Użytkownik: Hasło: Rejestracja
 Uwertura

UWERTURA

 

CZĘŚĆ I  "CZYTANIE NUT"

- Za dużo pan żąda, za dużo - wysoki mężczyzna spojrzał na podana mu kartkę - panie Fosch mam nadzieje że zejdziemy z ceny

- Szanowny hrabio, ja nie zejdę ceny, a pan zapłaci tyle ile jest napisane na tej pomiętej przez pana kartce

Słowa rozniosły się złowrogim echem po spowitym w półmroku modrzewiowym salonie pałacu myśliwskiego. Dwóch rosłych typków za plecami hrabiego nerwowo drgnęło.

Skryty w półmroku Jan Fosch nawet nie zaszczycił ich swym spojrzeniem, jego poznaczone czerwonymi żyłkami oczy były skierowane w jednym kierunku, w stronę hrabiego.

- Pragnę panu wyjaśnić, że to ja jestem gospodarzem tego miejsca - w glosie hrabiego wyczuwalna była irytacja i zniecierpliwienie - wiec proszę nie nadużywać mojej gościnności.

- I co każe pan tym swoim zbirom mnie obić? Jak zwykłego brudnego pastucha?

- Panie Fosch jesteśmy ludźmi cywilizowanymi mimo, że żyjemy w dzikich czasach

- Płacisz pan czy nie !- w jednej chwili Fosch gwałtownie wstał z fotela, a cień jego nienaturalnie chudej sylwetki zatańczył na ścianie

Dwóch osiłków jednym krokiem zasłoniło gospodarza, i nie wiadomo skąd w ich masywnych dłoniach pojawiły się rewolwery

- Spokój, cofnąć się - mimo ze glos hrabiego był nie tyle władczy, co groźny, ani jeden mięsień nie drgnął mu na twarzy - zapłacę panu ile pan żąda panie Fosch, a potem nie chce już pana znać.

Gospodarz z niesmakiem spojrzał na skuloną w fotelu postać swego gościa. Przez chwile pomyślał o tych biedakach chorych na suchoty, na których jego żona wydawał tyle pieniędzy. Jego zdaniem było to jedno wielkie marnotrawstwo, ale ona zawsze miała słabość dla tych życiowych kalek. No cóż jej pieniądze.

- Jest pan zwykła pazerna gnida, panie Janie Fosch, nic nie znaczy dla pana dobro ojczyzny  – hrabia powiedział cichym głosem jakby tylko do siebie.

- A czy  pan panie hrabio robi to tylko dla ojczyzny, dla wolnej Polski? -  Fosch prawie upadł na fotel - a może kieruje panem bardziej strach o własny majątek i życie.

Hrabia nie odpowiedział odwrócił się w stronę palących żagwi w kominku. Przez chwile wpatrywał się w jaskrawe płomienie.

- Zaprowadźcie pana Foscha do jego pokoju, jutro wyjedzie do miasta - wypowiedział te słowa bardziej do szalejącego w kominku ognia, niż w stronę swoich sług.

- Jutro dostanie pan wszystkie materiały o jakie pan prosił - hrabia rzucił mimochodem do oddalającej się sylwetki Jana Foscha - bardzo byłbym wdzięczny jakby pan po tym wszystkim je zniszczył.

Zimny jesienny wiatr szalał w otaczającym dworek parku. Ostatnie pożółkłe liście
z niebywałym uporem trzymały się gałęzi, a pierwsze pojedyncze krople deszczu zaczęły rozbijać się o okiennice.

Idzie zima, czas wilków powiedział w pustkę salonu hrabia. Ze zdobionego srebrem barku wyciągnął butelkę koniaku i nalewając bursztynowy do kryształowej szklanki, znów spojrzał na ogień w kominku, nie wszystkie owce dożyją do wiosny, dodał w myślach.

Przemyśl w te deszczowe matowe dni tracił cały swój urok, polskie, ukraińskie i żydowskie obdarte duchy szukały pod krużgankami i balkonami skrawku suchego muru.

