Użytkownik: Hasło: Rejestracja
 Rok Światła

 

“…I rzekł Wszechmocny: Niechaj w Roku Światła, gdy dzień jest równy nocy, zmieszana zostanie krew Białego księcia i Czarnej księżniczki. Ku chwale Tego, który daje życie i dla przyszłości Oileandry. Niech tak się stanie…

Z Pierwszej Świętej Księgi Dia
 
***
Przepowiednia mówiła, że Oileandra zatonie, jeśli raz na dwadzieścia lat, w Roku Światła, w dniu równonocy, nie złożą w ofierze mężczyzny i kobiety. Nie dowolnego mężczyzny i dowolnej kobiety, lecz dzieci z królewskich rodów Dubh i Faoite. Wybrańca i Wybrankę, zrodzonych po to, by oddali życie za swój świat. Spłodzonych w Roku Światła. Nie niewolników, lecz panów. Wyznaczonych przez boga i starszyznę. Tego wymagał Dia. Zapisał to w starych zwojach, przechowywanych na Ziemi Niczyjej, pomiędzy lasami Faoite i polami Dubh, w Świętej Jaskini Starożytnych, w miejscu, do którego dostęp mieli jedynie kapłani obu religii.
Według Najstarszej Legendy, kiedyś, dawno temu, Oileandra była ogromnym kontynentem, nie zaś wyspą, którą można przejść w piętnaście dni. Ludzie żyli w dostatku, zwierzyny nigdy nie brakowało, a prócz pól i lasów, na świecie istniały też inne miejsca. Kiedy jednak przyszedł dzień równy nocy, rody Faoite i Dubh uznały, iż nie ma potrzeby oddać życia swych dzieci.
I Dia zapłonął gniewem na Oileandrę.
Najpierw zesłał suszę.
Potem deszcze.
Wreszcie wstrząsnął ziemią.
I zatopił świat w wodach mórz.
W swym nieskończonym miłosierdziu ocalił jednak drobną część kontynentu, a wraz z nią kilkuset ludzi Faoite i Dubh. Dał im czas, by odpokutowali grzechy.
Od tamtej chwili, co dwadzieścia lat, mężczyzna Faoite i kobieta z Dubh oddawali życie, by ułagodzić gniew boga.
Bo Oileandra jest najważniejsza.
 
Migający, dogorywający płomyk kaganka, słabo oświetlał stół i rozwinięte na nim pergaminy. Kilka kroków dalej, osadzona w szczelinie ściany, płonęła żagiew i to ona oświetlała twarze czterech stojących w jaskini mężczyzn. Książę Faoite, wysoki i szczupły, z misternie splecionym warkoczem białych włosów, pochylał się nad zwojami i nerwowo postukiwał palcami w drewniany blat. W bezbarwnych tęczówkach, ledwie widocznych spod na wpół opuszczonych powiek, połyskiwał chybotliwy płomyk płonący pośród starych tekstów.
– I nie da się tego obejść? – zapytał białowłosy.
– Jasne, że się da, tylko jakoś naszym przodkom się nie chciało! – wrzasnął niski ciemnoskóry władca Dubh. Zacisnął usta. Zrobił ruch, jakby chciał uderzyć jasnowłosego, lecz powstrzymał się w ostatniej chwili. Odskoczył i uderzył pięścią w stół. Z całej jego drobnej postaci biła ledwie hamowana furia.
I rozpacz.
Przechadzał się nerwowo po małej, wilgotnej grocie. Tam i z powrotem. Każdemu z mijanej trójki przyglądał się wściekle. Naraz zatrzymał się ponownie obok białego księcia. Położył dłoń na pergaminie i zacisnął na nim palce.
– Mam w dupie cały ten świat, Leat – szepnął. Podniósł oczy i zajrzał w bezbarwne tęczówki Faoite. – Niech idzie na dno! Niech się wszyscy potopią, spalą, zapadną w jakąś bezdenną otchłań! Nie dam zarżnąć jedynego dziecka!
– Panie! – jęknął ciemnoskóry kapłan, stając tuż za swym władcą i składając palce w ochronny znak. – Nie wolno! To bluźnierstwo! Gniew Dia…
– Wiesz, gdzie mam Dia? – przerwał mu, niezwykle spokojnym tonem, książę Dubh. – Wiesz?
– Przepowiednia, panie…
Książę skoczył ku kapłanowi, uchwycił szaty na jego piersi i, szarpnąwszy, przyciągnął mężczyznę ku sobie.
– Dokładnie tam mam waszego boga – wyszeptał – gdzie i jego przepowiednię.
– Rialóir! – Białowłosy podniósł głos, zwracając się do rządzącego w kraju Dubh. Nie krzyknął, a jedynie podniósł głos. Faoite nie krzyczeli. Nigdy.
– Co?
– Puść kapłana – odpowiedział spokojnym tonem Leat. – Przecież wiesz, że powiedział, co powiedzieć musiał.
– Łatwo ci mówić! – wściekał się Rialóir. – Ty nie oddajesz jedynej córki! Ilu masz synów? Dziesięciu? Mnożycie się tam między drzewami jak króliki w moich klatkach. Raz za razem i każdy z każdym. To i nie dziw, że dzieciaków masz na kopy! Jak ci zarżną jednego, to zaraz, pyk i będziesz miał następnego .
Władca Faoite pochylił się nad mówiącym. Przez chwilę, bardzo krótką chwilę, wyglądał tak, jakby i on miał wybuchnąć.
– Czy ty sądzisz – zaczął przez zaciśnięte zęby – że skoro mam siedmiu synów, śmierć najstarszego nie łamie mi serca? Jest pewna, dość spora, różnica miedzy nami, a twoimi królikami.
– Tak! Was nie możemy zabić! – warknął ciemnoskóry, bynajmniej nie wystraszony. – Kolejny pieprzony zabobon! Jakbyśmy was wyrżnęli jeszcze przed Wielką Zagładą Kontynentu, nie byłoby tego całego burdelu! A i mojej Inion nic by nie groziło – zakończył miękko.
Przez chwilę w grocie, prócz oddechów, słyszeli jedynie kapiącą ze stalaktytów wodę. Wreszcie Leat westchnął i ponownie pochylił się nad zwojami.
– Sagart – zwrócił się do kapłana swego rodu, który, jak dotąd, beznamiętnie przysłuchiwał się dyskusji – pytałem, czy nic się nie da zrobić.
– Nie sądziłem, że to pytanie, mój władco – zimno odpowiedział mężczyzna. – Po co zadawałbyś pytanie, na które znasz odpowiedź?
– Sagart?
– Nie można, jak to ująłeś, obejść przepowiedni. Za osiem dni, od jutra, w dniu równym nocy, twój syn i jego córka – wskazał na księcia Dubh – wejdą do Świętej Jaskinii, gdzie ja i kapłan Seanmóirí otworzymy im żyły, by krew szlacheckich rodów uśmierzyła gniew Dia.
Jasnowłosy drgnął. Ciemnoskóry sięgnął po nóż. Wyrwał go zza paska i poderwał dłoń do uderzenia. Naraz uzbrojona ręka opadła. Powstrzymały ją długie, białe palce Leata.
A przecież władcy Faoite nigdy nie dotykali Dubh.
Obaj ojcowie spojrzeli sobie w oczy.
– To się jeszcze zobaczy – spokojnie powiedział Rialóir.
I ruszył do wyjścia z groty.
 
 
Dzieci bawiły się w polowanie.
Dwie dziewczynki ze zmierzwionymi czarnymi włosami, chichocząc, kryły się w wysokiej trawie, a chłopcy udawali, że muszą się natrudzić, by je znaleźć. Przestępowali z nogi na nogę, podskakiwali, kucali, a nawet rzucali się na ziemię, tuż, tuż obok swych „ukrytych” ofiar. Zupełnie, jak ich ojcowie, gdy polowali na zwierzynę. Dziewczynki odsuwały się, czołgając, a ich rozbawione głosy niosły się po ogrodzie. Ciemna skóra skąpo odzianych maluchów mocno kontrastowała z zielenią trawy.
Inion przyglądała się dzieciom z balkonu największego domu w mieście, siedziby ojca, dziada, pradziada… dziesiątek pokoleń książąt Dubh. Rodu, który po śmierci jej ojca zastąpią kuzynowie, by rządzić połową Oileandry. Westchnęła ciężko, wspierając czoło o futrynę.
– Nad czym tak dumasz, dziecinko? – Łagodny głos niani wyrwał ją z rozmyślań. Odwróciła się i, próbując się uśmiechnąć, odpowiedziała:
– Nad niczym, Caomhnóir.
Kobieta podeszła do dziewczyny. Stanęła obok i także spojrzała na bawiące się dzieci. Uśmiechnęła się smutno i położyła drżącą dłoń na ramieniu Inion.
– Pamiętam, gdy ty tak się bawiłaś, córko moja – wyszeptała.
– Ja też to pamiętam – przytaknęła księżniczka. – Jak i to, że z tego okna przyglądał mi się ojciec. Zawsze wiedziałam, kiedy patrzy, a on niezmiennie się uśmiechał.
– Kocha cię i jest z ciebie dumny.
Dziewczyna pokiwała głową. Przez chwilę milczała, nie przestając patrzeć na dziewczęta i chłopców udających polowanie w dworskim ogrodzie.
– Powinien się ożenić – powiedziała wreszcie – żeby nasz ród nie wymarł.
– Inion… – jęknęła cicho opiekunka, obejmując mocno wychowankę.
– Nie płacz, Caomhnóir – szepnęła młodsza Dubh, łagodnie głaszcząc zgarbione plecy niani. –  Takie jest moje przeznaczenie. Od dnia narodzin. Tego uczyła mnie matka, tego ode mnie wymaga lud. Muszę umrzeć. Dla Oileandry.
– Twój ojciec… Serce mu pęknie. Ma tylko ciebie.
Inion westchnęła. Zacisnęła ramiona wokół drżącego ciała opiekunki i zamknęła oczy. Nikomu, nigdy by się do tego nie przyznała. Do swej największej, najgłębszej tajemnicy, której wyznanie równoznaczne było z bluźnierstwem.
Ale Inion… chciała żyć.
 
