Użytkownik: Hasło: Rejestracja
 Prawdziwy skarb

            Dawno temu ziemia była jeszcze młoda i lasy w całości ją porastały, ustępując miejsca tylko górom i oceanom. Było to w czasach, kiedy ludzie pojawili się już na świecie, ale większość ras żyła z sobą w pokoju. W takim środowisku, w potężnej puszczy u podnóża szarych szczytów, panowało plemię Elfów, zakochanych w kwiatach i młodych pędach. Spędzali dnie na pielęgnowaniu roślin, pilnując, by nic nie zakłócało ich rozwoju. Spokój i cisza wypełniała im czas, kiedy układali wiersze i pieśni, wypełniając puszczę słodko brzmiącym, nigdy nie milknącym śpiewem. Elf Anef przodował w tych śpiewach, całą duszę swoją wkładając w zwrotki. Lubił siadywać nad strumieniem, przecinającym las w połowie i zanosić się śpiewem jak młody drozd. Towarzysze zabaw lubili mu to wytykać, także i dziś do strumienia zbliżył się ktoś, pochylając nad śpiewakiem.

 - Wiedziałem, że to ty – Przerwał śpiew Anef, wznosząc błękitne oczy na przyjaciela. – Tylko ty, mój drogi Sirocco, przynosisz z sobą zapach wiatru.

Sirocco uśmiechnął się, siadając przy nim nad wodą. Zebrał z ramion długie, brązowe warkocze, by nie sięgnęły tafli i nie zmąciły jej niepotrzebnie.

 - Tylko ty zaś, mój Anefie, przyciągasz mnie do siebie swoją pieśnią.

Śpiewak zaśmiał się cicho, przesuwając dłonią po miękkiej trawie między nimi.

 - Zawsze tak było, Sirocco…

 - I zawsze będzie.

Sirocco przysiadł się bliżej, aż dotknęli się ramionami. Anef westchnął i położył głowę na jego ramieniu.

 - Ale nie przyszedłem tylko po to, żeby utwierdzić cię w tej wiedzy – Sirocco sięgnął do kieszeni zielonego kaftana. – Wiem, jak bardzo lubisz błyski na wodzie. Podejrzewam, że w to złapiesz więcej błysków.

Na otwartej ręce Anefa znalazł się mały, czerwony kamień. Elf uniósł brwi.

 - Przyniosłeś mi kamień, mój drogi?

 - To nie jest zwykły kamień.

Sirocco ujął rękę przyjaciela, ucałował łagodnie każdy z jego palców i podniósł ją całą, z kamieniem, pod światło. Promienie słoneczne przebiły powierzchnię klejnotu, zagrały w niej, wydobywając całą czerwień na wierzch, jakby w jego wnętrzu zapłonął ogień. Anef wciągnął powietrze ze świstem zachwytu.

 - Jest przepiękny! – Anef przycisnął klejnot do serca. – Dziękuję ci, Sirocco! Gdzie go znalazłeś?

 - Dostałem od sroki – Sirocco ubawił się setnie szerokim uśmiechem na twarzy przyjaciela. – Zmieniłem bieg południowego wiatru, żeby mogła odlecieć w spokoju.

 - Niemożliwe – Anef nie odrywał wzroku od czerwonych iskierek. – Sroka nigdy nie oddałaby takiego skarbu…Ukradłeś go?

 - Nie do końca. Wziąłem, co wypadło z gniazda.

Obaj pochylili się nad kamieniem.

 - Jak myślisz, co to takiego?

Anef delikatnie przesunął kamyczek na środek dłoni.

 - Przepięknie błyszczy…nigdy wcześniej nie widziałem czegoś równie pięknego. Nawet w najczystszym strumieniu kamienie nie są tak przejrzyste…

- Pytałem wiatrów i powiedziały mi, że znają miejsce, gdzie znajduje się dużo więcej takich kamieni. – Powiedział nieopatrznie Sirocco. Anef zwrócił na niego roziskrzone spojrzenie.