Jan Fosch minął tonącą w mgle wille Frenklów i skierował się w stronę dworca kolejowego. Pokaźny budynek Pasażu Gansa wydawał się w tym deszczu niczym olbrzym płaczący
 z swych wielu oczu, płaczący nad niedolą okolicznej miejskiej biedoty. Fosch sięgnął do przemoczonej marynarki i z cerowanej nieskończenie wiele razy kiszeni wyciągnął parę drobniaków. Nie było go stać na ulokowaną na parterze Grand Cafe Stieber, ale na pewno na piwo w przyziemnej piwiarni mógł sobie pozwolić. Szybkim krokiem przeszedł obok grupki panien, które wesoło dyskutowały z pijanymi austriackimi żołnierzami, i uważając na wyślizganych schodach wszedł do ogarniętej półmrokiem piwiarni. Szum rozmów  uderzył w niego niczym morska fala, języki Galicji mieszały się ze sobą tworząc dziwna tajemniczą mowę z  pogranicza krańców świata. Przepchnął się między grupką kolejarzy i stanąwszy wreszcie przy wytartym prawie do gołego drewna barze zamówił kufel piwa. W koncie zauważył stolik na którym spał umęczony pijaństwem żołnierz, podszedł postawił piwo z za przemoczonej marynarki wyciągnął związany szarym sznurkiem skoroszyt. Fosch chwilę patrzył na starannie oprawioną skórzaną okładkę i otworzył skoroszyt na pierwszej stronie.
W mokrym i mętnym świetle rzucanym przez jedno z nielicznych okienek zaczął w skupieniu czytać  życiorys żołnierza  Cesarsko-Austrjackiego wojska, hauptmana Hermana Greslera.

Mrok zaczął już na dobre otaczać mokre od deszczu kamieniczki kiedy Fosch wreszcie dotarł do swego jednopokojowego mieszkanka na  Dobromilersgrase. Idąc po drewnianych schodach na poddasze czuł się jak skazaniec zmierzający na szafot, każdy schodek to nieuchronny krok ku pustce. Otworzył stare obdarte ze farby drzwi, skrzypniecie zawiasów powitało go niczym wroga, który narusza świętość opuszczonego grobowca. Pokój był prawie pusty, w prawym rogu stało zniszczone nie zaścielone łóżko a przy nim jedno jedyne krzesło. Resztę pokoju zajmował niczym śpiący olbrzymi kocur dostojny fortepian, na którym lezały rozrzucone w nieładzie kartki z zapisanymi nutami. Zrzucił przemoknięte ubranie w ciemny tajemniczy kąt pokoju i położył się na brudnym łóżku. Plamy wilgoci na obdartym suficie tworzyły nieziemski obraz od którego leżący na wznak Fosch nie mógł oderwać wzroku.  Jeszcze raz przed snem spojrzał na skórzany skoroszyt i zapadł w niespokojny sen. W sennych koszmarach układał arie życia hauptmana Hermana Greslera, nuty wiły się po pięciolinii niczym stare garbate prządki, których jedynym zadaniem jest wypleść koniec
i początek ludzkiego marnego życia. 

Ciałem Jana Foscha targnęły dreszcze, gdzieś tam między snem a jawą Jan Fosch stał przed na wpół rozsypującą się ogrodową altaną. Na środku stało pianino,  czuł jak nieznana siła go przyciąga, całym sobą pragnął zagrać poczuć muzykę, jednak jego duszę rozrywała  niewzruszona cisza.    

 

CZĘŚĆ II „DYRYGENT”

Samolot marki Lohner podchodził do lądowania, obsługa lotniska polowego z podniesionymi ku niebu głowami obserwowała zbliżająca się maszynę. Kiedy dwupłatowiec dotknął śliskiej od pooranej rosy trawy, obsługa lotniska dalej stała nieporuszona dopóki ostry świst śmigła całkowicie nie ucichł.

 - Panie főhadnagy jacyś lotniki wylądowały – żołnierz o niespotykanej na tych terenach ciemnej karnacji zameldował siedzącemu za dębowym biurkiem przełożonemu.

- Jestem oberlejtnant ty madziarska krowo,  oberlejtnant powtórz to ! słyszysz?

Oberlejtnant widząc na twarzy szeregowego całkowite niezrozumienie machnął tylko ręka, odsunął ciężkie drewniane krzesło i wyszedł na spotkanie niezapowiedzianego gościa. 

- Hauptmann Hermana Gresler, Biuro Ewidencyjne - przywitał go w drzwiach dobrze zbudowany oficer, z pod czapki pilota niczym  pasemka nieprzeniknionej czerni wystawały  kosmyki kruczoczarnych włosów.

Oberlejtnant aż się wyprostował, co tu do cholery jasnej szuka wywiad, i to z samego Wiednia, z samej centrali, przemknęło mu przez myśl.

- Witam pana, proszę usiąść, może napije się pan czegoś mam wyśmienite węgierskie wino.

- Bardzo dziękuję i chętnie skorzystam – Gresler zwinnym ruchem ominął oberlejtnanta
i usiadł na jego miejscu, za biurkiem. Z skórzanej kurtki pilota wyciągnął drewniane brązowe pudełko, otworzył je i skierował w stronę oberlejtnanta.

- Cygaro? proszę się poczęstować, wiedeńskie tu na krańcach Monarchii Austor-Węgierskiej takich nie ma.

- Panie hauptmann, tu oprócz biedy i zabobonów nic nie ma – głos oberlejtnanta nadal był nienaturalnie sztywny.

- Proszę się zwracać do mnie Gresler.