 
Zebrani wokół ogniska cicho nucili Pieśń Ziemi. Trzecia Królowa prowadziła, wyśpiewując kolejne słowa odwiecznej historii Faoite. Białe, sięgające bioder, włosy kobiety rozwiewał wiatr, tańczący pomiędzy drzewami. Śpiewała wysokim, pięknym głosem, dźwięczącym w leśnych ostępach jak setki brylantowych dzwoneczków. Opowiadała o początkach lasów, o Dia tworzącym najczystsze piękno. O tym, jak najczystsze piękno otrzymało od boga ciało, doskonałe niemal tak, jak sam Stwórca i najpiękniejsze imię – Faoite. Wyśpiewała pierwsze spotkanie Dia z ukochanym stworzeniem, gdy miłosierny pan, dla dobra ukochanego dziecka, przygotował mu prawa i obowiązki, zakazy i nakazy. Gdy dał lasy, pełne zdrowych owoców, pokazał, jak udomowić dzikie stworzenia, których mleko przymnoży sił, a zabronił zabijać i żywić się mięsem innych istot zamieszkujących Oileandrę. Głos królowej unosił się ku niebiosom, potężny i czysty, gdy wychwalała pana Wszechświata.
I naraz zadrżał.
Trzecia Królowa załkała i zamilkła. A lud wraz z nią.
Wiatr szumiał wśród drzew. Gdzieś daleko, pomiędzy krzakami, przebiegła sarna, łamiąc gałęzie. Ogień trawił polana, trzaskając głośno.
Faoite milczeli. Wreszcie pieśń zabrzmiała ponownie.
Druga Królowa wyśpiewała historię grzechu. W ciszy wieczoru żaliła się drzewom, jak to przodkowie żyjących odwrócili się od Dia. Wzgardzili jego szczodrością, zakpili z jego miłości i wynieśli swoje dziecko ponad prawa boga.
A bóg ich pokarał.
Ponownie zapadła cisza. Tym razem jednak nie trwała długo. Zebrani przy ognisku znów zaintonowali. Najpierw szepcząc jak szemrzący strumień.
Błagalna pieśń, żebrząca o przebaczenie, narastała. Śpiewali głośniej i głośniej. Obietnica poprawy, obietnica poświęcenia, obietnica wiary. Z każdym słowem przybywało przysiąg, które lud Faoite składał swemu bogu. Ludzie w zapamiętaniu już nie śpiewali, lecz wykrzykiwali błagania i przyrzeczenia. Wznosili ręce, potrząsali głowami, podrywali się z siedzisk.
Podsycony czyjąś ręką ogień, wzbił się ku niebu, rozjaśniając polanę.
Leat podniósł się i nagle zapadła cisza.
– Za osiem dni nadejdzie dzień równy nocy – zaczął mocnym, donośnym głosem. – Dzień, w którym, ponownie oddamy życie naszego dziecka najwspanialszemu Dia. Jedno życie, za jedno pokolenie. Jedno życie, za grzech. Jedno życie, za miłosierdzie. Niech będzie pochwalony Dia!
– Niech będzie!
– Niech imię jego będzie wieczne!
– Niech będzie!
– Chwała Mhacowi, który zmaże nasze grzechy!
– Chwała!
Wywołany młodzieniec skłonił pokornie głowę. Kiedy jednak ojciec delikatnie dotknął jego ramienia, podniósł się, by cała zgromadzona społeczność mogła dojrzeć Wybrańca Dia.
– Unieś czoło, chłopcze – szepnęła Druga Królowa, jego matka – pokaż dumę swego poświęcenia.
Mhac posłusznie uniósł głowę. W świetle ogniska jego twarz jaśniała radością i szczęściem.
Oto nadchodziła chwila, dla której się urodził.
 
 
Spotkali się na granicy lasów i pól. Na Ziemi Niczyjej. Tak, jak się umówili. Księżyc oświetlił im drogę, a teraz, wraz z milionem gwiazd, odbijał się w oczach obu mężczyzn. W mroku jasna skóra Leata zdawała się lśnić własnym światłem. Stali, w milczeniu obserwując jeden drugiego. Niepewni, niechętni i połączeni mimo woli. Żaden z nich nie chciał mówić pierwszy. Zwłaszcza Rialóir przyglądał się białowłosemu z podejrzliwością. Wiele go kosztowało, by uwierzyć w dobrą wolę pana Faoite i przyjąć jego zaproszenie. W końcu jednak uznał, że nikt przy zdrowych zmysłach nie chce śmierci swego dziecka.
Nawet zimny, blady i niejedzący mięsa wielbiciel drzew.
– Nikt nie może wiedzieć – ciemnoskóry wreszcie przerwał ciszę.
– I nikt nie będzie.
– Żadne z twoich pozostałych dzieci, żadna z żon.
– Wiem, co znaczy nikt – Leat podkreślił spokojnie.
Dubh skinął głową. Zacisnął i rozprostował palce, nie patrząc na rozmówcę.
– Masz jakiś plan, prawda? – zapytał spokojnie białowłosy.
Rialóir uniósł głowę i cmoknął nerwowo.
– Tam, w jaskini, dotknąłeś mnie – powiedział przyglądając się pytającemu. – Czy wasza religia nie zakazuje ci tego?
Faoite uśmiechnął się chłodno.
– To nie zakaz, a jedynie wskazówka. Nie przybyłeś chyba dyskutować ze mną o teologii?
– To ty mnie zaprosiłeś – zaczepnie odparł ciemnoskóry.
– Tak, masz rację – przytaknął mężczyzna. – Nie zamierzasz dopuścić do poświęcenia córki, prawda?
Rialóir roześmiał się lodowato.
– A tobie co do tego? Boisz się, że nie zarżną ci pierworodnego, kiedy Inion ucieknie? I co? Wszechmocny Dia weźmie i nas utopi? Katastrofę jaką ześle? Wytnie, co do jednego? I kto, powiedz ty mi, wielki biały bracie, będzie wielbił tego wspaniałego boga, jeśli wybije sobie wyznawców?
Leat zacisnął usta.
– Przestraszyłem cię, co? – zaśmiał się gorzko Dubh. –  Bluźnierstwo za bluźnierstwem. Nie dla czystych uszu świętego Faoite, no nie? Wiesz, jakoś przestałem wielbić Dia, kiedy zabrał mi żonę. Umierała w straszliwych męczarniach, ale nie narzekała. Wierzyła w dobroć boga, w jego miłosierdzie i w opiekę. Do końca. A gdy gasła, zjedzona przez chorobę, wiesz co mi powiedziała? Strzeż Inion… Tego chciała. To jej przyrzekłem. I to jest moja wiara, Leat. Więc tak, zamierzam nie dopuścić, by moja córka, nie zaznawszy miłości, macierzyństwa i starości, została poświęcona dla jakiegoś mściwego bóstwa, którego istnienia bynajmniej nie jestem pewien.
Białowłosy opuścił głowę. Przez chwilę obaj milczeli.
– Dobrze – szepnął wreszcie Faoite – zróbmy to.
Rialóir cofnął się i zmarszczył brwi.
– Słucham? – zapytał.
– Dwadzieścia lat temu odprowadziłem do Jaskini mego brata. Urodził się chwilę po mnie, lecz to jego wyznaczono na dar dla Dia. – Patrzył prosto w oczy ciemnoskórego. – Mój syn odejdzie razem z twoją córką.
Ponownie zapadła cisza.
Dubh pokiwał głową.
– Niech tak będzie – i wyciągnął rękę do Leata.
Białowłosy zawahał się na moment. Wreszcie jednak uścisnął ciemną dłoń.
 
 
Rialóir patrzył na córkę z dumą, świadomy, że może ostatni raz ją ogląda. Była taka podobna do matki. Piękna, smukła i wysoka jak na swoją rasę. Miała też oczy Chéile, ciemne jak płynny miód z przyleśnych pasiek. Szkoda, że tak rzadko się uśmiechała. Chéile robiła to cały czas… aż do choroby, ale i wtedy bywało, że mimo bólu, w tych miodowych oczach pojawiał się cień radości. Inion nie śmiała się nigdy.
– Jesteś pewien, papo? – zapytała cicho, mocując kołczan na plecach.
– Powiemy, że się modlicie w odosobnieniu, przed wielkim dniem. Pójdziecie wzdłuż Ziemi Niczyjej, ku morzu. Przeczekacie tam. To może potrwać… Damy wam znać, kiedy będziecie mogli wrócić.
Poprawiła kołczan, zarzuciła łuk i nie patrząc ojcu w oczy, wsunęła długi nóż za pasek. Potem przygryzła usta i ponownie cicho spytała:
– A jeśli się mylisz?
Rialóir podszedł do córki i delikatnie zmusił dziewczynę do spojrzenia na niego.
– Nie mylę się – odpowiedział dobitnie.
– A jeśli? I Oileandra zostanie zniszczona przeze mnie? Jeśli Dia…
– Inion – przerwał jej, marszcząc brwi – twoja matka wierzyła w niego, a umarła. Ja w niego nie wierzę, a nie pokarał mnie nagłą i straszliwą śmiercią. Czy zginiesz ty, czy cała wyspa? Dla mnie to to samo, dziecko.
– Ale dla innych…
– Jeśli jest tak okrutny, by zmieść całą wyspę, bo nie dostał waszej krwi, nie potrzebuje powodu, by dokonać rzezi. Nie patrz tak na mnie. Wiem, że to bluźnierstwo.
Opuściła głowę, a ojciec przygarnął ją i objął tak mocno, jakby chciał stopić się w jedno z ukochanym dzieckiem.
– Nie ufam Faoite – szepnął. – Ty też nie możesz. Musisz mi obiecać, że jeśli będzie trzeba… Obiecaj mi, że zrobisz wszystko, by przeżyć.
– Papo…
– Obiecaj!
– Obiecuję, papo.
Przytulił ją jeszcze raz. Gniewnym gestem otarł łzy, a potem odsunął córkę na długość ramion i wciąż ją trzymając, zapatrzył się, zapamiętując każdą krzywiznę twarzy, każdy skręt loków, każdą plamkę tęczówki.
– Chodźmy – rzekł wreszcie. – Pewnie już czekają.
 
