Użytkownik: Hasło: Rejestracja
 ,,Nieznane''


PROLOG:
Moje życie...moje życie...powtarzam to jak mantrę. Moje życie było jednym wielkim kłamstwem! Ludzie których uważałam za rodzinę tak po prostu okłamali mnie o moim pochodzeniu, o moim przeznaczeniu! Chcecie wiedzieć czym stała się moja egzystencja? To zaczęło się dzień przed moimi 17 urodzinami...

 

 


ROZDZIAŁ 1.
- Hope* pospiesz się! - krzyknęła Molly.
- Już idę!- zawołałam. - Molly to moja gosposia odkąd pamiętam. Traktuję ją jak babcie, której nigdy nie miałam. Zajmowała się mną, gdy mój ojciec wyjeżdżał w delegacje za granice. To ona chodziła do szkoły na zebrania, właśnie ona opatrywała moje zdarte kolana i łokcie. Ona czytała mi bajki, gdy bałam się zasnąć. Tak to Ona. Mój Anioł Stróż. Moja przyjaciółka. Zeszłam na dół, do kuchni gdzie Molly robiła swoje popisowe śniadanie. A mianowicie naleśniki z czekoladą i bitą śmietaną.
- No nareszcie. Już myślałam, że będe musiała wyciągnąć Cię siłą z tej łazienki.- powiedziała uśmiechając się pod nosem.
- Oj przestań!- Wywróciłam oczami i puściłam jej oczko.- Wiesz...cieszę się, że jesteś ze mną w tym wielkim, zimnym domu.
- Oj kochanie.- Spojrzała na mnie z bólem w oczach.- Wiem, że brakuje Ci ojca...ale on to robi dla ciebie. Wiesz...- Nie chciałam tego słuchać.
- Proszę cie przestań. Nie chcę tego słuchać.- Przygryzłam wargę nie chcąc się rozpłakać. Czułam, że już długo tak nie wytrzymam, czułam, że muszę wyrwać się z tego ponurego miasta. Paryż to zdecydowanie nie miejsce dla mnie. Za dużo tu...tego wszystkiego co większość uważa za najlepsze na świecie!
- Hope. Ja...- Zrobiła krok w moją stronę.
- Nie.- Zatrzymałam ją ruchem dłoni.- Muszę już iść Molly.- powiedziałam i czym prędzej udałam się do przestronnego, bogato zdobionego holu. Zabrałam torbę i wybiegłam z domu. Spojrzałam na zegarek. Miałam czterdzieści minut do rozpoczęcia lekcji, więc uznałam, że wybiorę się do szkoły na piechotę. Wybrałam drogę przez park. Szłam aleją, pełna róż, gdy usłyszałam przeraźliwy krzyk. Pobiegłam do źródła tego dzwięku. Gdy dotarłam na miejsce, nie zastałam tam nikogo, oprócz dziewczyny leżącej na ziemi. Podeszłam do niej powoli. Miała otwarte oczy, pozbawione źrenic. Zaczełam drżeć, gdyż wiedziałam, że ona nie żyje.  Jakże się myliłam...
Usłyszałam dzwięk podobny do warczenia. Spojrzałam na dłonie dziewczyny. Zamiast paznokci miała pazury, a z ust wystawały jej długie kły. Moje serce przyśpieszyło, adrenalina zaczęła krążyć we krwi. Wiedziałam, że nie ucieknę, choć nie wiem skąd. Zaczęłam cofać się do tyłu. Dzieczyna zerwała się z ziemi i stanęła zaledwie trzy metry ode mnie. Zaczęłam panikować, ręce i nogi miałam jak waty. Popatrzyłam jej prosto w oczy, a obraz zamazał się. Czułam jak upadam na ziemie, a potem nie było już nic.

*Hope- z ang. ,,nadzieja''

CDN...



ROZDZIAŁ 2.