Oberlejtnant sięgnął po cygaro i już miał podać swoje nazwisko, jednak Herman Gresler machnął energiczne ręka i przerwał mu w połowie słowa

 

- Ja jednak do pana będę się zwracał przez oberlejtnant, proszę mnie zrozumieć nasze jak na razie dobre relacje mogą się kiedyś pogorszyć i w czasie jakiegoś przesłuchania niezręcznie będzie mi się zwracać do pana po nazwisku, a tym bardziej po imieniu.

W jednej chwili oberlejtnant zbladł, zrobiło mu się duszno a jego i tak już mały pokoik stał się ciasny niczym źle dopasowana trumna. 

- Czy pan się dobrze czuje panie oberlejtnant?

Oberlejtnant nie czuł się dobrze, przed oczami miał te wszystkie niezbyt czyste interesy
z okolicznymi podejrzanymi typkami.

- Tak, tak dobrze panie Gresler, trochę jestem zmęczony, ostatnio źle sypiam

- No to przejedzmy do rzeczy – błękitne oczy Greslera ani na chwile nie przestawały wpatrywać się w skulonego na drewnianym krześle oberlejtnanta -  musze skontaktować się jak najszybciej z dowódca Twierdzy Przemyśl.

- Z tego co mi wiadomo pan generał parę dni temu  niespodziewanie wyjechał do Lwowa.

- To nic zaczekam na jego przybycie, panie oberlejtnant znacie jakiś przyzwoity hotel
w Przemyślu? – rzucił mimochodem Gresler i zamykając drewniane pudełeczko skierował swe kroki w  stronę drzwi.

- Hotel Royal, u Gansa, polecam jest tam restauracja w której serwują wyśmienite obiady,
a na brak towarzystwa dam nie będzie pan na pewno narzekał.  

Gresler zatrzymał się w połowie drogi i spojrzał tymi swoimi lodowatymi oczami w stronę oberlejtnanta. W oczach tych próżno było szukać choćby śladu jakiś uczuć, a w szczególności litości.

- To bardzo dobrze, niezwłocznie się tam udam. Proszę podstawić transport i zająć się moimi bagażami

- Tak jest  hauptmann - oberlejtnant podskoczył na równe nogi.

Jan Fosch powoli schodził z Kopca Tatarskiego kierując się w stronę miasta. Kiedy dotarł na kopiec, niczym słońce wzeszło nad pokrytymi lasem pagórkami, ukląkł i długo modlił się szukając natchnienia.  Dopiero widząc wzmożony ruch w pobliskim forcie wstał z kolan i od tej chwili wiedział co dalej robić jaką wybrać drogę. Schodząc ze wzgórza z   prawej strony minął mosiężne bramy cmentarza, a przed jego oczami zaczął wyłaniać się masywny  dwu piętrowy budynek. Kute ogrodzenie w całym swoim stalowym majestacie mówiło nieproszonym gościom jedno „NIE WCHODŹ”. Fosch wyczuł, że stało się tam cos strasznego coś co spowodowało że ludzkie dusze ciągle się tam błąkają szukając ukojeniai spokoju.

Szybkim krokiem przeszedł obok budynku, poczuł jeszcze lekkie ukłucie obok serca
i  dziwne mrowienie na karku.  W końcu jego myśli oddaliły od tego miejsca i skierowały się ku zleceniu. Życiorys hauptmana Hermana Greslere znał prawie na pamięć, lecz nocne wędrówki między rzeczywistością, a sennym światem doprowadziły jego organizm na skraj wycieńczenia. Mimo tego parudniowego koszmaru na jawie dostał to czego tak szukał w tym dziwnym nierzeczywistym świecie.  Mroczne prządki ludzkiego życia ukazały mu melodie życia Greslera, teraz tylko musi wydobyć ją ze swej pamięci i przelać na papier. 

Mijając kaplicę Drohojowskich potknął się o wystający fragment bruku. Oszołomiony leżał przez chwilę na wilgotnych zimnych kamieniach, kiedy nad sobą usłyszał słowa.

- Pomóc panu – w tym głosie wyczuwalny był władczy żołnierski ton.

Jan Fosch podniósł oczy na wysoką masywna sylwetkę w dobrze skrojonym żołnierskim płaszczu. Mimo że  czapka obcemu mężczyźnie prawie opadał na oczy, Fosch zauważył ich hipnotyzujący błękit. Chwycił wyciągniętą ku niemu dłoń i wstał z kolan. Postać zlustrowała go od czubka butów po ostatni kosmyk włosów, wytarła dłoń w nienagannie biała chustkę
i  odwracając się ruszyła przed siebie twardy żołnierskim krokiem.

- Bardzo dziękuje panie  hauptmana Gresler – słabym głosem powiedział ku odchodzącej postaci Fosch.

