PROLOG
Cyrus wpadł do pomieszczenia wepchnięty siłą wybuchu. Kiedy upadł na podłogę, spod niego zaczęła wyzierać plama krwi. Podniósł się powoli. Wstał. W jego ręce zabłysnął Desert Eagle. Przykucnął obok drzwi. Pociemniało mu w oczach. Chwila… Zasłona opadła. Kiedy ktoś wejdzie, musi się natknąć na kulę. Jednak… coś było nie tak. Było za cicho. Obrócił się. W jego okularach odbiło się kilku ludzi, którzy weszli oknem. Cyrus wiedział, po co przyszli. Jeden z nich podszedł do niego, z Berettą w dłoni. Cyrus wstał. Nacisnął przycisk spowolnienia czasu, wystający ze ściany za jego plecami. Pierwszy pocisk przebił głowę właściciela Beretty.
Pierwszy strzał
Cyrus Parker wiedział, co robi. Chociaż większość jego decyzji wychodziła mu na złe. Przesunął ręką po cisowej kolbie swojego najnowszego nabytku: karabinu snajperskiego
Dragunov 11W. Przyłożył go do lewego ramienia. Wycelował. Miał jasne rozkazy: Doktor Iwan Saszewicz Krzysztoffer miał nie żyć.
Ledwo słyszalny zgrzyt spustu.
Ledwo słyszalny szelest.
Ledwo słyszalny świst pocisku.
Ledwo słyszalne przekleństwo.
Szelest spowodował doktor, powoli schylający się po złote pióro, które wypadło mu ze trzęsącej się ze starości dłoni. Niedoszły morderca zarzucił broń na plecy i ruszył po schodach w dół. Jeżeli chciał wyjść żywy z tego, co zaraz rozpęta się w tym budynku, musiał się spieszyć. Doktor Iwan wykładał w auli na uniwersytecie im. Rufusa von Ruffinborga w Żninie, na granicy rosyjsko-niemiecko-polskiej. Cały budynek uniwerku obsadzony był niemieckimi komandosami z brygady Kurta Sholtza, z ugrupowania Neues Phoenices. Wszyscy oni za chwilę uruchomią swoje karabiny i wśród krzyków i wrzasków mordowanych ludzi będą wchodzić tu piętro po piętrze. Na szczęście były szyby wentylacyjne. Ale kicz. Zachowuje się jak w jednym z tych starych Zachodnich filmów, gdzie bohaterski facet uciekał przez właśnie takie szyby. Ale cóż. Wszedł do jednego z nich. Założył noktowizor. Napełnił podeszwy helem i ruszył w dół. Coś błysnęło. Siatka na korytarz stopiła się pod rykoszetem z policyjnego karabinu. Cyrus popatrzył w górę i zobaczył cienie przebiegających komandosów. Obok niego przeleciała odstrzelona ręka z Coltem w dłoni. Potem była reszta ciała. W locie zobaczył mundur obrony budynku. O mało się nie porzygał z obrzydzenia, kiedy ciało zahaczyło o niego. Nagle usłyszał ciche pyknięcie połączone ze świstem-taki odgłos wydaje pękająca podeszwa z helem. Zaczął spadać. Z trzaskiem wystrzelił harpun. Zaczepił się o coś. Szarpnęło. Zaczął powoli opuszczać się w dół. Po kilku minutach dotknął ziemi. Odpiął linę z haku podczołgał się do kratki. Na zewnątrz byli trzej komandosi.
Odczekał chwilę, żeby się uspokoić. Przygotował swojego wysłużonego Sig Sauera do strzału i wykopał kratkę wentylacyjną. Pierwszy ze strażników nie zdążył nawet wycelować. Po chwili leżał martwy na ziemi z dziurką w głowie. Drugi dopadł rozłożonego na trójnogu MG 42 i przejechał serią po ścianach. Cyrus padł na ziemię. Zauważył, że trzeci komandos wzywał posiłki przez krótkofalówkę. Rzucił mu granat. Po trzech sekundach walnęła go w czoło pokrwawiona plakietka ze złotym feniksem. Ukrył się za przewróconym biurkiem. Ostatni niedobitek rozglądał się po zmasakrowanym głównym holu banku. Z sufitu cichutko opadały płatki tynku. Cyrus ostrożnie wychylił się zza biurka. Komandos go nie zauważył. Parker powoli zachodził go od tyłu... Po chwili najemnik leżał z nożem wbitym po rękojeść w ucho. Twarz żołnierza zastygła w wyrazie bezbrzeżnego zdumienia. W tym czasie jego zabójca biegł do wyjścia. Słychać było już łomot podkutych butów komandosów. Zdążyli wezwać posiłki. Jednak było już za późno. Kule karabinów przebiły tylko lusterka samochodu Cyrusa Parkera, niedoszłego zabójcy doktora Iwana Saszewicza Kszysztoffera.