 - Zaprowadź mnie tam!

Sirocco zawahał się. Sekundę później białowłosy Elf zawisł mu na szyi, prosząc i błagając, by przyjaciel wyjawił mu prawdę.

 - Proszę cię, Sirocco, proszę cię bardzo, zaprowadź mnie tam! Chcę je zobaczyć, je wszystkie!

 - Mój kochany Anefie, nie wiem, czy to dobry pomysł – Sirocco potarł policzkiem szyję przyjaciela. – Wiatr północny przenika wszystko, powiedział mi, że u podnóża Szarej Góry znajduje się dużo więcej takich kamieni. Ale to zbyt niebezpieczne.

 - Dlaczego? – Anef przygryzł wargi, starając się ukryć rozczarowanie. – Jak możesz mnie tak kusić? Przynosisz mi zaledwie odłamek piękna, położenie całego skarbu zachowując dla siebie!
Rozkrzyczały się ptaki w koronach drzew nad nimi, czerwone błyski osiadły na powierzchni strumienia, płosząc ryby i owady. Elf o jasnych włosach rozejrzał się, zaniepokojony tym hałasem i puścił przyjaciela.

 - Nawet wzmianka o tym straszy stworzenia tego lasu – Zauważył Sirocco, zamykając oczy. Zaszeleściły liście i źdźbła traw wokół nich, naruszyła się tafla strumienia. – Mój kochany, weź ten kamień i nie mówmy już o tym. Po prostu ciesz się z prezentu.

 

Wraz z czerwonym łapaczem słonecznych promieni, do życia i serca elfiego śpiewaka wkradł się niepokój. Pojawiło się dziwne uczucie, jakiego żaden Elf z puszczy wcześniej nie zaznał, uczucie tęsknoty za czymś nowym, dotąd nie poznanym. Anef przestał cieszyć się słońcem w pogodne dni, błyskami deszczu w świetle księżyca. Jedyny przedmiot z jakim utrzymywał kontakt wzrokowy, był tajemniczy, czerwony kamień, który płonął od środka za każdym razem, kiedy przebijało go światło. Mało kto jednak zauważył te zmiany, gdyż młody Elf nie przestał śpiewać, jednak w barwie jego głosu pojawiły się nuty melancholii. Jedynie Sirocco dostrzegał, że jego przyjaciel dużo częściej wzdycha przy posiłkach i dłużej niż zwykle trzyma dłoń w kieszeni. Od tamtego podarunku nie mówili już o skarbie skrywanym przez góry, ale Sirocco domyślał się, co gryzie młodego Elfa.  Kilka dni później, zapędzony gonitwą za wichrami ze wschodu, Sirocco wyszedł z lasu u podnóża Szarej Góry i zaskoczył go widok najlepszego przyjaciela, wspinającego się po wielkich głazach ze zręcznością kozicy. Sirocco nigdy przedtem nie widział śpiewaka tak daleko od domu.

 - Anefie, co ty tutaj robisz? – Zawołał za przyjacielem, przykładając ręce do ust, by wiatry zaniosły jego wołanie dalej. Anef zatrzymał się i obejrzał za siebie, kiedy wiatr przesłonił mu oczy białymi kosmykami.

 - Wiedziałem, że to ty, mój drogi Sirocco! Zapach wiatru się nie zmienia!

 - Za to ty się zmieniasz – Zauważył Sirocco, równając się z nim. – Co cię tutaj sprowadziło? Nigdy wcześniej nie opuściłeś cienia drzew.

 - Szukałem słonecznych promieni i zaprowadziły mnie tutaj – Powiedział szybko Anef. Sirocco nie musiał patrzeć w niebo, żeby wiedzieć, że to nieprawda.