Nad Przemyślem zaczęły gromadzić się kolejne deszczowe chmury znów szarość i wilgoć zdobywały miasto. Otaczała go swoim mglistym i zimnym oddechem

 

CZĘŚĆ III „ZAPADA CISZA”

Cicho wysunęła się spod ciepłej pościeli, dziś była zadowolona z swojej pracy, i nawet nie czuła aż takiego strasznego obrzydzenia. Jej klient był miłym i czystym oficerem austriackim, nie targował się o cenę i był delikatny, nie to co inni gołodupcy z koszar. Mimo tego coś ją kusiło żeby zaglądnąć do niewielkiego drewnianego kuferka stojącego w rogu pokoju, jakaś siła mówiła jej że to nic takiego, że tylko zobaczy co tam jest i tyle. Kiedy powoli unosiła obite mosiądzem wieko kuferka usłyszała za sobą dźwięk naciąganej powoli sprężyny.

- I po co ci to było? Tak ci życie się znudziło?

Dziewczyna odwróciła się gwałtownie w stronę klienta, jej wzrok zatrzymał się na lufie rewolweru, nagle  uświadomiła sobie, że  może to być ostatnia rzecz jaka zobaczy przed śmiercią.  

- Wiem że nic nie widziałaś – rzucił jej pod nogi zwitek Koron – i to ci uratowało życie.
A teraz się wynoś i to natychmiast.

Podniosła pieniądze i szybko przeliczyła, przez chwilę wstrzymała oddech suma jaką trzymała  drżącej  dłoni była dla niej niewiarygodna.

- Bardzo dziękuje, ja głupia nic nie widziałam -  złapała za nogi ubierającego się mężczyznę.

- Powiedziałem wynoś się!  - jednym ruchem złapał ja za włosy, otworzył drzwi pokoju
i wypchnął w ciemność korytarza. Stała tak naga, trzymając w ściśnięte w dłoni pieniądze, nie wiedząc co ze sobą zrobić, chwile później na korytarz wleciały zwinięte w gałgan jej rzeczy.

Wiedziała, że nigdy nie zapomni tych zimnych przenikliwych oczu, oczu mordercy.

Herman Gresler ubrał się i podszedł do drewnianego kuferka, jednym ruchem zrzucił jeszcze pachnącą miłością pościel i delikatnie położył go na łóżku. Długo wpatrywał się w zdobione wieko niczym zdecydował się je ostrożnie otworzyć, w środku znajdowały się starannie posegregowane dokumenty.  Wyciągał je powoli niczym najcenniejsze pradawne zwoje
i układał na podłodze, jeden za drugim. Wycinki z gazet, stenogramy z przesłuchań, notatki
i fragmenty książek. Wszystko to stanowiło jakiś zagmatwany wzór, zrozumiały tylko przez  hauptmana Hermana Greslera.

Na niektórych kartkach zauważyć można było pogubione słowa „Czarna Ręka”, „Belgrad” „Potiork” czy „Młoda Bośnia” i „Wolna Polska”, od nich biegły proste linie do płożonej
w samym centrum  białej karcie z jednym tylko napisem „Przemyśl”. Kiedy ułożył już wszystkie materiały, szerokim łukiem ominął ten szalony wór i sięgnął do kuferka po ostatnią białą kopertę, leżącą na samym dnie. Na kopercie równym zamaszystym pismem wykaligrafowane było jego nazwisko oraz wiedeński adres zamieszkania. Otworzył delikatnie kopertę i wyjął umieszczony w niej na szarym papierze list, po raz kolejny w skupieniu zaczął go czytać.  

Jan Fosch ukończył dzieło swego życia, kartki z zapisanymi pięcioliniami leżały równo ułożone na blacie fortepianu. Fosch podszedł do otwartego okna i spojrzał na mokry, brudny dziedziniec kamienicy. Zamknął oczy i w myślach cofnął się o piętnaście lat, tylko albo aż piętnaście lat. Wtedy był nagi na wpół żywy i takiego go znaleźli mnisi na kamiennej posadzce w swej kaplicy. Mimo szeroko otwartych oczu nie dawał żadnego znaku życia. Całe wnętrze kaplicy wypełniała czerwona, podobna do gęstego dymu, substancja. Substancja ta drgała i przemieszczała się po kaplicy, jak ranne zwierze szukało w ciemnych kontach
i zakamarkach kaplicy schronienia. Widząc to przybyli uklękli i zaczęli się modlić, szum modlitwy niczym trzepotanie tysięcy motyli unosił się pod sufit kaplicy. Nagle nastał cisza, wszystko stanęło w jednej sekundzie, jakby czas czekał nie wiedząc co dalej robić. Mnisi zamarli z modlitwą na ustach, ich oczy utkwiły w leżącym na posadzce Janie Fosch, jego ciało się uniosło i zaczęła otaczać go biała mglista poświata.  Dalsze wypadki potoczyły się w piorunującym tempie, czerwona substancja zbiła się w jedną jednolitą masę, która
z niebywałym impetem rzuciła się na białą poświatę. Przez chwilę oba te nierzeczywiste twory zwarły się w jedną bryłę, ale biel, jakby stojąc w obronie lewitującego ciągle ciała powoli, wypychała przeciwnika w stronę okna. Głośny trzask rozsypujących się okiennic
i tłuczonego witrażu obudził tkwiących w letargu mnichów. Dwie nieziemskie formy wyfrunęły z kaplicy i znów zapadła cisza, tylko szklane okruchy co pewien czas opadały
z brzękiem na posadzkę.