Szef był zdenerwowany, i to bardzo. Gdy Cyrus wszedł, Max podskoczył i odruchowo wycelował kij do bilarda w jego stronę.
-Aaa! To ty, Cyrus! Dlaczego wysłałeś swój hologram?
-Wolałem być ostrożny z twoim systemem zabezpieczeń, po tym jak w zeszłym tygodniu rozstrzelał posłańca. Ale do rzeczy. Spieszy mi się. Te tysiąc rubli za doktora Iwana płacisz kartą czy gotówką?-
-Aha! Jesteśmy konkretni?-Po słowach szefa Cyrus usłyszał tupot nóg, gdzieś na wyższym piętrze. Mrugnął. Gdy otworzył oczy, szef celował w niego ze swojego platynowego Magnum.
-A widzisz, Parker! Tak się składa, że nie lubię, gdy ktoś mnie okłamuje! Wiem, że nie zabiłeś doktora. A więc jakie jest twoje ostatnie życzenie?-Zaśmiał się. Cyrus zimno ocenił sytuację. Szef miał tylko magnum z pełnym magazynkiem... I całą straż na swoje zawołanie. On miał tylko swojego Dragunova na plecach, pistolet w kaburze pod pachą i gołe pięści. I jeszcze trochę więcej sprytu niż szef. Rozejrzał się po gabinecie. Pora zastosować starą sztuczkę.
-Podaj mi szklankę wody - poprosił
-Jasne!- Wycedził szef, i wciąż w niego celując odwrócił się. Parker wymierzył. Ten pistolet jeszcze nigdy go nie zawiódł. Wycelował. Nacisnął spust. Widział, jak pocisk trafia w przycisk spowolnienia czasu. Wiedział ze to da mu czas. Dużo czasu. Zamachnął się kolbą i wytrącił Magnum z ręki Maxa.
Złapał go w locie, i wypalił w kierunku swojego byłego szefa. Byłego, ponieważ właśnie osuwał się na ziemię, a jego krew mieszała się z wodą wypływającą z kranu.
Jakie to głupie, pomyślał Cyrus. Jego szef, który przez całe życie w korporacji „M.G. Saxdarr”, przez całą drabinę feudalną molocha przemysłowego, był jednym z jego najlepszych przyjaciół. Nie wierzył, że jego szef, Max Saxdarr, zabiłby swojego najlepszego żołnierza za kłamstwo. Tu kroiło się coś większego. Wziął ubroczone krwią Magnum Maxa i wybiegł na korytarz. Obejrzał się. I kto mówił, że stare sztuczki nie są skuteczne? Wszedł do windy. Gdy drzwi się otworzyły, zobaczył rząd ubranych na czarno postaci. Na piersi miały naszywki ze złotym feniksem. Poczuł dziwne mrowienie, kiedy strzykawka ze środkiem usypiającym wystrzelona z pistoletu Kurta Sholtza wbiła mu się w szyję.
Ciemność rozbłysła oślepiającym blaskiem, i ujrzał mroczne wnętrze furgonetki więziennej, ze strażnikiem trzymającym jego broń, siedzącym w kącie furgonetki.
„Jasna cholera” – pomyślał. „Zabicie doktora Iwana było moją ostatnią robotą. Max mnie zdradził, jadę do pudła. Nic tylko czekać na cud”, Kiedy Cyrus potem wspominał te wydarzenia, mówił, że wtedy zaczął wierzyć w cuda. Bo właśnie wtedy cud się zdarzył. Nagle coś z wielką siłą walnęło w ścianę, przy której siedział Cyrus. Rzuciło nim o ścianę, przy której siedział strażnik. Usłyszał chrzęst. Poczuł, że ściana wyłamuje mu żuchwę.