 
– Musisz przyprowadzić ją do jaskini.
– Ale, ojcze, czy nie zawarłeś z nim paktu? Nie możesz kłamać, prawo tego zabrania.
– Nie skłamałem. Nie obiecałem mu, że jego córka przeżyje. Nie mówiłem, że popieram jego plan.
– Ale dałeś mu do zrozumienia.
– Nieważne, co pomyślał. Nie byłoby nawet, gdybym skłamał. Wasze życia należą do Dia. Od urodzenia. Poświęcenie was zagwarantuje utrzymanie przymierza ze Wszechmocnym. I tylko to się liczy. Przecież wiesz. Rozumiesz, prawda?
– Oczywiście, że rozumiem, ojcze. Znam swoją powinność względem ludu. Przyprowadzę dziewczynę. Dopilnuję, by się dokonało.
– Jestem z ciebie dumny Mhac. Żaden ojciec, nie mógłby być dumniejszy ze swojego syna.
– Wiem, ojcze.
– Chodźmy zatem. Już czas.
 
Świtało, gdy spotkali się w pół drogi, między ziemiami Dubh i Faoite, na Ziemi Niczyjej. Wysoki, szczupły młodzieniec, o białych włosach splecionych w warkocz, wyglądał jak młodsza kopia ojca. I, jak starszy mężczyzna, nie miał przy sobie żadnej broni. Szedł krok za Leatem, wyprostowany jak struna i z uniesioną głową, taszcząc na plecach mały tobołek. Wydawał się chłodny i obojętny.
Inion przyglądała się mężczyznom zza ojcowskich pleców.
Nigdy dotąd nie widziała białowłosych. Wychowała się w mieście i chociaż, jak każdego Dubh, trenowano ją w umiejętnościach takich jak strzelanie z łuku, władanie bronią, czy podchody, nigdy tego miasta nie opuszczała. Była Wybraną. Nikt nie zaryzykowałby jej bezpieczeństwa. Biali zaś nigdy nie zapuszczali się dalej niż na Ziemię Niczyją. Dziewczęta dworskie opowiadały o nich niestworzone rzeczy. Większość szeptem, z lubieżnym chichotem.
Patrząc teraz na smukłego chłopaka, idącego jej na spotkanie, jakoś nie mogła uwierzyć w historie opisywane przez służbę. Wydawał się taki wyniosły.
Mhac widywał już wcześniej kobiety Dubh. Faoite głęboko ufali Dia. Wierzyli, że ustrzeże swoją własność, a pierworodny ich władcy należał do boga od urodzenia. Dlatego też nie chronili chłopca bardziej, niż pozostałych i pozwalali mu na wszystko, na co pozwalali innym młodzieńcom. Na nocne spotkania z czarnymi kobietami, na Ziemi Niczyjej, również. Tak więc Mhac spotykał już kobiety Dubh, mimo to dziewczyna zrobiła na nim wrażenie. I nie dlatego, że była ładna. Znał wiele ładnych kobiet, ładniejszych od niej. Żadna jednak nie miała tej iskry…
Może to kwestia wspólnego przeznaczenia? Może smutku w miodowych oczach? Może dumy i delikatności bijącej od silnego, zgrabnego ciała? Nie wiedział, dlaczego brakło mu tchu na widok Inion.
Przywitali się skinieniem głów.
– Chłopak jest nieuzbrojony – zauważył Rialóir. – Moja córka ma go osłaniać?
– Nie wolno nam zabijać – odpowiedział chłodno Leat. – Nie mamy oręża.
– A kijki do szałasów siłą woli strugacie?
– Papo! – Łagodnie uspokoiła ojca dziewczyna. – On nie potrzebuje broni. Mamy się ukryć, a nie walczyć.
Mężczyzna zacisnął zęby, ale zamilkł.
Przez chwilę, w absolutnej ciszy, ojcowie przyglądali się swoim dorosłym już dzieciom. Wspominali ich pierwsze kroki, pierwsze uśmiechy, pierwsze słowa. Dwadzieścia lat życia pociech przemykało im przed oczyma, w tym niesłychanie krótkim momencie, który pozostał, nim rozstaną się z córką czy synem, być może już na zawsze.
– Już jasno – przerwał milczenie Leat – powinni iść.
Rialóir skinął głową. Objął córkę, a potem pocałował ją w czoło.
– Pamiętaj, co mi obiecałaś – szepnął ledwie słyszalnie.
– Pamiętam – odpowiedziała, bezskutecznie próbując zapanować nad łzami.
– Żegnaj synu. – Białowłosy uścisnął rękę Mhacowi. Młodzieniec poważnie, z ledwie zauważalnym smutkiem, skinął głową. W przeciwieństwie do towarzyszki, on wiedział, że więcej ojca nie zobaczy.
I był gotowy.
Pierwsze promienie słońca przemykały pomiędzy liśćmi, kiedy dwójka Wybrańców Dia, spojrzawszy ostatni raz na ukochanych rodzicieli, ruszyła na północ.
 
Ziemia Niczyja równie dobrze mogłaby zwać się Ziemią Wszystkich.
Stare zwoje mówiły, że po Wielkiej Zagładzie Kontynentu, kiedy spodobało się Dia pozostawić na Bezkresnych Wodach Oileandrę, bóg podzielił wyspę na dwie równe części: jedną dla Dubh, by mogli budować na niej swe miasta, siać zboża i paść zwierzęta, drugą zaś dla Faoite, by zamieszkali wśród lasów, żyjąc zgodnie z prawami natury. Ziemie Dubh były niekończącymi się polami, z nielicznymi drzewami i strumykami nawadniającymi roślinność. Ziemie Faoite to ciągnące się po horyzont lasy liściaste.
Pomiędzy nimi Dia ustanowił szeroki na kilkaset kroków pas pól, lasów, łąk, drzew, wzniesień, skał i strumyków nienależących do nikogo. I nazwał go Ziemią Niczyją.
Na Ziemi Niczyjej polowali Dubh i tańczyli Faoite, a pary z obu ras organizowały schadzki. Gdy była taka potrzeba – pojawiał się handel wymienny. Zawsze po zmroku, bo chociaż prawo tego nie mówiło, pobyt na wspólnych terenach nie przynosił chluby.
Ziemia Niczyja należała do wszystkich, chociaż nikt na niej nie mieszkał i – za dnia – rzadko ktoś ją odwiedzał. Dlatego, planując ucieczkę córki, Rialóir kazał jej podążać bezpańskim traktem. Wiedział, że tam ma największe szanse nie zostać odnaleziona.
Młodzi wyruszyli spośród łąk. Szli w milczeniu, dwa kroki od siebie, nie spiesząc się. Żadne nie chciało przerwać ciszy. Zamknięci w sobie, ponuro wpatrywali się w lasy, w kierunku których zmierzali. Krok za krokiem oddalali się od domów i bliskich.
Słońce stało już wysoko, gdy dotarli do granic lasu.
Inion zatrzymała się z wahaniem. Pierwszy raz miała wejść w leśne ostępy. Czytała o nich, oglądała na obrazach, słyszała opowiadania o czasach, gdy istniały jeszcze kontynenty, a skupiska drzew nie należały tylko do Faoite, jednak nigdy nie widziała z bliska. Zadarła głowę, patrząc na wierzchołki. Były ogromne. Znacznie wyższe od Świątyni, a to przecież najpotężniejszy budynek w mieście. Nigdy dotąd dziewczyna nie czuła się taka mała, taka… słaba.
Mhac stanął obok towarzyszki, ale w przeciwieństwie do niej nie patrzył na drzewa. Patrzył na nią. Na jej zaskoczoną i zaniepokojoną twarz, na rozszerzone zainteresowaniem oczy.
Wyczuła to i spojrzała na młodzieńca.
– Co? – zapytała niezbyt grzecznie.
– Nie widziałaś jeszcze drzew?
– Widziałam, nie wychowałam się w klatce. Mamy drzewa w ogrodzie.
– Ale nie takie, prawda?
Ponownie przyjrzała się wysokim, potężnym konarom i rozłożystym zielonym koronom.
– Nie, nie takie – odpowiedziała miękko.
– Boisz się? – zapytał równie łagodnie.
Zmarszczyła brwi. Milczała, nie odrywając oczu od liści. Patrzył zdziwiony. Znając charakter Dubh, spodziewał się gwałtownych zaprzeczeń, a nie milczącego zastanowienia.
– A ty? – odpowiedziała wreszcie pytaniem.
– Ja? – zdumiał się. – Przecież mieszkam w lesie od zawsze.
Ze smutkiem zajrzała w bezbarwne tęczówki młodzieńca.
– Nie o las pytam – westchnęła cicho.
Zrozumiał i, tak jak uprzednio dziewczyna, przez chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią.
– Wierzę, że po to przyszedłem na świat. – Uciekł spojrzeniem w głębię pomiędzy drzewami. – Dia dał mi życie, Dia może go zażądać. Jeśli taka jest jego wola, umrę, by następne pokolenie mogło żyć.
– To nie jest odpowiedź na moje pytanie – nie ustępowała.
Wzruszył ramionami.
– Innej nie mogę ci udzielić.
Pokiwała głową.
– Więc i ja nie mogę powiedzieć, czy się boję. Chodźmy.
Potaknął bez słowa i ruszył pierwszy. Dziewczyna obejrzała się.
Na horyzoncie nikły ostanie cienie stolicy Dubh.
A potem poszła za Mhaciem.
Las nie był gęsty. Nie tak, jak ten, w którym mieszkali Faoite, gdzie niektóre konary splatały się jak kochankowie w uścisku. Tu pomiędzy drzewami bywały i trzy kroki odległości. Poruszali się więc bez trudu. Mimo to, dziewczyna często się zatrzymywała. Przyzwyczajona do hałasów miasta, z trudem przywykała do ciszy, a dźwięk każdej łamiącej się w oddali gałązki, śpiewającego ptaka, czy odgłos dzikiego zwierzęcia, sprawiał, że stawała rozglądając się gwałtownie i sięgając po łuk. Młodzieniec uśmiechał się wtedy i tłumaczył jej, co było źródłem hałasu, dodając, że może odłożyć broń. Łagodny ton jego głosu i dobór słów – jakby tłumaczył dziecku – drażnił ją coraz bardziej.
Budził gorącą krew Dubh.
Zaciskała i rozprostowywała więc palce, postępując kilka kroków za Faoite. Wpatrywała się w szerokie, wyprostowane plecy chłopaka i zwierała szczęki, żeby nie wrzasnąć. Gniew sprawił, że przestała reagować na każdy szmer. Nawet tego nie zauważyła, powtarzając w myślach rozliczne, podsłuchane u ojca, inwektywy.
– Hej! – krzyknęła wreszcie. Mhac odwrócił się. Jasne oczy spoczęły na Inion, w dziwny sposób potęgując irytację. – Słońce się obniżyło – warknęła, jakby właśnie ten fakt ją zezłościł. – Może byśmy się zatrzymali? Nie musimy chyba dzisiaj dotrzeć nad morze?
– Do morza mamy kilka dni drogi. Na pewno nie dojdziemy tam dzisiaj – zauważył młodzieniec, nie pojmując ironii. – Dobrze, jeśli chcesz, możemy tu przenocować.
Zdjął z ramienia tobołek i położywszy go na ziemi, usiadł obok.
Poirytowana Inion przyglądała się, jak Faoite wyjmuje z zawiniątka placek i manierkę z wodą. Gorąca krew Dubh jakoś nie chciała wystygnąć.
– Zgłodniałam. Idę zapolować. Potrzebuję świeżego, krwistego mięsa – pokreśliła – a nie jakiejś roślinnej papki. Jak zamierzasz utrzymać się na nogach, jedząc tylko to? – Wskazała z pogardą chleb Mhaca.
Podniósł wzrok.
– Utrzymywałem się przez ostatnie dwadzieścia lat. – Uśmiechnął się łagodnie.
Warknęła wściekle. Rzuciła własny tobołek obok siedzącego mężczyzny, chwyciła w dłoń łuk, odwróciła się i stawiając długie kroki, ruszyła przed siebie.
– Nie zgub się! – krzyknął za nią.
W pierwszej chwili chciała wrzasnąć, że nie jest dzieckiem. Potem jednak uświadomiła sobie, że przecież zachowuje się jak jedno z nich. Gniew opadł równie szybko, jak się rozpalił. Była w lesie, daleko od miasta, biegła polować, chociaż Caomhnóir spakowała jej jedzenie na tydzień i złościła się, bo chłopak, który spędził w takim miejscu całe życie, pouczał ją, czego bać się nie musi. Głupia, głupia Inion – pokręciła głową i zwolniła krok. Gdzieś, za drzewami, trzasnęła gałązka. Ukryty, wśród liści nad jej głową ptak, rozśpiewał się ślicznym, brylantowym głosikiem. Wiatr, muskając korony drzew, szumiał kojąco. Westchnęła głęboko. Naraz poczuła spokój, jakiego nie zaznała od śmierci matki. Spokój i bezpieczeństwo.
Nieważne czy umrze za siedem dni, czy za sto lat. Tu i teraz czuła się wolna.
 