 - Mój drogi przyjacielu… - Zaczął, ale Anef nie czekał, wrócił do wspinaczki, znikając mu z oczu. Sirocco musiał uczepić się zbłąkanego wiatru, który poniósł go wyżej, ponad stosy nagich kamieni. Pomiędzy nimi, przy gładkiej ścianie góry dostrzegł elfią sylwetkę, znikającą w ciemnościach skalnej szczeliny.

 - Anefie, stój, nie wchodź tam! – Krzyknął Elf, ale było już za późno. Jego przyjaciel zawahał się tylko przez moment, po czym wszedł do wnętrza góry i skryła go ciemność. Za chwilę przerażonego Sirocco dobiegł wysoki, melodyjny okrzyk. Okrzyk zachwytu.

 - Ile tutaj piękna! – Krzyczał Anef, a chłodny, wilgotny powiew doniósł jego słowa do uszu przyjaciela. – Ile błyszczących kamieni! A te kolory! Sirocco, mój kochany, musisz to zobaczyć!

Sirocco słyszał echo kroków przyjaciela, który zagłębiał się dalej w ciemne wnętrze Szarej Góry, nie śmiał jednak nawet zbliżyć się do szczeliny. Zapach mokrych kamieni, tak niezwykły i inny od świeżej woni strumienia, napełnił trwogą młodego Elfa, który wezwał na pomoc potężniejsze wiatry i wzniósł się, jak na skrzydłach, ponad skąpą trawę. Jeśli liczył na to, że z góry zauważy białą głowę Anefa, pomylił się. Kopuła góry była całkowicie zamknięta, nawet z bliska nie widział żadnych dziur, przez które mogłoby przebić się światło. Z góry zawołał przyjaciela po imieniu raz, potem znowu. Do końca dnia krążył wokół Szarej Góry i czekał na powrót elfiego śpiewaka. Kiedy zaszło słońce, a Anef nie pokazał się u wylotu jaskini, Sirocco popędził do serca lasu.

 

Zniknięcie Anefa wstrząsnęło całą puszczą. Elfy nie potrafiły pojąć, co skłoniło ich pobratymca do opuszczenia życiodajnych drzew i powędrowania w pustkę. Król Elfów długo chodził w tę i z powrotem po polanie, gdzie zebrało się całe plemię i myślał. Był najstarszy i najmądrzejszy spośród wszystkich Elfów, a mimo to nie przestawał skubać brody i marszczyć brwi. Sirocco nie był w stanie na tak długo wstrzymać oddechu.

 - Nie więzimy naszych braci pośród tych drzew i krzewów… - Przemówił w końcu. Sirocco poderwał głowę, ucichły wszelkie rozmowy za jego plecami. Oczy zgromadzonych Elfów spoczęły na wysokiej postaci Króla, spowitej w szaty koloru dębowej kory.

 - A góry nie potrzebują naszej opieki. Anef podjął decyzję, by odejść….

 - Został zmanipulowany! – Nie wytrzymał Sirocco. – Wasza wysokość, proszę, nie rezygnujmy z niego! Jego głos dodawał nam wszystkim otuchy, wypełniał całą puszczę, był jej sercem!

 - Anef przestał śpiewać, Sirocco – Przerwał mu Król. Młody Elf zamrugał.

 - Jak to? Przecież…widziałem, on kochał śpiew, słyszałem jego głos!

 - To nie był głos lasu. Anef nie naśladował śpiewu ptaków, szmeru deszczu w liściach. Jego ostatnia piosenka opiewała piękno kamieni, sztucznego załamywania światła. – Tłumaczył łagodnie Król. – Ani drzewa, ani wiatry nie znają tej melodii.

Sirocco otwierał i zamykał usta, był w szoku.

 - Ale przecież…

 - Anef poznał smak tęsknoty za nowym. Poczuł chciwość, chęć posiadania na własność.

 - To moja wina – Sirocco zwiesił smętnie głowę. – To ja przyniosłem mu kamień z Szarej Góry. To ja obudziłem w nim to dziwne pragnienie.

