, chłoszcząc powietrze rudym ogonem. Kusiło go, żeby którejś z potwor podpalić ogon, ale się na to nie zdobył. Jeszcze. Im bardziej oddalali się od gór, tym większe nachodziły go wątpliwości. Do tej pory jego jedynym zmartwieniem było trzymanie z dala ludzi z osady poprzez tanie płomieniste sztuczki i ewentualnie wymuszanie od nich danin poprzez pokazywanie się jako zjawa. Przesunął ręką po twarzy. Czegoś mu brakowało.

 - Hej, Aizou! – zaczął przepychać się do przodu, przyspieszając kroku. Wołany lekko obrócił głowę, trzepnąwszy uchem. – Poczekaj chwilę.

 - Coś się stało?

 - Nic takiego. – Daitan wyrównał krok do Aizou. – Wiesz może, gdzie się podziała moja maska?

 - Stłukła się – brzmiała krótka odpowiedź. Daitan potrząsnął rudą grzywą i piórami kryzy z dezaprobatą, ale nie zdążył wyrazić swojego oburzenia na takie traktowanie jego własności. Ziemia pod ich stopami zatrzęsła się, jak od potężnego uderzenia, wiatr zawiał mocniej niż dotychczas. Hieny błyskawicznie ustawiły się ciasnymi rzędami, przygotowane na odparcie ewentualnego ataku. Przez łagodną twarz Aizou przemknął cień gniewu. Mimo cichych, ostrzegawczych warknięć i skomleń, opuścił bezpieczny środek oddziału i wyszedł daleko przed szereg Hien, wyprostowany dumnie w swoim czarnym, za dużym płaszczu. Minuty upływały w ciszy pełnej napięcia, ale Daitan tylko się skrzywił. Nie znosił czekać, choćby nie wiadomo na co, preferował działanie. Ziemia zadrżała po raz drugi.

 - Pokaż się! – krzyknął Aizou, zdejmując opaskę z oka. Daitan z ciekawości przepchnął się do pierwszego rzędu, akurat w momencie, kiedy silny podmuch powietrza zwalił z nóg Hieny stojące z przodu. Daitan zaklął, czując, że odrywa się od ziemi i wysunął pazury, zatapiając je w twardej jeszcze ziemi. Długie na osiem centymetrów szable zatopiły się w czarnej trawie niemal do połowy, zatrzymując bezwładne ciało w miejscu. Daitan podniósł głowę i jak raz miał zdziwioną minę. Przed nimi, na potężnych skrzydłach, zawisł Smok. Chwilę manewrował w przestrzeni nad nimi, zanim w końcu zdecydował się usiąść ciężko, wzburzając kłęby kurzu. Hieny zasłoniły ślepia, warcząc, Aizou nawet nie drgnął.

 - Spodziewałem się szpiegów króla, ale nie tak imponujących! – krzyknął Kot, uśmiechając się prawie radośnie. Smok trzepnął całą głową, jak wodny ptak, wynurzający się z głębin i otworzył paszczę, pełną ostrych jak igły zębów. Ryk, jaki się wydobył ze smoczej gardzieli nie powalił nikogo, jakby nie zamierzał oznajmić im śmieszność położenia względem wielkiej bestii. Aizou machnął ręką w bok, jakby odpychał niewidzialny pocisk.

 - Nie boję się armii króla. Zbieram sprawiedliwych, by wytknąć mu błędy i ty także nas nie powstrzymasz!

Daitan miał czas, żeby przyjrzeć się Hienom. Dotąd uważał je za bezlitosne i nieulękłe, ale dziwną satysfakcję sprawiał mu widok strachu, rozszerzającego źrenice potworów. Zbiły się w ciasne gromadki, po kilku, ściskając wzniesione do ataku, nabite kolcami maczugi w dygoczących pazurach, paru zaczęło uciekać z podkulonymi ogonami. Nawet monstra szanowały potęgę pradawnych mieszkańców stałego lądu. Smok znów zaryczał, tym razem dłużej i mniej dźwięcznie, głucho, z ukrytą groźbą. Aizou pokręcił głową.

 - Nie sądzę. Ale zawsze możesz pomóc właściwej stronie. Chcesz zostać moim przyjacielem? Masz teraz szansę.

Kolejny ryk zabrzmiał ordynarnie, wręcz obraźliwie. Daitan, który ni w ząb nie znał języka Smoków miał wrażenie, że stwór śmieje się wzgardliwie. Smok podwinął piaskową skórę nad zębami i pokazał im pokraczny uśmiech, rozkładając skrzydła jakby chciał wznieść się znów do lotu.

 - Wysłali Smoka na negocjacje? – powiedział do siebie Daitan. W życiu nie spotkał większej głupoty. On sam wysłałby Smoka na całkowitą pacyfikację wroga. Igen rzeczywiście nie miał pojęcia o wojnie.

 - Jeśli nie chcesz być przyjacielem, będziesz moim jeńcem – oznajmił wesoło Aizou i znów machnął ramieniem. Smok wzniósł skrzydła i znieruchomiał, przypominając majestatyczny posąg, wzniesiony na środku pustkowia. Daitan rzucił spojrzeniami na boki, ale nie widział żadnego oddziału, przygotowującego się do zasadzki na armię Hien. Smok faktycznie był sam. Z jakiegoś powodu nieruchomy. Hieny zaczęły węszyć intensywnie, z grzbietami przygiętymi do ziemi podpełzły do smoka, otaczając go, Daitan też podszedł bliżej.

 - Co zrobiłeś? – zapytał, stając obok Aizou i obserwując skrzydlatą figurę. Teraz, kiedy zmniejszył dzielący ich dystans, dostrzegł, że Smok drży, jakby walczył z niewidzialną siecią. Aizou nie odpowiedział, pospiesznie zakładając z powrotem przepaskę na lewy oczodół.

 - Ja? Nic takiego. Po prostu użyłem swojej mocy Cienia…

Smok nagle trzepnął skrzydłem, jakby skorzystał z nieuwagi byłego żołnierza królewskiego oddziału i podniósł się całkiem, nie tracąc czasu na ryki. Plunął strumieniem błękitnawego ognia prosto w stojące najbliżej Koty, długi, sztywny ogon zmiótł stojące za nim Hieny, skrzydła wzniosły się do ataku. Daitan zareagował instynktownie, skupiając wszystkie myśli na pędzących płomieniach i wyskoczył przed Aizou, zasłaniając go własnym ciałem. Ogień otoczył go wieńcem niebieskich kwiatów, których płatki zmieniły kolor na płomienistą czerwień. Chudy rudzielec rozprężył się pośród pożogi, czując znajome, przyjemne mrowienie na skórze, oznaczające zwycięstwo. Ogień zgasł.

 - Tym mnie nie pokonasz – zwrócił się do Smoka z ironicznym uśmiechem i poczuł ból w boku, kiedy Aizou zepchnął go z linii ataku gigantycznych szponów. Daitan upadł, podnosząc się jednak błyskawicznie, szukając wzrokiem blond Kota. Hieny jakby ocknęły się z lękliwego letargu, biegały wokół smoczych łap, podgryzając je, miażdżąc pokryte łuską palce maczugami, wdrapując się na grzbiet wroga, jak mrówki próbujące obalić ptaka. I podobnie jak ptak, Smok niewiele sobie robił z tego ataku, skupiony na pozbyciu się dwóch najbardziej natrętnych dla siebie much. Wysuwał paszczę szybkimi ruchami, próbując jednym kłapnięciem pozbawić ich głowy, haczykowatymi szponami ze szczytu skrzydeł rył po ziemi, opędzając się od Hien, zbliżając się do Kotów. Aizou, korzystając z obecności słońca, szybko przemieszczał się własnym cieniem, unikając chaotycznych, choć mocnych smoczych ciosów. Daitan nie miał tyle szczęścia. Za pierwszym razem smoczy pysk posłał go daleko w czarną trawę, aż zarył rudym łbem w ziemię. Wściekły ryk nie dał mu w spokoju stracić przytomności.

 - Ty gadzie ścierwo! – wrzasnął Daitan, pędem wracając do walki. Cały był rozgrzany tak bardzo, że jego skóra dymiła, a złote bransolety na przedramionach i nadgarstkach rozgrzały się do czerwoności. Smok, być może w odpowiedzi na obelgę, obrócił łeb w jego stronę i rzygnął nań znów ogniem. Daitan, tym razem przygotowany, powstrzymał płomienie szybkim ruchem ramienia i odepchnął je od siebie, nawet nie patrząc gdzie wylądują. Miał całkowitą władzę nad ogniem, swoim i czyimś. Teraz też zastanawiał się nad użyciem jakiegoś potężnego płomienia, ale nie był przecież Smokiem. Żeby wytworzyć ogień musiał coś spalić. Poczwara nie dała mu czasu do namysłu, zamyślona ruda głowa cudem uniknęła haka skrzydła, ale samo skrzydło było zbyt duże. Ciężki zwał skóry przygwoździł Kota do ziemi, pozbawiając go powietrza na kilka chwil. Kilka Hien, dostrzegając w tym swoją szansę, dopadło skrzydła, rozrywając błonę pazurami. Smok zaryczał i walnął pyskiem o ziemię, kiedy Aizou zdzielił go w rogaty łeb swoją włócznią. Nim Daitan zdążył zapytać, skąd jeden drobny Kotowaty wziął tyle siły, Smok już leżał bez tchu, pokryty wiążącymi go Hienami. Aizou zbliżył się do rudzielca szybkimi krokami, z daleka widać było jego uśmiech.

 - No to mamy kolejnego jeńca! – zawołał wesoło. – Szybko nam idzie!

 - Za szybko – odparł z przekąsem Daitan, rozcierając rozbitą głowę. – I co teraz, smocza pieczeń, czy udka na zimno?

 - Nic z tych rzeczy! – Aizou poklepał go po ramieniu i ruszył zorganizować swoje rozproszone oddziały.