-O... Khurfaa... – Jęknął, kiedy zobaczył głowę strażnika wykrzywioną pod dziwnym kątem. Konwojent złamał kark o ławkę, na której siedział.
-Yyyy...-Dodał, kiedy drzwi rozpadły się w mak pod wpływem pocisków korozyjnych. Z jego szczęka była jeszcze zdatna do użytku. Wykorzystał sytuację. Chwycił Dragunova, którego trzymał strażnik. Wyskoczył z wraku i zdębiał. Stał u stóp największego robota bojowego, jakiego kiedykolwiek. Rozejrzał się. Na burcie robota zobaczył Złotego Feniksa. Naokoło niego wrzała regularna wojna. Zrozumiał, co się stało. Co sam zaczął. A przynajmniej tak mu się wydawało.
Dr. Iwan Kszysztoffer był również członkiem organizacji „Narodnej Krasnej Armii”. To ugrupowanie właśnie mściło się na otoczeniu za zamach na doktora. Wprawdzie Iwan nie umarł, ale dowódcom NKA to nie przeszkadzało. Liczyła się okazja, na zrobieni masy chaosu, co zwykle kończyło się na wymiecieniu niewygodnych ludzi z grupy, przeprowadzeniu paru lokalnych bitewek, wykończeniu niewygodnych świadków… Różne rzeczy się działy, zwłaszcza po wkroczeniu NKA. Jednak teraz... Cyrus się ocknął. Mech właśnie przymierzał się do zrobienia kolejnego kroku. Kątem oka zobaczył na niebie jakiś ciemny kształt. Jego ciało zrozumiało, że jeżeli nie weźmie spraw w swoje ręce, to przyszłość będzie bardo krótka. Parker podbiegł do skraju jezdni. Cała była podziurawiona od pocisków korozyjnych. Jeden właśnie wybuchł koło niego, wzbijając tuman kurzu, i zbijając go z nóg.
Obrócił się na plecy. A wtedy stało się coś… dziwnego, to prawda. Ale było o wiele bardziej przerażające, niż dziwne. Ciemny kształt zniknął. Zamiast niego na niebie rozlało się światło, jakby ktoś zaświecił szperaczem w lustra bogów. Po chwili w jednolitym blasku pojawiły się pęknięcia, przez które wpływało normalne niebo. Nikt jeszcze nigdy nie widział czegoś takiego, no może poza pijakami, tak koło trzeciej nad ranem. Po nocy pełnej samogonu. Normalność rozlała się po całym niebie. Leżącemu pod rozpalonym niebem Cyrusowi powiało zgrozą. A niebo zachowywało się, jak nie powinno zachowywać się w żadnym wypadku: nagle pękło, a z dziury w niebie wychynęły błyskawice. Waliły tu i tam, wzniecając ogień. Cyrus poderwał się z ziemi, podbiegł do najbliższego budynku. Naokoło szalały płomienie. Sądząc po wrzaskach, w pobliżu ktoś bawił się miotaczem ognia. Dopadł do drzwi. Zamknięte. Okno. Szyba. Odłamki szkła posypały się na ziemię. Cyrus wstał, i zdębiał. Patrzyło na niego kilka… osób? Może można by nazwać je osobami. Gdyby zignorować ich wzrost. Miały około sześciu metrów wysokości. Łącznie. O Boże, zwariowałem. Co oni tu robią? - Cyrus rozpaczliwie rozejrzał się po pomieszczeniu.
-Te, koleś, co ty tu do jasnej cholery robisz? Wpadasz do lokalu, rozwalasz porządne okno,
i nawet nie raczysz się przedstawić.- Najbardziej obwieszona bronią postać podeszła do Parkera, celując w niego ze strzelby.
-Ja?... Ja jestem, jestem Cyrus. Cyrus Parker, proszę pana.-Było coś takiego w strzelbie, że „proszę pana” samo cisnęło się na usta. Cyrus zauważył, że na kolbie brakowało już miejsca na karby.
-Aaaa… No, to co innego. Jestem Clip Art. Jak zapewne zauważyłeś, jesteśmy krasnoludami.