 - Nic nie możemy zrobić – Powiedział Król, rozkładając ręce. – Jeśli Anef sam nie zdecyduje się wrócić, nie możemy pójść za nim. Góry nie są wrogami lasu, ale pilnie strzegą swoich tajemnic.

 - Tak, wasza wysokość. – Sirocco nie mógł powiedzieć nic innego. Spotkanie dobiegło końca, Elfy, chcąc nie chcąc, rozeszły się do swoich spraw, mniej lub bardziej przybici całą sprawą. Nikt jednak nie był bardziej nieszczęśliwy od młodego Elfa, z którym pozostał tylko wiatr.

 - Nie pozwolę na to – Szepnął Sirocco do podmuchów z południa, które pieszczotliwie owinęły się wokół jego ramienia. – Anef nie pójdzie w zapomnienie. Sprowadzę go z powrotem!

Po tych słowach wskoczył na wiatr jak na wierzchowca i pognał w stronę Szarej Góry.

 

Od tamtego dnia, życie Sirocco diametralnie się zmieniło. Zaniechał gonitw po puszczy i pilnowania liści na drzewach, zostawił strumień i łąki kwiatowe. Poświęcił to wszystko, by dzień w dzień oblatywać dokoła kamienny szczyt i wypatrywać jasnej głowy w promieniach słońca. Dzień po dniu krążył tuż nad skałami, wołając, nasłuchując odpowiedzi, piosenki, jakiegokolwiek dźwięku. Drgał na każdy trzask odpadającego łupku, zaglądał w każde pęknięcie, ale bez skutku. W chwilach zwątpienia przysiadał na zimnych skałach, bez względu na pogodę i wyciągał flecik, wystrugany z białego drewna. I wygrywał melodie wielkiej puszczy, te, do których Anef układał słowa i inne, które sam wymyślał na poczekaniu. Mijały miesiące, potem lata, wichry hulały po puszczy praktycznie bez opieki, wichrząc Elfom włosy i podrzucając w locie ptaki. Nieliczne podmuchy trzymały się blisko Sirocco, by unosić go ponad korony drzew, ku szczytowi góry, w niekończącym się obchodzie. Młody Elf przestał liczyć dni, więc nie mógł wiedzieć, iż dokładnie pięć lat od zniknięcia Anefa, jego muzykowanie przerwał nagle znajomy dźwięk. Sirocco przestał grać i nadstawił uszu. Pomyślał, że to wiatr i już miał grać dalej, kiedy dźwięk powtórzył się. I był na tyle wyraźny, że Sirocco wypuścił z rąk flet.

 - Anef! – Wykrzyknął, podlatując bliżej do wąskiego pęknięcia w skale. – Anefie, czy to ty? Powiedz coś, mój drogi!

Odpowiedziała mu cisza. A potem rozległ się śpiew, który opiekun wichrów tak doskonale pamiętał. Śpiew brzmiał bardzo cicho, jakby z głębi trzewi górskiego grzbietu, Jakby góra połknęła biednego Anefa i nadal go trawiła. Sirocco przypadł do skały, przysuwając oczy do rysy, ale w środku widział tylko ciemność.

 - Anefie, mój drogi przyjacielu, gdzie jesteś?! Słyszysz mnie?

Śpiew umilkł. Sirocco przytknął ucho do kamieni, żeby lepiej słyszeć.

 - Anefie?

Wówczas odpowiedziało mu wołanie, tak nikłe, że z ledwością do niego doleciało. Sirocco w lot zrozumiał wszystko.

 - Nic się nie martw, mój przyjacielu, nic się nie martw! – Zawołał w szczelinę najgłośniej jak potrafił. Wnętrze jaskini podbiło jego krzyk potężnym echem. – Podążaj, proszę, za moją muzyką! I śpiewaj! Nie milknij nawet na chwilę!