Siedzący pod drzewem białowłosy oparł się o konar i przymknął oczy, przeżuwając wolno. Placek wciąż jeszcze był świeży. Mhac zaciągnął się jego zapachem. Słodkim, nieco korzennym. Westchnął z przyjemnością, połykając kolejny kęs. Dosypywany przez mamkę – specjalnie dla niego – cainéil, rozgryziony, zapłonął na języku i podrażnił gardło. Tak smakował dom. Tak smakowało dzieciństwo. W jego najwcześniejszych wspomnieniach pojawiał się aromat cainéil w podpłomykach. W najwcześniejszych i najpóźniejszych.
Naraz głuchy pomruk, ledwie kilka kroków dalej, wyrwał mężczyznę ze wspomnień.
Uniósł powieki i zamarł.
Ogromna, brunatna bestia przyglądała mu się spomiędzy drzew. Czarne oczy patrzyły na młodzieńca niemal rozumnie, z nieukrywaną wrogością. Fafle zwierzęcia uniosły się, odsłaniając dwa rzędy wielkich białych kłów, a z gardzieli ponownie wyrwało się przerażające warknięcie. Stwór postąpił krok. Chrapy rozdęły się wciągając zapach człowieka, a odgłos, jakby coś rozrywało trzewia stworzenia, spotężniał.
Kolejny krok i Mhac poczuł woń zwierzęcia.
Przerażenie ścisnęło chłopakowi gardło. Chciał się podnieść i uciekać, ale nie mógł, sparaliżowany strachem. Krzyknąć też nie zdołał, bo głos uwiązł mu w gardle.
Bestia uniosła się, stając na tylnych łapach. Rozwarła pysk…
Wrzask Inion wstrząsnął lasem.
Zdezorientowany stwór zamarł na moment. Obaj z młodym Faoite patrzyli zaskoczeni na biegnącą ku nim dziewczynę. Ta zaś zatrzymała się nagle. Błyskawicznie naciągnęła cięciwę trzymanego w dłoniach łuku. Wstrzymała oddech. Wycelowała…
Strzała przecięła powietrze i wbiła się w pierś zwierzęcia. Bestia zawyła. Opadła na cztery łapy i rzuciła się ku strzelającej.
Inion ponownie naciągnęła cięciwę. Odetchnęła głęboko. Wycelowała…
Ostrze śmignęło ku drapieżnikowi. I z potworną siłą wbiło się w oko bestii.
Wycie ucichło w jednej chwili. Stwór zrobił jeszcze dwa susy, a potem łapy się splątały i potężna kula mięśni, futra i zębów upadła kilka kroków od nóg Dubh.
Inion oddychała szybko, a mdłości szarpały jej wnętrznościami. Poszarzała na twarzy długo patrzyła na swoją ofiarę. Powoli opuściła łuk i spojrzała na młodego Faoite.
Mhac spróbował się podnieść, nie odrywając wzroku od martwego zwierzęcia.
Nie myślał teraz o tych wszystkich modlitwach, których uczono go od dziecka, a które należało odmówić nad każdym żywym stworzeniem, odchodzącym do Dia. Nie dumał nad czystością duszy brunatnego kudłacza, czy tym, że jedynie bóg ma prawo dawać i odbierać życie.
Patrzył na lotki strzały wbitej w mózg drapieżnika, drgające w rytm agonalnych konwulsji i myślał, jak blisko była śmierć. Jak bardzo blisko.
I że jednak nie jest na nią gotów.
 
***
 
Nadchodził zmrok, gdy Éasca zapukała do domu kapłanów. Cały dzień męczyła ją świadomość posiadania tajemnicy, której zdradzenie zniszczy jej dobre imię. Nie, żeby miała o co dbać. Większość dziewcząt służebnych w książęcym domu miała fatalną reputację, więc i o niej nie mówiono najlepiej. Zawsze wszak, szeptem za plecami, bo nie było dotąd podstaw, by robić to głośno. Kiedy jednak powie kapłanowi, czeka ją pokuta. Publiczna, na miejskim rynku, na oczach wszystkich, którzy zechcą zobaczyć.
A będzie ich wielu.
Mnóstwo kobiet robiło, to co ona, żadna jednak nie zgłupiała na tyle, by przyznać się duchownemu. Kapłani wciąż uparcie przypominali, że to grzech. Krzyczeli na każdym nabożeństwie, jakby niewiasta Dubh nie mogła zrobić nic gorszego. Cóż, grzech grzechem, a przyjemność, jaką potrafił dać Faoite, nieopisana. Éasca uśmiechnęła się z niejakim żalem. Może się pożegnać z tą rozkoszą. Po pokucie, nigdy już nie zabłądzi na Ziemie Niczyje. Nigdy nie dotknie jej już żaden białowłosy mężczyzna. Westchnęła ciężko i ponownie zapukała do kapłańskich drzwi.
Musiała donieść, co podsłuchała, a Seanmóirí zapewne wypyta dlaczego poszła przed świtem na Ziemie Niczyje. Wszyscy w mieście wiedzą, że to ciekawski konus. Wredny, brzydki i ciekawski konus. Przycisnęła dłoń do ust i rozejrzała się nerwowo.
Obrażanie naczelnego kapłana to herezja. Okłamywanie go zaś w ogóle nie wchodziło w grę. I tak źle zrobiła, że nie przybiegła z samego ranka.
Zapukała niespokojnie trzeci raz.
Drzwi w wielkiej kutej bramie uchyliły się nieco.
– Czego chce? – warknęła służąca arcykapłana, wyściubiając nos.
– Mam informację dla świętego Seanmóirí.
– Święty odpoczywa. – Drzwi zaczęły się zamykać, więc dziewczyna wcisnęła się pomiędzy nie a futrynę.
– To go obudź! – podniosła głos. – Już!
Gospodyni tak była zaskoczona, że ktoś na nią krzyczy i co więcej, że robi to książęca podkuchenna, iż z wrażenia wykonała polecenie.
Stojąc w korytarzu arcykapłana, Éasca kolejny raz pożałowała, że wracając ze schadzki natknęła się na Inion i księcia.
Cholera, mogła iść dalej, zamiast słuchać książęcej rozmowy z Faoite.
 