 - No więc co? – Daitan ruszył za nim, nie dając się odpędzić. Obejrzał się raz, kiedy Hieny starały się już skrępowanego Smoka podnieść i zanieść ze sobą. Aizou odpowiedział mu uśmiechem drapieżnika.

 - Mam nowego przyjaciela – brzmiała odpowiedź.

 

            Daitan czuł się zmęczony, ale przyjemnym, fizycznym wysiłkiem. Ostatni dzień letniego miesiąca spędził w całości na bieganiu po zielonych polach, wspinaniu się na drzewa i krótkich, jakże rozkosznych bójkach. Słońce świeciło tak jasno, że musiał mocno mrużyć oczy, nawet teraz, kiedy zachodziło i oblewało go czerwoną łuną.

 - Chodź, szybko! – wołał dziecięcy głos i Daitan z radością, kiełkującą w sercu, biegł w jego kierunku, roztrącając wysokie zarośla.

 - Poczekaj na mnie! – krzyczał, choć nie musiał podnosić głosu. Chłopięcy śmiech rozległ się tym razem z innego miejsca.

 - Nigdy mnie nie złapiesz!

 - A właśnie, że złapię! – nic tak nie bolało Daitana, jak powątpiewanie w jego możliwości. Z nowymi siłami młócił bezlitośnie trawę, szukając towarzysza zabaw. Tak się zapamiętał w tych wysiłkach, że trójkątne uszy nawet mu nie drgnęły, kiedy za plecami ktoś zgniótł ciężką stopą suchą gałązkę. Drobne, choć już mocne ramiona okręciły się wokół jego szyi i Daitan z wrzaskiem zaskoczenia padł na trawę, przygnieciony niespodziewanym ciężarem.

 - Mam cię! – zawołał triumfalnie głos znad jego rudej głowy. Daitan szarpnął się, zwalając przeciwnika z nóg.

 - Nieprawda!

Skąpana w złocistym świetle wieczoru łąka niosła echem bojowe okrzyki i śmiechy dwóch, zdawać by się mogło, identycznych chłopców. W końcu niższy z nich, o krótko ostrzyżonej głowie dał znak, że ma dosyć i padł na wznak w łaskoczące źdźbła, śmiejąc się zaraźliwie. Daitan padł obok, zanosząc się od niekontrolowanego chichotu.

 - Tym razem ja wygrałem! – oznajmił, nie kryjąc dumy. Jego towarzysz wciąż nie mógł się uspokoić, światło słońca błyszczało w jego żółtych oczach, załzawionych od śmiechu.

 - Chyba ci się śniło!

 Daitan go nie słuchał, wyrzucając obie pięści w górę.

 - Udało się, pokonałem króla Kotów, tak! – zwinął się od ciosu w brzuch.

 - Wcale nie – powiedział już poważniej towarzysz zabawy, mrużąc ciemne brwi. Kiedy tak nachylał się nad Daitanem, zachód barwił jego czuprynę na krwisty kolor. Nie było to jednak złudzenie.

 - Wcale tak – Daitan podniósł się do pozycji siedzącej, zbierając mokre od potu włosy z opalonej twarzy. – Powaliłem cię pięć razy.

 - Ja ciebie dziesięć!

 - Nie kłam!

 - Nie kłamię! – zaperzył się chłopiec, bijąc się w pierś, którą prawie w całości okrywał płaski, złoty medalion w kształcie oka. – Jestem przyszłym królem, nie wolno mi kłamać!

 - Przechwalasz się! – pisnął Daitan. – Powiem twojej mamie, że kłamiesz i zobaczysz!

 - Wtedy ty skłamiesz! – chłopiec oskarżycielsko wskazał go palcem. – Jeśli skłamiesz, nie będziesz już mógł być moim generałem!

Chłopcy mierzyli się spojrzeniami, dysząc wciąż ciężko. Daitan w końcu ustąpił.

 - Niech ci będzie, Igen – burknął niechętnie, podkulając kościste, obdarte kolana. – Ale następnym razem cię dorwę.

Igen wyszczerzył się w radosnym uśmiechu; brakowało mu górnych jedynek.

 - Nic się nie martw, nic – poklepał Daitana po ramieniu. – Zostaniesz moim generałem, nawet jeśli będziesz kłamać.

 - To przecież nie przystoi – dał się udobruchać Daitan, wraz z Igenem obserwując zachód. Słońce już prawie skryło się za horyzontem. – Zaraz trzeba będzie wracać…

 - Jeszcze nie, braciszku – poprosił Igen, wyciągając twarz ku światło. Promienie słoneczne wysiekały na jego nosie brązowe piegi. – Uwielbiam zachód słońca!

 - Bo jest pełen ognia? – zapytał nagle dorosłym głosem Daitan, kuląc się na trawie w swoim pierzastym płaszczu. Igen zwrócił na niego spojrzenie swoich wielkich, dziecięcych oczu.

 - Ty pierwszy nazwałeś mnie bratem…? – szepnął już całkiem bezsilnie Daitan. Chłopiec o włosach czerwonych jak krew wpatrywał się w niego z uśmiechem, dopóki ostatni skrawek słońca nie zniknął za krawędzią ziemi. Otoczyła ich ciemność i wtedy Daitan otworzył oczy. Rzeczywiście było ciemno, jak to zwykle w środku nocy. Rudy Kot niechętnie podniósł głowę, chowając nos w zagłębieniu łokcia. Aizou oddał mu na użytek jeden z namiotów, należących do Hien i, choć doskonale chronił on od wiatru, to zapach poprzedniego właściciela był aż nadto przykry. Daitan wstał, wyłamując z trzaskiem kostki palców, wyszedł z namiotu, czując potrzebę zachłyśnięcia się jeszcze mroźnym powietrzem. Większość Hien spała, w namiotach i przed nimi, przy dogasających ogniskach. Kilka osobników kręciło się na czworaka po rozbitym naprędce obozie, pilnując porządku, bo nawet wśród swoich Hieny lubią się awanturować. Daitan bez słowa ruszył w przeciwnym kierunku. Rzadko miewał sny, a jeśli już, to nie bywały zbyt przyjemne. Raz czy dwa śniły mu się bitwy stoczone z ludźmi, krew i pożoga, mnóstwo trupów i popiołu. I rozkazy. Śmigające wokół głowy jak kamienie: naprzód, odwrót, cofnąć się, atakować. Daitan potrząsnął głową, aż zadzwoniło. W ciszy nocnego, ożywczego powietrza myślało mu się trochę lepiej. Skoro tak długo nie miał żadnych snów, czemu teraz miał jeden i to tak przyjemny? W zasadzie nie było to sen, ale właśnie wspomnienie. Daitan przygryzł wargi. Nie chciał rozmyślać o Igenie i ich wspólnej przeszłości, nie potrzebował tego. Ledwo słyszalne, za to wyczuwalne drgania podłoża zmusiły Daitana, by podniósł głowę. Tuż przed nim, na pozbawionej trawy ziemi, leżał wielki, spętany smok. Ślepia miał zasłonięte skórzastymi powiekami, z wydętych nozdrzy wydobywały się kłęby dymu. Wyglądał jakby spokojnie spał, ale Daitan wiedział, że stwór stracił przytomność po tajemniczej wymianie zdań, jaką później nawiązał z nim Aizou. Właśnie, Aizou…Daitan obrócił głowę w stronę obozowiska i  bezwiednie zaczął iść z powrotem. Może drań też ma lekki sen. Namiot Aizou nie różnił się niczym od namiotów Hien, miał nawet ten sam paskudny zapach, Daitan jednak trafił bez trudu. Wyciągnął rękę, by otworzyć sobie przejście w cuchnących skórach, kiedy dobiegł go głos Aizou, dobiegający z wewnątrz.

 - …wiem, że miałem, ale nie mogłem…Tak, oczywiście, że tak…

Daitan zastrzygł uszami. Wsłuchiwał się uważnie, ale nie dosłyszał drugiego głosu, poza nieco jakby wystraszonym głosem Aizou:

 - Zrobię to, obiecuję. Jeśli tylko zdołam…tak, na pewno…

Rudy Kot wolno, żeby nie robić hałasu, wycofał się. Aizou albo bredził przez sen, albo był nienormalny, a obie wersje nie przypadły Daitanowi do gustu. Wolał wrócić samotnie do swojego namiotu i pogrążyć się we śnie bez snów.

 

            Następne dni nie były zbyt ciekawe. Aizou i jego armia wzbudzali postrach ilekroć trafiali na jakieś zamieszkane tereny, przy czym sam Aizou nie wydawał się zbytnio przejmować tym, co dzieje się dokoła niego. Złapany przez niego smok ani razu nie został zdjęty ze smyczy, ale dreptał potulnie za nimi, nie próbując nawet atakować. Nie miał nawet związanej paszczy, jakby rzeczywiście dobrowolnie zgodził się z nimi iść. Aizou nie chciał powiedzieć, w jaki sposób ujarzmił gniew prastarej bestii. Powtarzał tylko:

 - Teraz jest naszym sojusznikiem. To chyba wystarczy.

W końcu i Daitan przestał pytać. Okazja to rozruszania kości nadarzyła się jakiś tydzień później, kiedy przemierzyli już otwarte połacie terenu i przeszli większą część lasu. Aizou przez cały czas od wejścia w gęstwinę rozglądał się bacznie, jakby lada chwila spodziewał się napadu.

 - Czego tak wypatrujesz? – zapytał zgryźliwie Daitan, trzymając się blisko kociego kolegi. Wciąż nie ufał Hienom. Aizou podniósł na niego wzrok.

 - Wrogów, bądź przyjaciół.

 - Nie rozumiem – Daitan nie silił się na zrozumienie. Był dziś nie w humorze. – Ktoś nas obserwuje?

 - Jeszcze nie. – Aizou wydawał się być nieco rozczarowany. – A powinien…

 - Kto?