Nie był pewien, czy głos, który mu odpowiedział, należał do elfiego śpiewaka, czy to wnętrze góry pokrzywiało mu się echem, dość, że zebrawszy się w sobie, Sirocco odepchnął się od skał i sięgnął szybko po swój flecik. Prawie wypadł mu z rąk, był tak podekscytowany. Uratuje przyjaciela i znów będą wspólnie układać piosenki o wielkiej puszczy! Wzleciał ponad szczelinę, z której usłyszał śpiew i zaczął grać, tak głośno, jak jeszcze nigdy przedtem. Unosił się chwilę przy tym miejscu, po czym, wciąż grając, podsunął się wyżej, uważnie obserwując teren. Szukał kolejnych rozpadlin, skąd lepiej słyszałby głos przyjaciela. A ten stawał się z każdą chwilą coraz wyraźniejszy. Czyli Anef był w stanie podążać za jego muzyką! Serce Sirocco wypełniło się nadzieją. Podleciał do jednej z większych rozpadlin, gdzie wnętrze jaskini rozświetlały choć odrobinę słoneczne promienie i grał tam, ile miał sił w płucach. Śpiew robił się coraz wyraźniejszy, ale jednocześnie Sirocco słyszał coraz więcej fałszywych nut, przebijających w piosence. Głos Anefa wydawał się zmęczony, chrypliwy i tak niewymownie smutny. Sirocco z duszą na ramieniu poczekał, aż śpiew stanie się na tyle wyraźny, że słyszał pojedyncze słowa. Słoneczną plamę we wnętrzu jaskini przysłonił czyjś cień.

 - Anefie? – Sirocco zajrzał do środka przez wyrwę. Cień cofnął się.

 - Wybacz mi, Sirocco… - Usłyszał zachrypnięty głos z ciemności. – Nie powinienem był wchodzić głębiej…

 - To nic – Odpowiedział łagodnie Sirocco. – To wszystko nieważne. Wyciągnę cię stąd.

 - Chodziłem i szukałem…. – Mówił Anef śmiertelnie zmęczonym głosem. – Kamienie błyszczały na mnie z każdej ściany…Nie mogłem znaleźć wyjścia. Nie mogłem…

 - Wszystko będzie dobrze – Uspokajał go przyjaciel. – Wyprowadzę cię stąd. Znów wyjdziesz na powietrze, znów poczujesz słońce na twarzy…!

 - Ja nie mogę…! – Jęknął Anef spod skał. – Nie dam rady, Sirocco! Te kolorowe światła…Góra wiedziała, co robi. Zwabiła mnie głęboko, daleko od światła słonecznego. Korytarz za mną zawalił się. Nie trafię na zewnątrz!

Sirocco nie chciał się poddać.

 - Wyprowadzę cię górą! – Zawołał z pasją. – Znajdę dla ciebie wyjście! Góra ma wiele wejść, wiele rozpadlisk! Zawiadomię ptaki, pomogą nam!

 - Nie wiem….Sam nie wiem…. – Głos Anefa słabł, przechodząc w szept. – Te kamienie…One są tak piękne, Sirocco…powinieneś je zobaczyć….

 - Już dobrze, już wszystko dobrze, Anefie – Przerwał mu Sirocco. Obawiał się, że góra nie przestała kusić jego przyjaciela. Musiał działać szybko. – Podążaj za moim fletem. Poprowadzę cię do wyjścia, zobaczysz!

Anef już nie odpowiedział. Sirocco mocniej ujął flet i nabrał powietrza, rozglądając się. Dojrzał kolejną wyrwę w skale nieco powyżej obecnego miejsca. Zaczął grać, wolno odlatując od dziury. Chciał, żeby Anef był w stanie za nim podążyć. Kiedy usłyszał słaby, zachrypnięty śpiew, odleciał szybciej. Nie miał wiele czasu.