Jeśli Cię to interesuje, właśnie przez przypadek wpadliśmy tu przez dziurę, chyba w niebie. Nie wiem, jak to nazywacie, wy, zagraniczni. Wiesz jak się stąd wydostać?- Oszołomiony człowiek stał przed grupką małych postaci, i rozpaczliwie wymachując rękami próbował wyjaśnić, że nie wie, co się dzieje, a przede wszystkim, jak stąd wyjść. W końcu jednak machnął ręką, i pokazał krasnoludom drzwi. Zabrzmiał strzał. Clip przeładowywał broń, a resztka wrót kiwały się smętnie na zawiasach. Grupka pobiegła korytarzem. Cyrus rad nierad pobiegł za nimi. Kiedy dogonił oddział Clipa, stanął przed faktem dokonanym: w ścianie ziała dziura, wokoło śmierdziało kordytem, a w wyrwie widać było pobojowisko. Trupy. Wraki robotów bojowych. A na samym środku, niewiadomo skąd, jakiś czołg. Wyglądał na niemiecki. Krasnoludy rzuciły się na niego, z okrzykiem bojowym na ustach, jednak musiały wyhamować, kiedy okazało się, że czołg jest opuszczony. Clip dokonał inspekcji. Kiedy wszedł, stwierdził, że czołg jest w pełni zdatny do użytku, i zarządził załadunek.
W czasie, gdy wszystkie krasnoludy wchodziły do środka, dowódca zwrócił się do Cyrusa:
-Znasz jakieś miłe, przytulne miejsce, w którym można by odsapnąć, a potem rozejrzeć się po sytuacji?-
Cyrus nie miał czasu się dziwić, czy ktokolwiek potrafi sterować tym sprzętem, ani tym bardziej skąd karzeł zna jego język.
-Jest Lokalny Sąd na zachodzie, ale w tej chwili jest pewnie opanowane przez oddziały komandosów z Neues Phoenicas, więzienie, na wschodzie, w którym są już rosyjscy partyzanci, a przejść podziemnych pilnuje OM. Możemy jeszcze spróbować poszukać czegoś za miastem.
-Dobra. Ładuj się, pojedziesz z nami! – Rozkaz jeszcze nie przebrzmiał, a Parker siedział już na pozycji strzelca, gdzie wepchnęli go inni, a Clip wywrzaskiwał kierunki.
-Jedziemy na wschód! Śmierć rosyjskim partyzantom!- Po tych słowach spojrzał na Cyrusa:
- Kim oni właściwie są, Ci partyzanci?-
Parker zaczął tłumaczyć, że przed wstąpieniu Polski do Unii Europejskiej, Moskwa wystosowała do Warszawy oficjalne ostrzeżenie, w którym między innymi pisało, iż jeżeli nasz kraj wstąpi do wspólnoty, Rosja wyrazi swój czynny sprzeciw. Dumna Polska, wspominając swoich przodków, którzy już nie raz opierali się Bolszewickiej nawale, posłała ostrzeżenie Ad Acta, i przystąpiła do Unii. Okazało się, że ruscy nie żartowali. Już w tydzień po powiększeniu się Unii do polski wpadli Rosyjscy Bojownicy z tej ich „Narodnej Krasnej Armi”, szturmem zdobyli Przemyśl, założyli tam przyczółek, i stamtąd wyruszyli na podbój Polski. Szli jak nóż przez masło. Przeszliby bez problemu przez Żnin, gdyby nie Niemieckie ugrupowanie Neues Phoenicas, które nie zdzierżyło, i chwacko zatrzymało Krasną Armię na granicy. No i Rosjanie zostali tutaj – w Żninie. Zaczęły się walki, a przyszedł ktoś trzeci: korporacja „M.G. Saxdarr” – Cyrus pracował dla niej.
- No i właśnie w tym momencie wpadliście wy.- Zakończył Cyrus, po czym wyjrzał na zewnątrz. Widać już było budynek więzienia.
- Zatrzymaj czołg! – Wrzasnął Parker, chowając głowę do wnętrza pojazdu.
- Się Robi! Abbo! Zatrzymaj ten złom! Parker chce coś sprawdzić!
- Gdzie go zaparkować? –zapytał kierowca.