Aizou nie odpowiedział, a Daitan nie naciskał. Aż tak nie był tym zainteresowany. I wtedy wyszli na polanę, zamkniętą na okręgu ścianą lasu. Na trawie pasły się Jelenie, całe stado. Zanim Aizou, czy choćby Daitan zdołali przestrzec Hieny, potwory rzuciły się do natychmiastowego ataku, wygłodniałe po kilku dniach postu. Spragnione mięsa dopadły najbliżej stojących zwierząt i rozległ się nieprzyjemny dźwięk, jaki wydaje ćwiartowane mięso. Pozostałe Hieny, którym udało się uniknąć rzezi, wycofały się za plecy Aizou, powarkując zaskoczone i skomląc za utraconymi towarzyszami. Najbliższy Jeleń, z porożem pokrytym krwią i warkoczami wnętrzności, otarł je o trawę i wstał. Stanął na tylnych racicach, górując nad przybyłymi, a z nim pozostałe.

 - Jak śmiecie atakować świętą rasę? – odezwał się najbliżej stojący Jeleń. Daitan skrzywił się, widząc wnętrzności, nawleczone na jego poroże.

 - Wybacz moim żołnierzom, nie są do końca zapoznani z rasami po drugiej stronie gór – odezwał się gładko Aizou, stając przed swoim wojskiem i pochylając głowę z szacunkiem. – Bardzo przepraszam za tę pospieszną akcję.

Jeleń zmarszczył szeroki nos i zrobił kilka kroków w miejscu. Pozostałe z jego gatunku również się podniosły i zbliżyły do swojego przedstawiciela. Wyglądało to dość upiornie - wszystkie miały ostro zakończone poroże. I ludzkie twarze. Daitan mimowolnie schował się głębiej między Hieny. Nie z powodu strachu.

 - Nie znamy cię – zaszemrał Jeleń po chwili milczenia. Jego towarzysze kołysali głowami, osadzonymi na smukłych szyjach, zderzające się z sobą poroże klekotało głośno. – Nie wiemy kim jesteś. Odejdź.

- Dopiero przyszedłem – Aizou nie wydawał się zlękniony. Podszedł do pierwszego z Jeleni z lekkim uśmiechem – I nie zamierzam odejść, dopóki mnie nie wysłuchacie.

 - Nie chcemy słuchać – Jeleń trzepnął uchem i pochylił głowę, a z nim pozostałe, prezentując bogate poroże o ostrych końcach. Z gardeł Hien wyrwał się zbiorowy warkot, potwory również przyjęły pozycje bojowe, mocniej ujmując swoje maczugi i nabite kolcami pałki. Wszyscy byli gotowi do walki, kiedy Aizou podniósł rękę, powstrzymując swoich od ataku.

 - Nadchodzi wojna – powiedział pogodnym tonem. – Chciałbym znać wasze stanowisko w tej sprawie.

Jelenie znów zaczęły szemrać, kołysząc łbami.

 - Nie uznajemy wojen – Jeleń nie podnosił głosu. Wydawał z siebie dźwięki jednostajnym, monotonnym rytmem. – Nie prowadzimy ich. Trzymamy się z daleka, żądni jedynie świeżej trawy i spokoju.

Cały rząd Jeleni zbliżył się o krok, z wciąż pochylonymi łbami. Aizou zmrużył oko.

 - Dopóki ludzie pozostaną na tej ziemi, nie dostaniecie ani trawy, ani spokoju.

Jelenie nie podchodziły bliżej, szczękając porożem, zderzającym się o siebie.

 - Ludzie was znajdą – kontynuował Aizou tym samym, choć podbarwionym radością tembrem. – Przyjdą ze swoimi włóczniami i strzałami, zaczną na was polować. Wybiją was, zanim zdołacie pochylić głowy.

Jelenie milczały. Wypukłe, migdałowe ślepia wciąż były wbite w ziemię, jakby zwierzęta zastanawiały się nad sobą i tym, co usłyszały. Daitan był pewien, że zostały przekonane. Wtedy jeden z Jeleni wyskoczył do przodu z kwikiem, wbijając się porożem w rzędy Hien, nadziewając je na ostre końce jak na rożen. W jego lśniącym grzbiecie tkwiła strzała z niebieskim piórkiem. Szereg Jeleni załamał się, kiedy posypał się na nie deszcz strzał, zwierzęta zwarły się z sobą, klinując się rogami, przewracając się w panicznym krzyku instynktu, by uciekać, jak najdalej.

 - No i proszę, stało się to szybciej niż sądziłem! – zawołał ze śmiechem Aizou, wykonując gest przyzwolenia. Horda Hien błyskawicznie oderwała się od swojego przywódcy i wpadła między drzewa, pragnąc łatwego mięsa. Daitan patrzył ze średnim zainteresowaniem na splątane ze sobą Jelenie, rozpaczliwie próbujące się uwolnić. Z daleka dobiegły ich krzyki mordowanych łuczników.

 - Jak tam nastrój? – Aizou zwrócił się do niego z niewzruszonym uśmiechem na twarzy.

 - Ciężko powiedzieć – odparł Daitan, przekrzykując kwiki Jeleni i coraz głośniejsze krzyki. – Szczerze powiedziawszy, nie wiem, po co tu przyszliśmy…

 - Wydaje mi się, że po to – Aizou podszedł do leżącego bez ruchu Jelenia, którego bogate poroże wplątało się w gałęzie drzew. Kucnął przy nim i poklepał po grzbiecie, jak oswojonego muła. – To co, może wreszcie mnie wysłuchasz?

Daitan nie miał zamiaru stać bezczynnie i słuchać gadania, jak na wojnę za mało doświadczył walki. Ruszył w kierunku, skąd dobiegały wycia Hien i położył rękę na najbliższym pniu drzewa, stojącego mu na drodze. Trzasnęło i drzewo zajęło się płomieniami. Rudzielec przytknął do płonącego pnia drugą rękę i ogień strzelił dalej, wypalając drogę w gęstym poszyciu. Niepowstrzymany przez nikogo, przebiegł przez las, przeskakując nad zwęglonymi pniami, szukając jakiegoś człowieka do zabicia. Jak się okazało, nie musiał szukać daleko. W biegu kątem oka zauważył szybko poruszający się cień i w porę odchylił głowę do tyłu, tracąc jednocześnie równowagę. Wylądował z sykiem bólu w popiele i zanim zdążył się podnieść, stanął nad nim człowiek z mieczem, wzniesionym nad głowę. Daitan nie dał mu nawet sekundy na reakcję.

 - Chyba żartujesz! – Rudzielec wyskoczył do przodu, z łatwością przebijając pazurami pierś, pokrytą mundurem w barwach cesarstwa. Odczekał, aż charczący i kaszlący śmieć wypuści z ręki ostrze i patetycznie zsunie się z jego pazurów, zostawiając czerwony ślad. Daitan kopnął trupa z szyderczym uśmiechem i puścił się biegiem przez wypaloną ścieżkę, chcąc więcej akcji. Na kolejnej polanie natrafił na całą armię Hien, rozprawiających się z żołnierzami, nie szło to jednak tak gładko, jak Daitan sądził, że pójdzie. Zewsząd powietrze przecinały zaklęcia, nieudolne inkantacje, nakazujące kulom ognia i białym błyskawicom wplątywać się w bure futra Hien i palić skórę. Potwory płonęły żywcem, tarzały się po ziemi, próbując ukoić ból, skowyczały głośno, a ich wrzaski mieszały się z krzykami przerażenia ludzi. Daitan ze szczerą radością rzucił się w wir walki. Okręcił się w miejscu, zbierając powietrze w płuca, nastroszył palcami pierzasty kołnierz, żeby wyglądać groźniej i wypiął pierś na nadbiegających z mieczami żołnierzy.

  - Głupcy, myślicie, że powstrzymacie mnie garścią żelastwa? – kucnął, przykładając rękę do krótkiej, wilgotnej trawy. Ogień buchnął wysoko, jakby Daitan podpalił zawczasu przygotowany stos i przeciwnicy zatrzymali się gwałtownie, niektórzy wypuścili z rąk miecze.

 - To Kotowaty! Trzymać dystans! – rozległy się chaotyczne rozkazy we wspólnej mowie i ludzie ostrożnie otoczyli rudzielca, kilku użyło zaklęć wodnych, by ugasić ogień. Daitan nie czekał na ich następny krok. Chciał się cofnąć, żeby dotrzeć do drzew lub jakiegoś materiału, który można by spalić. Usłyszał za sobą gwizd i gorące powietrze omiotło jego policzek, prześlizgując się przez pióra kołnierza. Odwrócił się gwałtownie, doprowadzony do ostateczności i zaatakował z bojowym wrzaskiem. Garstka ludzi zlękła się już jego krzyku, ale pozostali ruszyli naprzód. Ich miecze nie zdążyły jednak rozedrzeć ciała, trafiając na ognistą przeszkodę. Wychudła postać Daitana płonęła jak pochodnia, języki ognia wystrzeliły wysoko ponad rudą głowę, jakby między drzewami wyrosło kolejne, zrobione z płomieni. Stal stopiła się błyskawicznie, zalewając ręce żołnierzy płynnym wrzątkiem. We wrzaski poparzonych ludzi, próbujących rozkleić swoje ręce i uciec od bólu wdarły się dzikie chichoty. Hieny wróciły do tego, co potrafiły najlepiej, dopadły przerażonych żołnierzy i wbiły się zębami w ich karki. Armia ludzi szybko została rozbita, część próbowała uciekać w głąb lasu, gdzie dopadły ich ranne Hieny, część spłonęła od gorąca, jakim buchał Daitan. Gdy było już po wszystkim, na spalonej polanie pojawił się Aizou, klaszcząc w dłonie z podziwem.

 - Zostawiłem was tylko na chwilę, a wy zniszczyliście pół lasu! – zawołał z podziwem, podchodząc do rudzielca. Daitan zgasił ogień, dysząc ciężko. Strzelanie ognistymi kulami w ruchomy cel było łatwiejsze, niż  utrzymanie dostatecznie wysokiej temperatury w sobie, by fizycznie płonąć. Rudy Kot otulił się szczelniej swoim pierzastym płaszczem, jedyną rzeczą na nim, która nie spłonęła. Złote bransolety na jego ramionach wciąż jeszcze żarzyły się płomienistą czerwienią.