 

Sirocco już nigdy więcej nie pojawił się w puszczy. Król Elfów, na pytania o młodego grajka, tylko wzdychał i potrząsał głową. Minął rok, potem następny, potem jeszcze jeden. Życie w puszczy nie zmieniło się, Elfy nie zapomniały o dwóch spośród ich braci, ale też nie wspominały ich zbyt często. Skupione w sercu lasu, nie wiedziały, jaka walka toczy się na Szarej Górze. Sirocco nie odpuścił nawet na chwilę. Przez lata wygrywał na flecie różne melodie i nasłuchiwał śpiewu przyjaciela. Prowadził go od szczeliny, do szczeliny, nasłuchiwał, wołał. Anef śpiewał coraz słabiej, jakby brakowało mu powietrza, często przerywał chrapliwym kaszlem i milknął. Podążał jednak za dźwiękami fletu, powoli, lecz uparcie. Wiele wyjść okazało się być od dawna nieczynnych, ptaki, oblatujące Szarą Górę wskazywały na miejsca, przez które same były w stanie się przecisnąć. Za każdym razem Sirocco zaciskał zęby i zapewniał przyjaciela, że znajdą inne wyjście. I znajdowali. Kolejne rozpadliska, kolejne gruzy, kolejne dziury między kamieniami, przez które wciskał się do wnętrza wiatr. Wezwany przez swojego pana, pozostawił puszczę w spokoju, wzbijając kurz ze skał w spiralne wzory. Dla Sirocco czas przestał istnieć, liczyło się tylko wydostanie Anefa z głębi góry. Młody Elf zapomniał, że istnieje cokolwiek poza Szarą Górą i obserwował jedynie poszarpane kamienie, przechodzące z kolejnych odcieni szarości do bieli, kiedy oblatywał ją w stronę szczytu. Tego dnia żył kolejną nadzieją – sroka powiedziała mu, że na samym szczycie znajduje się potężna wyrwa, przez którą i olbrzym by się przecisnął. Pracował z Anefem przez wiele dni, by dotrzeć na sam szczyt, a dziś byli już tak blisko! Niestety przyjaciel nie czuł się najlepiej. Często przystawał, przerywał i tak fałszujący śpiew rzężącym kaszlem i ze świstem łapał powietrze. Sirocco cierpiał od samego słuchania, ale był twardy.

 - Nie możesz się teraz poddać – Przekonywał, kiedy Anefowi znów zabrakło sił. – Jeszcze kilka kroków…

Podejście do rzeczywiście sporej wyrwy zajęło elfiemu śpiewakowi dwa miesiące. Do końca Sirocco grał na swoim flecie, powtarzając bez końca te same melodie, do znudzenia i zesztywnienia palców. Sam tracił oddech i często prosił wiatr, by ten użyczał mu powietrza, ale wiatr nie potrafił grać skomplikowanych utworów i Anef szybko się zniechęcał. Sirocco musiał wtedy znów przejmować flet i mimo mrozu wysokości, zachęcać przyjaciela do podjęcia dalszej wędrówki. Wraz z zachodem słońca, które kładło się na śniegu ognistymi pasami, dotarli do szczytu. Sirocco nie zwracał już żadnej uwagi na zimno, przykucnął nad wyrwą, przez którą jego przyjaciel mógł spokojnie przejść. Poczuł przypływ szczęścia, kiedy usłyszał echo powolnych kroków.