Ciało Foscha jeszcze przez chwilę unosiło się w powietrzu by powoli ułożyć się na zasypanej szkłem posadzce. Mnisi podnieśli Foscha i udali się w głąb klasztornych korytarzy.

Po paru miesiącach Jan Fosch na tyle doszedł do siebie, że mógł powoli wychodzić z własnej celi i spacerować po ogrodzie. Kiedy nabrał na tyle sił, by spokojnie rozmawiać został poproszony na rozmowę do przeora. Ten opowiedział mu dokładnie o tym jak znaleźli go
w klasztornej kaplicy i co później się stało. Później zaczął wypytywać oszołomnego Foscha   jednak ten nie potrafił odpowiedzieć na żadne przedstawione mu pytanie. Stary, łysy mnich
o długiej białej brodzie, przez chwilę przyglądał się swemu gościowi, powoli wstał z krzesła
i podszedł do okna.

-        Jesteś na tyle silny żeby jutro wyjechać Janie

-        Jutro wyjadę ojcze , chcę jeszcze tylko podziękować za okazaną mi życzliwość

Przeor nie odwrócił się, przez chwilę wpatrywał się gdzieś daleko poza horyzontem
i rzeczywistością.

-        NIe musisz nikomu dziękować, ja  i bracia tylko pomogliśmy przeznaczeniu. Uwierz mi masz piękny i straszny dar i jakaś siła chciała ci go odebrać, jakaś zła ciemna siła.

Za oknem słychać było krzątających się braci, zapach ciepłego siana wleciał w zimne mury celi.

-       Jesteś tylko naczyniem w rękach boga, ostatnim z wiedzących – odwrócił siew stronę gościa i przeszył go wnikliwym, a zarazem jakby ojcowskim spojrzeniem   

Fosch drgnął, zerwał się szybko na nogi i podbiegł do przeora, oczy zabłysły mu niczym dwie jasne gwiazdy.

-        Ojciec wie kim jestem? Zna moją przeszłość, moje życie przed tymi zdarzeniami
w kaplicy?

-        Tak wiem, przynajmniej tak mi się zdaje – przeor podszedł do pułki z oprawionymi
w skórę książkami. Wyją jedną, na okładce nie było żądnych oznaczeń, przez chwilę przyglądał się książce, aby w końcu podać ją Foschowi

-        Otwórz Janie tą książkę i powiedz co widzisz.

Fosch szybko chwycił podaną mu książkę i zaczął niecierpliwie ja wertować. Zamknął
i znów otworzył ale tym razem przeglądał każdą kartkę powoli i w skupieniu. 

-        Wiec co widzisz ?– przeor wpatrywał się w niego, w każdy ruch, w każde mrugnięcie przekrwawionych oczu.

-        Nuty ojcze, widzę zapisane nuty.

-        Skoro tak to nie jesteś jeszcze gotowy Janie, nie jesteś gotowy znów przekroczyć tą granice miedzy światami.

Przeor znów odwrócił się do otwartego okna, jego sylwetka jakby bardziej się zgarbiła.

-        Weź tą książkę Janie, a jak znów zrozumiesz swój dar to i zrozumiesz kim jesteś.

Jan Fosch odjechał o świcie, lekkie lipcowe promienie wyłaniające się za kopuł klasztoru odprowadzały go do bramy. Nie odwrócił się ani razu, nie chciał żeby widziano jego łzy.

Minął niecały rok kiedy wreszcie zrozumiał jakim darem dysponuje, ale już nigdy nie pojawił się w klasztorze.   

 

CZĘŚĆ IV „WYKONANIE”

 „ Drogi Panie Hermanie Gresler, wiem, że jest pan oficerem Austo-Węgierskiego wywiadu, pragnę napisać więcej, jest Pan jednym z najlepszych wywiadowców jakich miała Austria. Wiem też, że od pewnego czasu próbuje pan rozwiązać zagadkę pewnego spisku, a dokładnie zamachu na życie jednego z członów domu panującego.

Zapewne myśli szanowny pan, że jestem albo bezczelnym prowokatorem, albo po prostu szaleńcem. Pragnę pana uświadomić, że tak nie jest i zależy mi tak samo jak panu na naszej ojczyźnie. Aby potwierdzić, że nie są to czcze słowa do listu dołączam spis czołowych członków pewnej organizacji, którzy planują zamach na jednego z ważnych generałów wojska cesarskiego. Dołączam też dokładny opis miejsca i czasu w którym zamach ten nastąpi. Jeśli będzie pan zainteresowany dalszą współpracą proszę o kontakt listowny na poniższy adres.