 - Nie wiedziałem, że martwisz się o las – parsknął złośliwie Daitan, obserwując jak Hieny na spółkę rozszarpują grdykę jakiegoś młodego żołnierza. – No i gdzie ci twoi przyjaciele, co?

 - Jelenie? Uciekły – Aizou wciąż się uśmiechał, jakby nic się nie stało. – Przestraszyły się ludzi.

 - Głupie stwory… - wymruczał Daitan, obserwując pobojowisko. – Powinny były tu przyjść i zobaczyć, że nie ma się czego bać…

 - Nie zdążyły – Aizou nie powiedział już nic ponad to, przyglądając się Daitanowi z zaciekawieniem. – Czy ty jesteś nagi?

 - Spaliłem swoje ubranie.

 - Spaliłeś? – Aizou uniósł brwi w zdumieniu. – Zewsząd jest pełno rzeczy, które można spalić…

 - Przyparli mnie do muru – przyznał niechętnie Daitan, otulając się szczelniej swoim ostatnim odzieniem. Błyszczące w zimnym słońcu na pomarańczowo pióra, otaczające szyję Kota, prawie zlewały się barwą z jego włosami. Nonszalanckim gestem rudzielec poprawił łaskoczące go lotki. – To jak, znajdą się dla mnie jakieś zapasowe ubrania?

 - Proponowałbym futro na taki chłód, ale wiem, że nie potrzebujesz – Aizou prawie pieszczotliwym ruchem pogłaskał ogniste pióra. – Dlaczego ten prawie-płaszcz nie spłonął?

 - Bo to mój ulubiony płaszcz – brzmiała krótka odpowiedź. Daitan w każdej chwili kontrolował ogień, decydował o tym, co spali, a co nie. Aizou krótkim, ostrym gwizdem przywołał do siebie rozbestwione Hieny i mówiąc w ich języku, wyprowadził armię z resztek lasu. Smok, z łańcuchem wokół długiej szyi, krążył nad lasem cały ten czas tak wysoko, że przypominał czarną kropkę na niebie. Daitan, idąc za nimi, obejrzał się na wypalony między przekrzywionymi drzewami parów, ale nie było mu żal Jeleni. Dobrze im tak.

 

            Następnym razem mieli nieco więcej szczęścia, co jednak oznaczało dla Daitana kolejne godziny wypełnione nudnymi do bólu rozmowami. Za lasem natrafiali na więcej ludzkich siedzib, jednak Hieny za każdym razem go wyprzedzały, wiecznie głodne, drapieżne i nienasycone. Plądrowali tak wioskę za wioską, od czasu do czasu trafiając na rozrzucone stada Hien. Aizou z przyjemnością i bez żadnych skrupułów przyłączał je do swojej armii.

 - Potrzeba nam dużo przyjaciół – mówił z radością Daitanowi, który nadal w to nie wierzył. Do tej pory nie spotkali nikogo, kto by się im sprzeciwił, nikt nie śmiał stawić czoła tak wielkiej armii. Daitan czuł, że już praktycznie wygrali tę wojnę. Pewnym siebie, szybkim krokiem przemierzali stały ląd, niezwyciężeni i niezatrzymywani. Palili wioski, wypędzali ludzi, których Hieny nie zdążyły zabić, zbierali zapasy i wybijali zwierzęta. Przygotowania szły pełną parą, ale Daitan nie mógł powstrzymać się od wątpliwości. Jak na wojnę, to zbyt mało się działo. Kilkakrotnie trafili na zapomniane przez wszystkich klany Kotowatych, które wydawały się zaskoczone informacją o wojnie. Z początku rozmowy z ich przywódcami nie szły najlepiej, Koty kręciły nosami, nie chciały się mieszać. Wówczas jednak Aizou z uśmiechem prosił Daitana o minutę rozmowy na osobności i kiedy rudzielec wracał do namiotu, dowiadywał się, że zyskali kolejnego sprzymierzeńca. „Przyjaciela”, jak nazywał ich Aizou. Zebrali w ten sposób kilka klanów i armia urosła do jeszcze potężniejszej niż była. Daitan cały ten czas trzymał się na uboczu, nie po to zawieruszył się po ostatniej wojnie, żeby teraz narażać się na niepotrzebne pytania. Jednak nie mógł się powstrzymać przed wątpliwościami. Poprzednia wojna o dominację nad lądem sprawiła, że teren nie nadawał się do zamieszkania przez kilka ładnych lat. Koty, czy ludzie – wszyscy głodowali, bo na spalonej zaklęciami ziemi nic nie chciało rosnąć. Niektórzy uciekli za góry, niektórzy na morze, z nadzieją na odnalezienie innego, żyznego lądu. Daitan przeżył jako złodziej i morderca, ale tego nie chciał wspominać. Co zapadło mu w pamięć, to przygotowania. Cały stały ląd był gotowy na wojnę, kto zawiązywał sojusze, ten miał wsparcie, kto zbierał zapasy, ten miał co jeść podczas walk. Teraz było inaczej - tylko oni byli gotowi walczyć. Gdziekolwiek się pojawili, siali panikę i zgrozę wśród kompletnie nieprzygotowanych na ich przyjście ludzi. Powinno być inaczej…Daitan przewrócił się na drugi bok w swoim cuchnącym namiocie. Kolejna noc przed wkroczeniem do większego miasteczka i on znów nie mógł spać. Ilekroć zamykał oczy, widział Igena, kociego króla, z którym bawił się w dzieciństwie w królewskich ogrodach. Zamruczał gniewnie, po raz kolejny zmieniając pozycję. Czy Igen rzeczywiście zwariował, sprzymierzając się z ludźmi? Oni to w większym stopniu niszczyli kraj, zaśmiecając go, naginając do własnych potrzeb. Kotowate były tu protagonistami, wciąż napadanymi i spychanymi z własnych terytoriów. Tyle Kotowatych zginęło w walce z ludźmi…Daitan wstał. Nawet jeśli Aizou śpi, obudzi go, żeby wyjaśnić pewne kwestie. Szybkim krokiem opuścił swój namiot i ruszył w kierunku niewielkiego wzniesienia, gdzie rozpięty był namiot, oznaczony czerwienią, symbolem przywództwa dla Hien. Setki, jeśli nie tysiące namiotów rosło wokół tego wzniesienia, tworząc skórzastą dolinę. Nie mogło być mowy, że miasto, widoczne doskonale z tego pagórka, nie zauważyło nadchodzącej inwazji. Daitan zacisnął wargi. Był pewien, że w mieście nie ma już nikogo. Znów usłyszał mamrotanie, dochodzące z namiotu Aizou, ale nie zatrzymał się, tylko wszedł od razu.

 - Słyszę, że nie śpi… - urwał, z wrażenia upuszczając zasłonę namiotu. Otoczyła go czarna, nieprzenikniona ciemność, z jaką się jeszcze nie spotkał. Było w niej coś niepokojącego na tyle, że rudzielec cofnął się, próbując namacać ścianę namiotu, ale jego palce trafiły w pustkę.

 - Aizou…? – próbował zachować zimną krew Daitan, wchodząc mimo wszystko głębiej. Odpowiedziały mu dziwne mlaski i syki, dochodzące z dalszych ciemności. – Aizou, daj spokój, nie mam ochoty na zabawy…Wyłaź natychmiast…

Coś chlupnęło, jakby ciemność wypełniona była wodą, trójkątne ucho Kota wyłapało pojedyncze, dźwięczne pluski, jakby krople spadały w wodne zwierciadło. Tylko skąd woda w namiocie? Im dalej szedł, tym większe miał wrażenie, że stąpa po czymś żywym i nie podobało mu się to wrażenie.

 - Aizou?... – zawołał raz jeszcze. Namioty powinny być szczelne i zdolne do zatrzymania choć odrobiny ciepła, ale nawet dla niego było tu zdecydowanie za ciepło. Chlupanie przybrało na sile, coś prześlizgnęło się między nogami Daitana, coś dla odmiany zimnego i mokrego. Daitan przełknął głośno ślinę.

 - Co to za miej… - znów nie dokończył zdania. Przed nim, jak spod ziemi, wyrosła przeszkoda w postaci dziwacznej ściany. Choć wokół panowały ciemności, widział ją doskonale i to, co widział, wcale mu nie przypadło do gustu. Pośrodku kokonu, uplecionego z czegoś, co przypominało jasne, długie włosy, leżał Kot, skulony na boku w pozycji embrionalnej. Włosy wokół niego pulsowały obrzydliwie w swoim rytmie, czarna, gęsta ciecz spływała po bladym, nagim ciele, gubiąc się między pojedynczymi blond pasmami kokonu, przypominając upiorną fontannę. Daitan znieruchomiał, przyglądając się uśpionej postaci z coraz większym dyskomfortem. Blondwłosy Kot w kokonie poruszył głową, jakby wyczuł, że ktoś niepożądany go obserwuje i otworzył oko, zezując na intruza. To…nie do końca był Aizou. Daitan obrócił się na pięcie i zaczął uciekać, w kierunku skąd przybył. Słyszał narastające mlaskanie i rozpryskującą się ciężko wodę, jakby goniło go jakieś rozwścieczone stado. To tylko dodało mu sił do ucieczki. Daitan biegł przez ciemność, mając wrażenie, że wcale się nie oddala. Upiorne dźwięki dogoniły go bez trudu i Daitan poczuł czyjąś łapę, zaciskającą się na jego karku…
 - Czekaj! – głos Aizou orzeźwił go na tyle, by otworzył oczy i zatrzymał się, poczuwszy szarpnięcie. Znajdował się na wzniesieniu, odwrócony plecami do namiotu Aizou, a sam rzeczony Kotowaty trzymał go za pióra kołnierza.