 - Anefie, to już tu! – Zawołał, ale ledwo usłyszał własny głos. Kaszlnął. Mroźne powietrze nie pomagało oddychać. Sirocco uspokoił wiatr. – Wyjdź, proszę!
Kiedy zobaczył zbliżający się cień, nie posiadał się z radości, nie mógł się doczekać ujrzenia przyjaciela. Ale gdy Anef wszedł w plamę słońca, nie wyglądał jak on sam. Serce Sirocco ścisnęło się z bólu. Głowa młodego śpiewaka nadal była biała, ale włosy zmatowiały, powypadały, odsłaniając trupio bladą skórę. Anef zgarbił się od wędrowania ciasnymi korytarzami, podkulał wykręcone dłonie pod brzuch, jak wystraszony gryzoń. Wychudł, skóra wisiała na nim luźno, rozlewając rysy twarzy, a oczy…Oczy śpiewaka sprawiły, że Sirocco nie wytrzymał, odwrócił głowę. Były wielkie, prawie na połowę twarzy, wypukłe, jakby pozbawione powiek. Źrenice prawie całkiem wyblakły, niebieski kolor tęczówek przygasł i wydawał się spłowiały. Anef spuścił głowę, wargi mu się trzęsły.

 - Tak mnie razi… - Z ledwością wyszeptał. – Czy to słońce?...

Sirocco ze wszystkich sił starał się nie płakać.

 - Tak, mój drogi przyjacielu…Pamiętasz je jeszcze?

 - Jest ciepłe – Anef zamknął oczy, osłaniając je pergaminowo cienkimi powiekami. – Zapomniałem….zapomniałem jak bardzo jest ciepłe…

 - Anefie… - Sirocco nie wierzył w to, co widzi. – Anefie, proszę…Co się stało?
Elf w jaskini wstrząsnął się z zimna i jeszcze bardziej skulił. Zamrugał szybko, spłoszony.

 - Nie wiem. Nie wiem, mój drogi… - Kaszlnął, rozcierając gardło zniekształconymi palcami. – Jedyne światło, jakie widziałem to był blask tych kamieni…Ach, co to był za widok! Najpiękniejszy jaki widziałem! Nie mogłem, nie mogłem oderwać od nich wzroku!

Anef, a raczej to, w co się zmienił, podniosło na Sirocco wielkie wyblakłe oczy. Opiekun wiatru nie mógł zdobyć się na to, by powiedzieć przyjacielowi, że jest ślepy.

 - A teraz nie wiem…Chyba słońce jest zbyt wyraźne… - Mamrotał Anef, cofając się pod kamienie.

 - Chodź ze mną – Podjął decyzję Sirocco. – Chodź ze mną! Zaprowadzę cię do Króla, on na pewno będzie wiedział, jak ci pomóc!

Anef milczał, skubiąc palce. Oglądał się za siebie, jakby ktoś go w głębi oczekiwał. Sirocco wstrzymał oddech.

 - Anefie?...

 - Nie mogę – Wykrztusił Anef. – Nie mogę tego zostawić! Gdybyś tylko widział to, co ja!

 - Anefie!

 - Nie mogę! – Z bladych oczu trysnęły łzy, zniszczony Elf zakrył twarz zdeformowanymi rękami. – Nie mogę tego zostawić! Nie widzę cię w tym blasku, mój drogi, ale wiem, że nie dam rady wrócić do lasu! Nie wyglądam tak, jak wcześniej…

 - To nic…

 - Światło w większej ilości robi mi krzywdę…!

 - Przecież to minie…!

 - Nie zostawię kamieni! – Wrzasnął rozdzierająco Anef. Sirocco cofnął się, przestraszony, ptaki mu towarzyszące rozleciały się na boki. Żałosna figurka skuliła się jeszcze bardziej pod nawisem kamieni. – Ty tego nie zrozumiesz…Nie widziałeś, co ja widziałem…

 - A ta cała droga? – Sirocco poczuł gniew. – Ta cała podróż, to wszystko na nic? Moja muzyka…twój śpiew!

 - Nie umiem już śpiewać – Powiedział zaskakująco twardo Anef.

 - Przez kamienie?!

Zapadła cisza. Stworzenie, jakim stał się Anef nie przestawało oglądać się za siebie. Sirocco poczuł narastającą złość. Był pewien, że przyjaciel nic nie widzi.

 - Dobrze – Wycedził przez zęby. – Dobrze, zostań tu. Zostań z łapiącymi światło kamieniami. Mnie nie zobaczysz już więcej.