Z poważaniem uczciwy obywatel Austro-Węgier."

Na początku tej historii, dla Greslera był to donos jaj jeden z wielu, podane nazwiska nic mu nie mówiły, a i generał na którego niby planowano zamach był zbyt dobrze strzeżony by coś podobnego mogło dość do skutku. Dlatego list został zarejestrowany pod kolejnym numerem ewidencyjnym i odłożony na czas gdy będzie brakowało ciekawszych zajęć. Sytuacja się zmieniła, kiedy opisywany zamach doszedł do skutku i to dokładne tak jak opisywano
w liście. Herman Gresker szybko wygrzebał ze sterty donosów ten właściwy i odpisał na podany adres z prośbą o kontynuacje korespondencji. Oczywiście nie był by sobą, żeby nie próbować odnaleźć podany w liście adres zwrotny, ale jego dochodzenie potwierdziło tylko że takie miejsce nie istnieje w żadnym mieście Austro-Węgier. Po niespełna miesiącu dostał następny list, w którym opisywano kolejne działania antyrządowe i potencjalnych spiskowców. Tym razem Greslrt zareagował i spiskowcy zostali błyskawicznie ujęci. Na naradzie
z przełożonymi przedstawił szczegółowo cala sprawę i po namyśle podjęto działania mające na celu zarówno wykrycie donosiciela jak i kontynuowanie z nim współpracy w celu likwidacji niepożądanych antypaństwowych działań.

Współpracą układała się wręcz wzorcowo, co pewien czas do Biura Ewidencyjnego trafiała biała zalakowana koperta, w której na szarej kartce umieszczone były nazwiska wrogów państwa albo miejsca i terminy kolejnych zamachów lub dywersji. Jednak ciągle były łapane tylko pionki, nic nie wiedzący wykonawcy poleceń ludzi, którzy planowali i dawali środki na antypaństwową działalność. Co do wytropienia usłużnego donosiciela powołany do tego celu zespól radził sobie gorzej, ale żmudna praca dała kilka znaczących poszlak i podejrzeń. Po dwóch latach Gresler czul że wreszcie trzyma wszystkie sznurki tej zagadki, a finał znajdzie w Przemyślu. To tu ujawni wszystkich przywódców spisku, tu zakończy swą życiową sprawę.

Z wielka starannością schował z powrotem dokumenty do kuferka i dokończył ubierać swój galowy mundur. Przypiąwszy do pasa szable i kaburę z rewolwerem stanął przed lustrem
w przedpokoju. Przez chwile patrzył na swe odbicie poczym z prawej górnej kieszeni munduru wyciągnął białą karteczkę. Na karteczce było napisane pozłacanymi literami jego imię i nazwisko, oraz zaproszenie do Hotelu Royal na bal z okazji rocznicy koronacji Franciszka Józefa na Cesarza Austrii. U dołu karteczki dopisane było „tu Szanowny Pan dowie się wszystkiego”. Złożył kartkę w pół jeszcze raz przyglądnął się w lustrze i udał się na spotkanie ze swym przeznaczeniem.

W tym samym czasie w swoim zimnym i zawilgoconym pokoiku Jan Fosch ostatni raz przeglądał napisany przez siebie utwór i zgodnie z poleceniem udał się w kierunku  Hotelu Royal. Czarny dopasowany płaszcz szczelnie skrywał przed zimową mżawką mowy frak. Mimo że podarowany przez hrabiego strój wieczorowy był nienaganny i idealnie dopasowany, Jan Fosch czuł się w nim nieswojo jakby nagle sta się innym człowiekiem, ubrał cudzą skórę. 

Przed wejściem do Hotelu Royal stał postawny portier, majestatycznie niczym niepokonany strażnik świątyni zastąpił drogę Foschowi.

- Słucham szanownego pana – słowa portiera wyrwały Foscha z zamyślenia.

- A tak mam zaproszenie

Foch wręczył portierowi białą karteczkę  z swoim imieniem i nazwiskiem oraz zaproszeniem na bal.

Przez chwile karteczka była dogłębnie studiowana, niczym powróciła do właściciela.

- Pan Jan Fosch – portier raczej stwierdził, niż zapytał – to pan ma wykonać ten wspaniały utwór na część naszego miłościwie panującego Franciszka Józefa.

- tTak to ja, tutaj w neseserze mam nuty, chce pan sprawdzić?

- Ależ skąd, nie ma potrzeby – portier ukłonił się i otworzył szeroko drzwi.

Sala balowa swym ogromem światła i zdobień przygniotła Foscha, od gwaru rozmów zakręciło mu się w głowie.