Obudziłam się w tym samym miejscu, w parku. Podniosłam się do pozycji siedzącej w poszukiwaniu tamtej dziewczyny i od razu tego pożałowałam, gdyż głowa pękała mi przy najdelikatniejszym ruchu. Czułam się jakby stratowało mnie stado dzikich zwierząt. Przy pomocy rąk próbowałam wstać, lecz skończyło się to ponownym upadkiem na tyłek. Usłyszałam cichy śmiech. Odwróciłam się w stronę ławek i zamarłam. Siedział na niej wysoki chłopak. Wyglądał na 19 lat. Być może to zasługa masywnej budowy i wystających kości policzkowych. Spojrzał na mnie intensywnie zielonymi oczami, spod za długich włosów. Uśmiechnął się ukazując rząd idealnie białych i równych zębów. Coś go bardzo bawiło i to napewno byłam ja.
-Mógłbyś pomóc mi wstać?- zapytałam niepewnie.
-Naturalnie.- Wstał i wyciągnął dłoń w moim kierunku. Chwyciłam ją delikatnie. Gdy nasze palce zetknęły się, poczułam jak przepływa przez nie prąd. Spojrzałam na niego. Patrzył na mnie ułamek sekundy, ale i tak dostrzegłam w jego oczach zdziwienie, więc on też to poczuł. Pociągnął i po chwili stałam już na nogach.
-Dziękuję Ci bardzo za pomoc...ymm. Jak właściwie masz na imię?- Powiedziałam bardziej do siebie niż do niego.
-Nazywam się Jace...i nie ma za co. Mój ojciec przykładał wagę do kultury i tak zostałem dżentelmenem.- Powiedział z rozbawieniem.
-Bardzo miło Cię poznać. Jestem Hope.- Spojrzał na mnie a jego kąciki ust zadrżały. No nie! Teraz jeszcze będzie śmiał się z mojego imienia. Udało mu się jednak zachować powagę.
-Bardzo...oryginalne imię. Mnie także było miło Cię poznać Hope. Do zobaczenia.- Ostatni raz na mnie spojrzał, posłał mi seksowny uśmiech i odszedł pospiesznie. Zostawiając mnie osłupiałą.



Rozdział 3.


Stałam tak w miejscu jeszcze przez chwile i myślałam o tajemniczym Jace'u. Spojrzałam na zegarek i pognałam na zajęcia. Zostało mi 10 minut do pierwszej lekcji...wiedziałam, że nie zdążę, lecz mimo wszystko spieszyłam się. Chciałam uniknąć konfrontacji z panią Salver's. Wpadłam do szkoły mało co nie potrącając dyrektora. Bąknęłam przeprosiny i popędziłam do klasy. To na prawdę nie jest mój najszczęśliwszy dzień. A to dopiero początek.
Wpadłam do klasy zmęczona i spóźniona. Widząc karcące spojrzenie nauczycielki, pragnęłam zapaść się pod ziemię. Miałam przechlapane...czułam to.
- Panno Revens. Znowu się pani spóźniła. Który to już raz? Piąty?- Spojrzała na mnie kpiąco.
- Przepraszam Pani profesor. Miałam małe...kłopoty.- Powiedziałam niepewnie.
- Kłopoty? Znowu? Ostatnio też miała pani kłopoty.- Podkreśliła ostatnie słowo, jakby sprawdzała jak smakuje.
- To już się nie powtórzy ja...
- Nie chcę słuchać twoich śmiesznych wyjaśnień!- Powiedziała ostro.- A teraz siadaj.- Podeszłam do ławki ledwo trzymając się na nogach.- A i jeszcze jedno...jeśli jeszcze raz się spóźnisz będziesz miała poważne...problemy. Już ja o to zadbam.- Dokończyła z wrednym uśmiechem i wróciła na środek klasy skąd zawsze prowadziła lekcje.