 - Co ty wyprawiasz? – zapytał zdziwiony Aizou, puszczając rudzielca. Daitan oddychał szybko, usiłując przeanalizować, co się właściwie wydarzyło.

 - Ty… - machnął ręką na namiot, w którym, jak sądził, przebywał. – Tam…ciemno…Gdzie ty byłeś?

 - Wyszedłem zaczerpnąć powietrza – powiedział bez zająknienia Aizou, nie odwracając wzroku. – W namiocie potrafi się zrobić zbyt gorąco…Coś się stało…?

 - Ta-nie. – Daitan zdumiewał sam siebie. – Nie, nic takiego…

 - Sądzę, że przyszedłeś tutaj, żeby ze mną porozmawiać, czy tak? – Aizou uśmiechnął się przyjaźnie. – Nie krępuj się, nie przeszkadzasz mi.

 - Nie, w sumie…Nie, nic takiego – Daitan z wolna się uspokajał, przybierając na powrót swój cyniczny styl bycia. – Zaszedłem zwyczajnie zbyt daleko.

 - Też nie możesz spać – Aizou pokiwał głową ze zrozumieniem, patrząc w dal, na połyskujące pod gwiazdami miasto. – Nie dziwię się. Taka ekscytacja!

 - Ekscytacja? – powtórzył za nim chłodno Daitan. Czuł się wystraszony, nie podekscytowany. Aizou zatoczył ramieniem, wskazując namioty Hien i nieco jaśniejszą strefę, gdzie nocowały Kotowate.

 - Jutro wkraczamy na obszary wojenne – mówił z nieskrywaną radością Aizou. – Niedługo spotkamy oddziały Igena i będziemy mogli omówić wszystkie dzielące nas przeciwności.

 - Nie wydaje mi się to zbyt ekscytujące – Daitan założył ręce na piersiach w obronnym geście. Nadal obawiał się czegoś, co w jego założeniu, mogło wychynąć z namiotu Aizou.

 - Ale to będzie konfrontacja! – przekonywał go Aizou, światła miasta odbijały się w jego szeroko otwartym oku, nadając mu nieco upiorny wygląd. – Będziesz miał szansę porozmawiać z samym królem Kotowatych i wytknąć mu wszystkie błędy!

 - Jakoś mnie to nie… - Daitan znów nie był w stanie wysłowić się całkowicie. Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, nie mógł się ruszyć. – Co się…
Szaro-zielone oko Aizou rozszerzyło się w ciemnościach, kiedy odwrócił się gwałtownie, wyciągając włócznię. Z ciemności świsnęły niewidoczne dla Daitana pociski, które Aizou najwyraźniej sparował, rozległ się brzęk odbijanego metalu.

 - Światło! – wrzasnął Kot, przyjmując pozycję obronną. – Daitan, daj mi światło!

 - Kiedy nie mogę… - nagle rudzielec mógł się ruszyć. Nie tracił czasu na gadanie, oddarł kawałek swojej nowej, pożyczonej i wybitnie niewygodnej koszuli i podpalił go, rzucając przed siebie, ponad Aizou. Krwawe światło wydobyło z ciemności dwunastu przeciwników w czarnych mundurach. Nim Daitan zdążył mrugnąć, Koty skoczyły do ataku. Błysnęły obnażone ostrza, kula ognia rozsypała się w popiół i Daitan na chwilę oślepł. W przypływie paniki rozżarzył się na całym ciele, spalając nowo nabyte ubranie, żeby utrzymać światło i nie dopuścić do siebie żadnego z przeciwników. Nie musiał się obawiać, cała dwunastka skupiona była na Aizou, który odpierał każdy możliwy atak, uwijając się jak w ukropie. Miecze i sztylety raz za razem trafiały w drobną postać, ale nie robiły jej krzywdy. W pewnym momencie wszyscy zniknęli Daitanowi z oczu, roztapiając się w ciemnościach, skąd dobiegały przyciszone szczęki mieczy i odległe krzyki.. Daitan wolno, bardzo wolno zgasił ogień, oddychając szybko, nerwowo. Gdzie oni się podziali? Rozejrzał się, jakby miał nadzieję zobaczyć królewskie Oddziały Cienia, walczące z Hienami. Wokół jednak panowała cisza, Hieny, niewezwane do akcji, zajmowały się sobą, spały przy ogniskach, czyściły broń. Ogromny smok, trzymany za namiotami, pogrążony był w głębokim śnie. Nikt o niczym nie wiedział…Daitan rzucił ostatnie nerwowe spojrzenie na namiot Aizou i ruszył w dół wzniesienia. Jeżeli Aizou jeszcze nie dał znaku swoim żołnierzom, to znaczy, że sam sobie poradzi. Najwyraźniej dwanaście Kotów ze specjalnego oddziału zabójców i szpiegów nie stanowiło dla Aizou problemu, on sam do nich należał, znał ich sztuczki. Daitan pokręcił głową, idąc między namiotami. Nie, nie martwi się. Po tym, co zobaczył w jego namiocie, nie o niego się martwi…Szedł w kierunku miasta, ludzkiego miasta, ale nikt go nie zatrzymywał. Daitan nie miał zamiaru szukać Aizou, jeśli wszyscy wsiąkli w cień, to tam się właśnie znajdują. Poczuł się źle, bardzo źle, miał dosyć tego miejsca.

 

            Daitan zbliżał się już do miasta, które było, tak jak podejrzewał, całkowicie opustoszałe. Ogień, płonący w domach, miał im uzmysłowić, że ktoś wciąż tu mieszka. Daitan zaklął pod nosem, mijając kolejne budynki. Nie miał pojęcia, co zrobić. Nikt go nie zmuszał, żeby został z Aizou i brał udział w tej całej wojnie. Dość, że teraz znów nie miał dokąd wracać. Udał martwego w poprzedniej, żeby uciec od problemów a teraz nadchodziła kolejna. Jeśli obejmie cały stały ląd, na co najwyraźniej liczył Aizou, on sam nie będzie miał gdzie się schować.

 - Dokąd idziesz? – głos Aizou zatrzymał go w miejscu. Daitan obrócił się w miejscu, przygotowany na straszliwy widok. Aizou stał na końcu ciemnej drogi, którą przyszedł rudzielec, uśmiechając się lekko. Jego czarny mundur, symbol przynależności do Oddziałów Cienia był poszarpany i pocięty w wielu miejscach, ale na ciele Aizou nie było jednej blizny. Daitan przeniósł spojrzenie wyżej, na twarz Kota i przeszedł go dreszcz.

 - Co to…co ty masz w oku?...
W ferworze walki któryś z żołnierzy pozbawił byłego towarzysza przepaski na oko. W upiornie czarnym, prawym oczodole świeciło coś jasnego. Aizou bez oporów podniósł rękę, dotykając palcami błyskającego ogniem oka.

 - Masz na myśli to? – uśmiechnął się upiornie. – To moje oko.

 - Twoje… - Daitan zmarszczył brwi. – Przecież nie powinieneś mieć oka wcale! Wszystkie Koty z mocą Cienia pozbawiane są prawego oka!

 - Wiem o tym najlepiej, nie sądzisz? – Aizou wciąż się uśmiechał, podszedł bliżej. – Dokąd się wybierasz o tak późnej porze, przyjacielu?

Ostatnie słowo zabrzmiało w uszach Daitana jak obelga. Pochylił się nieco, rudym ogonem chłoszcząc duszne od dymu powietrze.

 - Spaceruję – odpowiedział zwyczajowym, zgryźliwym tonem. – Gdzie podziali się twoi dawni przyjaciele, co?

Aizou pokazał mu swoją włócznię, obrócił ją w palcach. Z tej odległości Daitan nie był w stanie dostrzec niczego szczególnego, choć podejrzewał, że wie, co Aizou chciał mu pokazać.

 - Pokonałeś ich, tak? – Daitan oblizał suche usta. Czuł nadchodzące zagrożenie. – Dwunastu Kotowatych z własnego oddziału to dla ciebie nie problem, co?

 - Wiem, że uznałeś mnie za słabeusza, kiedy spotkaliśmy się po latach… - Aizou zaczął wolno podchodzić bliżej. – W końcu w niedalekiej przeszłości nie nawiązywałeś kontaktu z nikim, kto był niższy rangą od ciebie…

 - Byłeś tylko żołnierzem – wzruszył ramionami Daitan. Nie było powodu zaprzeczać. – To takie ważne?

 - Nie – Aizou wyciągnął do niego rękę. – Już nie…wracajmy do obozu, przyjaciele będą się martwić.

Daitan cofnął się o krok.

 - Co się stało z tamtymi Kotowatymi?

 - Odeszli.

 - Powiedziałeś to samo o jeleniach.

 - Bo zrobili to samo.

 - Dlaczego ci nie wierzę?

 - To niedobrze, kiedy żołnierze nie ufają swojemu przywódcy – zaszemrał Aizou.

 - Nie zbliżaj się!

Aizou posłusznie przystanął. Stali tak dobrą chwilę, nie mówiąc nic, pozwalając by pozostawiony w domach miasteczka ogień powoli trawił pozostawione na jego pastwę drewno. Aizou wciąż się uśmiechał, jakby nie rozumiał co się tu właściwie dzieje. Daitan miał w tym miejscu przewagę, wokół było mnóstwo rzeczy, które mógł spalić i wykorzystać na swoją obronę. Aizou opuścił rękę.

 - W porządku. Widzę, że masz mnóstwo pytań. Pytaj więc.

 - Co masz w oku? – to było pierwsze pytanie, jakie w tej chwili gnębiło Daitana. Aizou znów pogmerał w oczodole.

 - Mówisz o tym? – przedmiot odbijający blask rosnącego pożaru pojawił się w jego ręku. – To kamień.

 - Czemu włożyłeś sobie kamień w miejsce oka?

 - To nie jest zwykły kamień – Aizou obrócił klejnot w palcach i umieścił z powrotem w oczodole. – Pozwala mi widzieć więcej, niż dotychczas.