Co ja tu robię, co ja tu robię, zadał sobie ostatni raz pytanie niczym właściciel hotelu poprosił go do zajęcia miejsca.  

- Wszyscy na pana czekają i niecierpliwią się – niewysoki Żyd wyszeptał mu do ucha.

Fosch był już myślami gdzie indziej, zasiadł do czarnego pianina, rozłożył nuty i po chwili ciszy zaczął grać.

Gwar na Sali ucichł kiedy pierwsze dźwięki niczym zapomniane czary zawitały w Sali bankietowej goszczący w Hotelu Royal zaproszeni austriaccy oficerowie, ich żony, oraz cała śmietanka towarzyska Przemyśla ucichli i wpatrywali się w nienaturalnie chudego człowieka siedzącego za fortepianem. Hauptman Herman Gresler miał wrażenie, że już gdzieś go widział ale nie mógł sobie przypomnieć gdzie. Stał tak przez chwilę z lampką czerwonego wina, kiedy poczuł, że się unosi, ale unosi się nie jego ciało tylko duch jakby cielesna powłoka pozostała zasłuchana w muzykę, a dusza powoli się od niej odrywała. Muzyka zaczęła przeszywać jego zmysły, przed oczami Greslera stanęły obrazy z jego dzieciństwa, niewielkie malownicze miasteczko w południowych Węgrzech, gdzie jego ojciec był dowódcą garnizonu. Zobaczył swoja matkę, piękną kruczowłosą kobietę, o ciągle smutnych oczach, tulącą go do swojej piersi. Poczuł zapach kwiecistych łąk, a promienie magicznego słońca padały na jego policzki. Powoli te sielankowe obrazy zaczęły się zmieniać, kolory stały się coraz bardziej szare, a twarze postaci wykrzywiał złowrogi grymas. Teraz widział swój dom pogrążony w ciągłym półmroku, jego uszy przeszywał ostry nienawistny głos pijanego ojca, który wyzywał jego matkę od najgorszych węgierskich dziwek, a swego syna od bękartów. Z oddali ciągle dobiegał dźwięk pianina, a miotający się w tym niby świecie Herman Greslr próbował się uwolnić, wrócić do rzeczywistości i swojego ciała.  Jednak płynąca melodia go zniewalała zmuszała go by pozostał w tym koszmarze, dzięki niej ciągle widział przesuwające się obrazy. Koszmar zła które odbywało się w jego rodzinnym domu. Na nowo czuł upokorzenie, smutek i gniew, znów poznał smak łez i ból siniaków zadanych ojcowska dłonią.  Widział jak trumna ze zwłokami jego matki niknie w grobowych czeluściach, widział strach w błękitnych oczach ojca mordercy, którego odwożono do szpitala dla obłąkanych. Wtedy jak piorun w jego świadomość uderzyła myśl,. Myśl ta wędrowała po jego mózgu  by dotrzeć do skrywanych zakątków nagiego bezbronnego człowieczeństwa. Myśl niesiona przez muzykę i tak silna, że nie mogło ją nic stłumić. Czuł że narasta w nim rozpacz i otępienie, a myśl przekazywała mu jedno:   „Hermanie Gresler jesteś takim samym mordercą jak twój ojciec. Hermanie Gresler jesteś mordercą i takim będziesz zawsze, Hermanie Gresler skończ z tym wreszcie, skończ, skończ…. 

Fosch grał utwór swego życia, melodia roznosiła się po sali bankietowej, ludzie urzeczeni jej mocą stali w absolutnej ciszy żeby tylko nie uronić ani jednego dźwięku. Nikt nie zdawał sobie sprawy, że życie oficera Austoro-Węgierskiego wywiadu, przeniesione na pięciolinie
i poznaczone nutami może być tak  magiczne, wręcz zniewalające.

Tą jedną niezwykła chwilę, przerwał nieznośny huk wystrzału. Nagle tłum zafalował i się rozstąpił, goście w swych drogich frakach i sukniach stali przez chwile dotykając czerwonych plam nagle pokrywających ich ubrania. Po chwili był już tylko krzyk i chaos.

Fosch powoli wyszedł z szatni, mimo minusowej temperatury nie ubrał płaszcza, zapalił papierosa i zaczął schodzić po schodach do hotelu.

- Praca zakończona panie Fosch, a o to zapłata – postać wyłoniła się z cienia niczym zjawa – co pan zrobi z takim majątkiem?

- Wyjadę gdzieś daleko, z dala od tego wszystkiego panie hrabio – Fosch schował pod płaszcz wręczony mu pakunek.

- Mam do pana hrabio jeszcze jedna prośbę, proszę zająć się ciałem hauptmana Herman Greslera, tak naprawdę był o bardzo nieszczęśliwy człowiek.

- Panie Fosch proszę się nie martwić ciałem tego oficera zrobię co w mojej mocy, a wyjazd
w dalekie strony to na prawdę dobry pomysł.