 
Światełko w kaganku na ofiarnym ołtarzu zadrżało lekko, gdy białowłosy kapłan pochylił się nad zwojem. Czytał go każdego wieczoru, mimo iż znał na pamięć i, rozbudzony z głębokiego snu, mógłby recytować wszystkie siedemset pięćdziesiąt wersów, bez zająknięcia. Słowa boga, spisane przed Wielką Zagładą Kontynentu, przynosiły mu wytchnienie, umacniały wiarę. To dzięki nim mógł z głębokim przekonaniem głosić słowo Dia wśród swego ludu. Zwoje dawały siłę, by za sześć dni mógł bez zawahania otworzyć żyły Mhacowi.
Znał chłopca od urodzenia. Pobłogosławił go w chwili narodzin. Uniósł ku niebiosom – ku Dia – i oddał dziecko we władanie Wszechmocnemu. Przez dwadzieścia lat przygotowywał książęcego syna na ten szczególny dzień w Roku Światła. Modlił się wraz z nim i uczył teologii. Wiedział, że młodzieniec jest gotów.
Tak Faoite rozumieli pisma. Przygotowywali Wybranego, uczyli go. Uważali, że ofiara winna być dobrowolna, że mężczyzna umierając, powinien rozumieć swoje powołanie, powinien być z niego dumny. Cała społeczność winna być z niego dumna.
By nigdy więcej Oileandra nie przeciwstawiła się woli Dia.
– Sagart! – Wysoki, piskliwy głos Seanmóirí przerwał ciszę. Drobny kapłan Dubh wbiegł do jaskini ciężko dysząc. – Sagart!
Białowłosy odwrócił się i spojrzał na mężczyznę ze źle ukrywaną niechęcią.
Czarnoskóry chudzielec z trudem łapał oddech. Najwyraźniej biegł dość długo. Faoite zmarszczył brwi. Znał drugiego z duchownych od wielu lat, a dotychczas nie widział, by ten skalał się zbytecznym wysiłkiem.
– Oni… – jęczał Dubh łapiąc oddech – Oni…!
– Uspokój się – powiedział chłodno Sagart. – Odetchnij i mów.
Seanmóirí pokiwał głową. Przez chwilę milczał, oddychając – jak kazał mu białowłosy. Ciemne, drobne dłonie poruszały się nerwowo, palce rozprostowywały i zaciskały. Szybko.
– Uciekli! Wybrani uciekli! – wykrzyczał wreszcie.
 
***
Obudził się pierwszy. Przez chwilę leżał, patrząc w niebo. Czyste i błękitne, z jedną samotną chmurką. Płynęła, łagodnie popychana podmuchami wiatru. Przyglądał się jej, myśląc, że i on jest jak ten obłok – pozornie wolny, lecz nieuchronnie pchany w wybranym przez innych kierunku. Westchnął i spojrzał na Inion. Spała zawinięta w elegancki koc, dwa kroki od niego. Kręcone czarne włosy, poruszane lekkim, równym oddechem śpiącej, opadały na twarz dziewczyny, częściowo ją zasłaniając.
Naraz zapragnął ich dotknąć.
Pokręcił głową i usiadł.
Od dwóch dni podróżowali przez Ziemię Niczyją. Wyszli już z lasu i nocowali na polanie. Dwa dni. Jeszcze jeden i powinni zawrócić, by zdążyć do Świętej Jaskini na równonoc. Jeden dzień, by dotrzymał słowa danego ojcu.
Inion przekręciła się na plecy, a włosy opadły na legowisko, odsłaniając twarz śpiącej.
Jeśli jutro nie zawrócą, nie zdążą do Świętej Jaskini na czas. I – tak, musiał użyć tych słów – nie umrą.
Westchnął ponownie. Dwa dni temu wiedział, dokąd zmierza i co go czeka. Dwa dni temu był wiernym synem, wiernym wyznawcą. A potem zobaczył dzikie oczy wpatrzone w swoją twarz i ociekające śliną potężne kły.
I co miał teraz zrobić? Dlaczego Dia go nie ochronił? Dlaczego zrobiła to Dubh? Czy powinien pchać dziewczynę w stronę przeznaczenia, skoro ocaliła mu życie?
Zadrżał.
Nie może tak myśleć. To bluźnierstwo!
Wstał, a to obudziło Inion. Uniosła powieki i spojrzała na współtowarzysza.
– Śpij, jeszcze wcześnie – powiedział cicho.
Pokręciła głową i usiadła bez słowa. Przeczesała włosy palcami i skrzywiła się. Była rozczochrana i brudna. Mijał trzeci dzień od ostatniej kąpieli. W tej chwili toaleta stała się jej największym pragnieniem. Wstała i wytrzepawszy koc, zwinęła go szybko, a potem wściekle wcisnęła w tobołek.
– Muszę się wreszcie umyć – warknęła.
Popatrzył zdziwiony.
– Co? – zapytała tym samym, poirytowanym tonem. – Ty się nie brudzisz? Nie potrzebujesz kąpieli? Fakt, tam w waszym lesie, to pewnie trudno o balię z ciepłą wodą i wonne olejki.
Zamrugał.
– A nie możesz – zignorował złośliwość dziewczyny – jak ja, umyć się w jeziorze? Tym, które wczoraj minęliśmy? Woda może i nie jest gorąca, ale pachnie się potem dużo lepiej.
Zmarszczyła brwi wpatrując się w towarzysza. Faktycznie, wczoraj przechodzili obok jeziora. Zastanawiała się nawet, jak wyłowić ryby i czy wszystkie są jadalne… Do głowy jej nie przyszło, żeby się w nim wykąpać. Nigdy nie opuszczała miasta, więc, w przeciwieństwie do Mhaca, dla niej nie było to takie oczywiste.
I – pomyślała krzywiąc się – trochę przerażała ją taka ilość wody.
– Inion?
– Nie umiem pływać – przyznała się niechętnie.
Uśmiechnął się łagodnie.
– Będę w pobliżu, jeśli chcesz, a przy brzegu nie jest głęboko.
Wahała się przez chwilę, a później skinęła głową.
– Chodźmy – powiedziała.
Szybko dotarła do jeziora. Rozebrała się błyskawicznie, ale w głębinę wchodziła powoli. Stąpała uważnie, małymi kroczkami, sprawdzając jak głęboki jest zbiornik. Kiedy tafla sięgnęła jej do bioder, zatrzymała się i kucnęła. Woda była chłodna, ale to nie przeszkadzało Inion. Odetchnęła głęboko. Zmrużyła powieki i poruszyła rękami, tworząc małe fale na powierzchni. Patrzyła na nie spod opuszczonych rzęs.
Naraz roześmiała się. Głośno, radośnie. Trzepnęła dłońmi o taflę jeziora, rozpryskując wokoło wodę i chichocząc przyglądała się coraz większym falom.
Była wolna!
Wstała i pieszcząc koniuszkami palców powierzchnię jeziora, obróciła się dokoła własnej osi. Fontanna wody utworzyła wokół niej koło, a ona, nie przestając się śmiać, zrobiła krok w głąb…
Stopa nie znalazła oparcia. Dziewczyna szarpnęła się. Ręce bezskutecznie szukały ratunku. Inion krzyknęła.
I zaczęła tonąć.
 