Teraz już na pewno mi nie odpuści. Zacisnęłam pięści i starałam się opanować złość. Czasami miałam ochotę podejść i przywalić tej babie, tak jak i klasie z którą niestety muszę się użerać. W końcu wszyscy skupili uwagę na Pani Salver's a nie na mnie. Mimo tego, ciągle czułam na sobie czyjś wzrok. Rozejrzałam się po klasie i to co zobaczyłam kompletnie mnie zaskoczyło. Wpatrywała się we mnie para zielonych oczu. Tak intensywnie zielone oczy miała tylko jedna znana mi osoba. Jace. Jace tu był, w mojej szkole. Ba! W mojej klasie. Co najgorsze widział jak Pani profesor mnie upokaża. Uśmiechnął się i kiwnął mi nieznacznie głową. Odwzajemniłam uśmiech i wróciłam do myślenia o moim ojcu. Właśnie, mój ojciec. Był mężczyzną po czterdziestce z kilkoma pasmami siwizny w bujnych czarnych włosach. Wysoki, postawny, z idealnymi manierami. Kompletne przeciwieństwo mnie. Jedyne co po nim odziedziczyłam to brązowe oczy. Ojciec był właścicielem firmy na skalę światową, dlatego ciągle go nie było. Zawsze interesy były ważniejsze. Ważniejsze niż moje 12 urodziny, niż mój pierwszy występ na scenie, ważniejsze nawet od mojego zdrowia. Zawsze wszędzie była ze mną Molli. Podczas tych wszystkich ważnych rzeczy w moim życiu, właśnie ona, a nie mój ojciec. To bardzo boli gdy widzisz, że twój własny ojciec nie interesuje się tobą. Jakbyś w ogóle nie istniała.
Do oczu cisnęły mi się łzy. Zacisnęłam dłoń wbijając w nią paznokcie. Nie chciałam rozpłakaćsię przy całej klasie, nie chciałam pokazywać, że jestem słaba. Mimo to jedna łza pociekła po moim policzku. Wytarłam ją szybko, bojąc się, że ktoś zauważy. Nagle poczułam ciepło rozlewające się po całym moim ciele, zadrżałam. Powoli napięcie spływało ze mnie. Wszystkie złe myśli zastąpiły te dobre, przyjemne.
Spojrzałam w kierunku Jace i zobaczyłam jego intensywne spojrzenie z namiastką litości? Nie na pewno nie, bo przecież skąd mógłby cokolwiek o mnie wiedzieć? Moje rozmyślenia przerwał dzwonek, obwieszczający koniec lekcji. Uwielbiałam ten dzwięk. Wiem to dziwne, ale on przybliżał mnie do końca lekcji. A wtedy będę mogła wrócić do domu i zamknąć się w mojej pracowni, gdzie oddaję się sztuce. Taki mój osobisty raj na ziemi.
Zebrałam wszystkie rzeczy i udałam się niespiesznie na następną lekcje, po drodzę zachaczająć o swoją szafkę. Zostawiłam rzeczy. Znowu czułam na sobie spojrzenia wszystkich. Wieść o moim spóźnieniu pewnie już się rozniosła. Zamknęłam szafkę z impetem i odwróciłam się. Moim oczom ukazała się postać szkolnej królowej ze swoją świtą. Na wytapetowanej twarzy miała lekceważący uśmieszek, w momencie gdy chciała podejść do mnie i pewnie zmięszać mnie z błotem, jej plany pokrzyżowała moja jedyna przyjaciółka Lili. Złapała mnie za rękę i pociągnęła w przeciwnym kierunku.

 

 Autor: Zainspirowana
 Data publikacji: 2014-01-21
 Ocena użytkowników:

 Zobacz inne utwory autora »
 Skomentuj »


« Powrót



Nasi użytkownicy napisali 77060 wiadomości na forum oraz dodali 443 publikacji.
Zapisało się nas już 1980

Ostatnio do paczki dołączył onixo26

 
Po stronie kręci się 9 osób: 0 zarejestrowany, 0 ukrytych, 9 gości.
 


       Dział Literatury:

   •   Recenzje Fantastyki
   •   Autorzy Fantastyki
   •   Artykuły
   •   Poczytaj fantasy
   •   Poczytaj SF
   •   Poczytaj różne
   •   Cała proza
   •   Poezja
   •   Fan fiction
   •   Publikuj własne dzieło »

Myśl

Bo im więcej przy tym słów, tym większa marność: cóż człowiekowi z tego przyjdzie?

  - Koh 6, 11
  
Strona główna | Mapa serwisu | Wersja tekstowa | O stronie | Podziękowania
Sponsoruj mythai.info | Informacje o prawach autorskich | Kontakt

© 2004 - 2016 Mariusz Moryl

Ten serwis wykorzystuje pliki cookie w celu ułatwienia identyfikacji użytkownika.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia.
 
zamknij
Masz nowych listów.