- Zostaw go tu, gdzie jest! Zaraz wracam!- Z tymi słowami Cyrus wyskoczył z pojazdu. Od razu usłyszał strzały. Pochylony podbiegł do muru jakiegoś budynku przywięziennego. Pora na Dragunova. Kucnął. Przyłożył lunetę do oka. Zamajaczył mu jakiś kształt. Na wierzy więziennej stał strażnik. Może to było złudzenie, ale broń miał chyba taką, jaką nosili komandosi z Neues Phoenicas: krótkolufowe M-16. Zajęty przemyśliwaniem problemu broni Rosjanina, w ostatniej chwili zauważył, że żołnierz cały czas się na niego patrzy. Seria załomotała po murze, a Cyrusa zasypały odłamki cegieł. Ból w prawej dłoni zwrócił jego uwagę, że Rusek potrafi dobrze celować na dużą odległość. Albo ma celownik laserowy. Cyrus padł na ziemię, po czym podczołgał się pod czołg. Załomotał zdrową ręką we właz:
-Otwierać! Otwierać, do cholery!
Właz otworzył się, a w nim Parker zobaczył twarz któregoś z krasnoludów. Po chwili został wciągnięty do środka pojazdu.
Cyrus patrzył w twarz Clipa.
Błysk.
Cyrus patrzył w twarz szkieletu. Na czaszce miał srebrną koronę, a w dłoni czarną laskę z pulsującym czerwonym światłem na czubku. Naokoło wrzał bitewny chaos. W oczach nekromanty (Skąd on wziął to słowo? To chyba coś od nekrofilii?) błysnęły iskierki zdziwienia, a po chwili oczy zwęziły się w grymasie wściekłości. Szkielet zamachnął się laską. Parker odruchowo zasłonił się prawą przestrzeloną dłonią. Zabrzmiał trzask, który uświadomił Cyrusowi, że jego dłoń nie jest odporna na złamania, ani tym bardziej nie ma ubranej pancernej rękawicy. Miał złamane co najmniej dziesięć kości. Naokoło niego kłębiły się zamazane postacie. Szkielet zamierzał uderzyć jeszcze raz.
Człowiek poderwał się do ucieczki.
Błysk.
Człowiek wyrżnął głową o sufit czołgu.
***
Cyrus leżał na podłodze czołgu. Nad nim pochylały się twarze. Właścicielem jednej z nich był Clip. Clip Art. Teraz wstaje, podchodzi do peryskopu, burczy pod nosem, i siada koło leżącego człowieka. Z troską ogląda jego zmasakrowaną dłoń. Prawą. Parker był mańkutem, tak więc spustu używał lewą dłonią. Sztuczna prawa dłoń powinna wystarczyć do trzymania broni. Clip wstał, znowu podszedł do peryskopu, zaklął pod nosem. W peryskopie widać było mury więzienia. Tak. A przed murami - barykady. Za barykadami-żołnierze. Przed barykadami- miny. I myśmy chcieli zdobyć jednym czołgiem zdobyć tę fortecę? Gówno. Słońce przebiło się przez chmury, i błysnęło w jednej z wieżyczek na murach więzienia. No tak. Zapomniał o wieżach. W jednym takim cholerstwie siedziało dwóch ludzi sterujących działkiem gatlinga. Sześć tysięcy kul na minutę. Na tę odległość celność praktycznie zerowa, ale gdy ktoś podejdzie bliżej, robią z niego mielonkę w ułamku sekundy. Clip popatrzył na Cyrusa, i znowu pogrążył się w myślach. A poza tym czołg był trochę większy od człowieka… Zerknął jeszcze raz. W oczach Cyrusa malowałą się taka udręka, że krasnolud aż się cofnął.
-Co jest, do cholery?!- jego wrzask zwrócił uwagę reszty załogi. Czym ty jesteś? Myśli krasnoluda zawrzały. To nie jest twoje miejsce. Do Clipa uśmiechnął się smutny facet w czarnym garniturze. Zanim krasnolud zdążył przyjrzeć mu się dokładniej, wizja znikła, a Clip stał w czołgu naprzeciwko leżącego Cyrusa.
-Kurwa! Co to było? Co to, do ciężkiej i pieprzonej cholery…- dalsze słowa krasnoluda zagłuszyła seria z gatlinga.
Gdy nie możesz spać w nocy
Clip wyjrzał ostrożnie przez wizjer.
Nie rób nic zamknij oczy
Clip zamknął oczy.
Clip otworzył oczy.
Zacznij snuć skryte plany
Zobaczył chaos.