 - Aha – Daitan wyczuwał w tym czcze gadanie. – To może powiesz mi coś o tym mieście tutaj, co?

 - Co masz na myśli? – uśmiech Aizou robił się coraz szerszy.

 - Mówiłeś, że jutro rano zdobędziemy kolejne miasto ludzi – Daitan wyprostował się, krzyżując ramiona na piersiach. – Rozejrzyj się. Nikogo tu nie ma i nie było od początku! Wszyscy przed nami uciekają!

 - To niedobrze? – Aizou zrobił krok naprzód. – Oznacza to, że budzimy przerażenie i respekt.

 - Nie – Daitan pokazał zęby, rudy ogon poruszał się szybko z ostrym świstem. – To znaczy, że nikt poza nami nie przygotowuje się do walki. Z kim konkretnie walczymy?

Rozległ się trzask dopalającego się drewna. Aizou mrugnął kilka razy.

 - Ludzie nigdy nie należeli do najlepiej organizujących się gatunków – powiedział gładko. – Nigdy też oficjalnie nie wypowiadałem nikomu wojny. Chcę tylko coś Igenowi pokazać.

Tego Daitan nie wziął pod uwagę. Czy Aizou faktycznie nigdy nie nazwał tego wojną z głupimi ludźmi?

 - Chodź – Aizou znów wyciągnął rękę. – Przepraszam cię za tamte nieprzewidziane wydarzenia. Wszystko powinno pójść gładko, ale najlepszy plan czasem bierze w łeb. Nie miej mi tego za złe.

 - Nie…nie mam. – Cóż innego Daitan mógł powiedzieć w tej sytuacji. Ogień powoli się wypalał. Moment na atak minął. Aizou ponowił ruch ręką.

 - To chodź. Mamy niewiele czasu do świtu, a powinniśmy być wypoczęci przed atakiem – głos Aizou nabrał bardziej ojcowskich barw. Daitan czuł, że się poddaje. Może powinien poczekać do końca tej farsy.

 - Dobra, masz rację…Wracajmy do obozu – powiedział pokojowo, bez wahania podchodząc do Aizou. Musiał go traktować jak dzikie zwierzę, nie okazywać strachu. Aizou pokiwał radośnie głową.

 - Tak. Wracajmy na godzinkę snu.

Daitan pozwolił objąć się ramieniem i wyprowadzić z płonącego miasta z powrotem do obozu. Starał się nie wpatrywać w prawe oko Aizou, w którym połyskiwał jasnożółty, gładko oszlifowany klejnot.

 

            Daitan stał z rękoma założonymi na piersiach, stojąc na środku przestronnego kamiennego holu. Jedna ze ścian była przeźroczysta, przepuszczając do środka słoneczne światło, wydobywające z ciemności obrażoną, nadętą twarz.

 - Nie rozumiem – warknął ze złością rudzielec. Jego rozmówca, zajmujący kamienny tron tuż przy oświetlonej ścianie, podniósł się z miejsca.

 - Myślę, że rozumiesz – Kotowaty o długich włosach w kolorze krwi podszedł do niego, zamiatając podłogę swoim purpurowym płaszczem. – Wyraziłem się dość jasno.

 - Igen… - Daitan rozłożył ręce. – Ty nie mówisz poważnie…Nie możesz mnie zdegradować…

 - To bardzo ważna misja – przerwał mu z powagą Igen. Za każdym razem, kiedy obracał głowę, słońce migotało w złotej obręczy na jego czole. – Od niej zależy przyszłość naszego gatunku. Nie mogę pozwolić na żadne uchybienia.

 - Uważasz mnie za uchybienie?! – Daitan zacisnął pięści. – Jak śmiesz…

 - Uważaj na słowa – wycedził Igen. – Rozmawiasz z królem.

Daitan się nie odezwał. Od czasu koronacji stosunki między nim a Igenem trochę się zmieniły. Igen zebrał w garść połę obszytego futrem płaszcza i zawrócił z powrotem do tronu.

 - Słysząc o twoich ostatnich wybrykach, musiałem podjąć konkretną decyzję – mówił spokojnie. – Przywykłem do tego, że obrażasz naszych politycznych sojuszników, wyzywasz na pojedynki żołnierzy z mojej przybocznej gwardii…

 - To ja powinienem być w twojej przybocznej gwardii… - wymamrotał Daitan.

 - …i obrażasz wszystkich, którzy są choć jedną rangę niżej od ciebie – westchnął Igen, obracając się znowu. – Tolerowałem to wiele lat, ale po tym co ostatnio zrobiłeś…

 - Tamten Kotowaty mnie obraził! – bronił się Daitan. – Powiedział, że…

 - To był posłaniec ze stałego lądu, naprawdę muszę o tym przypominać? – w głosie Igena zabrzmiał gniew, kiedy spojrzał na Daitana z góry. Rudzielec skulił ramiona.

 - Daj spokój…nic złego się przecież nie stało…

 - Nic złego? – Igen odwrócił się zamaszyście, marszcząc groźnie brwi. – Rozległe oparzenia to nic złego twoim zdaniem?

 - Przynajmniej się nauczył, żeby nie pouczać generałów króla – Daitan skrzywił się złośliwie. Igen nie podzielał jego zdania.

 - Dlatego muszę cię tym razem ukarać – Igen opadł ciężko na twardy tron. – Oficjalnie degraduję cię do stopnia żołnierza.

Daitan uśmiechnął się z niedowierzaniem.

 - Ty chyba nie mówisz poważnie…



- Jestem królem i nie będę tolerował takiego zachowania! – wybuchnął Igen, otaczające jego szyję futro zasyczało niebezpiecznie. – Dla przyszłości naszego gatunku muszę pojąć za żonę przedstawicielkę królewskiego rodu ze stałego lądu. Podpalenie ich posłańca nie pomoże mi w żaden sposób!

Daitan spojrzał na przyjaciela ze strachem w oczach.

 - Nie możesz… - wydukał.

 - Mogę. Muszę. Tego się ode mnie oczekuje i to zrobię – z każdym słowem Igen stawał się bardziej królewski, bardziej chłodny, odległy. Daitan doskonale to wyczuwał.

 - Czyli…czyli co? – wzruszył ramionami. – Co teraz?

 - Wracasz do wojska – oznajmił chłodno Igen. – Koniec bycia generałem.

 - Sam zrobiłeś mnie generałem!

 - I chyba popełniłem tu błąd.

Daitan odczuł to jak policzek. Spojrzał z niedowierzaniem na Igena, siedzącego na tronie, jak bardzo wyglądał na zmęczonego życiem, starego władcę. Ciężko było w nim rozpoznać dobrego przyjaciela, towarzysza zabaw z dzieciństwa.

 - Bardzo…bardzo mnie rozczarowałeś – odezwał się po chwili milczenia Igen, nie patrząc na Daitana. – Sądziłem, że jako przyjaciel będziesz mnie wspierać…

 - Robiłem, co mogłem…

 - Nie. Myślałeś przez cały ten czas tylko o sobie – Igen spojrzał na niego z irytacją. – Zejdź mi z oczu, zanim całkowicie usunę cię z jednostek wojskowych!

Daitan nie ośmielił się nie posłuchać bezpośredniego rozkazu. Wtedy nie było mu łatwo, ale dziś spotkał się ze swoją przeszłością oko w oko. Po przejściu opuszczonego miasta, armia Hien wreszcie napotkała wojska Kotowatych, przygotowanych do odparcia ataku. Daitan wmawiał sobie, że wojna go nie obchodzi, ale poczuł ukłucie bólu, widząc swoich dawnych przyjaciół, w czerwonych jak krew mundurach króla Kotowatych. Na szerokim płacie szarej, nie porośniętej niczym ziemi Aizou wyszedł Igenowi naprzeciw.

 - Chodź ze mną – poprosił Daitana, kładąc rękę między jego łopatkami. – Czekaliśmy dokładnie na to.

Daitan nie umiał znaleźć dość zjadliwych słów, by odmówić i teraz tego żałował. Igen, nie widziany od lat, w niczym nie utracił swojej królewskiej godności. Ubrany w gęste, białe futro, ze srebrną obręczą na czole, mierzył Aizou miażdżącym spojrzeniem.

 - Wreszcie się spotykamy – zaczął przymilnie Aizou. – Miałem nadzieję, że załatwimy to pokojowo, ale nie dałeś mi okazji…

 - Nie musisz się wysilać – przerwał mu gniewnie Igen. – Przyszedłem tu, żeby cię powstrzymać.

 - Zabawne – uśmiech Aizou zrobił się drapieżny. – Ja przyszedłem po to samo…

Hieny za jego plecami szczerzyły zęby, warcząc głucho, postukując nabitymi kolcami maczugami o twardą ziemię, wyraźnie się niecierpliwiąc. Koty zachowywały więcej godności, poprzestając jedynie na wrogich spojrzeniach.

 - Poddaj się, a oszczędzę twe życie – Igen wchodził w rolę dyplomaty. – Możemy to jeszcze zakończyć. Przymknę oko na kradzież symbolu pokoju między Kotowatymi a ludźmi, możesz się jeszcze wycofać.

 - Raczej nic z tego – Aizou w dostrzegalny sposób przesunął palcami po kamieniu w swoim oczodole. – Ten klejnot był mi potrzebny głównie symbolicznie, ale jak się okazuje, odegrał sporą rolę w anihilacji Oddziału Cienia.

Kotowate za plecami Igena cofnęły się, najwyraźniej przerażone nowiną. Daitan spojrzał zezem na Aizou, nie mogąc uwierzyć w prawdziwość tej informacji. Igen drgnął. Ciężka atmosfera otoczyła ich, niczym woal mgły, żołnierze obu stron nie mogli doczekać się konfrontacji. Aizou uniósł brwi.

 - Czyżby zszokowała cię ta informacja, królu?