Stworzenie zakwiliło.

 - Przepraszam cię, Sirocco…Nie jestem tak silny jak ty…Ta góra mnie opętała, ona siedzi mi w głowie… - Wbił długie paznokcie w skórę skroni. – I nie mogę…Nie widzę niczego innego. Tylko kamienie, tylko te kolory, te błyski…Ja oszaleję, oszaleję przez nie, ale nie dam rady ich zostawić, nie potrafię…
Sirocco odważył się położyć rękę na drżącym ramieniu. Było mu ciężko, ale nie był w stanie nic zrobić. Król Elfów miał rację. Anef, jego najlepszy przyjaciel i najlepszy śpiewak w całej puszczy odszedł i już nie wróci. Jego oczy wypełniły się łzami.

 - Już w porządku – Szepnął. – Wszystko w porządku. Rozumiem. Naprawdę.

Stwór płakał rozdzierająco, rozmazując łzy na obwisłych policzkach. Sirocco nie mógł na to dłużej patrzeć, a słońce zachodziło bezlitośnie wolno.

 - Wracaj do korytarzy – Wyszeptał. Gardło miał całkowicie ściśnięte, ale coś, co kiedyś było Anefem, podniosło głowę z niedowierzaniem.

 - Wszystko będzie dobrze – Mówił dalej Sirocco. – Zostań tu. Ciesz się widokiem kamieni i…Zapomnij o mnie. O puszczy i innych Elfach…

 - Już dawno zapomniałem – Przerwał mu nagle stwór, wpatrując się w skały przed nim. – Zapomniałem jak smakuje źródlana woda…jak wyglądają kwiaty…Zostałeś mi tylko ty. – Podniósł pusty wzrok. – I nie zapomnę o tobie. Mój kochany Sirocco…

Sirocco tylko pokiwał głową, ostatkiem sił powstrzymując się od łez. Nie doczekawszy się odpowiedzi, ślepe stworzenie zmalało, schowało się pod kamieniami i znikło, nie było nawet słychać, jak szybko. Zdradził je wyłącznie odsuwający się w mrok cień. Słońce zaszło i szczyt Szarej Góry otulił zmierzch. Na śniegu przed rozpadliną pozostał jedynie niewielki, drewniany flet, z wolna pokrywający się białym puchem.

 Autor: velveten
 Data publikacji: 2015-08-20
 Ocena użytkowników:

 Zobacz inne utwory autora »
 Skomentuj »


« Powrót



Nasi użytkownicy napisali 76975 wiadomości na forum oraz dodali 442 publikacji.
Zapisało się nas już 1947

Ostatnio do paczki dołączył Lacroixfrank27

 
Po stronie kręci się 7 osób: 0 zarejestrowany, 0 ukrytych, 7 gości.
 


       Dział Literatury:

   •   Recenzje Fantastyki
   •   Autorzy Fantastyki
   •   Artykuły
   •   Poczytaj fantasy
   •   Poczytaj SF
   •   Poczytaj różne
   •   Cała proza
   •   Poezja
   •   Fan fiction
   •   Publikuj własne dzieło »

Myśl

Nie należy człowieka sądzić nigdy wedle tego, co napisał, lecz według tego, co mówi w towarzystwie ludzi, którzy mu dorównują.

  - G. C. Lichtenberg
  
Strona główna | Mapa serwisu | Wersja tekstowa | O stronie | Podziękowania
Sponsoruj mythai.info | Informacje o prawach autorskich | Kontakt

© 2004 - 2016 Mariusz Moryl

Ten serwis wykorzystuje pliki cookie w celu ułatwienia identyfikacji użytkownika.
Korzystanie z witryny bez zmiany ustawień Twojej przeglądarki oznacza, że będą one umieszczane w Twoim urządzeniu końcowym. Pamiętaj, że zawsze możesz zmienić te ustawienia.
 
zamknij
Masz nowych listów.