Mhac usłyszał krzyk, stojąc za drzewami. Zareagował błyskawicznie. W kilku susach pokonał odległość dzielącą go od brzegu, a potem wskoczył. Pływał od niemowlęcia. Dwoma uderzeniami ramion dopłynął do szamoczącej się pod wodą dziewczyny. Złapał ją w momencie, gdy właśnie przestawała walczyć z jeziorem. Uchwycił opadające ciało i pociągnął ku powierzchni.
Inion nie straciła przytomności, więc wyciągnięta na brzeg, parskała i krztusiła się. Odwrócił ją na bok, żeby pozbyła się wody z płuc i usiadł przy niej. Dziewczyna zwymiotowała, kaszląc. Spróbowała się podnieść, lecz jej się to nie udało, toteż rozpłakała się z bezsilności.
Młodzieniec przysunął się bliżej, a potem delikatnie pomógł topielicy usiąść. Oparła się o niego ciężko, drżąc gwałtownie. Objął ją i zaczął rozcierać ciemną skórę. Położyła głowę na piersi mężczyzny, szlochając głośno.
Słońce ogrzewało dwójkę splecioną w uścisku pośród zieleni traw i odbijało się w nieruchomej tafli jeziora. Pomiędzy gałązkami krzaków porastających brzeg jeziora, perełkowate oczy pulchniutkiego szaraka, przegryzającego trawę i nerwowo poruszającego maleńkim nosem, śledziły każdy ruch ludzi.
– Mhac… – zaczęła dziewczyna szorstkim od łez głosem.
– Obiecałem ojcu wrócić – przerwał jej Faoite. – I przyprowadzić ciebie.
Odsunęła się i spojrzała na niego.
– To dlatego mnie uratowałeś?
– Nie – zaprzeczył. Jasne oczy przyglądały się Inion badawczo. – A ty? Dlaczego mnie ocaliłaś?
– Bo byś zginął. – Wzruszyła ramionami. Wstała powoli i sięgnęła po odzienie. Ubierała się szybko, nie patrząc na chłopaka. – I co teraz? – zapytała, kiedy skończyła.
– Ty też coś obiecałaś swojemu ojcu, prawda?
– Że cię zabiję, jeśli będę musiała – odpowiedziała chłodno i bez zastanowienia. – Kazał mi przeżyć, za wszelką cenę.
Pokiwał głową ze zrozumieniem.
Przez chwilę patrzyli na siebie w całkowitej ciszy.
– Obu ich nie zadowolimy – powiedziała wreszcie Inion.
Przytaknął bez słowa.
– Wymyśliłeś, jak mnie zmusić, jeśli nie zechcę wracać? – zapytała ironicznie.
– Zamierzałem ci tłumaczyć… – odpowiedział cicho, po dłuższym zastanowieniu. – Powołać się na poczucie obowiązku, na wiarę, odpowiedzialność za Oileandrę, za naszych bliskich. Uznałem, że jeśli przypomnę ci, iż nasze życie oznacza zagładę całego świata, to sama zechcesz wracać.
Zmarszczyła brwi.
– Zamierzałeś? Już nie chcesz?
Wzruszył ramionami.
– Nie wiem. Wiele się zmieniło.
Tym razem ona milczącą potaknęła.
– A ty? – zapytał. – Nadal jesteś gotowa mnie zabić, żeby tylko przeżyć?
Uśmiechnęła się ponuro.
– Nigdy nie byłam na to gotowa. – Spojrzała na błękitną taflę jeziora, spokojną i nieruchomą. – Nie wiem nawet, czy jestem gotowa uciec. Może ten drapieżnik i to, że prawie utonęłam to znaki? Może Dia pokazał nam, co się stanie, jeśli nie zawrócimy? Co stanie się z nami i z całym światem. Może tak czy inaczej umrzemy? Jaki sens ma więc ucieczka? I dokąd mamy uciekać? Wszędzie morza, a Oileandra jest skazana. Może lepiej zawrócić i umrzeć z godnością, dając światu kolejne dwadzieścia lat spokoju, a naszym rasom przyszłość? – Popatrzyła na niego, czekając odpowiedzi. Milczał, więc kontynuowała: – A może ojciec ma rację i Dia nie istnieje? Może umrzemy na darmo? Podoba mi się życie, wiesz? Podobają mi się lasy, dzikie zwierzęta, ptaki śpiewające wśród liści. Nawet to jezioro. Podoba mi się złudne poczucie bezpieczeństwa i fakt, że jutro może nie nadejść. Niepewność, tak, niepewność też mi się podoba. – Westchnęła i zamilkła na chwilę. – To trudne, Mhac. Ludzie Dubh nie są tacy wierzący, jak Faoite. Żałuję, że nie mam takiej pewności, jaką masz ty.
Opuścił głowę i przez chwilę zastanawiał się, co powiedzieć. Uznał jednak, że należy się jej taka sama szczerość, jaką ona go obdarzyła.
– Masz rację, Inion, to trudne – powiedział cicho. – Nie mam już pewności, o jakiej myślisz. W domu, kiedy słuchałem rodziców i kapłanów, kiedy czytałem święte zwoje… Tam wszystko było prostsze. Wiedziałem, co mam robić. Teraz już nie wiem.
– Nie będziesz mnie nawracał? – zapytała smutno.
Uśmiechnął się nieco żałośnie i pokręcił głową w milczeniu.
– I co teraz? – powtórzyła odwzajemniając uśmiech.
– Nie wiem.
Zamilkli ponownie.
Gdzieś w oddali rozśpiewał się ptak, po drugiej stronie jeziora smętnie zakumkała żaba, a w krzakach nad brzegiem zaszumiał wiatr, przeganiając przyglądającego się Wybranym szaraka. Dziewczyna uniosła głowę, spojrzała na czyste niebo, na którym nie pozostał już nawet ów mały obłoczek, a potem ponownie na jezioro, na trawy rosnące wokół niego i wreszcie na odległy horyzont kryjący domy obojga Wybranych i Świętą Jaskinię.
– Zostańmy tutaj – szepnęła. – Ten jeden dzień, dobrze? Porozmawiamy, posłuchamy ptaków, szelestów i wiatru. Odpoczniemy. Przez ten jeden dzień nie będziemy pamiętać, dobrze? A jutro podejmiemy decyzję, którego ojca zadowolimy. Zgoda, Mhac? Ten jeden dzień.
Przygryzł wargę. Zastanawiał się przez chwilę, a potem pokiwał głową.
 
***
 
Dubh składali bogu ofiary z dzikich zwierząt, najrzadszych i starannie wybranych. Takie stworzenie niełatwo znaleźć. Trzeba całymi dniami iść jego śladem, by wreszcie złapać. Koniecznie żywe, by zginęło zgodnie z rytuałem. Po to właśnie ciemnoskórzy szkolili tropiciela, a Leantóir był najlepszym z nich. Służył świątyni wiernie, nie z powołania, nie z wiary, lecz dla dostojeństwa i pieniędzy. Zwłaszcza dla pieniędzy. Seanmóirí zaś nie skąpił bogactwa tam, gdzie potrzeba. Za odnalezienie i dostarczenie nietkniętych Wybranych także obiecał krocie. Nawet białowłosy kapłan, patrząc na tropiciela z wyraźnym obrzydzeniem i niechęcią, dorzucił co nieco.
Leantóir uśmiechnął się na to wspomnienie, leżąc pośród traw i obserwując dwójkę uciekinierów. Tak, białowłosy na widok tropiciela niemal wyrzygał zawartość bebechów, o podaniu dłoni nie ma co wspominać. Pieprzony Faoite! – Skrzywił się mężczyzna. – Udaje świętego, ale monetami sypnie, żeby gówniarzy ściągnąć z powrotem. Cholerne drzewoluby! Trza się było ich pozbyć wieki temu, a nie słuchać świątynnych zabobonów.
Zacisnął zęby, ale zaraz się rozchmurzył. Za jego plecami dwóch białowłosych strażników świątynnych i dwóch Dubh grzecznie czekało na jego polecenia. W przeciwieństwie do niego, oni robili to dla przekonań. Dla wiary – zachichotał złośliwie. Cóż, co kto lubi. Grunt, że przyda mu się kilku darmowych pomocników. Sam by sobie z dzieciakami nie poradził. Z chłopakiem i owszem, bez trudu, ale Inion – o, to zupełnie co innego. Widział, jak mała walczy. A kazano mu przecież przywieźć ich nietkniętych.
Słońce chowało się za horyzontem, a piątka mężczyzn wciąż leżała ukryta w trawach, obserwując Wybranych. Nawet jeśli czuli zniecierpliwienie, nie okazywali go. Czekali.
Kiedy nadeszła noc, a głosy zawiniętych w koce i leżących w niewielkiej od siebie odległości młodych rozbrzmiewały coraz rzadziej, by wreszcie ucichnąć, tropiciel podniósł się powoli. Bez słowa skinął na jednego z białowłosych, a ten, też wstając, podał mu buteleczkę z mętnym zielonym płynem. Drugą butelkę Faoite zatrzymał. Obaj wyciągnęli zza pasów niewielkie chusty i wylali na nie zawartość flakoników. Pozostała trójka mężczyzn również się podniosła. Razem podkradli się do śpiących.
Ani Mhac, ani Inion nie obudzili się, gdy przyciśnięto im do ust nasączone środkiem nasennym szmatki. Nawet nie drgnęli, gdy wyciąg z roślin rosnących w lasach Faoite, wraz z oddechem, wniknął w ich organizmy, pogrążając w głębokiej śpiączce.
 