 - Sądziłem, że chcesz wybić wszystkich ludzi na stałym lądzie – zaczął wolno Igen, z kamiennym wyrazem twarzy. – Nigdy bym nie pomyślał, że podniesiesz rękę na swoich własnych współplemieńców…

 - Każdy, kto występuje przeciwko mnie, jest zdrajcą – zazwyczaj opanowany Aizou zaczął się łamać, pokazując prawdziwe oblicze. Zmarszczył brwi i nos, wyszczerzył groźnie zęby. Zaczęło robić się ciemno, choć był środek dnia, ciemne chmury przesłoniły słońce, zbijając Kotowate z tropu. Igen także to zauważył.

 - Więc co zamierzasz? – zapytał. – Chcesz mnie zabić dla przykładu i przekonać Kotowate, żeby pogwałciły spisane prawa pokoju między nami i ludźmi i gnębiły ich jak wcześniej? Chcesz przywrócić chaos i wieczną wojnę na te ziemie?

 - Oczywiście, że nie – głos Aizou znów zabrzmiał przyjemnie. Daitana przeszył dreszcz, kiedy, spojrzawszy w górę, dojrzał cień smoka, zaganiającego chmury. Zaczynał rozumieć, po co Aizou zatrzymał go żywego.

 - Nie mam żadnych intencji w powracaniu do chaosu, jaki tu panował przed długi czas. Pragnę pokoju nie bardziej, niż ty – Aizou lekko skłonił płową głowę. – Tym, co psuje mi koncepcję, są ludzie. Chcę ich wszystkich wybić i przywrócić Kotowatym ziemię, która im się należy.

Nawet Daitan nie spodziewał się tego wyznania, chyba tylko Hieny nie zrozumiały, co Aizou właśnie powiedział. Kotowate zaszemrały jednym głosem oburzenia, wznosząc swoją broń, włócznie z długimi ostrzami, do ataku.

 - Nie wszystkie Kotowate myślą jak ty – warknął Igen.

 - Większość myśli jak ja – odparł chłodno Aizou. – Nie tylko mój klan został w całości zanihilowany przez ludzi, nie tylko ja zostałem pozbawiony rodziny.

 - Zemsta? – Igen uniósł brwi.

 - Przez ludzi jestem sam – Aizou emanował ciemnością i gniewem. – Przez ludzi szukam przyjaciół po świecie. Nie daruję im tego.

– Twój plan się nie powiedzie!

 - Praktycznie już się powiódł… - Aizou zatoczył ramieniem łuk za siebie. – Oni wszyscy są ze mną!  

Daitan prędko przeliczył armie. Hien było co najmniej dwa razy więcej, niż Kotowatych, Aizou wyprowadził ze sobą tylko część sił. Pozostałe czekały ukryte, by wciągnąć Igena w pułapkę. Czerwone mundury żołnierzy kociego króla mieszały się z zielenią ludzkich oddziałów, prawdopodobnie wysłanych na pomoc przez Cesarza. Rudzielec nie miał pojęcia jakim cudem Hien było więcej, nigdy nie należały do rdzennych mieszkańców. Wskazane przez Aizou potwory zaczęły skowyczeć, warczeć i chichotać, zaznaczając swoją obecność, przeważającą obecność. Wytrzymałe na ból, rozszalałe w walce, spragnione krwi, budziły grozę, gdziekolwiek się pojawiły. Koty trwały na swoich stanowiskach, starając się ukryć rosnące przerażenie. Część kociego szkolenia, co z łatwością rozpoznał w ich twarzach Daitan. Przywódcy sztyletowali się wzrokiem, potęgując rosnące napięcie. Daitan daremnie starał się zniknąć, z uporem wpatrywał się w ziemię. Nie bał się wojny, urodził się po to, żeby walczyć, walczyć ramię w ramię z Igenem, prawowitym królem Kotowatych. Teraz, stojąc przed nim, zastanawiał się, co właściwie robi po przeciwnej stronie. Igen jednak, po jednym badawczym spojrzeniu, więcej nie raczył go swoją uwagą.

 - Masz ostatnią szansę, żeby się wycofać – Igen wyprostował się władczo. – Wiesz, że Kotowate nie biorą jeńców… - gładko przyjął fakt, że pośród Hien znajdowało się co najmniej kilka kocich rodzin. Ciemność sprawiła, że oddziały obu stron rozpływały się w niej, nadając całej bitwie większego rozmiaru, który wciąż się jeszcze nie określił. Daitan poczuł zniecierpliwienie.

- Koniec gadania – uciął dyskusję Aizou i zniknął w słupie czarnego dymu. Następne wydarzenia rozgrywały się tak szybko, że Daitan miał trudności z ich dokładnym śledzeniem. Od drobnej postaci Aizou buchnął czarny dym, blokujący widoczność, na sam słuch rudzielec był  w stanie określić, że Hieny i Koty ruszyły do ataku. W zgiełku walki Daitan wyłapał głuche warkoty Hien, brzęki roztrzaskiwanych kocich włóczni i wizgi rzucanych na oślep zaklęć. Daitan rozżarzył się płomieniem, żeby coś widzieć i sparować zabłąkane bądź wymierzone ciosy. Pośród ciemnej mgły co jakiś czas dostrzegał złączone w sparringu istoty, czerwone jak krew mundury, przewalające się z dwukrotnie większymi, futrzastymi stworzeniami. Daitan wyciągnął przed siebie ręce, poruszając się na wpół ślepo. Słyszał krzyki, wrzaski, stukoty, brzęki, stłumione dźwięki ciał, bezwładnie padających na ziemię, obrzydliwe chluśnięcia i pluski. Daitan wytrwale szedł przed siebie, poszturchiwany w ferworze bitwy a jednocześnie przez nikogo nie zaczepiany. Z ulgą nabrał w płuca haust świeżego powietrza, przyspieszył kroku i na kolanach wypadł czarnej mgły, oglądając się w panice za siebie. Czarny, kłębiasty słup dymu wznosił się wysoko pod chmury, przesłaniając słońce całkowicie, co kilka sekund rozświetlał się od środka w rozmaitych miejscach. Krzyki i odgłosy bitwy dobiegały z wnętrza przytłumione, jakby woal ciemności stanowił niemal nieprzeniknioną barierę. Daitan zgasł, zachowując resztki ubrań i swój ukochany płaszcz, wstał z klęczek. Wkrótce ktoś do niego dołączył.

 

            Z czarnego dymu wytoczyła się postać w białym, przysmalonym futrze. Daitan drgnął, rozdarty między ucieczką, a chęcią pomocy królowi. Igen podniósł się chwiejnie, strzepnął futro z sadzy, poprawił miecz w dłoni i ruszył z powrotem w kierunku spowitego dymem pola bitwy. Daitan wyciągnął za nim rękę.

 - Czekaj…!

Igen zatrzymał się, pokazując mu szerokość swoich pleców.

 - Nie rozmawiam ze zdrajcami – warknął sucho.

 - Więc mnie zabij – palnął Daitan w przypływie ironicznej złości. Zacisnął pięści, występując do przodu, instynktownie rozżarzył się na całym ciele, osnuwając skórę parą. – Tu i teraz. Wojna się zaczęła, jestem zdrajcą. Zrób to.

 - Nie mam czasu – brzmiała krótka odpowiedź. Igen wciąż na niego nie patrzył, skupiony na obserwowaniu bitwy i gęstniejącej czarnej mgły. – Aizou jest moim celem.

 - To tylko jeden, słaby żołnierz…!

 - Cień go pochłonął. Dawno temu – w miarę jak Igen mówił, cienisty dym zmieniał się, przybierał konkretny kształt, pulsujący kłębami mgły. Wrzaski i jazgoty z jego wnętrza przybrały na sile. Daitan drgnął.

 - Co to…

 - Nie zauważyłeś? – Igen zabrzmiał ironicznie. – To nie jest Aizou. Nie jest nim od dawna. Prawdziwy Aizou został pochłonięty przez ciemność, pewnie jeszcze zanim cię spotkał…

Daitan również spojrzał na kłębiący się dym, wznosząc ramię. Przywołał wiatr w palce i wystrzelił go w czarny słup, chcąc go rozwiać. Zaklęcie przeszło przez dym, nie czyniąc mu szkody, z czarnego kłębowiska wyłoniły się dwa obłe, świecące czerwienią punkty.

 - Rośnie w siłę! – miecz Igena stanął w płomieniach, król Kotowatych pobiegł na odsiecz swoim ludziom. Daitan stał w miejscu, nie mogąc się ruszyć. Wszystko to było tak groteskowe, że go zemdliło. Więc w tym pomagał przez cały ten czas, by jeden zwariowany Kot mógł się zemścić za swoją rodzinę? Rudzielec patrzył w gniewnej obojętności, jak z formujących się wnętrzności mglistego potwora wypadają kolejne trupy, wątłe ciała Kotowatych w rozszarpanych mundurach i podpalone, cuchnące ścierwem Hieny. Żadnych ocalałych…W mglistym ciele uformował się wielki lej, otoczony rzędami coraz wyraźniejszych zębów i rozległ się ryk, tak potężny, że ziemia pod nimi zadrżała. Daitan w pierwszym odruchu zasłonił uszy i dobrze zrobił, gdyż ryk przeszedł w wysoki pisk, kłęby gęstniejącego dymu, rozbłyskające od wnętrza światłem zaklęć, rozdzieliły się na moment pod gardzielą. Błysnęły płomienie, tańczące wokół ostrza i włosy, czerwone jak krew. Daitan z łatwością wyobraził sobie, jak cienisty potwór, w jakiego zmienił się Aizou, pochyla się nad królem i pochłania go jednym kłapnięciem mglistej paszczy. Hieny i Koty zwarły się w walce, Smok zniknął z nieba, czy uciekł, czy padł martwy, tego Daitan nie wiedział. Wszystko działo się poza nim, tak jak tego zazwyczaj chciał, ale tym razem czuł wyraźny ból. Zaciskając zęby i pięści, dygotał na całym ciele, wbijając nerwowe spojrzenie w pole bitwy. Było mu duszno, ciemność dokoła przyprawiała go o dreszcze, a coś, przypominającego strach zakradło się do serca i próbowało osiedlić się w nim na dobre. Rudzielec zupełnie nieświadomie oderwał stopy od ziemi i puścił się pędem w kierunku potwora. Bez planu, bez pomysłu, wpadł w kłębowiska gryzącego oczy dymu, rozgarniając go w panice, szukając Igena. On musiał przeżyć, jeśli Aizou go pokona, nie będzie dla Kotowatych żadnej nadziei…Rozżarzył się na całym ciele, chcąc lepiej widzieć.