Jak to zrobić by rano
Na więzienie pod władzą Rosjan najeżdżał właśnie oddział OM... ale nie byle jaki oddział.
Z tego świata nie został ni liść
Było tam około dwunastu ludzi. Z czego siedmiu było ubranych w ciężkie pancerze wspomagane, a trzech czy czterech miało lasery naręczne.
Kiedy pęka ci w głowie myśl że nadszedł już koniec
Cała dwunastka, bez żadnego wsparcia, zaczęła po prostu iść w stronę głównych drzwi więzienu. To śmieszne! Przecież nawet nie kryli się za czymkolwiek. Jednak po chwili Clip zobaczył co oni robią.
Kiedy dłonie sztywnieją na kość
Sztywnymi dłońmi chwycił mocniej peryskop. Ci ludzie, mimo ostrzału szli w stronę drzwi. Mino ostrzału, nawet się nie zachwiali. Jednak po chwili na murach pojawiło się kilka osób. Postacie na dole zaczęły biec. Szybciej, szybciej, byle dotrzeć pod osłonę muru. Przecież to tylko kawałek! Żołnierze na murach również się spieszyli. Szybciej, szybciej, byle przygotować broń do obrony.
Podpal swoją ulicę zacznij szarpać i krzyczeć
Jednak Ci na dole mieli szczęście. Kiedy prawie dotarli do drzwi, obrońcy wystrzelili pocisk wyrzutni rakiet, którą mieli zachowaną na specjalną okazję. Po atakujących zostało kilka strzępków. I dwie postacie w metalowych pancerzach. Zataczając się dotarły pod prysznicem pocisków do drzwi więzienia. Na murach zapanował popłoch.
Ja wybaczę Ci szybko tę złość
Widać było jak ludzie przed bramą zakładają ładunki wybuchowe. Po chwili obydwie postacie odeszły wzdłuż murów w przeciwne strony.
Na wszystkie cztery strony ten świat popierdolony
Wybuch wstrząsnął czołgiem, w którym siedział Clip. Atakujący wpadli dym i zaczęli masakrę. W standardowym wyposażeniu pancerzy wspomaganych były termowizjery. Powietrze przecięły pociski z broni klawiszy, ładunki z laserów, krzyki ranionych, granaty i wrzaski umierających. Krasnolud patrzył na to wszystko urzeczony. Po chwili, jakby wbrew sobie, potrząsnął kierowcą – Jedź w tamtą stronę, powoli. Sam siadł w gnieździe karabinu maszynowego. Kiedy czołg ruszył, Clip zaczął strzelać. Na murach ludzie zaczęli pokazywać sobie sunący w ich stronę czołg, plujący ołowiem. Do chóru bitwy dołączył szczęk gąsienic i terkot karabinu.
-Nie! To nie może być prawda!
-Zapewniam towarzyszu dowódco, że tak jest.
-Przecież mieliśmy zabezpieczenia! – Siwy osobnik w mundurze zdawał się być bliski płaczu ze złości. Żołnierz stojący przed nim wyglądał na niezbyt szczęśliwego.
-Jak zdołali się wedrzeć do środka? – wściekłość promieniująca z dowódcy prawie powaliła posłańca.
-Melduję posłusznie że stwierdzono przewagę w sprzęcie oraz uzbrojeniu.
-Pierdolenie! CO takiego mieli, czego my nie mamy?
-Pancerze wspomagane, towarzyszu dowódco.
-Co takiego? Grupka puszek zdołała przedrzeć się przez mury? – Gdyby żołnierz nie bał się tak swojego przełożonego, skuliłby się ze strachu.
-To nie wszystko, towarzyszu dowódco. Mieli c-czołg. – Struchlały zaczął się jąkać.
Towarzysz dowódca wytrzeszczył oczy. Na policzki wystąpiły mu fioletowe plamy.
-Co powiedzieliście? – jego głos drżał od ukrywanych emocji. – Mieli… - słowo najwyraźniej nie chciało przejść mu przez usta – czołg? Pieprzycie żołnierzu. Nie mogli mieć czołgu. Skąd by go wzięli?