***
– Inion! Inion! – Głos przywoływał ją z daleka. Tonęła w gęstej mazi, która skleiła powieki i nie pozwalała ich podnieść. Szarpnęła się, ale ciało bynajmniej nie chciało jej słuchać. – Inion! Obudź się! – Uparty głos świdrował pod czaszką i nie pozwalał wrócić do błogiej nieświadomości. Z niechęcią wreszcie go posłuchała i powoli otworzyła oczy.
Otaczała ją ciemność. Kilka kroków od niej płonął kaganek, ale był zbyt mały i rozjaśniał jedynie niewielki kawałek okolicy. Postawiono go na olbrzymim prostokątnym głazie, o wyszlifowanej powierzchni, błyszczącej w słabym świetle. Po bokach kamienia wbito sześć pali: dwa przy jednej, dwa przy drugiej dłuższej ścianie i po jednym przy krótszej. W głazie, przy palach na dłuższych bokach, wyżłobiono rowki. Nie widziała gdzie się kończyły, bo światło kaganka nie sięgało tak nisko.
– Gdzie ja jestem? – zapytała i ledwie poznała swój głos, tak był schrypnięty.
– Jesteśmy w Świętej Jaskini. – Wbrew poprzedniemu wrażeniu, teraz wiedziała, że Mhac jest tuż obok. Mówił cicho, a słyszała go doskonale.
Tylko nie widziała.
– Skąd wiesz? – znów zapytała, próbując poskładać myśli. – Skąd wiesz, że to Jaskinia?
– Byłem tu.
– Byłeś w Jaskini?
– A ty nie?
– Nigdy nie wychodziłam z miasta.
Zapadła cisza.
– Mów do mnie, Mhac. Proszę. – Mrok i chłód zaczynały ją przerażać. Zapragnęła zobaczyć chłopaka, a przynajmniej go dotknąć. Napięła mięśnie, ale bezskutecznie. – Dlaczego nie mogę się ruszyć?
– Podali nam saoi bhaird, zioło rosnące w głębi lasu. Usypia i paraliżuje.
– Kto nam podał?
– Ci, którzy nas tu przynieśli. Sami raczej nie przyszliśmy.
– Ale jak nas znaleźli? Zdradziłeś? Zdradziłeś, prawda? – zaczęła wpadać w histerię.
– Nie – odpowiedział spokojnym głosem, a gdy długo milczała, dodał: – Inion, posłuchaj, nie zdradziłem cię. Faoite nie kłamią. Dia nam zabrania. Nie zdradziłem cię. Znaleźli nas i przynieśli do Jaskini, ale ja im nie pomogłem.
Zapadła cisza. Inion patrzyła na oświetlony mdłym płomykiem głaz, jedyny jaśniejszy punkt w pomieszczeniu.
– Co to jest? To, na czym stoi światło? Byłeś tu już wcześniej, więc wiesz co to.
– Inion…
– Powiedz, Mhac.
Westchnął ciężko.
– To ołtarz ofiarny – szepnął. – Położą nas na nim. Zetkniętych głowami. Jedno stopami na wschód, drugie na zachód. Ręce przywiążą nam do czterech pali, nogi skrępują i przysznurują do pali wbitych naprzeciwko siebie. A potem otworzą nam żyły. Krew żłobieniami spłynie do naczyń, mieszając się po drodze, a gdy wazy się napełnią – odejdziemy do Dia.
– Przestań!
– To nie będzie bolesna śmierć, Inion. Dia w swej dobroci…
– Zamknij się! Nie zniosę już więcej na temat dobroci Dia! – krzyknęła dziewczyna, ale przy ostatnim słowie głos jej się załamał i zaczęła płakać. – Powiążą nas jak bydlęta na rzeź – łkała – co w tym dobrego?
– To nie tak, Inion – tłumaczył, ale bez przekonania. – Będziemy związani, bo tak zapisano w zwojach, ale wokół nas będą kapłani. Będą się modlić. Tak Dubh, jak i Faoite. Przez cały czas. Będą płonąć światła, śpiewy…
Roześmiała się gorzko.
– Właśnie tak zarzynamy zwierzęta dla Wszechmocnego. Śpiewy, modlitwy i światła.
Milczeli przez chwilę, wreszcie Mhac powiedział:
– Nie wiedziałem.
– Oczywiście, że nie wiedziałeś, chłopcze – odezwał się naraz wysoki męski głos. Z mroku wyłonił się kapłan Dubh. Podszedł do ołtarza i pogładził go z czułością. – Wasza rasa nie rozumie wagi krwi. Myślicie, że Dia można przebłagać samymi słowami – parsknął. – To potężny bóg, a potęga równa się krew. Całe szczęście my pojęliśmy właściwie jego nauki. Powinniście nam dziękować, wzięliśmy rzeź na siebie. Niestety zwierzęta to za mało i czasami trzeba przypieczętować ofiarę. Wy, moi drodzy, jesteście tą pieczęcią. Wasza śmierć ugruntuje naszą przyszłość, tak jak zwierzęta pozwalają utrzymać teraźniejszość. Modlitwy! Słowa są niczym. Liczy się tylko krew.
– Nie zgadzam się z tobą, Seanmóirí. – Białowłosy kapłan też wszedł do groty. – To my, naszymi modlitwami, jesteśmy w stanie przebłagać najwyższego, by oszczędził Oileandrę. Wasze barbarzyństwo tylko potęguje jego gniew. Nieskończonemu miłosierdziu Dia można przypisać fakt, że utrzymuje przy życiu taką dziką rasę. Gdyby pozbył się was wieki temu i tego – wskazał ołtarz – można byłoby uniknąć.
Czarnoskóry warknął wściekle. Sagart uśmiechnął się z wyższością, a potem spojrzał na Wybranych.
– Przykro mi, Mhac, że musiałem się do tego posunąć – powiedział łagodnie. – Gdybyś miał więcej czasu, pewnie sam doszedłbyś do wniosku, że opór nie ma sensu, prawda? – A że zapytany nie odpowiedział, kontynuował: – Nie liczycie się wy, Seanmóirí czy ja. Ważna jest tylko Oileandra. Prawo nią rządzące. Bóg dał nam zwoje, byśmy żyli i umierali zgodnie z jego wolą. Kazał nam poświęcać dwoje naszych dzieci, by utrzymać pokój miedzy naszymi rasami. Jakkolwiek irracjonalnie to brzmi, moja droga – zareagował na ironiczny dźwięk wydany przez Inion – właśnie po to jest Rok Światła i równonoc. Faoite i Dubh oddają swoje dzieci i to, w przedziwny sposób, łączy nas na następne dwadzieścia lat. Tego dnia nikną różnice w wyznaniach, kolorze skóry, kulturze… wszytko co nas dzieli, odchodzi, a trwa wspólnota smutku i bliskości Dia. Ten jeden dzień, raz na dwadzieścia lat, zapobiega wojnom, które zniszczyłyby wyspę. Dlatego, a nie dla potęgi krwi, musicie umrzeć.
– Mój ojciec… – zaczęła dziewczyna.
– Twój ojciec myśli, że jesteś bezpieczna na Ziemi Niczyjej. Dopiero pojutrze, gdy po dniu równym nocy, oddamy mu twoje ciało, pozna prawdę – przerwał jej Seanmóirí. – Postaraliśmy się, by nie wiedział. W święty dzień tylko waszą krwią powinny spłynąć kamienie Jaskini.
– Uwierzcie mi – dodał Sagart – to nie jest łatwe ani przyjemne. Jest jednak konieczne. Dla dobra Oileandry.
– Może więc to wy powinniście się położyć na tym kamieniu? Dla dobra wyspy! – warknęła dziewczyna. Gorąca krew Dubh z wolna gasiła szloch i rozpalała gniew.
– Zrobiłbym to, gdyby pisma pozwalały – skłonił głowę Sagart. Ledwie widziała jego twarz, ale wiedziała, że mówi prawdę. Ten człowiek rzeczywiście pragnął umrzeć dla swego boga.
Brakło jej słów, by to skomentować.
– Ile zostało nam czasu? – zapytał Mhac.
– Wkrótce świt – odpowiedział Seanmóirí. – Uroczystość rozpoczniemy, gdy słońce będzie w szczycie.
– Pozwólcie nam spędzić ostatnie chwile, jak chcemy. Podajcie nam odtrutkę – cicho poprosił młodzieniec. – I dajcie więcej światła.
– I idźcie w cholerę – przeklęła Inion.
Kapłani spojrzeli na siebie.
Sagart sięgnął za pasek i wyciągnął buteleczkę.
– Dziewczyna musi zostać w takim stanie, w jakim jest. Nie chcemy z nią walczyć. Jeśli jednak dasz słowo, że nie pomożesz jej uciec i sam zostaniesz, pozwolę ci odzyskać władzę w członkach.
– Nie! – krzyknęła Inion.
– Obiecuję – odpowiedział jednocześnie Mhac.
Białowłosy kapłan podszedł do leżącego i napoił go zawartością flakonika.
– Za chwilę czucie wróci – powiedział łagodnie. Delikatnie odsunął włosy z twarzy Wybranego i uśmiechnął się, niemal z czułością. – Spraw, żebyśmy byli z ciebie dumni, Mhac. Wszyscy Faoite. Pamiętaj, że Oileandra jest najważniejsza. – Potem wstał. – Ktoś zaraz przyniesie świece. Nie będziemy wam przeszkadzać w przygotowaniach – dodał, wskazując jednocześnie ciemnoskóremu wyjście. Seanmóirí zastanawiał się przez chwilę, ale posłusznie ruszył za wychodzącym białowłosym kapłanem.
W Jaskini zapadła cisza. Po chwili pojawił się młody kapłan i, starając się nie patrzeć na leżących, zapalił kilka świec, po czym wybiegł na zewnątrz.
Inion milczała, wpatrując się w chyboczące płomyki. Nie próbowała się modlić, bo każde słowo, które teraz skierowałaby do boga, wyłoby wściekłą nienawiścią. Omijała wzrokiem ołtarz, wiedząc, że jeśli nań spojrzy, nie będzie mogła przestać… Nie będzie mogła przestać się torturować i wreszcie oszaleje.
A chciała odejść silna.
Wreszcie ciszę przerwał szelest unoszącego się na posłaniu Faoite. Mhac przysunął się do dziewczyny i objąwszy ją, podniósł, by oprzeć na swojej piersi. Była całkowicie bezwładna, więc, by nie osunęła się z powrotem, podtrzymał ją, otoczywszy ramionami.
– Powinieneś uciec – powiedziała cicho. – Wiem, że obiecałeś, a Faoite nie łamią obietnic…
– Nie dlatego nie mogę uciec – przerwał jej miękko.
Przez chwilę zastanawiała się w ciszy nad jego słowami. Ani czas, ani miejsce, żeby mogła przyjąć je do wiadomości.
– Więc już wiemy, który ojciec będzie zadowolony – szepnęła zmieniając temat.
– Tak mi przykro, Inion.
Chciała skinąć głową, ale ciało wciąż nie należało do niej.
– Mnie również. Powiedz, Mhac, wróciłbyś? Gdyby dali ci wybór, wróciłbyś tutaj?
Westchnął. W ciszy zastanawiał się nad odpowiedzią.
– Myślę, że tak – rzekł wreszcie. – Ale ciebie bym nie zmuszał.
– Dlaczego? Dlaczego byś wrócił? Przecież nie chcesz umierać. Chyba nie chcesz, prawda?
– Nie, Inion, nie chcę. Każdy jednak kiedyś musi umrzeć, a poświęcenie dla dobra ludzkości – nie znam lepszego powodu, by oddać życie.
Parsknęła gniewnie.
– Jakiego dobra? Zarżną nas jak zwierzęta ofiarne. Naprawdę sądzisz, że Dia tego chce? Wierzysz w boga, który jest aż tak okrutny?
Zacisnął zęby.
– Wierzę w boga miłosiernego. Wierzę, że dał takie prawo, żeby uchronić Faoite i Dubh przed wyniszczającymi walkami. Wierzę, że umrę dla Oileandry.
– Jak możesz… – zaczęła.
– Proszę, Inion! – podniósł głos. – Pozwól mi wierzyć w sens. Bo jeśli go nie ma… Jeśli nie ma w tym nadziei, nie ma boga, nie ma miłosierdzia… to, co nas czeka, jest tylko kolejną bezsensowną rzezią. Nie mogę…!
– Przepraszam! – powiedziała pospiesznie, nagle pojmując jego ból. – Mhac, wybacz! Ja… Obejmij mnie, proszę.
– Przecież już to robię – uśmiechnął się smutno.
– Nie tak. Chcę cię widzieć. Chcę na ciebie patrzeć, zanim… Obejmij mnie.
W półmroku, wśród drżących płomyków, młody Faoite spełnił niewypowiedzianą prośbę Dubh.
 