 - PRZESZKADZASZ! – zadudniło mu w uszach i potężna siła, kosmata od czarnej mgły łapa grzmotnęła go w brzuch, posyłając w powietrze. Daitan mrugnął, widząc oddalające się, skłębione ciało i była to ostatnia rzecz, jaką dostrzegł, nim uderzył bezwładnie o ziemię i wszystko na krótki moment pochłonęła ciemność. Nie uderzył się w głowę, więc nie stracił przytomności, spróbował zerwać się z ziemi, ale tępy ból w ramieniu powstrzymał go od gwałtownych akcji. Do oszołomionych uszu dotarły odgłosy z pola bitwy i bliskie zawodzenie Hien, chcących wziąć udział w walce. Daitana wyrzuciło poza pole bitwy, daleko za wzgórze, gdzie czekała większa część wojska Aizou. Hieny tupały w miejscu, warczały na siebie w gorączkowym oczekiwaniu i potrząsały usmarowanymi na czerwono łbami. Kolor krwi…wszędzie ten kolor. Daitan poczuł, że wariuje. Podniósł się na kolana, wsparł się jedną ręką, wstał. Odruchowo poprawił pióra na kołnierzu, przetarł osmalone czoło.

Przeszkadzasz.

Zawiodłem się na tobie.

Już nie jesteś moim generałem.

Daitan się żachnął, złośliwy uśmieszek wykrzywił mu usta.

 - To dlatego odszedłem z wojska… - powiedział do siebie. – To dlatego zostawiłem wszystko za sobą…ale przeszłość mnie ściga…

Hieny obserwowały go kątem ślepi, nie wiedząc, czy mówi do nich, czy po prostu zwariował. Nie zamierzały go słuchać, miały swoje rozkazy: wkroczyć na znak Aizou i wykończyć Kotowate. Pokojowe rokowania nie wchodziły w grę. Daitan przepychał się przez zwarte szeregi potworów, narażając się na szturchańce i złośliwe warknięcia. Dotarł do środka, stając między rosłą, szarą bestią i przysadzistym, czarnym osobnikiem. Wyprostował się z wysiłkiem, przytrzymując ranną rękę.

 - Skoro tak… - Daitan był niższy od otaczających go potworów, ale wzbierający w nim gniew był coraz większy. – Skoro tak…!

Bransolety zapłonęły czerwienią na jego przedramionach, mieniący się płaszcz z piór zaczął lekko dymić. Skoro tak…

 - To nie ma tu dla mnie miejsca… - uśmiechnął się do siebie Daitan, zamykając oczy. – Skoro nie ma dla mnie miejsca…

Zostanie rebeliantem, ostatni raz. Rozpalił się żywym ogniem i rozłożył ramiona. Potężna fala ognia rozbryzgnęła się na wszystkie strony, zalewając czekające Hieny, wznosząc się w górę, niczym olbrzymi smok na skrzydłach z płomieni. Daitan już niczego nie kontrolował.

 

            Ziemia, na której rozegrała się pierwsza i ostatnia bitwa, miała pozostać jałowa na bardzo długo. Kotowate w barwach króla przeszukiwały pobojowisko ramię w ramię z ludźmi, szukając rannych i dobijając leżące Hieny. Eksplozja ognia dotarła i tutaj, ale sięgnęła głównie Hien, osmalając jedynie co niektórych żołnierzy. Teraz jeden z Kotów podszedł szybkim krokiem do swojego króla.

 - Panie, znaleźliśmy tylko to.

Igen klęczał na ziemi, wyczerpany walką. Nie miał już na czole królewskiej obręczy, białe futro było poszarpane i osmalone w wielu miejscach. Teraz też koci król podniósł zmęczony wzrok na swojego żołnierza i na to, co trzymał on w dłoni.

 - Pióro?... – wyciągnął rękę, sięgając po teraz już czarne, ale wciąż miękkie znalezisko. – Daitan…?

 - Nie znaleźliśmy nikogo żywego – powiedział szybko żołnierz, nie rozumiejąc. – W zasadzie to nie znaleźliśmy niczego…Nic tam nie zostało.

 - Wiem – Igen podniósł się z klęczek, trzymając w dłoni pióro i obracając je w palcach. – Mój piąty generał…Ostatni raz musiałeś mi się sprzeciwić…

 - Panie, co mamy zrobić z nim?

Igen oderwał wzrok od swojej ręki. Kilka Kotów otaczało drobną, jasnowłosą postać, skuloną na ziemi. Igen podszedł do nich, zbierając czerwone włosy z karku, spojrzał z góry na jeńca. Któryś z Kotów chwycił Aizou za włosy i pokazał jego twarz królowi.

 - Jest taki, odkąd go pochwyciłeś, panie – zakomunikował jeden ze strażników, salutując. Aizou uśmiechał się nieprzytomnie, z kącika wargi spływała mu ślina. Ocalałe oko oglądało wnętrze czaszki, po drugiej stronie twarzy ziała krwawa dziura, sięgająca połowy głowy.

 - Wyrwanie go z cienistego ciała było prawie niemożliwe…Jak widać nie udało się w całości – Igen patrzył na swojego przeciwnika z góry. – Zabierzcie go na publiczną egzekucję…Już nam nie zagraża.

 - Tak jest.

Koty odprowadziły lecącego przez ręce Aizou do namiotów rozbitych dla rannych. Igen wciąż przyglądał się czarnej, wypalonej ziemi, ściskając w dłoni drobne pióro.

 - Panie?

Igen spojrzał na Kota w swoich barwach z lekkim uśmiechem.

 - Jak widać niewiele trzeba, żeby wygrać wojnę… - pokazał mu pióro.

 - Więc to koniec?

 - Tak. – Igen przyłożył pióro do piersi. – To koniec.

 - Czy można to w ogóle nazwać wojną? Skończyło się na jednej potyczce…

 - To była wojna. Wojna jednej osoby, która dobiegła końca – Igen odprawił swoich ludzi, ale sam został z tyłu. Osmalone pióro wciąż trzymał w dłoni, wpatrując się w horyzont. Wojna jednej osoby…Zmiął pióro w garści. Może dwóch.

 Autor: velveten
 Data publikacji: 2012-11-21
 Ocena użytkowników:

 Zobacz inne utwory autora »
 Skomentuj »


 KOMENTARZE
Ułóż od najnowszych ↑

 Ładne!
Ale co by to był za komentarz, gdyby nie było "ale"...

Chwilami galopujesz z obrazami tak, że bardzo trudno nadążyć za twoim tokiem myślenia! Na przykład, mamy spotkanie Hien z Jeleniami, a tu niespodziewanie pojawiają się jacyś "mordowani łucznicy". Jest to przedstawione tak, że miałem problem ze zrozumieniem, kto to i skąd to. Daitan walczy z jakimiś żołnierzami-ludźmi z kosmosu. Po dobrym zastanowieniu się można dociec, że to nie Hieny strzelały, bo prawdopodobnie nie miały odpowiednich rąk/łap, tylko oto pojawiła się nowa grupa - właśnie ludzie.

Tylko dlaczego Daitan z nimi walczy? Po tym jak został pojmany przez Aizou nie sprawiał wrażenia chętnego do wojowania - to jest wewnętrzna niespójność tej postaci.

Porównując z tym, co pisałaś wcześniej, można za to powiedzieć, że tym razem zakończenie jest utrzymanie w tempie i tonie wcześniejszej części tekstu. Dobrze.

Natomiast świat jest zarysowany dość niewyraźnie. Owszem, istnieje, żyje własnym życiem, ale dla osoby, która nie pamięta dobrze innych historii w nim osadzonych, może być trochę niejasny.
Autor: Whitefire Data: 00:45 2.02.13
 Ale..
Wielkie dzięki za to "ale" :D
Na pewno pomoże przy następnych opowiadaniach!
Autor: velveten Data: 16:22 17.02.13
 Ciesze się :)
Oby się pojawiały! Jeśli mają być czytane w jakiejś kolejności, możesz je poukładać w profilu.
Autor: Whitefire Data: 00:07 22.02.13
 Łał
Świetne i ciekawe, trochę miejscami zawikłane, ale do samego końca trzyma w niepewności jak ta historia może się zakończyć :)
Autor: kero Data: 11:40 28.04.13


« Powrót



Nasi użytkownicy napisali 76905 wiadomości na forum oraz dodali 441 publikacji.
Zapisało się nas już 1921

Ostatnio do paczki dołączył PoloxDisc

 
Po stronie kręci się 3 osób: 0 zarejestrowany, 0 ukrytych, 3 gości.
 


       Dział Literatury:

   •   Recenzje Fantastyki
   •   Autorzy Fantastyki
   •   Artykuły
   •   Poczytaj fantasy
   •   Poczytaj SF
   •   Poczytaj różne
   •   Cała proza
   •   Poezja
   •   Fan fiction
   •   Publikuj własne dzieło »

Myśl

Wielu z tych, którym Bóg dał nieprzeciętne przymioty duszy, powinno się zajmować nie tyle negowaniem tego, co doczesne, ile utrwalaniem tego co wieczne.

  - Mikołaj Wasiljewicz Gogol
  
Strona główna | Mapa serwisu | Wersja tekstowa | O stronie | Podziękowania
Sponsoruj mythai.info | Informacje o prawach autorskich | Kontakt

© 2004 - 2016 Mariusz Moryl

Ten serwis wykorzystuje pliki cookie w celu ułatwienia identyfikacji użytkownika.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia.
 
zamknij
Masz nowych listów.