Hrabia nie wiedział czy odchodząca zgarbiona postać usłyszała jego słowa.

 

Epilog

Mijał drugi rok wielkiej wojny, na bocznicy zniszczonej stacji kolejowej stał niczym ostatni dom opuszczony i zdemolowany wagon kolejowy. Całość pokrywał szary lepki dym i kórz, znak że wojna nie dawno dokonała tych zniszczeń ale na pewno powróci. Przed obdartym, brudnym i zagłodzonym osobnikiem stał żołnierz w mundurze polskiego legionisty.

- Miał pan wyjechać panie Fosch, dla czego u diabła pan tego nie zrobił

- Widzę, że pan hrabia postanowił jednak walczyć jawnie, prawie jak mężczyzna – skulony
w wagonie cywil podniósł umęczony wzrok.

- Widzi pan panie Fosch – kontynuował hrabia – jest czas konspiracji i czas umierania
w okopach.  hauptmana Herman Gresler był za blisko ujawnienia naszego spisku dlatego zginął.    

 - Ja go zabiłem hrabio, ja dzięki mojemu przeklętemu darowi

- Oficjalnie popełnił samobójstwo, proszę zrozumieć, że był pan naszą jedyna deska ratunku. Gresler nie mógł zginać z ręki zamachowca, stworzyło by to kolejne podejrzenia. Jego samobójstwo zamknęło całą sprawę, w Wiedniu w czasie śledztwa stwierdzono, że oszalał. Jeszcze raz przestudiowano dokumenty na podstawie, których aresztował i przesłuchiwał ludzi, jego notatki i zapiski zarówno urzędowe jak i prywatne. Stwierdzono wreszcie, że większość to majaczenia osoby pogrążającej się powoli w obłędzie. 

- Ale do zamachu doszło 28 czerwca 1914 roku w Sarajewie zginął następca tronu, czyż o to wam nie chodziło – Fosch niespodziewanie podniósł głos, ale po chwili schował się w swoim brudnym cieniu.

Hrabia przez chwile milczał , jakby szukał właściwych słów.

- Tak, o to nam chodziło, zamach był planowany o wiele wcześniej, wiedzieliśmy że wywiad Austriacki prędzej czy później się dowie, dlatego kiedy pojawił się Gresler skorzystaliśmy
z okazji by cała czujność Biura Ewidencyjnego skierować w innym kierunku. Jednak Grsler zaczął coś podejrzewać i był bardzo blisko rozwiązania tej zagadki,  dlatego odszukałem pana i skorzystałem z pana daru. A pan za sporą kwotę napisał utwór o życiu Greslera, który go zmusił do skończenia ze sobą.  Czy pan chce czy nie to prawda jest jedna, jakby nie pana pomoc to może tej wojny by nie było.

-  To ja, to przeze mnie w tym szaleństwie co odzienie umierają tysiące niewinnych ludzi – Fosch skulił się w koncie.

   Skoro pan tak myśli panie Janie Fosch – hrabia położył rewolwer na podłodze zniszczonego wagonu i odszedł.

 

 

KONIEC

 

 Autor: Taxus
 Data publikacji: 2013-08-19

 Zobacz inne utwory autora »
 Skomentuj »


 KOMENTARZE
Ułóż od najnowszych ↑

 Interpunkcja
Wypowiedzi bohaterów, te po myślniku, powinny być z wielkiej litery.
Autor: Whitefire Data: 11:42 21.08.13
 hm...
Interpunkcja skopana. Prawdę mówiąc, nie umiem czytać bez interpunkcji. Taki już niepełnosprawny jestem.
Autor: Whitefire Data: 23:39 6.02.14


« Powrót



Nasi użytkownicy napisali 77096 wiadomości na forum oraz dodali 442 publikacji.
Zapisało się nas już 1989

Ostatnio do paczki dołączył gofer100

 
Po stronie kręci się 26 osób: 0 zarejestrowany, 0 ukrytych, 26 gości.
 


       Dział Literatury:

   •   Recenzje Fantastyki
   •   Autorzy Fantastyki
   •   Artykuły
   •   Poczytaj fantasy
   •   Poczytaj SF
   •   Poczytaj różne
   •   Cała proza
   •   Poezja
   •   Fan fiction
   •   Publikuj własne dzieło »

Myśl

Poetae nascuntur, oratores fiunt. - Poetami się rodzą, mówcami się stają.

  - Cyceron
  
Strona główna | Mapa serwisu | Wersja tekstowa | O stronie | Podziękowania
Sponsoruj mythai.info | Informacje o prawach autorskich | Kontakt

© 2004 - 2016 Mariusz Moryl

Ten serwis wykorzystuje pliki cookie w celu ułatwienia identyfikacji użytkownika.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia.
 
zamknij
Masz nowych listów.