Trzymał ją mocno. Oboje milczeli. Godziny upływały przeraźliwie szybko, a jednocześnie nieznośnie powoli. W ciszy słyszeli dalekie odgłosy kropli spadających ze ścian. Świece się dopalały, odmierzając czas, który im pozostał. Kiedy usłyszeli kroki, Mhac zacisnął ramiona wokół dziewczyny, a ona wciągnęła głęboko powietrze. Obiecali sobie nie płakać, więc nie mogła złamać danego słowa.
Pierwszy wszedł Seanmóirí, trzymając w jednej dłoni płonącą pochodnię, a w drugiej niewielki, lekko zakrzywiony nóż. Za nim kroczył Sagart z podobną żagwią i długim ostrym sztyletem. Następnie dwaj młodzi kapłani – jeden z Dubh, drugi z Faoite. Idąc, śpiewali Pieśń Równonocy.
Weszli do groty. Starsi kapłani



włożyli pochodnie w szpary wyżłobione w skałach. Potem pokłonili się ołtarzowi, odłożyli nań ostrza i cała czwórka zaczęła się modlić.
Wybrani milczeli, a ich serca biły jak oszalałe.
Palce Mhaca zaciskały się na kurtce dziewczyny. Ledwie mógł oddychać.
Kapłani wstali i ruszyli ku leżącym. Dubh sięgnęli po Inion.
Młody Faoite nie zamierzał jej puścić, dlatego zacisnął ramiona wokół ciała dziewczyny. Kapłani szarpnęli i wyrwali ją z objęć mężczyzny.
– Mhac! – krzyknęła Wybrana.
Młodzieniec zerwał się z legowiska. Białowłosi kapłani uchwycili go delikatnie, ale mocno.
– Mhac! – krzyczała Inion niesiona na ołtarz.
– Dla Oileandry – powiedział cicho Sagart.
– Mhaaaac!
Czy sprawiły to słowa Sagarta, czy przerażenie w głosie Inion… dość, że naraz Mhac wyrwał się trzymającym go duchownym i rzucił na pomoc towarzyszce.
Seanmóirí krzyknął. Pchnął dziewczynę w ramiona drugiego ciemnoskórego kapłana, a sam sięgnął po nóż leżący na ołtarzu.
– Zostaw! – Sagart również biegł ku Dubh.
Mhac już dotykał Inion…
Seanmóirí odepchnął go i jednym szybkim cięciem poderżnął dziewczynie gardło.
– Nieeeee! – krzyknął młodzieniec.
Na moment, krótszy niż uderzenie serca, czas się zatrzymał.
A potem ruszył.
Wybrany rzucił się ku ołtarzowi i złapał sztylet. Sagart próbował go powstrzymać. Złapał ramię chłopaka, ale ten wyrwał się i ciął.
Krew buchnęła z tętnicy białowłosego kapłana.
Seanmóirí skoczył ku młodzieńcowi.
Był kapłanem, ale również wyszkolonym wojownikiem Dubh. Zamarkował cios, a gdy młody Faoite się uchylił, wbił nóż w jego brzuch i pociągnął. Mhac krzyknął, ale nie puścił sztyletu. Wyjąc wściekle, zaatakował małego kapłana. I nim ten zdołał się osłonić, wbił ostrze, aż po samą rękojeść, w serce Seanmóirí.
A potem wyrwał je z drgającego ciała i spojrzał na pozostałych duchownych.
Dubh wciąż trzymał umierającą Wybraną. Popatrzył na ociekający krwią sztylet, później w oczy trzymającego broń chłopca… i naraz puścił dziewczynę, rzucając się do ucieczki.
Faoite zrobił to samo.
Mhac opadł na kolana. Ból pozbawiał go sił. Ciemność skradała się błyskawicznie. Przysunął się do Inion i usiadł, opierając swoje osłabione członki o zimne kamienie. Sięgnął po ciało dziewczyny i przesunął je na swoje uda. Zdała mu się naraz tak bardzo, bardzo ciężka. Odsunął posklejane krwią włosy z twarzy zabitej.
Mrok gęstniał.
Mężczyzna oparł głowę o ścianę. Zapatrzył się na oświetlony pochodniami pusty ołtarz.
– Dla Oileandry – wyszeptał.
I zamknął oczy.
 
***
Dia przyglądał się gniewnie Świętej Jaskini.
Nigdy się nie nauczą. Nigdy niczego nie pojmą. Dał im pisma, dał prawa, a oni i tak odczytali je po swojemu.
Co dwadzieścia lat ta sama rzeź.
Zupełnie bez sensu.
Westchnął ciężko.
I strzelił palcami.
***
Burza rozpętała się przed zmierzchem…

 Autor: emelkali
 Data publikacji: 2014-08-07
 Ocena redakcji:   
 Ocena użytkowników:

 Zobacz inne utwory autora »
 Skomentuj »


 KOMENTARZE
Ułóż od najnowszych ↑

 :)
Przeczytałam z dużą przyjemnością,przekaz od bóstwa jaką ofiarę mają mu złożyć znany to temat, szkoda że kapłani za mało kumaci byli i nie odczytali intencji swojego Boga ;) koniec poniekąd zaskakująco smutny bo oczekiwałam że może jednak młodzi jakoś unikną swojego losu ale że bóstwo się fochnie to już nie ;)
Dzięki za nowe opowiadanie :)
Autor: kero Data: 17:40 13.08.14
 NAGRODA MYTHAI 2014
Fajnie napisane, ciekawe opowiadanie fantastyczne (nie fragment), z dobrym, choć może nieco przewidywalnym zakończeniem. Da się znaleźć głębszy przekaz, czyta się dość płynnie i z przyjemnością. Po zakończeniu warto wrócić do pierwszej linijki. Niewiele błędów. Nic dziwnego, że utwór wygrał konkurs Nagrody Mythai 2014.

Posłodziwszy, trochę soli (sól bardziej od dziegciu kojarzy mi się z krytyką... nieważne).

Główny mój zarzut to kwestia pomysłu na opowiadanie. Tak. Mamy dość dobry... ale w sumie tylko jeden. Dobre opowiadanie to 2-3 dobre pomysły. Serio.

Drugie: twoje teksty mają pewną wadę, o której pisałem już w zeszłym roku, a która dotyczy sposobu określania bohatera, z punktu widzenia którego prowadzona jest narracja. Ta uwaga dotyczy bardziej bajek o Sodim, a znacznie mniej tego opowiadania, ale nie będę się już rozdrabniał i napiszę tutaj.

I może napiszę dosadniej, żeby nie było wątpliwości. Określanie bohatera za każdym razem innym mianem to jest BŁĄD. Wiem, że powtórzenia to zło. Ale od tej zasady są wyjątki, i to jest jeden z najważniejszych: Jeżeli określamy kogoś imieniem Sodi, i dla czytelnika jest to Sodi, to należy unikać określania go w inny sposób: "Sodi wszedł. Krasnolud usiadł. De Gra zastanowił się. A potem Tropiciel wstał i wyszedł. 'Zaraz wracam,' powiedział Yudherthardere" Po takim tekście nie wiadomo, czy jest mowa o krasnoludzie Sodim de Gra Yudherthardere, który jest Tropicielem, czy o pięciu różnych osobach. I to nie jest problem CZYTELNIKA, który ma się zapoznać i domyślać. To jest błąd Autora. Pozwól, że zacytuję Orsona Scotta Carda: "Niektórzy amatorzy używają "imion muzycznych" ponieważ boją się, że używanie tego samego imienia raz za razem będzie brzmiało jak powtórzenie [...] Nie rozumieją że powtórzenie jest rzadko problemem związanym z imionami - imiona nie są środkami stylistycznymi, tylko znakami które prowadzą nas przez opowieść, mówiąc kto robi co. W tych rzadkich sytuacjach, kiedy powtórzenie imienia brzmiałoby niezręcznie, mamy rozwiązanie: zaimek". Dodam, że w języku polskim, oprócz zaimka, mamy jeszcze formy osobowe czasowników.

Skoro już się tak rozpisałem, i z charakterystycznym dla mnie lenistwem klepię wszystko pod tym niewinnym tekstem, zauważę że w niektórych historiach o Sodim pojawia się jeszcze jeden problem, a mianowicie trochę za bardzo połknięte końcówki. Mam na myśli na przykład "Mroczny Okruch" albo "Lustereczko". Finał, który powinien być kulminacją opowiadania, sprawia wrażenie nieproporcjonalnie krótkiego: pojedynczy fajerwerk i... pst, iskierka zgasła. Jakby za mało.

Mam nadzieję, że powyższa krytyka nie będzie odebrana jako "daj sobie spokój, jesteś beznadziejna." Przeciwnie, nie trwoniłbym czasu na rozpisywanie się, gdybym nie sądził, że warto. Tworzysz fajne postacie, nie boisz się efektownych scen - naprawdę, brakuje tego wielu pisarzom. Pisz więcej!
Autor: Whitefire Data: 16:33 9.02.15
 Ach, jeszcze jedno.
Byłoby miło, gdybyś na swojej stronie profilowej, http://www.mythai.info/user/1483.htm ułożyła opowiadania 'krasnoludzkie' w takiej kolejności, w jakiej najlepiej je czytać. Dzięki.
Autor: Whitefire Data: 18:34 9.02.15


« Powrót



Nasi użytkownicy napisali 76865 wiadomości na forum oraz dodali 442 publikacji.
Zapisało się nas już 1908

Ostatnio do paczki dołączył Limak777

 
Po stronie kręci się 1 osób: 0 zarejestrowany, 0 ukrytych, 1 gości.
 


       Dział Literatury:

   •   Recenzje Fantastyki
   •   Autorzy Fantastyki
   •   Artykuły
   •   Poczytaj fantasy
   •   Poczytaj SF
   •   Poczytaj różne
   •   Cała proza
   •   Poezja
   •   Fan fiction
   •   Publikuj własne dzieło »

Myśl

Nie słowa, lecz moc serca i myśli czyni nas wymownymi.

  - Joost Lips
  
Strona główna | Mapa serwisu | Wersja tekstowa | O stronie | Podziękowania
Sponsoruj mythai.info | Informacje o prawach autorskich | Kontakt

© 2004 - 2016 Mariusz Moryl

Ten serwis wykorzystuje pliki cookie w celu ułatwienia identyfikacji użytkownika.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia.
 
zamknij
Masz nowych listów.