***
Gdy czołg wjechał na podwórze więzienia, cale otoczenie zamarło w bezruchu, w oczekiwaniu na nawałę ognia. Wydawało się, że to, co zdarzyło się przed murami było tylko przygrywką do prawdziwej symfonii bitwy, z pierwszymi skrzypcami działa czołgowego, wiolonczelą karabinów i perkusją granatów. Rosjanie myśleli nad gitarą elektryczną wyrzutni rakiet, ale pobiegli gdzieś, gdy czołg zatrzymał się przed postaciami w pancerzach. Po chwili z czołgu wysiadła mała postać. Podeszła do wielkiego metalowego kształtu. Popatrzyła w górę, tam gdzie byłaby twarz, gdyby hełmy miały twarze. Po chwili uporczywego milczenia krasnolud uklęknął na kolano i pochylił głowę. – Witaj, Arturze – burkliwy głos dobył się z zakamarków brody. Mała twarz popatrzyła w górę.
-Nie nazywam się Artur. – metaliczny głos zatrzeszczał z głośników kombinezonu.
-Mam na imię Lancelot, kurduplu.
***
-Ni-ee mam po-pojęcia, towarzyszu. – Ze zdenerwowania żołnierz zapomniał o zwyczajowym „dowódco” – Nasze bazy danych identyfikują go jako niemieckiego Tygrysa.
-Słucham? Niemiecki Tygrys? Musieliście się pomylić! – Nerwowy uśmiech przylepił się do twarzy dowódcy. – W tym mieście nie ma muzeum wojskowego, wiedziałbym coś o tym!
-Świetny dowcip, towarzyszu dowódco. Jednak jestem zmuszony zameldować, że w istocie jest to ten model sprzętu.
-Niemożliwe! Nie-mo-żli-we! Jeszcze raz pytam, skąd by go wzięli! A teraz wyjdź. Muszę zostać sam.
-Co o tym myślisz? – przełożony pechowego świadka odwróciła się do postaci skrytej w półmroku.
-Jest to możliwe.
-Jak? I, przede wszystkim, dlaczego?
-Nasze mierniki odnotowały pewne… zachwianie…zasadniczej macierzy rzeczywistości. O ile wiesz, co to oznacza. – nutka niemal wesołej złośliwości zabrzmiała w głosie.
-Jest możliwe, że czołg przeniknął tu, nie pytaj jak i skąd. P o p r o s t u . Nie da się tego wyjaśnić, nie ze sprzętem, który aktualnie posiadamy. – Złośliwość w głosie zabrzmiała wyraźniej. – Tego procesu nie da się powtórzyć, odwzorować, ani odwrócić.
***
-Lancelot? Tutaj? Myślałem że Turcy zabili cię w Debrczynie!
-Nie… chociaż dzięki nim mam kilka pamiątek. – ręce sięgnęły do hełmu. Zatrzaski szarpnęły, dał się usłyszeć ciche syknięcie wyrównywacza ciśnienia, i wyłoniła się twarz Lancelota. Clip aż syknał. Na twarzy rycerza widniał uśmiech. Ale było to jedyne, co było na tej twarzy. Lewa częśc szczęki była odcięta. Skóra była zaszyta. Nosa nie było w ogóle. Została po nim odsłonięta dziura, aż dziw brał, że można było przez to oddychać. Oczy… nie było po nich śladu – zostały tylko puste oczodoły. Widać było odciski po kablach, które przekazywały obraz świata bezpośrednio z kamer do mózgu.
-Ahhh… świeże powietrze… jak… miło je poczuć. – Lancelot gdy mówił robił nieregularne przerwy na zaczerpnięcie oddechu. – Ale co u ciebie? Har, har, khra khsz szz. – zmasakrowane gardło zakrztusiło się zimnym powietrzem. – Jakoś nigdy nie mieliśmy czasu porozmawiać.
-Bo nigdy nie widzieliśmy się na tyle długo, żeby mieć na to czas. – Clip wstał. Teraz już w miarę panował nad wyrazem twarzy, ale starał się nie patrzeć w oczy staremu przyjacielowi.
-Zawsze było to albo w czasie bitwy, albo… - krasnolud zawachał się. – właściwie widzieliśmy się tylko w czasie bitwy. A kto to jest? – zapytał się, wskazując na popstać stojącą za Lancelotem.
-Nie… interesuj się… tym. Nie masz… z tym nisz wszpólneghro… khro kha… -widać było że się zmęczył.
-Wiesz co? Ubierz lepiej ten garnek. Dzisiejsze powietrze chyba nie za bardzo ci służy.
-Szszwiętha racja. – Rycerz nasadził hełm na głowę i zacisnął zatrzaski. Wtedy odezwał się głos z wnętrza czołgu.
-Clip! Chodź tu szybko! Chyba się budzi! – Krasnolud obejrzał się na pojazd, i podszedł do niego. Z zadziwiającą szybkością wspiął się do włazu. Gdy zeskoczył do środka, zobaczył jak Cyrus podnosi głowę, i ogląda opatrunek na swojej ręce.
-Gdzie jesteśmy? – Mimo rozkojarzenia był chyba świadom tego co mówił.
-Wjechaliśmy do więzienia.
-Tak szybko… skubane małe pierdzikółka…
-Słucham?
-A nic, nic. Co z Ruskami?
-Nie wiem. Jak tylko wjechaliśmy to się ulotnili. Jeszcze nie weszliśmy do budynku.
-Dlaczego?
-Widzisz… spotkałem starego znajomego…
-Mam nadzieję że to nie rusek.
-…który chyba też tu wpadł, jak ja. I też nie lubi Rosjan.
-To chyba dobrze?
-No nie wiem. Chodź, poznasz go. Uważaj przy wychodzeniu na rękę.
Po wyjściu z dusznego czołgu Cyrus zobaczył postać w pancerzu.
***
- Może i mają ten swój czołg, ale nas jest więcej… zalejemy ich samą masą! Co o tym myslisz?
- To nie jest…
Drzwi się otwarły.
-Towarzyszu dowódco! Na dziedzińcu zbroi się wrogi oddział!
- Co to znaczy: zbroi się?
-Towarzyszu dowódco! Oni tam są!
-Rozumiem. Zezwalam na otwarcie ognia! Strzelać bez ostrzeżenia, macie ich zalać pociskami!
Posłaniec wybiegł by przekazać rozkaz dalej, do porucznika liniowego.
Clip wskazał ręką
– To jest właśnie mój… eee… znajomy, Lancelot. Lanc, to jest Cyrus.
- Kim on…
-Skoro prezentację mamy już za sobą – przerwał krasnolud – to może zajmijmy się naszymi wspólnymi znajomymi? – wskazał ręką na wyjście z kompleksu: zaroiło się tam od postaci w mundurach.
Nim którykolwiek zdążył zareagować, towarzyszka Lancelota wyjęła broń, i ruszyła na Rosjan. W ich szeregach zapanował zamęt. Kiedy postać w pancerzu wspomaganym przygotowała broń, oni zaczęli strzelać. Pociski zaczeły odbijać się od metalu.
-Ginewro! Nie! – Lancelot ruszył, by ją powstrzymać. W tej samej chwili Art przytrzymał go, i wspólnie z Cytrusem próbowali zaciągnąć go do czołgu. Ginewra tymczasem niepowstrzymanie parła w stronę Rosjan. Z jej pancerza zaczął unosić się dym. W niebo uderzył okrzyk bólu Lancelota, zmieszany z wrzaskiem żołnierzy. Lancelot patrzył bezradnie, jak Ginewra strzela do wrogów. Po chwili dobiegło do nich rzężenie: to jej pancerz osiągnął kres swej wytrzymałości. Wtedy wszystko jakby zwolniło: Cyrus oniemiały patrzył jak Lancelot wyrywa się Clipowi, do jego uszu dobiega wrzask Rosjan, a rycerz biegnie jak przez wodę w kierunku Ginewry. Ona w tym czasie szła coraz wolniej, aż w końcu zatrzymała się, zażęziłą po raz ostatni, i odwróciła się w stronę biegnącego Lancelota. Rosjanie przestali strzelać. Patrzyli jak postać w pancerzu drży coraz bardziej.
Kiedy Lancelot w końcu dotarł do Ginewry, ona zasypała go odłamkami pancerza. Jej wybuch był tak silny, że Cyrusa rzuciło o ścianę czołgu. Leżał tak, a wszyscy patrzyli na miejsce, w którym przed chwila stała kobieta. Lancelot podszedł tam. Popatrzył na osmalone kawałki metalu. Podniósł głowę. Zwrócił się w stronę Rosjan.
-Pozabijam was sukinsyny! Pozabijam was wszystkich! – krzyk pełen bólu uderzył w powietrze.